Camino de Santiago

Estrella del camino- 6-letni pielgrzym w drodze do Composteli

01/2014
Estrella del camino- 6-letni pielgrzym w drodze do Composteli

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 22:40
3: W drodze do Cocabelos

Weszłyśmy do małego, kamiennego kościółka na chwilę krótkiej modlitwy. Tuż przy wejściu stał stolik, a przy nim uśmiechnięty pan, który wskazał pieczątkę. Wyjęłam paszporty pielgrzyma i po chwili w obu widniały pierwsze sellos. Dzięki nim będziemy mogły dostać nocleg w albergach. Marysia z ciekawością oglądała pieczątki, a pan zagadnął mnie:

- Proszę wpisać się do księgi pielgrzymów.

Spojrzałam na otwartą stronnicę, podzieloną na kilka kolumn: imiona pielgrzymów, wiek, kraj pochodzenia, data rozpoczęcia pielgrzymki i miejsce. Wpisałam Marysię i siebie z myślą, że oto zostawiam na pamiątkę swój wpis. Może kiedyś zobaczę go idąc drogą ponownie?

Wychodząc z kościoła uderzyła nas fala gorącego powietrza. Wzięłam Marysię za rękę i poszłyśmy dalej drogą znaczoną żółtymi strzałkami. Zbliżała się jedenasta, kiedy wyszłyśmy z rzadkiego, szarego i pachnącego suchym piachem lasu.

- Kiedy będzie postój?- Marysia szła już coraz wolniej i wiedziałam, że czas rozłożyć kocyk i zrobić dłuższą przerwę.

- Zobacz, tam w oddali widać drzewa i ławki- wskazałam- To chyba miejsce specjalnie przygotowane dla pielgrzymów do odpoczynku. Tam się zatrzymamy i zrobimy sobie piknik, dobrze?

- Dobrze, mamusiu- w głosie Marysi czuć było ożywienie. Od razu przyśpieszyła.

Miejsce okazało się niezwykle przyjemne. W cieniu drzew rozłożyłyśmy kocyk, zdjęłyśmy buty i wyciągnęłyśmy się, rozkoszując chwilą błogiego odpoczynku. A dokładniej, ja się rozkoszowałam chwilą leżąc na plecach i patrząc w niebo. Marysia bawiła się patykami, szyszkami i kamykami, które znalazła obok. Wyjęłam z plecaka to, co miałam przygotowane na dziś. Bagietka i kiełbasa chorizo okazały się jeszcze smaczniejsze niż rano. W takich sytuacjach odkrywam, że głód nadaje smaku nawet niezbyt wyszukanym przekąskom. Marysia w skupieniu pochłaniała kanapki. Siedziałyśmy na kocyku i patrzyłyśmy na pielgrzymów, którzy nas mijali. Byli w różnym wieku, bardziej lub mniej zmęczeni, uśmiechnięci, pozdrawiający serdecznie innych lub skupieni na drodze i zatopieni w swoich myślach. Pojedynczo lub w małych grupach. Niby obcy sobie, a jednak połączeni poprzez wspólną drogę, pot, zdarte nogi, zmęczenie, upał…

Po kilku godzinach wędrówki wiedziałyśmy już, że zamiast "cześć", tu na szlaku św. Jakuba mówi się „buen camino” czyli „dobrej drogi”. 

Do miejsca odpoczynku zbliżała się powoli kobieta z niewielkim plecakiem. Krótko ostrzyżona, siwowłosa pani po pięćdziesiątce, we flanelowej koszuli w kratę, spodniach do pół łydki i sandałach. Na głowie miała brązowy, filcowy kapelusz. Podeszła do ławki, odstawiła kij, zdjęła plecak i z ulgą usiadła, przez chwilę próbując złapać oddech.

Marysia skończyła jeść.

- Mamusiu, mogę sobie pochodzić i pooglądać szyszki?- zapytała.

- A co? Już odpoczęłaś?

- Tak, już nie jestem zmęczona.

- Dobrze, tylko nie odchodź za daleko. Jeszcze chwila i pójdziemy dalej.

- A mogę boso?

- Możesz, możesz.

Kobieta, która siedziała przy stole uśmiechnęła się do nas.

- Dzień dobry- powiedziała po polsku.

Marysia aż podskoczyła.

- Dzień dobry pani- odpowiedziała grzecznie.

- Mamusiu- szepnęła- ta pani mówi po polsku!

Uśmiechnęłam się porozumiewawczo. W tym czasie kobieta wyjęła z plecaka pomarańczę.

- Może macie ochotę?

Choć pomarańcza wyglądała pięknie, jakoś niezręcznie było mi brać od niej owoc. Jeszcze nie wiedziałam, że tu na camino ludzie dzielą się z innymi tym, co mają. Tak normalnie, po prostu. A we mnie wciąż brak jest takiej otwartości.

- Nie, dziękuję- odpowiedziałam- właśnie zjadłyśmy co nieco.

- Proszę, weźcie- kobieta nalegała- zrobicie mi przysługę. Będę miała mniej do noszenia, a pomarańcza doda wam energii.

- Chyba, że tak- podniosłam się z koca i podeszłam do ławy. Wzięłam pomarańczę i zaczęłam ją obierać, choć bardzo tego nie lubię. Właściwie… nie cierpię obierać cytrusów. Lubię zapach pomarańczy, to cierpkość skórki pozostająca na dłoniach wyjątkowo mi to przeszkadza. Ale teraz, tu na szlaku, to nie ma znaczenia. Ważne, że pod tą niemiłą skórką kryje się soczystość i smak orzeźwienia.

- Mam na imię Teresa- powiedziała kobieta.

- A ja Ania.

- A ja Marysia- mała już stała przy ławie, chętna do nawiązania znajomości.

- Skąd idziecie?- zapytała Teresa.

- My dopiero ruszamy- wyjaśniłam- Z Ponferrady. Dziś zamierzamy dojść do Villafranca.

- Do Villafranca?- zdziwiła się- To jeszcze kawał drogi. Może już nie być miejsc w alberdze.

- Tak?- trochę się zaniepokoiłam.

- Do albergi najlepiej dojść do 12 lub 13- wyjaśniła Teresa- O dwunastej otwierają schronisko i wpuszczają pielgrzymów. Obowiązuje zasada „kto pierwszy ten lepszy”, dlatego im mniejsza miejscowość, tym trudniej o miejsca.

- Zobaczymy. Może jednak z dzieckiem uda mi się znaleźć gdzieś miejsce. W sumie, wszystko jedno gdzie, oby był dach nad głową- powiedziałam spokojnie.

-Ja dziś chcę przenocować w Cocabelos. Mam jeszcze tylko 2 km.

Ostatnie zdanie Teresa powiedziała z olbrzymią ulgą i uśmiechem na twarzy.

- Teresa, a ty skąd idziesz?- zapytałam.

- Zaczęłam w Pirenejach.

Popatrzyłam z podziwem.

- Super. To masz już za sobą setki kilometrów!

Teresa westchnęła z uśmiechem.

- Tak. Niestety, otarłam w ostatnich dniach nogę i muszę teraz iść w sandałach. A traperki niosę w plecaku. Trochę ważą…

- Fakt, po kilkunastu kilometrach każdy gram zaczyna nabierać wagi- przyznałam.

- A gdzie mieszkasz w Polsce?- Marysia usiadła na ławce i popatrzyła z ciekawością na Teresę.

- W Białymstoku.

- A my w Warszawie. To znaczy jesteśmy z Ostródy, ale mieszkamy w Warszawie.

- To znaczy ty jesteś z Ostródy. Bo ja jestem z Olszyna- uściśliłam.

- No tak, ja się urodziłam w Ostródzie, a mama nie- poprawiła się Marysia.

- I poszłaś z mamą w taką długą drogę?- Teresa pytała ze zdziwieniem, ale i z życzliwością.

- Tak-  odpowiedź Marysi była krótka i mocna.

- A ile Ty masz lat?

- Sześć.

- To naprawdę wyjątkowe. I tak same idziecie?

- Same- w głosie Marysi słychać było dumę.

- Odważne dziewczyny.

- Ale mamy ze sobą psa- powiedziałam poważnie.

Marysia zaśmiała się i pobiegła po Pioruna.

- No właśnie!- pokazała maskotkę- To jest Piorun i on idzie razem z nami.

- Idzie?- Teresa udała zdziwienie- Chyba go musisz nieść.

- No tak, ale on nie jest ciężki- wytłumaczyła Marysia.

Teresa śmiała się.

- To dobrze. W końcu pies to pies. Ważny towarzysz podróży, prawda?

- Prawda- Marysia przytuliła Pioruna do policzka.

Pomarańcza rzeczywiście okazała się niezwykle soczysta i słodka, jednocześnie orzeźwiająca. Wyrzuciłam skórki do kosza, zebrałam koc i zapakowałam plecak.

- No nic. My już musimy ruszać. Mamy jeszcze przed sobą jakieś 7 kilometrów.

- Tak, ja też ruszam. Nie będziecie miały nic przeciwko temu, jeśli potowarzyszę wam kawałek?

- Nie- ucieszyła się Marysia i spojrzała na mnie- prawda, mamusiu?

Wszystkie włożyłyśmy swoje plecaki i poszłyśmy w stronę miasta. Teresa okazała się ciekawą kobietą. Biło od niej ciepło i życzliwość. Marysia od razu ją polubiła. Ja wciąż nie mogłam oswoić się z sytuacją, że tu, na szlaku jednak nie jestem sama. I że spotkani ludzie nie są tak obcy, jak mogłoby się wydawać. W czasie drogi do Cocabelos opowiadałyśmy sobie wzajemnie o naszych powodach ruszenia na camino. Teresa mówiła o tym, jak pięć lat temu przeszła trudną operację, że bardzo chciała pójść i w końcu w tym roku udało jej się, że jest nauczycielką matematyki  i o tym, że ma córkę, która mieszka w Wielkiej Brytanii. Rozmowa tak nas wciągnęła, że nawet nie zauważyłyśmy, kiedy wkroczyłyśmy do Cocabelos. Miejscowość nie była duża, ale bardzo urokliwa, z kamiennymi domami i wąskimi uliczkami. Przy rozejściu dróg na centrum miasteczka i dalszą drogę znaczoną żółtymi strzałkami, zatrzymałyśmy się.

- Do widzenia dziewczyny- powiedziała Teresa- ja idę do albergi. To już niedaleko.

- A my zatrzymamy się tu na chwilę- odpowiedziałam.

- Mamo, nie na chwilę, tylko na lody- uzupełniła Marysia.

Teresa roześmiała się.

- Lubisz lody Marysiu, co?

- Bardzo!- Marysia na myśl o lodach przytaknęła z rozkoszą na twarzy.

- Cóż- westchnęłam- obiecałam, więc trzeba zatrzymać się na lody.

- W takim razie smacznych lodów i powodzenia dalej.

Uścisnęłyśmy się serdecznie.

- Dziękujemy. Tobie również, Teresa. Buen camino.

- Może spotkamy się jeszcze na szlaku… Kto wie?- powiedziała Teresa- pa, pa.

- Pa.


Komentarze (3): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Tamara :: 21.01.2014 16:17 Podziwiam Ciebie i Twoją córeczkę: Ciebie za odwagę, a Marysię za wytrwałośc. Na swoim Camino nie spotkałam żadnego dziecka i wcale się nie dziwię, że budziłyście zainteresowanie i życzliwość pielgrzymów i hospitalieros. Z przyjemnością będę śledzić zapiski z Waszego Camino. Serdecznie pozdrawiam Ciebie i Marysię
  • Anna :: 22.01.2014 10:50 Bardzo dziękuję Tamara. Rzeczywiście, to było niezwykłe doświadczenie i dla mnie, i dla Marysi. Była rzeczywiście dzielna :-) W miarę możliwości czasowych, będę pisać dalej. Pozdrawiam Cię
  • Staszek :: 12.02.2014 09:45 Gratuluje drogi i doswiadczen z nej wynikajacych. Cos co bardzo lekko sie czyta, bo masz lekkie pioro Aniu. Dla Marysi to doswiadczenie, ktor bardzo pozytywnie wplynie na jej dalsze losy. Pozdrawiam serdecznie. Staszek


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 22:26
3: Dlaczego idę?

"W każdym okresie życia możesz uczyć się rzeczy nowych. Jeżeli zgodzisz się lubić ten stan, otwiera się przed tobą cały świat." B. Ster

Ponferrada- Villafranca del Bierzo

Kiedy zadzwonił budzik w telefonie, zegar na wyświetlaczu wskazywał 5.30. Otworzyłam oczy i nic się nie zmieniło. Zupełna ciemność. Wciąż trudno uwierzyć, że to pełnia lata. W Polsce o tej porze można obserwować już świeże, poranne słońce.

Staram się obudzić Marysię, nie budząc przy tym innych. Na szczęście wstawanie obywa się bez zbędnego gadania i marudzenia, ale to pewnie zasługa ekscytacji tym, co nas dziś czeka. Marysia ubiera się szybciutko, zwija swój śpiwór jak potrafi i pomaga zebrać nasze rzeczy. Schodzimy na śniadanie do sali, w której krzątają się już gotowi do drogi pielgrzymi. Siadamy przy długiej ławie. Na dębowym stole kładę chleb, chorizo, stawiam mleko i jogurty. Z kieszeni plecaka wyciągam swój czerwony, szwajcarski scyzoryk, który kupiłam tuż przed wyjazdem. Otwieram ostrze i..

- Auu- syczę i zaraz przyciskam do ust krwawiącą rękę.

Marysia z troską pochyla się nad moją dłonią.

- Oj, niedobrze mamusiu- mówi, kiwając głową.

Niestety, rana jest w niefortunnym miejscu, bo na wewnętrznej stronie dłoni, właściwie na samym jej środku. Trudno to nawet opatrzyć. A i goić się będzie dłużej.

- Nic się takiego nie stało- uspokajam jednak bardziej siebie niż Marysię- trochę pokrwawi i przestanie.

Rana jednak pobolewa, a i krwawić za bardzo nie chce przestać. Ładny początek… Cóż, nie spodziewałam się, że scyzoryk może być taki ostry. Nawet szwajcarski. W końcu jednak udaje się zakleić ranę, ale jeszcze nie wiem, że będzie dawać się we znaki przez najbliższych kilka dni.

Jest wpół do siódmej, kiedy robię Marysi pamiątkowe zdjęcie przy słupku z muszlą i informacją „202,5 km do Santiago”. Marysia, jeszcze zaspana, z rozpuszczonymi włosami, w fioletowej koszuli w drobną kratkę i spodniach trekkingowych pozuje beznamiętnie. W końcu ruszamy w naszą wędrówkę…

Niebo powoli nabiera rumieńców. Idziemy wzdłuż zamku templariuszy, tym razem inną stroną. Zamek okazuje się być duży i w tym porannej czerwieni wygląda majestatycznie, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że romantycznie. Dziś żałuję, że go nie zwiedziłam. Może następnym razem? Nagle na małym ryneczku niedaleko zamku Marysia dostrzega kota.

- Kici, kici, chodź tu do mnie- próbuje przywołać chowającego się za dużą donicą zwierzaka, który patrzy na nas dość nieufnie. W końcu łaskawie zbliża się, ku uciesze Marysi.

W tym czasie trochę niepewnie rozglądam się za znakami. Na szczęście przed nami idzie dwóch chłopaków z plecakami, więc staram się nie zgubić ich z oczu- na pewno idą w tym samym kierunku co my. Marysia zgodnie z umową szuka strzałek i muszli.

Po pół godzinie marszu Ponferrada zostaje za naszymi plecami. Idziemy w milczeniu wzdłuż wąskiej, asfaltowej drogi, którą tylko od czasu do czasu przejeżdża jakiś pojedynczy samochód. Odwracam się, patrząc po raz ostatni na miasto, które na tle gór oświetlonych miękkim światłem wschodzącego słońca wygląda jak bajkowa miniatura. Mijając ostatnie zabudowania, dochodzimy do polnej drogi, prowadzącej wzdłuż niewielkich poletek winorośli. W końcu po niespełna pięciu kilometrach docieramy do miejscowości Columbrianos.

Zatrzymujemy się na małym placu z ławkami. Pijemy wodę i jemy po kawałku czekolady. Marysia w ramach odpoczynku kręci się po placu, ogląda owady i kamienie, ja przeglądam notatki. Zastanawiam się, jakie będziemy miały tempo. Ale już widzę, że idziemy dość wolno. W końcu ruszamy dalej. Przechodzimy przez miasteczko podziwiając kamienne domy, figurki Jakuba, kwiaty na oknach i balkonach. Marysia nagle przystaje i mówi:

- Ciii...

Rozglądam się i juz wiem o co chodzi. Po niewielkim drzewie wspina się buro-biały kot. Marysia powoli zbliża się do ławki stojącej pod drzewem, siada i przygląda się z ciekawością kotu. Zwierzę robi to samo. To znaczy nie siada na ławce, ale wisi na drzewie i przygląda się Marysi. To z jednej, to z drugiej strony pnia spogląda na dziewczynkę. Sytuacja wygląda komicznie. Wyciągam aparat i pstrykam zdjęcie. W końcu kot najwyraźniej uznał, że dziewczynka nie jest godna dalszego zainteresowania, bo zeskoczył z drzewa i powolnym, pełnym godności krokiem przeszedł na drugą stronę drogi.

- Widziałaś, mamo?- Marysia miała ochotę pogłaskać kota, ale kot nie był łaskaw zatrzymać się chociaż na chwilę.

- Kot chyba nie jest w nastroju do znajomości. Chyba nie rozumie po polsku twojego "kici, kici".

Marysia zaśmiała się i pomaszerowałyśmy dalej. Kolejną miejscowością na naszej drodze była Camponayara, która już w XV wieku była wspominana jako punkt na trasie pielgrzymkowej do Santiago.  Moją uwagę przyciągają herby umieszczone na ścianach domów. Okazuje się, że są to herby rodzin Quinonez i Uceda. W centrum wioski, tuż przy aptece robimy mały postój. Koło nas zatrzymuje się kilka osób z plecakami. Patrzą z uśmiechem, ale i z ciekawością. W końcu szczupła szatynka zagaduje po hiszpańsku:

-Cześć! Camino?

- Tak- odpowiedziałam cicho.

Kobieta aż się rozpromieniła.

- To niesamowite! Zamierzasz przejść drogę z tą małą dziewczynką?

Trochę się zmieszałam.

- Spróbuję. Zobaczę ile się uda. Na razie idziemy…- wytłumaczyłam- Dziś dopiero zaczynamy, więc trudno przewidzieć, co będzie dalej.

Zanim się zorientowałam, a już stałyśmy otoczone wianuszkiem zaciekawionej grupki pielgrzymów. Wszyscy patrzyli z uśmiechem na Marysię, choć do końca trudno powiedzieć, co mogli sobie myśleć. Marysia była lekko zawstydzona.

- A właściwie, dlaczego chcesz przejść camino?- zapytała szatynka.

Przez moment patrzyłam na nią zaskoczona. Nie spodziewałam się ze strony obcego skąd inąd człowieka, po wymianie kilku zdań na ulicy, takiego, w sumie intymnego pytania. Z drugiej strony wydaje się, że to dość naturalne pytanie tu, na trasie pielgrzymkowej, gdzie ludzie przestają być dla siebie tak obcy, choć mogą ze sobą nie zamienić ani jednego słowa przez całą drogę. Tego jednak wtedy jeszcze nie czułam i nie byłam przygotowana na takie pytanie z zaskoczenia. Odetchnęłam głęboko i odpowiedziałam:

- Idę z kilku powodów. Po pierwsze, bo obiecałam to Bogu, kiedy wyzdrowiałam po poważnym wypadku samochodowym. Po drugie, żeby przemyśleć to, co dzieje się teraz w moim życiu i znaleźć odpowiedź, co dalej. A po trzecie, żeby podziękować za nią- wskazałam wzrokiem na Marysię- Za córkę, która jest dla mnie cudownym darem.

"Chyba przesadziłam z tą szczerością"- pomyślałam. Zaskoczyło mnie jednak, że w końcu na głos powiedziałam to wszystko. Zdałam sobie sprawę, że w tej właśnie chwili odpowiedziałam nie im, ale sobie samej. I dziwne, że nawet hiszpański w tym momencie nie sprawiał mi problemów. Poczułam dużą radość i ulgę, że to zaczyna mieć coraz większy sens. Szatynka skinęła głową ze zrozumieniem i uśmiechem pełnym aprobaty.

- Pięknie. Życzymy wam, wszystkiego najlepszego. Niech wam się uda. Już jesteście niesamowite- jej towarzysze przyłączyli się do życzeń, a potem serdecznie nas pozdrawiając poszli swoją drogą.

Patrzyłam przez chwilę za nimi. Dziwnie się czułam z tym zainteresowaniem, życzliwością, bezpośredniością obcych ludzi. Nie jestem do tego przyzwyczajona. Jeszcze kilka dni temu tkwiłam w sztywnych regułach zawodowego życia, gdzie uśmiechom daleko do szczerości, a rozmowy ograniczają się do komentowania faktów lub pseudofaktów. Gdzie nikt nie jest sobą… I nagle jestem na drodze, która zaczyna działać oczyszczająco, zmusza do zastanowienia się. Dziś  sprawiła, że zrzuciłam pierwszą warstwę twardych masek. Właściwie pęka pancerz, w który od dłuższego czasu chowałam się…  Właśnie teraz, na samym początku. Tak jakby Bogu zależało, żebym szła wiedząc dobrze, dlaczego to robię. I w sumie dopiero teraz te wszystkie myśli o drodze, powodach jej podjęcia, zaczęły się krystalizować i układać.

- Mamusiu, o czym rozmawiałaś z tymi pielgrzymami?- z rozmyślań wyrwał mnie głos Marysi.

- Pytali, dlaczego idziemy do Santiago.

- I co im odpowiedziałaś? Że obiecałaś Panu Bogu jak Cię uratował z wypadku?

- Tak, i jeszcze, żeby podziękować z dar, jaki mi podarował.

- A jaki to dar?- Marysia była zdziwiona.

- Ty.

- Ja?- brwi Marysi uniosły się do góry, a w głosie wciąż słychać było zdziwienie.

- Tak. Jesteś najwspanialszym darem, jaki kiedykolwiek mogłam otrzymać.

- Ojej...- Marysia uśmiechnęła się i przytuliła do mnie.

- Ok. Musimy iść dalej, bo długa droga przed nami- powiedziałam i ruszyłyśmy przed siebie.

 


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 02:24
2: A jednak coś się znajdzie...

Wolontariusz uśmiechnął się i powiedział, patrząc na mnie i Marysię przyjaźnie:

- Hola! Jest jeszcze jedno miejsce w czteroosobowym pokoju.

Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, a on kontynuował:

- Zasada w alberdzie jest taka, że nie można spać wspólnie, na jednym łóżku, ale jeśli zakwaterowani w tym pokoju nie mieliby nic przeciwko temu, to mogłaby pani spać tam z dziewczynką. Czy to by pani odpowiadało?

Spojrzałam na niego zaskoczona. Co za pytanie? No pewnie!

- Jasne, możemy spać razem.

- To proszę pójść ze mną- wolontariusz skinął na mnie ręką.

Zaczęłam szybko zbierać plecaki.

- Marysia, weź swoje rzeczy. Jest jedno łóżko, może uda się, że będziemy spać razem.

- Świetnie- Marysia jak zwykle była zadowolona.

Weszłyśmy do albergi. Chłopak poprowadził nas schodami na piętro, do małego pokoju z dwoma piętrowymi łóżkami. Na jednym siedziała szatynka, której mężczyzna opatrywał poranione stopy. Ze strzępków rozmowy poznałam, że są to Włosi. Na drugim leżał młody chłopak i odpoczywał. Wolontariusz zapytał po angielsku, czy nikomu nie będzie przeszkadzało, jak przenocujemy tu razem na jednym łóżku. Zapytani nie mieli nic przeciwko, uśmiechali się jedynie na widok małej dziewczynki z plecakiem i pieskiem. Wolontariusz wskazał nam jedyne wolne łóżko i wyszedł życząc dobrej nocy.

Marysia z uśmiechem na ustach wdrapała się po drabince na górne łóżko, które nam przypadło. Lubi łóżka piętrowe i perspektywa spania „na górze” wyjątkowo ją ucieszyła. Pomogła mi rozłożyć prześcieradło i śpiwory. Było jednak za wcześnie na spanie. Poszłyśmy więc „pozwiedzać” albergę. Szybko zorientowałam się, gdzie jest łazienka i kuchnia. Był też duży salon, z kanapami, półkami pełnymi książek w różnych językach oraz dwoma komputerami. Dostęp do Internetu! Wystarczy wrzucić 2 euro i można napisać pierwsze maile- szybko siadam i piszę. Że dojechałam, że żyję, że wszystko u nas w porządku, że mamy gdzie spać, że pogoda piękna i że wszystko jeszcze przed nami.

Po wysłaniu maili poczułam się lżej- przynajmniej nakarmiłam uspokajającymi informacjami tych, którzy mogli się martwić. W końcu poszłyśmy szukać sklepu spożywczego. Po drodze natrafiłyśmy na kilka bezdomnych kotów, co opóźniło nasze poszukiwania, bo Marysia postanowiła nawiązać z nimi kontakt. W końcu dotarłyśmy do supermercado. Kupiłyśmy masełko i dżem w małych poręcznych opakowaniach, chleb, hiszpańskie chorizo, jogurty na śniadanie i kilka innych produktów, które można zapakować do plecaka i wiadomo, że przetrwają cały dzień w takim upale.

Wróciłyśmy do albergi wciąż tętniącej życiem. Niektórzy pielgrzymi rozkładali materace pod ścianą, powoli przygotowując się do snu. Pomyślałam, że i na nas czas.

- Marysiu, idziemy pod prysznic.

- Niee… Musimy?- zapytała z nadzieją, że jednak kąpiel ją dziś ominie.

- Musimy- powiedziałam stanowczo- Normalnie, jak co dzień. Zresztą nigdy nie wiadomo, czy i w jakich warunkach przyjdzie nam jutro kłaść się spać.

- A nie mogłaby być dziś zielona noc?

- Nie- nie ustępowałam- idziemy do łazienki.

Usłyszałam mrukliwe „yyy”, ale Marysia posłusznie poszła do łazienki. Kiedy myła się, zrobiłam szybkie pranie. Nie mamy ze sobą zbyt dużo ubrań, dlatego bieliznę i skarpetki trzeba prać na bieżąco. Do rana powinny wyschnąć.

W końcu zmęczone całym dniem kładziemy się do swoich śpiworów.

- Mamusiu, a poczytać?

O kurcze. I co teraz?

- Marysiu, nie mamy żadnej książki…- zaczęłam.

- No tak, ale ja nie zasnę bez czytania- w głosie czułam rozczarowanie. Nie będzie łatwo.

-Ok. Mam Nowy Testament. Mogę Ci coś przeczytać, jak chcesz…

- Dobrze, przeczytaj- głos od razu stał się weselszy.

- Zapal swoją latarkę i poświeć tutaj- powiedziałam wyjąwszy małą książeczkę. Otworzyłam na chybił- trafił i zaczęłam czytać:

Dlatego powiadam wam: Nie troszczcie się o życie swoje, co będziecie jedli albo co będziecie pili, ani o ciało swoje, czym się przyodziewać będziecie. Czyż życie nie jest czymś więcej niż pokarm, a ciało niż odzienie?

Spójrzcie na ptaki niebieskie, że nie sieją nie żną, ani zbierają do gumien, a Ojciec Wasz niebieski żywi je; Czyż wy nie jesteście daleko zacniejsi niż one? A któż z was troszcząc się, może dodać do swego wzrostu choć jeden łokieć?

A co do odzienia, czemu się troszczycie? Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną; nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całej chwale swojej nie był tak przyodziany, jak jedna z nich.

Jeśli więc Bóg tak przyodziewa trawę polną, która dziś jest, a jutro będzie w piec wrzucona, czyż nie o wiele więcej was, o małowierni?

Nie troszczcie się więc i nie mówcie: Co będziemy jeść? Albo: Co będziemy pić? Albo: Czym się będziemy przyodziewać? Bo tego wszystkiego poganie szukają: Albowiem Ojciec Wasz niebieski wie, że tego potrzebujecie.

Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane.

Nie troszczcie się więc o dzień jutrzejszy, gdyż dzień jutrzejszy będzie miał własne troski. Dość ma dzień swego utrapienia.” (Ewangelia wg św. Mateusza)

Zamknęłam książeczkę, pokrzepiona słowem. Tak, pielgrzymka rozpoczęta i nie muszę się bać, bo nie jesteśmy same.

 Spojrzałam na Marysię, która ledwo patrzyła na oczy. Uśmiechnęłam się.

- Dobranoc Kochanie. Jutro wstajemy bardzo wcześnie.

- Będzie jeszcze ciemno?- zapytała.

- Tak, będziemy wychodzić po ciemku.

- To dobrze. Będę mogła świecić swoją latarką.

- Będziesz- uśmiechnęłam się- A teraz śpij już.

Pocałowałam Marysię w czółko. Mała rączka owinęła moją szyję i miłe, radosne uczucie wypełniło moje serce. Dzień pełen wrażeń kończy się pomyślnie. Jest dach nad głową, ciepło- może nawet za ciepło- jutro zaczynamy swoją drogę. Nasze camino…

 

 


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 02:20
2: Ponferrada i pierwsza alberga

Nieśmiało przestąpiłam próg trzymając Marysię za rękę. Weszłyśmy na wewnętrzny, zielony dziedziniec pełen ludzi. Przed wejściem do budynku stała okrągła fontanna. Kilka osób, odpoczywało przy wodzie, mocząc nogi. Chwilę zajęło mi, zanim zorientowałam się, gdzie mam podejść i z kim porozmawiać. W końcu zobaczyłam mały stolik wyglądający na recepcję i stojącą przed nim kolejkę.

- Marysiu- powiedziałam zdejmując plecak i stawiając go w kącie pod ścianą- zdejmij buty, a ja pójdę zobaczyć, czy są dla nas miejsca.

- A jak nie będzie?- zapytała z wrodzoną po mamie dozą pesymizmu.

-Nie martw się. Coś wymyślę. A teraz ściągnij buty. Możesz pomoczyć nogi w fontannie.

Marysi zaświeciły się oczy, ale pokręciła głową:

- Nie, mamusiu, wstydzę się. Jak ty pomoczysz, to i ja.

- Na razie nie mogę. Muszę załatwić nam nocleg- odpowiedziałam, choć wolałabym dać odetchnąć stopom po całym dniu.

- To idę z Tobą- Marysia wzięła mnie za rękę. No tak, trudno oczekiwać, że zostanie sama w obcym miejscu choćby na odległość wzroku.

Stanęłam w kolejce, cierpliwie czekając. W końcu i my podeszłyśmy do stolika. Zupełnie nie wiedziałam, jak się zachować. Obserwując innych zauważyłam, że są naturalni, wszystko wiedzieli, jakby przebywali tu od tygodnia, a przecież wiem, że każdy z nich dziś dotarł do tego miejsca. Zasada nocowania w alberdze mówi, że nie można zostawać na więcej niż jedną noc. Tak, tylko że oni w większości mają już setki kilometrów w nogach, a my…

 - Dzień dobry- powiedziałam po hiszpańsku, kiedy już udało mi się usiąść przy stoliku, za którym siedział brodaty, tęgawy mężczyzna. Przed nim leżał zeszyt z zapisanymi pielgrzymami, którzy dziś zdążyli się już zameldować.

- Dziś rozpoczynamy camino- powiedziałam nieśmiało- Znajdą się jeszcze dwa miejsca?

- Niestety, nie mamy już miejsc w alberdze- usłyszałam.

Zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco. O nie… tylko nie to.

- Nic się nie znajdzie?- zapytałam z nadzieją w głosie.

- Znajdą się jeszcze miejsca na materacach, które po dziesiątej rozkładamy w jadalni i tu, na dziedzińcu- mężczyzna pisał coś w zeszycie, nie odrywając wzroku od kartki.

- Może być i na materacu- odetchnęłam z ulgą.

Cóż, jak będzie trzeba jakoś przeżyjemy tę pierwszą noc pod hiszpańską chmurką.

- Marysiu- zwróciłam się do córki- dziś będziemy spać na materacu, na podłodze.

- Nie ma sprawy- Marysia nie wyglądała na zmartwioną- może być na podłodze.

Uśmiechnęłam się. Brodaty pan, zapewne hospitalero, spojrzał na nas badawczo. W końcu przeszedł do wypełniania formalności czyli uzupełnienia mojego paszportu pielgrzyma. Credencial, bo tak po hiszpańsku nazywa się ten dokument, szybko zapełnia się podstawowymi danymi: imię, nazwisko, kraj. Początek drogi: Ponferrada. Środek transportu: pieszo. Przez najbliższe dwa tygodnie będziemy zbierać w paszporcie pieczątki z różnych miejsc, co pozwoli nam nocować w albergach.

- A paszport dziewczynki?- zapytał brodaty pan podnosząc wzrok i wskazując na Marysię.

- Nie ma- rzeczywiście wzięłam tylko jeden, bo nie przyszło mi do głowy, że Marysia może mieć swój- może dopiszemy ją do mojego?

Hospitalero spojrzał na Marysię, która uśmiechała się nieśmiało. Wstał od stolika i wszedł do budynku. Za chwilę wrócił z blankietem paszportu.

- To będzie dla niej- powiedział wypełniając rubryki- Będzie zbierać swoje pieczątki. Zawsze to dodatkowa atrakcja dla dziewczynki.

Uśmiechnęłam się i przetłumaczyłam Marysi.

- Będziesz miała swój własny paszport.

- Super- Marysia nie ukrywała radości. Brodaty Hiszpan oddał oba paszporty i powiedział:

- Ale niestety, dziś musicie spać na materacach- dotąd nie uśmiechał się zbytnio, właściwie był dość ponury. W głosie jednak wyczułam lekko przepraszający ton- Po dziesiątej weźmiesz materace i ułożysz, jeśli będzie jeszcze miejsce to w jadalni. Jeśli nie, to tutaj- wskazał miejsce pod ścianą naprzeciwko stolika.

- Dobrze, dziękuję- wzięłam paszporty i schowałam do plecaka. Naprawdę byłam zadowolona, że nie musimy szukać żadnego innego miejsca. Po dzisiejszym dniu byłam zmęczona- plecak mimo, że niezbyt ciężki, po całym dniu noszenia dawał się we znaki. A to dopiero początek początku.

Do dziesiątej były jeszcze dwie godziny, więc można zająć się sobą, a dokładnie stopami, zgodnie z zasadami Podróżnika. Zdjęłyśmy buty i skarpetki. Marysia była zachwycona możliwością bezkarnego moczenia nóg w fontannie. Zmieniłyśmy obuwie na lżejsze klapki i usiadłyśmy na ławce. Teraz mogłam spokojnie popatrzeć na innych. Ludzie w różnym wieku, kolorze skóry, mężczyźni, kobiety, zmęczeni, spaleni słońcem i całkiem bladzi. Siedzący na ławkach, pod ścianą, na trawie. Każdy robił to, co w danym momencie było dla niego ważne. Jedni szykowali rzeczy do prania lub właśnie wieszali mokre, ale już czyste na sznurkach, inni czytali lub pisali, jeszcze inni w dopiero co poznanym towarzystwie jedli kolację popijając winem. Grupa młodych ludzi siedziała w kręgu na ustawionych przed momentem krzesłach i śpiewała po angielsku pieśni przy akompaniamencie gitary. Radosne dźwięki rozchodziły się po całym dziedzińcu.

Trochę chłodnej wody przyniosło ulgę naszym stopom. Wypadało wziąć prysznic, ale najpierw zakupy przed jutrzejszym dniem. Nie upłynął jednak kwadrans, kiedy podszedł do mnie jeden z wolontariuszy.


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 02:12
2: Z León przez Astorgę do Ponferrady

Autobus z León jechał drogą wzdłuż camino. Przez godzinę mogłyśmy odetchnąć od ciężkiego upału w klimatyzowanym autobusie. Patrzyłam przez okno na mijanych pielgrzymów. Szli wolno, wsparci o kije, w kapeluszach, czapkach, chustkach na głowie. Pojedynczo lub w kilkuosobowych grupach. Zastanawiałam się wciąż, jak to będzie z nami jutro. Na razie jednak musimy dotrzeć do Ponferrady i znaleźć schronisko, ale po drodze zatrzymamy się w Astordze.

Astorga- miasto położone w pobliżu León słynie z muzeum czekolady. Niestety, trafiamy na sjestę i nawet nie wspominam Marysi o tym, co mogłyśmy zobaczyć. Na razie przed nami widać mury z czasów rzymskich i widniejące dwie kontrastujące ze sobą budowle: Katedra Santa Maria i Pałac Biskupów. Majestatyczna katedra, która powstała na mocy buli biskupa z 1444 roku, jest przykładem łączenia różnych stylów architektonicznych. Na przeciwko katedry wznosi się Pałac Biskupów, budynek wzbudzający wiele emocji- dla jednych perła modernizmu, dla innych koszmarny przykład wybujałej fantazji niecodziennego artysty. Budynek z szarego piaskowca zaprojektowany został przez Antonio Gaudiego w 1887 roku na prośbę biskupa- Juana Batista Grau y Vallespinós, prywatnie przyjaciela artysty.  

W Astordze wypada nam zjeść. Wchodzimy do typowego hiszpańskiego baru: kilku stałych bywalców sączy napoje zagryzając orzeszkami, których skorupki lądują na podłodze. Barman będący jednocześnie kelnerem z uśmiechem wyciera szklanki. Cóż, na hiszpańskie jedzenie jeszcze się nie decydujemy- zjadamy kurczaka z frytkami, popijamy colą i ruszamy w dalszą drogę.

Mimo popołudniowej pory, słońce wciąż było wysoko, kiedy wsiadałyśmy do autobusu. Marysia znużona słońcem, zasnęła oparta o moje ramię. Krajobraz za oknem zrobił się bardziej górzysty- choć nie były to wysokie góry, przemierzając te wzniesienia na pewno można się zmęczyć. W końcu autobus zatrzymał się na dworcu w Ponferradzie.

Wydawałoby się, że kiedy pielgrzym wysiada z autobusu, od razu powinien natknąć się na wskazówki, dokąd dalej iść. Niestety, tak nie jest. Wyciągnęłam kserówki, odnalazłam tę dotyczącą Ponferrady i zaczęłam studiować mapę. W końcu postanowiłam zastosować dwa sposoby jednocześnie: zdać się na intuicję (lub logikę, jak kto woli) i zacząć pytać o drogę. Dzięki temu bez zbędnego błądzenia znalazłyśmy się w centrum miasta, na rondzie, skąd już wiedziałam, w którą stronę należało pójść.

Była godzina dziewiętnasta trzydzieści. Termometr miejski wskazywał 37 stopni. Na szczęście wiał silny wiatr i łagodził nieco upał. Spocone i zmęczone przystanęłyśmy na krótki odpoczynek. Pierwszy raz podczas pobytu w Hiszpanii pozwoliłyśmy sobie na chwilę ochłody porcją lodów. Marysia z przyjemnością wymalowaną na twarzy wcinała swoje cytrynowo- waniliowe kulki. Po chwili przyjemnego wytchnienia, szłyśmy już przez most nad rzeką Sil. Otwarta przestrzeń ściągnęła wiatr, który z kolei chciał zerwać Marysi kapelusz z głowy. Szła dzielnie przytrzymując go ręką.

Tuż za mostem po lewej stronie wznosił się średniowieczny, kamienny zamek. Była to wybudowana w XII wieku budowla obronna zakonu templariuszy. Ferdynand II przykazał templariuszom chronić pielgrzymów idących drogą świętego Jakuba do grobu apostoła w Santiago de Compostela. Zamek w Ponferradzie templariusze mieli we władaniu jedynie przez dwadzieścia lat zanim skonfiskowano mienie zakonu. Ostatecznie w XV wieku Królowie Katoliccy- Ferdynand i Izabela- przyłączyli Ponferradę, a z nią i zamek, do korony.

Przez chwilę biłam się z myślami czy zwiedzać zamek czy iść dalej w poszukiwaniu noclegu. Zadziałała piramida potrzeb Maslowa. Obawa przed spaniem pod gołym niebem zwyciężyła nad potrzebami poznawczymi. W końcu dotarłyśmy do pierwszej na naszej drodze albergi- San Nicolas de Flue.

 


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 02:08
2: Śmiejący się pielgrzym w León

Zbliżała się dwunasta, kiedy wracałyśmy na plac przy Convento de San Marcos. Słońce grzało coraz mocniej, powietrze falowało sprawiając, że świat stawał się mniej wyraźny a kolory bardziej wyblakłe. Wtedy właśnie zauważyłyśmy coś, co umknęło nam przy wcześniejszym, dwukrotnym przemierzaniu placu. Pomnik. Na niewielkim cokole stał kamienny krzyż, a na schodach pod krzyżem siedział odpoczywając znużony pielgrzym. Z głową opartą o kolumnę zdawał się lekko drzemać. Obok jego bosych stóp leżały znoszone sandały. Wyglądał osobliwie, prawie realnie.

- Mamusiu, ładny ten pielgrzym- Marysia zatrzymała się przed pomnikiem, przyglądając się postaci.- Czemu nie widziałyśmy go przedtem?

- Nie wiem Marysiu. Wszystko tu jest dla nas nowe. Łatwo coś przeoczyć- sama zachodziłam w głowę, jak to możliwe, że pomnik umknął naszej uwadze. Właściwie to trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć pomnika na pustym placu w dodatku na drodze, którą przechodziło się kilka razy.

- Czy mogę go dotknąć?- zapytała Marysia, dla której dotykanie rzeźb i pomników stało się swego rodzaju rytuałem. Według Marysiu dotknięta figurka pomaga np. w poszukiwaniach następnej, tak jak we Wrocławiu, gdzie w całym mieście poustawiane są mosiężne figurki krasnali i trzeba je odnaleźć. Albo po prostu dotyka się „na szczęście”.

- Pewnie, że możesz- uśmiechnęłam się.

Podeszłyśmy do pomnika. Marysia wdrapała się na pierwszy schodek i pogłaskała pielgrzyma po nodze. Wytarta powierzchnia kolana pielgrzyma świadczyła o częstym zetknięciu z ludzką ręką. Też dotknęłam figury, myśląc o drodze, o tym co nas czeka i o wytrwałości, której potrzebuję. Uśmiechnęłam się do siebie.

- Choć, musimy już iść- wzięłam córkę za rękę i wolno poszłyśmy w kierunku kamiennego mostu.

Nagle usłyszałyśmy za sobą krótki, serdeczny śmiech. Byłyśmy o kilka kroków od pomnika. Spojrzałam na Marysię a ona pytająco na mnie. Wahałam się czy coś powiedzieć.

- Słyszałaś to?- zapytała ze zdziwieniem.

- Słyszałam- odpowiedziałam powoli i uniosłam brwi zdziwiona, bo myślałam, że śmiech był wytworem tylko mojej wyobraźni.

Odwróciłyśmy się. Za nami nie było żadnego człowieka. Na placu, w promieniu kilkunastu metrów nie było nikogo, kto mógłby śmiać się za naszymi plecami, a potem szybko oddalić się. Najbliżej stał pomnik z odpoczywającym pielgrzymem. Ale czy można podejrzewać figurę pielgrzyma o śmiech?

- Myślisz, że to pomnik się zaśmiał?- nieśmiało zapytała Marysia.

- A ty?- odpowiedziałam pytaniem, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.

- Myślę, że mógł…- Marysia z poważną miną pokiwała przytakująco głową.

- To pewnie się zaśmiał. Bo kto inny jak nie pielgrzym?- przyznałam.

Marysi spodobała się ta odpowiedź.

- No właśnie! Przecież tu nikogo oprócz nas nie ma. A obie słyszałyśmy ten śmiech. Co to może znaczyć?

- Może to znak- zaczęłam przedstawiać zdarzenie jako dobrą monetę- Pogłaskałaś pielgrzyma, a on radośnie się zaśmiał. Zobaczył małą dziewczynkę, która za chwilę też będzie pielgrzymem i zrobiło mu się wesoło.

- Naprawdę tak myślisz?- Marysia nie mogła cały czas ochłonąć, choć lubiła dziwne historie. A ta niewątpliwie do takich należała.

- Cóż, trzeba być otwartym na różne zdarzenia- powiedziałam z przekonaniem- Na camino podobno wszystko jest możliwe i mogą dziać się różne dziwne rzeczy.

- Tak? To świetnie!- Marysia trzymając mnie mocno za rękę podskoczyła wesoło. Jej wyobraźnia na pewno już zaczęła mocno pracować.  

Napełnione wewnętrzną radością przeszłyśmy kamiennym mostem przerzuconym przez brzegi rzeki Bernesga. Czas gonił i wypadało czym prędzej znaleźć dworzec autobusowy. Okazało się, że nie było to trudne zadanie, bo Avenida Saez de Miere, skąd odchodziły autobusy znalazłyśmy bardzo sprawnie.


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 02:04
2: Jeszcze León

 „Nie troszczcie się więc o dzień jutrzejszy, gdyż dzień jutrzejszy będzie miał swoje własne troski. Dość ma dzień swego utrapienia.”

                                                                         Ewangelia według św. Mateusza

Poranek w Hiszpanii jest jak bardzo wczesny świt w Polsce. Niby środek lata, a o siódmej jeszcze ciemno. O ósmej dopiero można zobaczyć piękne refleksy niedawno co obudzonego słońca. Jednak tutaj nawet słońce ma duszę śródziemnomorską- spałoby jak najdłużej, a potem, żeby nadrobić stracony czas od razu przypieka, jakby chciało powiedzieć: „przepraszam, trochę pospałem, ale już jestem na swoim miejscu”. A w ramach przeprosin daje więcej ciepła niż można byłoby się spodziewać. Słońce w Hiszpanii nie obija się, nie chowa za niepotrzebne chmury, tylko pokazuje w całej swej okazałości. Wprost świeci blaskiem…

Ruszamy z Hostalu Quevedo na poranny spacer poznaną wieczorem brukowaną drogą. Miasto wygląda trochę inaczej niż nocą- jeszcze zaspane, nieruchliwe, ale już odkrywające przed nami swoje uroki. Convento de San Marcos w dzień wygląda majestatycznie z niezliczoną liczbą rzeźb, muszli i ozdobnych detali. Idziemy „pod prąd” camino, gdyż w ten sposób na pewno dotrzemy do katedry, jednej z najpiękniejszych na szlaku. Dziwnie jakoś w pewnym momencie gubimy znaki. Odkrywamy za to wąskie uliczki, niezbyt czyste bary i… stopę Jagi.

- Mamusiu! Zobacz!- wykrzyknęła Marysia, zatrzymując się nagle. Spojrzałyśmy na chodnik. Tuż przed nią w płycie, prezentowała się odlana z mosiądzu czy też brązu- trudno dokładnie stwierdzić będąc laikiem- średniej wielkości stopa pokryta małymi otworami.

- No proszę, teraz już wiadomo, gdzie podziała się Jaga- powiedziałam z przekonaniem.

Marysia zaśmiała się porozumiewawczo. Jaga to niezwykle tajemnicza postać. Nikt jej nie widział, ale zdaniem babci Marysi i Michałka, nie dość, że istnieje, to jeszcze ma paskudne usposobienie i podobno odrażający wygląd. Ogólnie nie lubi dzieci, dlatego przychodzi, kiedy nie jedzą i albo im zjada smakołyki, albo zabiera niejadka ze sobą. Może też porwać, kiedy dziecko wejdzie tam, gdzie zdaniem dorosłych nie wolno. Czasem puka, stuka, gwiżdże, huczy, buczy i wydaje wszelkie inne dźwięki, tylko po to, aby dzieci nabrały rozumu i zaczęły słuchać dorosłych. Na szczęście nie wszyscy Jagę znają. Jaga mieszka latem na działce babci i dziadka, w starej, zagraconej altance. To znaczy mieszkała, bo w tym roku dziadek wysprzątał altankę, która została przerobiona na „Imprezownię u Jagi”. Jaga musiała się wynieść.

- Teraz widać, że wyjechała na wakacje- powiedziałam poważnym tonem.

- Tak, jak zrobiliśmy imprezę na działce! I w dodatku chodzi boso! Popatrz, jakich bąbli sobie narobiła!- Marysia ze śmiechem oglądała niezwykłą stopę.

Rzeczywiście, bąbli co niemiara.

- Może idzie do Santiago?- zaczęłam się zastanawiać głośno- Może zaczęła w Pirenejach i do tej pory zdarła buty?

- Na pewno były tak zniszczone, że je wyrzuciła, a teraz idzie boso- Marysia podchwyciła pomysł rozmowy i dodała swoje- Mamusiu, zróbmy zdjęcie dla Michałka, bo nam nie uwierzy.

Zrobiłyśmy zdjęcie i zaraz potem natknęłyśmy się na muszlę. Całkiem niedaleko od śladu Jagi znalazłyśmy wyjątkowo piękną katedrę Santa Maria de la Regla z ogromną rozetą nad wejściem. Katedra zbudowana w stylu gotyckim, na wzór francuskich katedr w Amiens i Reims jest jednym z najstarszych i najpiękniejszych przykładów gotyckiej architektury sakralnej w Hiszpanii. Znajduje się w miejscu, gdzie w drugim wieku naszej ery rzymianie założyli łaźnię. Osiemset lat później był tu pałac. Teraz nasze oczy cieszył widok katedry ze złotego piaskowca z ogromną rozetą nad portalem.

Weszłyśmy do środka. Otoczył nas przyjemny chłód i zapach zimnych kamieni. Półmrok rozświetlały kolorowe promyki przebijające przez ozdobione wspaniałymi witrażami okna. Słońce oświetlające rozetę od zewnątrz sprawiało, że tysiące kolorowych szkiełek ułożyły się w niezwykły, niemal żywy obraz. Zewsząd patrzyły na nas postaci świętych z mieniących się kolorowych witraży. Chłodne, ciemne kamienie ścian pod wpływem żółto-czerwonych promyków nabierały świetlnych rumieńców. Mroczne wnętrze jaśniało. Przystanęłyśmy na chwilę modlitwy w tej niezwykłej atmosferze. Zatopiłam się w myślach prosząc o wsparcie podczas czekającej nas drogi. Marysia cichutko odmawiała „Ojcze nasz”.

Przyjemny chłód szybko zniknął, jak tylko znalazłyśmy się na placu przed katedrą. Podeszłyśmy do ogromnej czerwonej donicy z rosnącym w niej drzewkiem. Donica była dwa wyższa od Marysiu i miała średnicę ok. dwóch metrów.

- Marysiu, wyglądasz przy tej donicy jak karzełek- śmiałam się. Zrobiłam zdjęcie na pamiątkę i ruszyłyśmy na dworzec autobusowy.


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 01:59
1: Z Warszawy do León c.d.

León

León pachniało kurzem i zbliżającym się zmierzchem, kiedy stanęłyśmy przed dworcem kolejowym. Obok nas dwóch młodych chłopaków z plecakami też rozglądało się ciekawie, zastanawiając się pewnie dokąd dalej iść. Widząc, że wyciągam jakieś mapki, podeszli do nas. Jeden z nich zapytał po angielsku:

- Wiesz może, gdzie jest alberga?                                                  

- Przykro mi, ale nie- pokręciłam głową, odpowiadając po angielsku- Na mapce nie jest zaznaczona. My dziś śpimy w hostalu. Mamy tam zarezerwowany pokój.

- Acha- uśmiechnął się ze zrozumieniem. Niewiele mogliśmy sobie pomóc-muszle na naszych plecakach były znakiem, że zmierzamy w tym samym kierunku, ale na razie ani oni ani my, nie wiemy jak zacząć i w którą stronę iść. Pozostaje intuicja i wiara w sprzyjający los. W końcu pozdrawiając nas życzliwie, poszli przed siebie w obranym na chybił-trafił kierunku szukając znaków muszli lub żółtych strzałek prowadzących do albergi, miejsca noclegowego pielgrzymów.

Patrzyłam przez chwilę, myśląc życzliwie o dwóch, oddalających się młodych pielgrzymach. My dwie dziś jeszcze nie byłyśmy pielgrzymami. Dziś byłyśmy turystkami. Wzięłam Marysię za rękę i też kierując się bardziej intuicją niż kserówką mapy, szukałam Hostalu Quevedo. Szczęściem idąc Avenida de Astorga trafiłyśmy bez większych trudności. Hostal okazał się leżeć niezbyt daleko od dworca kolejowego, tuż przy brukowanej spacerowej alejce prowadzącej na most San Marcos.

Hostal Quevedo był to mały, schludny hotelik z przyjemnymi pokojami. Zapadł wieczór, kiedy rozgościłyśmy się w pokoju na poddaszu. Marysia zaraz sprawdziła przestronność szafy, chowając się w niej z latarką i udając przybysza z innej planety. Wyjęłam wszystko z plecaka, jeszcze raz zastanawiając się, co NIE JEST NIEZBĘDNE. Doszłam do wniosku, że do umycia się wystarczy szampon, a pastę do zębów możemy mieć jedną. Drogą eliminacji pozbyłam się kilku rzeczy, uszczuplając bagaż o jakieś pół kilo. Zawsze to dodatkowe pół kilo na jedzenie lub wodę. Mimo długiej podróży i perspektywy kolejnych męczących dni, Marysia nie chciała jeszcze spać.

- To, co? Może pójdziemy na krótki, wieczorny spacer?- zaproponowałam.

- Jasne!- Marysia wyskoczyła z szafy, gotowa do wyjścia.

Powietrze o tej porze było przyjemnie ciepłe i orzeźwiające. Szłyśmy brukowanym deptakiem w stronę kamiennego mostu, kiedy w pewnym momencie Marysia wykrzyknęła:

- Zobacz mamusiu, muszla!- i rzeczywiście, w chodniku błyszczała piękna muszla z mosiądzu. Znak, że ta spacerowa alejka to nic innego jak część „camino”.

Zaczęłyśmy rozglądać się za znakami i po parunastu metrach znalazłyśmy kolejną muszlę. I zaraz następną. Patrząc pod nogi nawet nie zauważyłam, jak weszłyśmy na duży plac z pięknie oświetlonym i bogato zdobionym budynkiem.

Był to dawny klasztor San Marcos. Pierwotny budynek klasztoru został wzniesiony w tym miejscu w XII wieku dla rycerskiego zakonu Santiago. Celem zakonu stało się ochranianie pielgrzymów, ale też prowadzenie rekonkwisty czyli walki z Maurami panującymi wówczas na Półwyspie Iberyjskim. Każdy pielgrzym wędrujący do Composteli mógł skorzystać z gościny zakonników, odpocząć po trudach drogi i nabrać sił przed kolejną męczącą przeprawą, tym razem przez czekające za León góry Bierzo. Z czasem jednak zakon stracił na znaczeniu, a w XIV wieku klasztor przebudowano. Od tamtej pory miał być siedzibą pałacową. Dziś to luksusowy, pięciogwiazdkowy hotel.

Zachodzące słońce nadawało temu ogromnemu budynkowi wyjątkowości. Patrzyłam przez chwilę urzeczona na podkreślone żółtawym, sztucznym światłem detale architektoniczne. Moją uwagę przykuła fasada zdobiona wzorami plateresco i motywami muszli oraz rzeźba Santiago nad głównym wejściem, przedstawiająca świętego walczącego z Maurami. Trudno było jednak wzrokiem ogarnąć całość liczącą ponad sto metrów długości. Przestrzeń placu i piękno budynku oszałamiały.

Wieczorna radość przed Convento San Marcos

Marysia widząc tyle przestrzeni zaczęła biegać i skakać. Uśmiechnęłam się. Czułam dziwne uczucie, jakie zdarza się chyba każdemu, kto rano wstaje z własnego łóżka, a wieczorem w oddalonym- o setki lub tysiące kilometrów miejscu- cieszy się swobodą. Dziś ta odległość to jakieś dwa tysiące kilometrów. Nagle przyszła refleksja, że oto zaczynam odszukiwać znaki, które przez kolejnych kilkanaście dni będą nas prowadzić do celu. Że zaczyna się coś wyjątkowego… Marysia w oddali przeskakiwała między małymi fontannami wytryskującymi z chodnika, a ja nie miałam w sobie już żadnego niepokoju. Ani tego dotyczącego niedalekiej przyszłości- jak potoczą się najbliższe dni, ani tego bardzo bliskiego- że jest noc, inny kraj i nieznani ludzie, a moje dziecko biega beztrosko po ogromnym placu zupełnie na nic nie zważając. To niezwykłe, ale wcale nie czułam się obco. Raczej tak, jakbym odwiedzała stare miejsce, zmienione pod upływem czasu, jednak wciąż bliskie. Ogarnął mnie spokój, ciepło i radość.


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 01:58
1: Z Warszawy do León

Przy wejściu na pokład uśmiechnięta stewardesa powitała nas po niemiecku. Rozejrzałam się za wyznaczonymi dla nas miejscami. Marysi trafiło się siedzenie przy oknie, co bardzo przypadło jej do gustu. Od razu zaczęła odsłaniać i zasłaniać niewielką kotarkę, otwierać stolik, majstrować przy pasach. I dalej czytać pismo obrazkowe:

- Zapalona lampka, znaczy „zapiąć pasy”. O! Tutaj nie można palić. Ten przekreślony papieros to oznacza. I dobrze. Palenie jest niezdrowe, prawda?- bardziej stwierdziła niż zapytała- Mamusiu, zapnij pasy- upomniał mnie mały policjant.

Samolot zaczął kołować. Po chwili ustawił się w pozycji startowej i w jednej sekundzie osiągnął taką prędkość, która wbiła nas w fotele. Marysia złapała mnie za rękę i podekscytowana wykrzyknęła:

- Tak szybko to jeszcze nie gnałam!

- Gnałaś, gnałaś- roześmiałam się- Jak miałaś dwa lata i lecieliśmy do Barcelony.

- Nie pamiętam.

- Nie dziwię się. Pomijając, że masz prawo nie pamiętać, co robiłaś jako dwulatek, nie zdążyliśmy się oderwać od ziemi, a ty już spałaś.

Marysia zaczęła się śmiać i nawet nie zauważyła, kiedy samolot wzniósł się wysoko. Warszawa zaczęła kurczyć się i po chwili wyglądała jak makieta ułożona z klocków lego. Po jakimś czasie znikła w rzadkiej mgle. Samolot przebił się przez chmury i naszym oczom ukazało się piękne, błękitne niebo.

„To lecimy”- pomyślałam, czując że niepokój ustąpił radości z rozpoczęcia podróży. Plan dotarcia do León był opracowany w każdym szczególe: z lotniska Barajas linią metra nr 8 do stacji Nuevos Ministerios, potem przesiadka w linię nr 10 do stacji Chamartin, gdzie wsiadamy do pociągu ALVIA, który zawiezie nas do León. Zapas czasu jest, więc powinno się udać. W León mamy zarezerwowany nocleg w Hostalu Quevedo. Wystarczy go odszukać i już…

Zamknęłam oczy. Co czeka mnie tam, na camino? Mam zaplanowany pierwszy dzień, a co dalej? Kolejne pytania pojawiały się w głowie. Z jednego cieszyłam się bardzo: najbliższe trzy tygodnie spędzę razem z córką. Będziemy szły, modliły się, rozmawiały, przeżywały wspólnie to, co na nas czeka. Będziemy same, z dala od problemów, które zostały tam, w dole, pod warstwą gęstych chmur. Przynajmniej fizycznie z dala... Spojrzałam na Marysię. Zamyślona patrzyła przez okno. Należy jej się czas z mamą, która w tym roku przez kłopoty osobiste i dużo pracy, poświęcała jej mniej uwagi. Między innymi dlatego zdecydowałam się wziąć ją ze sobą.

Frankfurt powitał nas delikatnym deszczem. W głębi duszy miałam nadzieję, że jest to ostatni deszcz w ciągu najbliższych trzech tygodni. Czekając na kolejny lot, tym razem bezpośrednio do Madrytu, kręciłyśmy się po lotniskowych sklepach. W pewnym momencie Marysia pociągnęła mnie do półki, ze słodyczami i zabawkami z popularnych filmów. Wskazała na jedną z nich i zrobiła minę kota ze Shreka.

- Nie, Marysiu- powiedziałam stanowczo nie czekając na prośbę- nie kupimy nic, co musiałabym nosić w plecaku.

- Ale mamo…- spróbowała Marysia, choć bez przekonania.

- Nie ma „ale”. Nie i koniec- byłam stanowcza.

Marysia zrozumiała, że nie ma sensu wojować. Nie odpuściła jednak, tylko zaczęła badać grunt.

- A jak będziemy wracać, to tutaj też się zatrzymamy?- zapytała w sposób, który zdradzał, że wie, jaka będzie odpowiedź.

- Tak…- odpowiedziałam, przewidując dalszy ciąg rozmowy.

- To wtedy mogłybyśmy to kupić? Dla mnie i dla Michała? Przecież już nie będziesz musiała nosić plecaka- przekonywała.

Popatrzyłam na nią uważnie. W sumie ma rację.

- OK. Jak będziemy wracać, to kupimy- zgodziłam się przekonana jej sprytnym rozwiązaniem, bo zabawki nie były tego warte.

- Dla mnie i Michała-upewniała się- bo on na pewno też o czymś takim marzy. Tylko jeszcze nie wie, że to jest, bo takich w Polsce nie widziałam.

Zaśmiałam się. Michał, brat cioteczny Marysi, nawet nie wie, jakiego ma rzecznika swoich interesów.

Samolot do Madrytu nie był już tak wygodny, jak ten do Frankfurtu, jednak zdążyłam się zdrzemnąć, dzięki czemu lot trwał dla mnie krótko. Kiedy otworzyłam oczy przez małe okienko zobaczyłam spaloną słońcem, brunatną ziemię środkowej Hiszpanii. Wkrótce stałyśmy na lotnisku Barajas w Madrycie. Szybko udało się odebrać plecak, kupić bilety w automacie i znaleźć odpowiednią linię metra. Bez problemów dostałyśmy się na stację Chamartin. Marysia mimo podekscytowania trzymała mnie za rękę, pilnowała każdego kroku, jednocześnie rozglądając się ciekawie na wszystkie strony. Powoli zaczęłam przypominać sobie hiszpański, którego od dziesięciu lat nie używałam. Tutaj nie ma wyjścia, muszę się dogadać. Liczyłam jednak na to, że dobre podstawy hiszpańskiego, jakie miałam, w końcu rozwiążą mi język. Na razie udało się kupić odpowiednie bilety na pociąg do León, więc jest dobrze.

Usiadłyśmy na chwilę w barze dworcowym, czekając już spokojnie na godzinę odjazdu naszego pociągu. Zamówiłam ciepłe bocadillo czyli kanapkę z szynką.

- Pamiętasz, Marysiu, zasady, które ustaliłyśmy przed wyjazdem?- zapytałam.

- Chyba nie wszystkie- odpowiedziała z pełną buzią- Możemy powtórzyć?

- Możemy. Zatem, pierwsza zasada brzmiała…- zaczęłam

- Pamiętam!- przerwała mi Marysia po przełknięciu kęsa- „Mały Podróżnik jest cierpliwy, bo podróż może być długa i męcząca, ale zawsze warto dotrzeć do celu”

- Super zapamiętałaś!- szczerze się ucieszyłam.

- Pamiętam jak ustalałyśmy te zasady we Wrocławiu. Zabrałaś mnie tam, bo chciałaś sprawdzić czy się nadam na camino. I nadałam się, prawda?

- Cóż, camino jeszcze przed nami, ale wierzę, że nam się uda. Gdybym w Ciebie nie wierzyła, to nie brałabym Cię ze sobą. Pamiętasz inne zasady?

- Mały Podróżnik zawsze słucha Dużego Podróżnika?- zapytała.

- Tak i dalej: „Mały Podróżnik daje odpocząć Dużemu Podróżnikowi i sam też odpoczywa, żeby nabrać sił na dalszą wędrówkę”.

- I jeszcze było, że Podróżnik jak nie wie, gdzie jest to pyta. Ale tutaj Ty musisz pytać mamusiu, bo ja nie znam hiszpańskiego.

- Jak będzie trzeba, to na pewno będę pytać - zapewniłam- I jeszcze jedna ważna zasada: „Podróżnik pilnuje swojego bagażu i swoich rzeczy.” To ważne Marysiu, bo ja nie zawsze mogę wszystko zauważyć.

- Tak, będę pamiętać o swoim plecaku i też o Twoim, jak będziesz musiała coś załatwić.

- O to właśnie chodzi- przyznałam- A jaka będzie dla nas na camino najczęściej stosowana zasada?

Marysia zastanowiła się chwilę.

- Już wiem! „Daj odpocząć stopom”.

- Świetnie znasz nasze główne zasady. To jeszcze powiedz, jakie masz zadania podczas drogi?

- Pilnować szlaku, tropić znaki i przypominać, żebyśmy wzięły witaminy- wyrecytowała niemal jednym tchem.

- Brawo Marysiu. Jesteś bardzo dobrze przygotowana- podsumowałam, zbierając się- A teraz chodźmy już. Pociąg powinien już czekać na peronie.

W pociągu do León

Pociąg mocno nas zaskoczył. Przyzwyczajona do polskich standardów, byłam pod wrażeniem czystości, nowoczesności i szybkości hiszpańskiego ALVIA. Marysia chyba też. Fotele w dwóch rzędach po dwa, ustawione wszystkie przodem do kierunku jazdy, wygodniejsze niż w samolocie. Przestronnie i chłodno, choć za oknem plus 27 stopni. Przy każdym siedzeniu słuchawki, przez które można było słuchać muzyki na pięciu różnych stacjach. Duży wyświetlacz na przedzie wagonu informował, z jaką prędkością jedziemy, ile jest stopni na zewnątrz i ile kilometrów zostało do najbliższej stacji. Odległość z Madrytu do León pokonałyśmy w 2 godziny i 45 minut. Aż żal, że w Polsce podróż koleją nie należy do takich przyjemności. Można rzecz jasna znaleźć dobre strony pokonania porównywalnej do tej, odległości Warszawa- Gdańsk w siedem godziny, ale wymaga to wyjątkowo pozytywnego nastawienia.


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 01:56
Tuż przed drogą

Sierpień 2010

Gorąca, sierpniowa noc nie mogła się skończyć. Leżałam w ciepłej, pachnącej snem pościeli i zastanawiałam się czy dobrze robię. W mroku widziałam zarys spakowanego bagażu i jak natrętna mucha zaczęły krążyć wokół mnie wątpliwości. „A może fizycznie nie dam rady? Jeden dzień iść to nie problem, nawet trzy są do zniesienia, ale dwa tygodnie?” Przypomniałam sobie o problemach upchnięcia w jeden plecak rzeczy dwóch osób, które do tej pory zabierały ze sobą albo całą szafę ubrań na każdą pogodę albo pół pokoju zabawek. W końcu jednak udało się i bagaż został zminimalizowany do rzeczy tylko niezbędnych- cudem zmieściłam wszystko w niepozornie wyglądającym plecaku. I choć waga domowa wskazywała jedynie 10,5 kg, byłam przerażona perspektywą niesienia tego przez pół miesiąca na własnych plecach. Obok leżał przygotowany jeszcze jeden niewielki, czerwono-pomarańczowy plecaczek: na aparat, półlitrową butelkę wody i coś do jedzenia. Do plecaka został przyczepiony biały, pluszowy piesek- jedyna przytulanka do zabrania.  

Zielony wyświetlacz zegara wskazywał 3.40 a ja wciąż nie mogłam pozbyć się niepokoju. „A może to jednak  zbyt ryzykowne? W końcu kobieta, sama z dzieckiem, w TAKĄ wędrówkę!” Przypomniałam sobie reakcje osób, które usłyszały o moich planach. I choć wielu tego nie okazywało, czułam, że dla niektórych jest to nie do pomyślenia. Wyjazd „all inclusive” z biurem podróży, pod palmy, do pięciogwiazdkowego hotelu z basenem, to i owszem, ale tak? Z plecakiem, pieszo, za granicę i w dodatku bez pewności noclegu? Szaleństwo. Albo głupota. Nawet rodzice patrzyli na mnie z niedowierzaniem, choć raczej wiedzieli, że jakiekolwiek odwodzenie mnie od planu nie ma najmniejszego sensu. Mimo to niepokój usiadł na brzuchu i nie dawał spać w noc przed odlotem do Madrytu… „A może po pierwszym dniu Marysia powie dość?” Tak, to jest możliwe. Wprawdzie przeszłyśmy kilka „zapraw”, ale z dzieckiem nigdy nic nie wiadomo. Dlatego różne warianty były przygotowywane przez ostatnie dwa miesiące. Taki, że trzeba będzie przerwać drogę także, ale jednak trudno wyobrazić sobie, jak to wszystko będzie wyglądało tam, na miejscu. Kiedy zniechęcające myśli przynosił mrok, sama zaczynałam wierzyć, że to bezsensowny pomysł. Zaraz jednak coś wewnętrznie obudziło się mimo wczesnej pory i powiedziało: „Pamiętaj o tym, dlaczego w ogóle tam idziesz? Dlaczego postanowiłaś zabrać Marysię? Poza tym, gdybyś nie wierzyła w jej możliwości i zapał, nigdy byś się na to nie zdecydowała.” W jednej chwili zobaczyłam garstkę tych trzymających za nas kciuki. Uśmiechnęłam się przymykając oczy. Od razu poczułam się lepiej. „Skoro idę TAM, to rzeczywiście, dlaczego miałoby się nie udać?”  Budzik w komórce zaczął dzwonić, a ja odetchnęłam z ulgą.

Tego ranka wyjątkowo Marysi nie trzeba było powtarzać, żeby wstała. Podekscytowana ubrała się sprawnie, a ja w zdenerwowaniu nie mogłam przełknąć śniadania. Kilka dni wcześniej niezliczoną ilość razy sprawdzałam bilet, dzwoniłam na infolinię Lufthansy czy na pewno za bilet wystarczy tylko wydruk z maila. Paszportowe zdjęcie Marysi sprzed trzech lat, na którym brak włosów wyraźnie rzucał się w oczy, było dla mnie źródłem obaw, że na lotnisku ktoś zatrzyma mnie za wywożenie obcego dziecka za granicę. Na wszelki wypadek do paszportu przyczepiłam spinaczem biurowym zdjęcie legitymacyjne z tego roku. Zachowywałam się tak, jakbym wylatywała po raz pierwszy. „Weź się w garść”- powtarzałam sobie w duchu- „W końcu najbliższe trzy tygodnie jesteś zdana na siebie, a co ważniejsze jesteś odpowiedzialna za dziecko nie mające pojęcia o jakichkolwiek, możliwych trudnościach”. Tak, dziecko zwyczajnie czekało na przygodę, znów skacząc jak na sprężynach…

Na lotnisku w Warszawie

Na lotnisku bardzo miła pani z obsługi Lufthansy próbowała namówić mnie na odprawę online przez komputer ustawiony w hali. Nic z tego. W całym tym zdenerwowaniu jestem gotowa wysłać nas do Santiago w Chile, a na to nie jesteśmy do końca przygotowane. Pani skapitulowała i pozwoliła nam skorzystać z przywileju odprawy „bez kolejki”. Nie ma to jak alibi w postaci dziecka. Przez moment wydało mi się, że przeżywam déjà vu- z tym, że ja jestem trochę mniejsza niż Marysia i trzymam za rękę swoją mamę. Zamiast kolejki do odprawy jest kolejka po pomarańcze, które dostajemy poza kolejnością… No tak, „prawie” robi dużą różnicę- jakieś trzydzieści lat… Głos kobiety odprawiającej bagaż przywrócił mnie do rzeczywistości. Najważniejsze, że bilet okazał się w porządku i jedynie zastanowiło mnie, dlaczego waga domowa wskazuje tylko 10,5 kg, skoro ta tutaj aż 14 kg? To ile JA ważę?!

Krótkie pożegnanie z Witkiem. Marysia chce jak najszybciej iść dalej, dlatego żegna tatę na zasadzie „no, już musimy iść” i kierujemy się do właściwego dla nas gate’u. Tu okazuje się, że prehistoryczni ludzie używający pisma obrazkowego mieli rację- to działa. Nie trzeba chodzić do szkoły, żeby je zrozumieć. Marysia przeprowadziła szybką interpretację.

- Mamusiu, zobacz-wskazała palcem szereg obrazków na ścianie- Nie możemy mieć w kieszeniach kluczy, prawda?

- Tak Marysiu. Zaraz będziemy przechodzić przez takie specjalne przejście, które piszczy, jeśli ma się przy sobie coś matalowego.

Marysia dokładnie obejrzała swoje kieszenie w poszukiwaniu rzeczy z metalu.

- Ja nic nie mam. A to przejście, to dlatego, żeby nie było terrorystów w samolocie, prawda? Bo taki terrorysta to może mieć ukryty nóż albo pistolet…

- Prawda- odpowiedziałam w roztargnieniu, zdejmując zegarek i wkładając do plastikowego pojemnika- Kurcze, muszę jeszcze zdjąć pasek.

Marysia zachichotała. Widać, że cała sytuacja bardzo ją bawiła.

- A dlaczego nie można mieć butelek z piciem?- z głową zadartą do góry najwyraźniej dalej studiowała pismo obrazkowe.

- Można, ale malutkie. Dużych nie wolno, dlatego, że płyny przewożone w butelkach też mogą być niebezpieczne. Dla innych pasażerów na przykład. Albo mogą być składnikiem bomby…- tłumaczę mechanicznie mocując się z paskiem. Pani za nami przysłuchująca się rozmowie podnosi do góry brwi ze zdziwienia. Ja też się dziwię. To co, ona nie wie, że płyn też może być substancją wybuchową?

Marysi najwyraźniej spodobało się prześwietlanie, choć nieśmiało przeszła obok bacznie obserwującego wszystkich strażnika granicznego. Bramka na szczęście nie zapiszczała, dlatego Marysia od razu odzyskała rezon.

- Fajne to przejście- powiedziała wesoło- Będziemy jeszcze takim przechodzić we Frankfurcie?

- Na szczęście nie- nie podzielałam jej radości- We Frankfurcie od razu przejdziemy do hali, gdzie poczekamy na samolot do Madrytu.

- Szkoda…- powiedziała z nieukrywanym żalem, ale zaraz jej uwagę przykuły kolorowe, jasno oświetlone sklepy i szybko zapomniała o tym, co było przed chwilą.

W najbliższym kiosku kupiłyśmy wodę i dwie gazetki dla dzieci. Mimo, że w gazetkach dla dzieci też króluje pismo obrazkowe i przeczytanie od dechy do dechy nie zajmie pół godziny, to bierzemy, czasopisma ze sobą. Bez czytania, będącego od sześciu lat rytuałem, ani rusz. Czytam Marysi od jej niemowlęctwa dzień w dzień z pewnymi wyjątkami: kiedy wakacje spędzamy osobno, kiedy ma karę odbierającą przyjemności, a do takich należy czytanie, kiedy padam ze zmęczenia na twarz, ale wówczas wyręczam się jej tatą lub ogólnie inne nieprzewidziane czynności sprawiają, że czas jest już tylko na spanie. W sumie statystycznie tych wyjątków przez sześć lat może było ze 20%. Czytanie tak wrosło w nasze życie, że kiedy z lenistwa próbuję przekonać Marysię, że może dziś „bez czytania”, to słyszę koronny argument nie do zbicia: „Czy ty chcesz złamać naszą tradycję?”. Wtedy grzecznie i bez szemrania zabieram się za kolejną książkę. I przyznaję, że lubię te chwile. Po pierwsze, schodzi ze mnie stres z całego dnia, po drugie- przypominam sobie jakąś lekturę z dzieciństwa, po trzecie- poznaję obecne trendy w literaturze dziecięcej, po czwarte- wyżywam się aktorsko, a co najważniejsze: inwestuję w kapitał mego dziecka na przyszłość. To znaczy w jej elokwencję, wiedzę, ciekawość świata, wrażliwość i wiele innych wartości. Czytając jesteśmy blisko siebie, czując wzajemne ciepło i to jest piękne.

A jak to będzie na camino? Nie mam ze sobą żadnej książki oprócz kieszonkowego Nowego Testamentu… Bo o kolorowych gazetkach nie ma co wspominać.

Marysia stała w sali odlotów z nosem przyklejonym do szyby. Patrzyła na wielkie maszyny, wzbijające się w powietrze lub lądujące tak lekko, że trudno uwierzyć w ich masę. Przez chwilę też stałam urzeczona pięknem stalowych ptaków, gdy z myśli wyrwał mnie głos córki:

- Mamusiu, a dlaczego samoloty mają takie różne znaczki i rysunki z tyłu?

- Na ogonie samolotu jest logo przewoźnika, czyli firmy, która przewozi ludzi. Dzięki temu, że samoloty są tak oznaczone od razu widać, do jakiego przewoźnika należy.

- Mnie się najbardziej podoba ten czarny ptak w żółtym kółku. Czyje to logo?

- To?- wskazałam samolot stojący najbliżej- to jest logo Lufthansy. Właśnie tym samolotem polecimy.


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 01:35
Jeszcze w Warszawie

„Za 20 lat będziesz bardziej żałował tego, czego nie zrobiłeś niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań, złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj. Śnij. Odkrywaj.”

M. Twain

Kwiecień 2010

Zieleń tego roku wybuchła nagle, zanim jeszcze szarość topniejących, dwumetrowych zasp zdążyła zniknąć bezpowrotnie. W zmęczonych długą zimą ludzi wstąpił wiosenny, polski optymizm: „pięknie, ale do lata jeszcze tak daleko…”  Od kilku tygodni chodziła za mną pewna myśl, która coraz bardziej nie dawała mi spokoju. Wiedziałam, że najwyższy czas podjąć decyzję. Wciąż miałam wiele wątpliwości, a jednak coś wewnątrz mi podpowiadało, że jest to dobry pomysł.

W końcu zdobyłam się na odwagę i poruszyłam temat. Witek po krótkiej rozmowie zgodził się, ale postanowiłam skonsultować to z Marysią. W końcu ona powinna podjąć ostateczną decyzję.

Marysia siedziała przy biurku w swoim pokoju, kiedy pewnego kwietniowego wieczoru zajrzałam do niej. Ubrana była w różową bluzkę z długim rękawem i dżinsową spódniczkę. Włosy zebrane w kucyk nie przeszkadzały, kiedy pochylała się nad kartką. Na biurku trudno było znaleźć skrawek pustej powierzchni. Można było za to natknąć się na wiele kolorowych pudełeczek, pocztówki z odległych miejsc, przybory do rysowania, ulubione malutkie figurki, małe karteczki, dwie skarbonki i wiele innych szpargałów, których absolutnie nie wolno wyrzucić. Usiadłam na łóżku i popatrzyłam na córkę. Przez chwilę rysowała, w końcu odłożyła kredki i podniosła rysunek do góry, żebym mogła zobaczyć.

- Patrz mamusiu, co narysowałam- na kartce prezentował się pies Piorun, co można było poznać po bardzo wyraźnej błyskawicy zaznaczonej na jego boku. Chyba miał wszystko, co należy się psu, nie wyłączając ogona.

- Ładny- pochwaliłam i zaraz dodałam- Marysiu, chciałabym z Tobą porozmawiać.

- Tak? A o czym?- zapytała z roztargnieniem, nie patrząc na mnie. Położyła rysunek na biurku i sięgnęła po brązową kredkę. Najwyraźniej zamierzała jeszcze coś dorysować.

- O wakacjach- odpowiedziałam- Wiesz, że planuję pojechać do Hiszpanii i przejść kawałek camino.

- Tak, wiem- powiedziała Marysia swoim wszystko-wiedzącym tonem nie odrywając kredki od powierzchni kartki. No tak, Piorunowi brakowało jeszcze uśmiechu od ucha do ucha.

- I tak sobie pomyślałam….- urwałam na chwilę, żeby zaraz dokończyć- że może jednak poszłybyśmy razem. Co Ty na to?

Marysia gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę a jej oczy zapłonęły.

- Naprawdę?! Mogłabym z Tobą pójść?- wykrzyknęła i skoczyła na podłogę.

Wiedziałam, że nie będzie trzeba jej długo przekonywać. Rozmawiałyśmy o camino wiele razy i zawsze mówiła, że też chciałaby przejść ze mną tę drogę, a ja za każdym razem mówiłam, że to dla niej za wcześnie. Teraz sama jej to proponuję. Nie do wiary. Postanowiłam jednak sprawdzić, ile jest w niej zapału.

- W sumie dlaczego nie spróbować pójść razem? Tylko, że to nie będzie łatwa droga, Marysiu- powiedziałam poważnie- Na pewno trzeba będzie wstawać codziennie bardzo wcześnie i dużo chodzić. Myślisz, że dasz radę?

- Przecież ja umiem dużo chodzić- powiedziała z przekonaniem- Byłyśmy razem w górach. Weszłam na Kasprowy Wierch jak miałam cztery lata- na własnych nóżkach! A w zeszłym roku też chodziłyśmy i zdobyłam dwutysięcznik. Pamiętasz?- Marysia nie mogła ustać spokojnie w jednym miejscu. Zachowywała się tak, jakby do stóp miała przyczepione małe sprężynki.

Uśmiechnęłam się.

- Pamiętam, oczywiście, że pamiętam. Jednak taka pielgrzymka to nie to samo. To będzie dużo dłuższa wyprawa niż jednodniowe wycieczki w góry. Będziemy szły z plecakiem i każdego dnia będziemy spały w innym schronisku…

Znów podskoczyła.

- W schronisku?! Super! Przecież wiesz, że zawsze chciałam spać w schronisku!

- Ale nie będzie tam zbyt wiele atrakcji dla dzieci…- ciągnęłam- Myślę, że w ogóle nie będzie tam dużo dzieci. Możesz się nudzić.

- Niee, chyba nie będę się nudzić- powiedziała, drapiąc się po głowie, jednak nie brzmiało to zbyt przekonywująco.

- No i cały czas będziemy szły pieszo- drążyłam dalej.  

- To co? Tam nie ma autobusów?- zapytała z niedowierzaniem, robiąc na chwilę przerwę w podskokach.

- Są, ale jak wiesz camino jest drogą pielgrzymkową i powinno się ją przejść. Ewentualnie przejechać na rowerze lub na koniu- wyjaśniłam.

- Na koniu…. – rozmarzyła się- Szkoda, że nie mamy konia…- powiedziała ze szczerym żalem.

- Też żałuję, że nie mamy- odpowiedziałam uśmiechając się lekko.

Marysia przez chwilę zastanawiała się, a potem zapytała:

- Mamusiu, a czy jakieś dziecko przeszło już camino?

- Z tego co wiem, pewien siedmiolatek przeszedł ze swoimi rodzicami całą drogę…

Zrobiła grymas, jakby niezbyt spodobała jej się ta odpowiedź, ale zaraz potem coś przyszło jej do głowy.

- Siedmiolatek to starszy ode mnie- stwierdziła.- A takie jak ja?

- Nie słyszałam- odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Uśmiechnęła się i z nadzieją w głosie powiedziała:

- A! To ja byłabym pierwszą sześciolatką, która przeszła camino?

- Niecałe Marysiu. Przeszłybyśmy tylko kawałek… ale pewnie tak…- czułam, jak mała dusza wielkiego zdobywcy rosła…

- To świetnie!- wykrzyknęła i zaczęła tańczyć- Pójdę na camino! Pójdę na camino!

Podniosłam się z łóżka.

- Zróbmy tak… Zastanów się jeszcze, czy na pewno chcesz iść ze mną. Czy dasz radę i czy uważasz, że będzie ci się podobało. Jutro dasz mi odpowiedź, dobrze?

- Dobrze, mamusiu- powiedziała Marysia i przytuliła się do mojej nogi.

Uśmiechnęłam się i pogłaskałam ją po głowie. Wiedziałam dobrze, jaka będzie odpowiedź…


Dodaj komentarz »

Anna Niedziela-Strobel :: 19.01.2014 01:31
Zamiast początku

Marysia- 6-letni pielgrzym

Estrella del camino. Gwiazda szlaku św. Jakuba, drogi do Santiago de Compostela. Piękna, roztaczająca urok wszędzie tam, gdzie tylko się pojawi. Wskazuje szlak, którym i Ty podążasz. Znika, gdy idziesz szybko. Mija Cię, gdy odpoczywasz i nabierasz sił, a wtedy uśmiechasz się, bo wiesz, że skoro ona tu jest- radosna, choć często zmęczona- uda się i Tobie. Osiągniesz cel swojej wędrówki, wypełnisz obietnicę, intencję, dane słowo.

Marysia, sześcioletnia dziewczynka z Polski, przez innych nazywana podczas  drogi „Marija”, szła do Santiago z „kijkiem-przyjacielem” w jednej ręce i z mamy dłonią w drugiej. Mały, turystyczny plecak z przyczepioną muszlą św. Jakuba i białym, pluszowym pieskiem, stał się znakiem rozpoznawczym niezwykłego pielgrzyma. Po kilku dniach przemierzania drogi znaczonej żółtymi strzałkami pozdrawiana życzliwie przez wszystkich „starych” pielgrzymów.

Marysia szła do Santiago de Compostela zmieniając camino i napotkanych na niej ludzi. Zdecydowanym i żywym krokiem pokonywała drogę, wzbudzając zainteresowanie, uśmiech, czasem powątpiewanie, niekiedy zachwyt. Wszystkich dookoła zadziwiała ta mieszanka radości dziecka spragnionego zabawy, wrażliwej dziewczynki dostrzegającej piękno w zwyczajnym patyku oraz człowieka- ciekawego wszystkiego: dlaczego, co, skąd, po co, jak daleko jeszcze… Nikt nie potrafił przejść obojętnie. Choćby odwrócić się i z ciekawości spojrzeć w ukrytą pod białym kapelusikiem twarz małego pielgrzyma… A kiedy zobaczyło się zielone, ciekawe wszystkiego oczy i kosmyki złoto-brązowych włosów, trudno było nie uśmiechnąć się i nie pomyśleć, cóż za niezwykła dziewczynka. Dziecko- pielgrzym, uśmiechające się bez względu na zmęczenie i przebyte kilometry, wykrzykujące wesoło pozdrowienie: „buen camino”.

Małe stopy dorównywały kroku dorosłym, a rączka przez większą część drogi trzymała dłoń mamy silnym uściskiem, co pomagało przebyć niezwykłą jak na wiek odległość. Podczas swojej trzynastodniowej wędrówki Marysia pokonała 202,5 km, rozpoczynając marsz w Ponferradzie, a kończąc jak wszyscy pielgrzymi w Santiago de Compostela. Można powiedzieć, cóż to jest 200 kilometrów w porównaniu z całym szlakiem liczącym niemal 800? W sumie niewiele- dla dużego, silnego mężczyzny. Nawet dla nie wprawionej w marszach starszej kobiety. Dla sześcioletniej dziewczynki oglądającej świat z perspektywy swoich 125 centymetrów wzrostu, codzienny, około dwudziestokilometrowy marsz, to duże wyzwanie wymagające siły, nie tylko fizycznej. Niewątpliwie dłoń matki dawała wsparcie, pewność i bezpieczeństwo, ale bez wewnętrznej wytrwałości, bez ciekawości świata sprawiającej, że każdy dzień jawił się jako nowy i pełen kolejnych wrażeń czas, wreszcie bez odwagi i charakteru zdobywcy, przejście camino nie byłoby możliwe.

Pozostaje tylko pytanie, czy dla sześcioletniego dziecka marsz jest jedynie przygodą czy jednak też pielgrzymką? Według zasad nie jest to pielgrzymka, bo nawet po przejściu 200 kilometrów małe dziecko nie dostanie composteli, zaświadczenia o odbyciu pielgrzymki, wystawianego w Santiago każdemu, kto udokumentuje przejście minimum 100 kilometrów. Dopiero po przyjęciu pierwszej komunii świętej dziecko może stać się świadomym pielgrzymem. Tak według zasad kościelnych. A w rzeczywistości, to co działo się podczas drogi w sferze religijnej Marysi, a przez to i mojej, może być przykładem tego, że i dziecko na swój własny sposób jest pielgrzymem, czasem bardziej świadomym niż niejeden dorosły…

Idąc drogą pielgrzym powierza siebie Bogu, modli się, skupia na otaczającym go świecie, rozmyśla, pyta, szuka odpowiedzi. 6-letni pielgrzym też pyta. Właściwie nie przestaje pytać. Pojawiają się dziesiątki zaskakujących stwierdzeń, tak, że i Ty zaczynasz się zastanawiać: „No właśnie, dlaczego tak jest? Wcześniej o tym nie myślałam w ten sposób. Może rzeczywiście…” Wiele pytań wówczas pozostało bez odpowiedzi, bo trudno być jednocześnie ekspertem od spraw religii, biologii, geografii, historii, filozofii, nauk ścisłych, języków obcych…

Warto jednak szukać odpowiedzi. Dla wszystkich ciekawskich dzieci, dla rodziców, którzy czasem zastanawiają się, jak wyjaśnić dziecku „poważne sprawy” lub prozaiczne rzeczy, ale też dla wciąż niezdecydowanych a myślących o pójściu szlakiem św. Jakuba. Wreszcie po to, by Marysia wiedziała, że bycie z nią rozwija i skłania do refleksji. Zmienia i wskazuje drogę. Jak gwiazda. Jak „estrella” Drogi Mlecznej, jaką niewątpliwie pozostanie we wspomnieniach tych, którzy mieli przyjemność spotkać ją podczas swojego camino.


Komentarze (3): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Bożena :: 28.01.2014 13:31 Camino
  • Bożena :: 28.01.2014 13:34 Camino jestem pod ogromnym wrażeniem gratuluję. Zaczynam czytać publikacje i opinię bo pragnę też pójść jak mówią młodzi szacun
  • q :: 30.07.2017 00:01 todo lo mejor


Dodaj komentarz »

Estrella del camino- 6-letni pielgrzym w drodze do Composteli

Autor: Anna Niedziela-Strobel
Ostatni wpis: 19.01.2014 22:40
Odwiedziny: 10884 (od 19.01.2014)

Archiwum:
  • styczeń 2014 (12) »