07/2016
Moja Droga

Paweł Łączkowski :: 19.07.2016 09:13
Konie w górach, Knut z Grenlandii, kuchnia bez naczyń

Dzień dwudziesty pierwszy, 24 września, środa, z Villafranca del Bierzo do El Cebreiro, 36 km. Idę w tempie 5,30 km/h, ból nogi jakby minął (?), od miejscowości Les Herrerias właściwie cały czas pod górę. Przechodzę pod autostradą położoną w górach na olbrzymich słupach. Po raz pierwszy zauważam radosną grupkę Brazylijczyków, którzy będą od czasu do czasu pojawiali się do końca mojego pielgrzymowania. Mijam samochodziki dostawcze Jacotrans. Za 5 Euro można zamówić transport plecaków do określonej albergi. Rano zabierają, a wieczorem plecak czeka na łóżku. I tu jest drobny problem, bo ja idę cały dzień z plecakiem, a wieczorem nie jestem pewien noclegu, bo „już zajęte” przez plecaki „pielgrzymujących inaczej” - tylko z butelką wody albo z komórką na plecach. Mijam i pozdrawiam dwóch Hiszpanów i Amerykankę, którzy idą razem. Mimo że nic nas nie łączy, lubimy się. Robimy wspólne zdjęcie. Na postoju oglądam koniec mojego kostura, który jest zupełnie rozwarstwiony, zużywa się. Teraz ostre podejście do wioski La Faba. Co bogatsi na te 5 km wynajmują konie i wyprzedzają mnie wtedy idące rumaki. Za La Fabą (w której robi mi ktoś zdjęcie, jestem na nim bardzo podobny do rzeźby pielgrzyma sprzed pałacu w Leon) cudne widoki na górskie pasma, doliny, w pełnym przyjaznym słońcu. Mijam zabudowania, gdzie żyją biednie z rachitycznego rolnictwa. Wchodzę do Galicji, co dokumentuje kamień, bardzo charakterystyczny, widniejący w wielu folderach. I tak, późnym popołudniem, dochodzę do El Cebreiro, górskiej wioski, położonej na przełęczy, z której roztacza się widok na dwie doliny. Wieś turystycznie kultowa, z niewieloma bardzo drogimi, zajętymi pensjonatami. Ale zanim wszedłem do wsi, pierwsze kroki skierowałem do kościoła, słynącego z relikwii Przemienienia Pańskiego. Pomyślałem, że najpierw się przywitam z Bogiem, a później zacznę się rozglądać za noclegiem. Byłem na Mszy św. po holendersku. I dobrze zrobiłem, bo później okazało się, że jedyna alberga we wsi, 80-miejscowa, jest zajęta, completo. Przemieszczałem się coraz bardziej zdesperowany i bezradny po miejscowości, aż wyłowił mnie siedzący przy piwie chłopak o imieniu Knut, Grenlandczyk, i zapytał, czy nie chcę biletu do albergi, bo on ma, ale chce iść dalej. To był jeden z cudów, jakich wiele doznałem na moim Camino. W alberdze przy przesuwaniu skarpetek na linkach suszarki ktoś zagadał po polsku, to był fotografik Jacek z Bielefeld z Niemiec, od 22 lat tam mieszkający, z paszportem polskim i niemieckim. Wieczór spędziłem z nim. Nie mogliśmy zrozumieć filozofii Hiszpanów, którzy w alberdze zamontowali nowoczesną eurokuchnię, a wszystkie szuflady w niej były puste, nie było żadnych naczyń. Widocznie wszyscy turyści mają stołować się w barach, restauracjach. Tylko wobec tego po co ta kuchnia? Ponieważ kupiłem i odgrzałem sobie flaki w puszce, to później w tej puszce gotowaliśmy wodę na herbatę. I tak w XXI wieku medytowaliśmy nad tym, jak niewiele człowiekowi jest potrzebne do przetrwania, jak można minimalizować swoje potrzeby.


Dodaj komentarz »

Paweł Łączkowski :: 14.07.2016 12:25
Bez tytułu :)

Dzień dwudziesty, 23 września, wtorek, z Ponferrady do Villafranca del Bierzo, 30 km. Dziś widzę tabliczkę, że 194,5 km do Santiago. Z radością spotykam Jesusa, idziemy razem jednym tempem. Jemy kiść winogron. Jesus zostaje w miasteczku, by kupić ładowarkę do aparatu telefonicznego. Obiecujemy sobie jeszcze spotkanie. W miejscowości Cacebelos widzę przedziwny mur kościelny, wewnątrz którego zbudowano boksy do spania – nietypowo usytuowana, ale pewnie wygodna alberga. Dążąc do Villafranca del Bierzo, na przedmieściach w czyimś ogrodzie dostrzegam przedziwne rzeźby miejscowego artysty, któremu do wypowiedzi posłużył beton. Do miasta wchodzę nie prostą drogą, ale nadkładając kilka kilometrów, tak jak prowadzą strzałki, jakby dookoła. Tak na Camino jest często. Pierwsza alberga, municypalna, jest „completo”, co nieco podnosi mi ciśnienie, ale bez większych trudów znajduję nocleg w samym centrum w monumentalnej budowli, dawnym klasztorze. Tam spotkałem w większości emerytów, małżeństwa, które po południu odpoczywały na łóżkach obok siebie. Często lekko przytuleni, trzymający się za ręce. Miły Francuz z opatrunkiem na nodze powiedział mi, że Camino skierowało go na kilka dni do szpitala, a teraz, po wypoczynku, zamierza iść dalej. Jutro, jak będzie dobrze, przejdzie 14 km. Ja w duchu planowałem 30-40. Byłem na Mszy św. w pięknej katedrze, siedziałem na chórze, w pięknych zabytkowych stallach. Kolację zjadłem w rozhukanym towarzystwie Murzynów, którzy chyba gdzieś tu pracowali. Bardzo ruchliwi, hałaśliwi byli. Ale niegroźni.


Dodaj komentarz »

Paweł Łączkowski :: 13.07.2016 14:11
Odrzuciłem grzechy?

Dzień dziewiętnasty, 22 września, poniedziałek, z Foncebadon do Ponferrady, 30 km. Z tym wyjściem i tak było zbyt późno, bo wszyscy wyszli przede mną. Ruszyłem ok. 7 rano. Początkowo w ciemnościach, dlatego każdy idący świecił sobie latarką. Wyglądało to bardzo tajemniczo, jakby w górę wspinał się świetlny wąż. I ta cisza... Niestety, zaczął siąpić deszczyk. Na górze Cruz de Ferro stoi krzyż, pod którym usypano kamienny kopiec, złożony z kamyków, które każdy przynosi sprzed własnego domu. Odrzucenie tego kamienia oznacza symboliczne odrzucenie grzechu. Ja miałem kawałek granitu, miałem też muszelkę - intencję od Martyny. Długo zastanawiałem się, gdzie i jak położyć muszelkę, aby nie została zaraz podeptana. Przeszkadzały ciemności i coraz bardziej lejący deszcz. Tam powoli zaczęło się dla mnie cierpienie. Ból prawej nogi, strumyczki zamieniające się w strumienie padającej wody. Deszcz w górach zawsze napawał mnie lekkim lękiem, zaś tutaj, 3 tys. km od domu, tym bardziej! Było ciężko, a przy tym, łatwo się domyśleć, wszyscy mnie wyprzedzali. Stąpałem powoli, lękając się, że jeden nierozważny krok może zakończyć moje Camino. Rozczuliła mnie żółta strzałka skierowana prosto w głęboką kałużę. Ale najpierw odwiedziłem przedziwną albergę, bez prądu i innych cywilizacyjnych wygód, gdzie spało 5 mężczyzn, 1 kobieta i prawdziwy... wilk. W Manjarin mieszka pewnie ostatni templariusz, który kultywuje dawne tradycje, ubiera się w tradycyjny strój. Osobliwość lokalna. Po pewnie dwóch godzinach wędrówki górskim szlakiem w deszczu z wielką radością dostrzegłem dachy domostw El Acebo. Śliczne El Acebo... jak w domu! I zaświeciło słońce! Do dziś pamiętam ulgę po przejściu gór i smak kawy w pierwszym barze. Serwowali w wielkich kubkach i było „Wi-Fi bez hasła” :). Ponieważ nie przemokłem, po ogrzaniu się ruszyłem do następnej miejscowości, w dół. Na tym odcinku była jedyna skała, która przypominała górski szlak w Tatrach, trzeba było nie lada uwagi, by z niej zejść. Kolejna kawa w Mollinaseca, i w dół. Teraz szlak górski był bardzo ładny. Cały dzień szedłem sam. Zaplanowałem dojść do Ponferrady, jeszcze 8 km. Z daleka widziałem charakterystyczną wieżę kościoła, niestety, jeszcze daleko. Później słyszałem i widziałem latający ponad miastem helikopter. Okazało się, że w Ponferradzie odbywały się tego dnia mistrzostwa świata w kolarstwie. Później dowiedziałem się, że mistrzem został Polak, Michał Kwiatkowski. Nie spodobało się to Jesusowi, którego parę dni później znów spotkałem, a który kibicował kolarzom hiszpańskim, oczywiście. Na parkingach w Ponferradzie stało mnóstwo camperów, aut - sypialni, z rowerami na bagażnikach. W olbrzymiej alberdze dostałem łóżko na parterze, nade mną mieszkał Japończyk, który po późnowieczornym „menu peregrinos”, do którego dodawano wina do woli, miał kłopoty z wejściem po drabince do łóżka. Za to tuż po przybyciu do pokoju przywitałem się z Hiszpanem, kolarzem, który poczęstował mnie batonikiem. Taki prosty, miły gest na obczyźnie. Ponferrada słynie z doskonale zachowanego zamku templariuszy, który obszedłem z zewnątrz, w drodze na zakupy. Coraz bardziej dokuczała mi lewa noga.


Dodaj komentarz »

Paweł Łączkowski :: 08.07.2016 12:35
Budzi mnie znów śpiew gregoriański, wieczorm niepowtarzalne Foncebadon

Dzień osiemnasty, 21 września, niedziela, z Astorgi do Foncebadon, 30 km. O 6.00, po raz drugi i ostatni, obudził mnie chór gregoriański. To niesamowite przeżycie, jak ta muzyka umiała nas zachęcić w alberdze do wstawania. Wstąpiłem do otwartej już katedry po błogosławieństwo, widziałem mnóstwo ludzi zajętych wynoszeniem dokądś kilkunastometrowych sztandarów, część mężczyzn miała skórzane pasy na sobie. Wyobrażam sobie, że mieli wspinać się na te chorągwie w jakichś zawodach. Zmienia się krajobraz na pagórkowaty. Pojawia się napis, że do Santiago 245 km, z czasem będę tych zmniejszających się liczb wypatrywał z większą gorliwością. W Sta Catelina de Somoza przy barze jem posiłek. Ludzie oblegają te bary, sklepy, odpoczywają przy nich, robią zakupy. To spora część uroku Camino. Widzę parę jadącą na rowerach, on ciągnie na wózku ciężary. Nie szło im łatwo pod górkę. Przed wsią El Ganso mijam kompletnie wypalone z trawy boisko do piłki nożnej, znak, że słońce operuje tu nieźle. Mijam miejsce, gdzie pielgrzymi wieszają sporządzone z patyków krzyże. Gdy jeden zacznie, po jakimś czasie pojawiają się tysiące, na kilkuset metrach... No i przychodzę do Foncebadon, górskiej wioski, bez asfaltu, bez internetu, z jednym sklepem. Trafiam do albergi parafialnej, donativo. Na wstępie częstują mnie popcornem. Najpierw zaintrygował mnie widok czterech pań spisujących wrażenia po kolejnym dniu drogi. Tutaj większość idących wieczorami robi notatki. Ja nie miałem wówczas ani nastroju, ani sił. Pisałem na gorąco krótkie hasła, które teraz odtwarzam, rozwijam na papierze. Przed kolacją barwny tłumek śpiewał na werandzie albergi miłe piosenki, nastrój szampański się udzielał. Na fotografiach widać wspólny posiłek, suto zaprawiony winem, dlatego uśmiecham się serdecznie. Pytam hostelero, o której należy wyjść w drogę, by za jasna dotrzeć pod Cruz de Ferro, ustalamy, że o 8.00.


Dodaj komentarz »

Paweł Łączkowski :: 07.07.2016 13:08
10 eurocentów w katedrze w Astordze

Dzień siedemnasty, 20 września, sobota, z Villadangos del Paramo do Astorgi, 32 km. Dobrze spałem, przed wyjściem rozmawiam z Polakiem, który z rowerem czekał, aż będzie jasno. Nie da się rowerem po caminowych dróżkach jeździć w ciemnościach. Dziś trafiam na biedny region, widoki, które u nas można było oglądać ze 40 lat temu, no chyba że na wschodnich terenach Polski do dzisiaj. Widziałem psa leżącego na kupie gnoju, na łańcuchu, krowy w zagrodzie z żerdzi, śmieci porzucane jak u nas. Pierwszy raz w życiu widziałem winogrona w skrzynkach, na przyczepie ciągnikowej. W miejcowości Hospital de Orbigo znów zabytkowy, długi most nad rzeką Orbigo. Przed Astorgą dziwaczny Hiszpan prowadzi kramik spożywczy przydatny pielgrzymom, donativo. Przechodzący masażysta „poprawia” mu kręgosłup, ktoś się z nim na coś wymienia. Ruch w interesie. Ja część trasy idę z Jesusem, który jest miłym kompanem. Zdarzyło się, że równocześnie odmawialiśmy modlitwę „Ojcze nasz” w swoich językach. Astorga (rzymskie miasto, o historycznej nazwie Asturica Augusta) jest ślicznie położona, na wzniesieniu, ma mnóstwo zabytkowej architektury. Pozwoliło mi to na zjedzenie posiłku na tarasie albergi, z widokiem zapierającym dech w piersiach. Ponieważ pod stopą zaczęło mi coś brązowieć, udałem się do szpitala. Miła lekarka wzięła telefon z funkcją elektronicznego tłumacza i poszukała słowa: „no tężec” – co miało oznaczać, że nie ma przeszkód, bym szedł dalej. Przy katedrze w Astordze jest taki dziwny budynek, pałac biskupa, w stylu bajek Disney'a, podobno biskupi nigdy w nim nie zamieszkali. A katedra... jak większość wielkich kościołów zabudowana we wnętrzu, tak że ołtarza nie widać. Za to z zabytkowym chórem. To wymusiło, we współczesnym świecie, wieszanie na filarach z tyłu telebimów, tak by wierni z tyłu mogli śledzić, co się dzieje przy ołtarzu. Ja usiadłem pod filarem, zdjąłem buty, by ulżyć nogom. A tu staruszka chciała mi dać 10 eurocentów – widocznie wzięła mnie za żebraka :). A przed katedrą tłumek ludzi w barwnych strojach ludowych, w końcu sobota i rozmaite okazje do świętowania.


Dodaj komentarz »

Paweł Łączkowski :: 04.07.2016 09:21
Spotkanie z Jezusem

Dzień szesnasty, 19 września, piątek, z Villarente del Puente do Villadangos del Paramo, 40 km. Przedmieścia Leon są zupełnie jak przedmieścia Burgos - przemysłowe, z tym że tutaj łatwiej było znaleźć katedrę. Padało. Dopadł mnie o poranku telefon od moich zaprzyjaźnionych Hiszpanów, że oni będą po południu na placu katedralnym i chcą ze mną zjeść obiad. Bo oni kończą swoją pielgrzymkę w Leon (credencial jest ważny całe życie, można składać w dowolnym czasie odcinki Camino). Niestety, oznaczałoby to dla mnie utratę jednego dnia, bo po 10 km, które zrobiłem, musiałbym w Leon stanąć na nocleg, a tego nie mogłem zrobić. Z żalem odmówiłem. Do katedry nie wszedłem, bo bilet kosztował tyle, co nocleg (kutwa ze mnie), a przy tym ja mam priorytet, dojść, a nie zwiedzać. Za rynkiem w Leon widziałem napis, że do Santiago jest 306 km. Przeszedłem tego dnia 40 km, by wieczorem przeczytać, że do Santiago jest... 298 km. Te oznaczenia... :) Przed pałacem w Leon postawiono sugestywny pomnik pielgrzyma, strudzonego starca – zrobiłem sobie przed nim zdjęcie. Zaraz potem próbowali mnie zagadywać świadkowie Jehowy, po rosyjsku, grzecznie się wymówiłem. Po południu trafiam na metę do miłej albergi, natykam się na brodatego Tasmańczyka, którego już spotykałem, on pożycza mi nożyczki i obcinam kawałek paznokcia u nogi, który zrobił się już całkiem czarny. Spałem z Hiszpanem o cudnym imieniu Jesus. Obudził mnie ból nogi o drugiej w nocy. Przypadkiem (?) obudził się też Jesus i podał mi swoją maść na bóle... Tak to się dzieje na Camino.


Dodaj komentarz »

Moja Droga

Autor: Paweł Łączkowski
Ostatni wpis: 06.09.2016 11:11
Odwiedziny: 7762 (od 02.06.2016)