Camino de Santiago

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

09/2018
Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Grzegorz Szkibiel :: 11.09.2018 16:40
5 sierpnia 2018: Stedten -- Schmira

Nie śpieszymy sie dziś, także z wyjściem. Jest niedziela. Msza święta będzie pewnie w Erfurcie, chociaż może coś znajdziemy po drodze.  

  

Idzie sie przyjemnie. Droga wiedzie alejkami. Zacząłem się zastanawiać, gdzie jest ten słynny las turyńgski - cały czas mamy pola. Oglądamy dokładnie każdy kościół z nadzieją znalezienia jakiejkolwiek mszy, czy nabożeństwa - godzina  (9 rano) jest akurat taka, że coś się powinno znaleźć. Jednak nie ma.

Przysiedliśmy na ławce przed jednym z kościołów i chyba długo tam siedzieliśmy, bo zadziałał "monitoring sąsiedzki". Pojawił się pewien pan, który zaproponował nam pieczątki.

Potem znowu mam długą prostą przez pole, bez cienia. Przecinamy tory kolejowe i podziwiamy dalekie pejzaże. Erfurt jest coraz bliżej.  

Tu jeszcze ceny pensjonatów były na poziomie kilkunastu euro, ale w schroniskach płaciliśmy tradycyjnie 5 od osoby. 

Erfurt już jest bardzo blisko, uwagę przykuwa ciekawy pojazd ze słomy. Wkraczamy do stolicy Turyngii. Naszą trasą kursuje tramwaj. Ulica wydaje się być szeroką i długą. W końcu dochodzimy do jakiegos miejsca, gdzie można coś zjeść -- chińska, czy tajska restauracja. Zasiadamy i jemy obiad.

Chwilę później wkraczamy w uliczki starego miasta. 

Mieliśmy jeszcze sporo czasu do mszy oraz ochotę na lody. Do ceny powyżej euro za gałkę, już się przyzwyczailiśmy - zresztą u nas jest podobnie. Natomiast, nie zależało nam na staniu w kolejce - a tu co lodziarnia, to dłuższa kolejka. No i w końcu trafiliśmy. W sumie, to nawet wydziwialiśmy, że coś tu chyba nie w porządku z tymi lodami, bo nie ma kolejki.

Stare miasto ucięło się dużym placem, nad którym górowała katedra. Dojście było przez jakąś scenę z wieloma wrakami samochodów. Mieliśmy dużo czasu, więc zwiedziliśmy całą katedrę - ponownie paszport pielgrzyma okazał się dobrym biletem wstępu. Msza (celebrowana przez samego biskupa) odbyła się tylko w tej zaokrąglonej części. Po mszy zagadnęła nas jedna dziewczyna na rowerze. Też pątniczka, pytała gdzie idziemy na nocleg. Nie chciała nocować w mieście ze względu na rower. Schmira wydała jej się dobrym wyborem. 

Minęła juz godzina 19 i cienie wydłużyły się na tyle, że zrobiło się całkiem przyjemnie. Jeszcze kilka ulic i wyjście z miasta. Żegna nas drogowskaz: Santiago 2940 km. W dalszym ciągu jest to totalna abstrakcja. Przeszliśmy zaledwie 800 km...

Drzewo w doniczce też przyciąga uwagę. Tuż przed Schmirą dogoniła nas nasza znajoma na rowerze, droga była taka, że nie za bardzo dawało się rowerem jechać. W efekcie spotkaliśmy się znów pod schroniskiem, którym ponownie okazał się nieczynny kościół. 

W zasadzie można by tu już skończyć, gdyby nie pewien incydent: pomyliłem numery telefonów i zamiast zadzwonić po klucz zadzwoniłem do Eckartsbergi. Po chwili poznałem gospodynię po głosie, ale ona poznała mnie szybciej, bo zaczęła wypytywać o to gdzie jesteśmy i czego od niej chcemy. Pozdrowiłem i przeprosiłem. Za drugim razem numer telefonu był właściwy.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 10.09.2018 20:39
4 sierpnia 2018: Eckartsberga -- Stedten

W notatniku zapisałem: dobrze się spało. Po wyjściu z Herberge łapiemy trochę chłodnego powietrza. Dzień wcześniej marzyłem, żeby zmarznąć - w tym roku mi się to nie udało. Wetter.de podało 0% na deszcz. Nie widać żadnych chmur. Idziemy po pagórkach w miejscowości, ale już za chwilę wychodzimy na równinę. Drogi są proste i ciągną się po horyzont. Drogi wysadzane są drzewami, więc przy odpowiednim kierunku marszu mamy cień. Gdzieś na jakiejś prostej mijamy granicę landów. Żegnamy Saksonię Anhalt i witamy Turyngię. 

Idziemy wyjątkowo szybko, albo droga szybko mija. A może po prostu, w końcu się "rozchodziłem" i mogę teraz iść do samej Hiszpanii. W każdym razie, zdziwiłem się mocno, jak się dowiedziałem, że przeszliśmy już połowę drogi.

Dróg asfaltowych za dużo tu nie było, ale przy żadnej z nich nie było cienia. Trochę chłodu, jeśli to można nazwać chłodem, jest w miejscowościach. 

Dochodzimy do Buttelstedt. Asfalt się kończy i wchodzimy w rozgrzane, brukowane uliczki. Tu robimy zakupy. Do końca zostało jakieś 6 i pół kilometra. Przy okazji korzystamy z pizzerii na przeciwko sklepu. Wtedy naszło trochę chmur i zerwał się wiatr. Mija nas jakiś osobnik w kapeluszu - wygląda na pielgrzyma.

Za Buttelstedt wchodzimy na ścieżkę rowerową i idziemy wzdłóż krzewów i drzewek owocowych, które nas odgradzają od szosy. W pewnym momencie doganiamy pielgrzyma, który nas minął, gdy jedliśmy pizzę. Lutz - tak się przedstawił - jest hodowcą koni i pochodzi z okolic Drezna. Stamtąd też szedł i zamierzał dojść do Vachy. Czas nam upływa na przyjemnej rozmowie.

Jeszcze trochę wzdłóż drogi, a potem na skróty przez pole. Dochodzimy do Stedten. Tu przy schronisku trzeba zadzwonić, ale przecież mamy Lutza - Sprachfuerera - jak się sam nazwał. Po chwili przybchodzi żwawa babcia z uśmiechem na twarzy i wita nas słowami: Oma kommt. Nocleg mamy w kościele zamienionym na świetlicę wiejską. Jak powiedziała Oma, dawno tu nie było Gottesdienst. Kamienne kościoły dają pożądany chłód, ale nie ma pryszniców - trzeba sobie radzić z miską.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 05.09.2018 19:48
3 sierpień 2018: Freyburg -- Eckartsberga

Tym razem nie spieszyliśmy się z rana, chociaż dzień zapowiadał się bardzo gorący. Ale tak się złożyło, że około 5 km od startu trzeba było skorzystac z promu, który ruszał o godzinie 9.00. Stąd brak pośpiechu. Rozważaliśmy skorzystanie z mostu, ale to oznaczałoby też ominięcie Naumburga i największej w Niemczech katedry romańskiej, albo totalną kombinację. 

Warsztat samochodowy, nad którym było schronisko, wciąż był zamknięty. Na niebie nie było nawet najmniejszej chmurki. Czuć jeszcze było chłód poranka. Ruszyliśmy najpierw parkiem wzdłóż rzeki Saale, potem ją przekroczyliśmy przy śluzie i uliczkami Freyburga poszliśmy na południe.

Potem krajobraz był ciekawy, chociaż monotonny w opisie: po prawej mieliśmy łąki, pastwiska i rzekę, a po lewej winnice. Generalnie, cały czas szliśmy w cieniu wzgórz korzystając z przyjemnego chłodu.

Kiedy dolina się otwierała, czuć już było żar, który na nas czeka, jak wyjdziemy z cienia. Rzucałem pomysły typu: rzućmy wszystko i zacznijmy hodować winogrona i robić znane na cały świat wino SchlafenSchoene, bo Czerwony kapturek jest już zajęty. W pewnym momencie naszą uwagę przykuła płaskorzeźba. Na przeciwko była też tablica z objaśnieniem, kto to wyrzeźbił i co tam jest przedstawione. 

Szukałem informacji w internecie, ale okazuje się, że bardziej znanym z produkcji wina jest Freiburg gdzieś koło granicy ze Szwajcarią.

W końcu doszliśmy do przeprawy. Tu mieliśmy obowiązkowy postój, bo przewoźnik nie rozpoczął pracy przed 9. Trzymając w ręku dwa euro nuciłem sobie: Don't pay the ferryman, until he gets you to the other side Chrisa de Burgha. Oglądaliśmy też znaczniki "wysokiej wody" namalowane na domku przewoźnika. 

Rzeczka wydaje sie niezbyt szeroka ani głęboka, ale jednak pozostawiono tu prom jako atrakcję turystyczną. Po przepłynięciu rzeczki ruszyliśmy wzdłóż kampingu patrząc na kajakarzy szykujących się do spływu. Za kampingiem, szlak poprowadził na ukos przez łąkę i tu odczuliśmy po raz pierwszy w tym dniu, co to znaczy być na patelni -- potem już się do tego przyzwyczailiśmy. Poprzez system tuneli - schodów weszliśmy w ulice Naumburga.  

Nie poszliśmy dokładnie po szlaku, ponieważ prowadzi on jakoś dziwnie. Przeszliśmy obok zajezdni tramwajowej, potem w kierunku rynku głównego, obok kościołów i do katedry. Znowu paszport pielgrzyma okazał się przepustką do darmowego zwiedzania.

Tramwaje w Naumburgu, jak widać, używane są tylko w celach turystycznych. Miasteczko jest piękne. Jest co podziwiać. 

Nie wiem dlaczego na wieży ratusza wisiała biało-czerwona flaga, ale miło jest widzieć nasze barwy narodowe.

Katedrę zbudowano początkowo w stylu romańskim, a na podstawie bryły romańskiej wzniesiono gotycką nadbudowę. Od tego roku, katedra jest wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Stąd udaliśmy się już w dalszą drogę. Było już po jedenastej. Kiedy mijaliśmy rzekę przy wyjściu z Naumburga, słyszeliśmy dzwony. Odruchowo zacząłem Anioł Pański.

Panorama z zamkiem we Freyburgu pokazuje, że zbyt daleko nie odeszliśmy. Kiedy spojrzałem na ślad gps, wyglądało to jeszcze gorzej -- w zasadzie to nic nie uszliśmy i mamy do pokonania jeszcze grubo ponad 20 km. Zbliżało się południe a wraz z nim najgorętsze godziny dnia. Temperatura już dawno przeproczyła 29 stopni w cieniu i w dalszym ciągu rosła. Teraz czekało nas długie podejście. Wyrównałem swoje tempo i tak szedłem przez cały stok. Pot ściekał, a właściwie lał się strumieniami. Brukowana droga, wysadzana jabłoniami, zamieniła się żużlową drogę wiodącą przez pole. Potem był asfaltu, ale wciąż w pełnym słońcu. Lasy mogliśmy podziwiać w oddali. Trochę cienia dawały drzewa przydrożne.

Podobno trzeci dzień jest najgorszy - potem już się idzie. Ja zawsze miałem kryzys na drugi dzień. Tutaj się w końcu przyzwyczaiłem do upału i stwierdziłem, że lepiej nie będzie i nie było. Pięć litrów wody - tyle wypiłem tego dnia podczas drogi. Po przyjściu na nocleg wciąż chciało mi się pić. Upragniony las okazał się kilkunastoma drzewami już w granicach Eckartsbergi. Najpierw trzeba było podejść pod górę, potem lasem w dół a następnie znów pod górę, już uliczkami do noclegu na plebanii. Po "zainstalowaniu" odbyliśmy jeszcze ponad-kilometrową podróż dół-góra-dół-góra do sklepu. Po powrocie ze sklepu okazało się, że razem z nami nocują jeszcze dwie dziewczyny z Lipska. Zmieściliśmy się wszyscy.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 01.09.2018 21:01
2 sierpnia 2018: Merseburg -- Freyburg

Para pielgrzymów z Berlina jeszcze spała, kiedy podnieśliśmy się i zaczęliśmy się zbierać. Śniadanie, toaleta i wyszykowanie plecaków zajmije trochę czasu, więc i oni w pewnym momencie się obudzili i zaczęli zbierać.

Po wyjściu ze schroniska-kościoła, idziemy oddać klucze do piekarni i korzystając z okazji zamawiamy kawę. Straszyli nas deszczami i w tamtej chwili, faktycznie dzień nie zapowiadał się najlepiej. Ciężkie chmury i dość ciepłe, ale stojące powietrze nie nastrajały optymistycznie. Chociaż, z drugiej strony, trochę wody może się i przyda. 

Przekroczyliśmy Saalę i wspięliśmy się na wzgórze miejskie. Ponieważ zwiedzaliśmy wczoraj, więc teraz tylko mijamy spokojne i puste uliczki miasteczka.

Po opuszczeniu centrum, szlak wchodzi w park, gdzie akurat remontowany był deptak z systemem mostów - pomostów nad jeziorkiem. Nie idziemy wbrew napisom, że nie wolno, tylko przechodzimy przez park z ogrodem różanym a potem obok takiego mini zoo. 

Kruk trzymający w dziobie pierścień jest symbolem Merseburga. Być może związane jest to z jakąś legendą. W każdym razie jest to tutaj dość często spotykany motyw.

Po przejściu parków naszą betonową drogę zagrodził płot. Na szczęście, dało się przejść obok.

Chwilę później idziemy długą prostą przez pole. Oprócz wieży i kominów, widzimy też kłębiące się chmury, a nawet błyskawice. Wszystko wskazuje na to, że burza przejdzie bokiem. W oddali majaczą samochody. Jakby padało - schowamy się pod mostem. Niestety, po sprawdzeniu na mapie, okazuje się, że przechodzimy nad autostradą. 

... I jak widać, nie było w ogóle takiej możliwości. W sumie załapaliśmy się na jakieś pół godziny deszczu. W sumie nawet nie zmokliśmy, bo zanim kropla spadła, poprzednia już wysychała. 

Tuż za miejscowością Reipisch wchodzimy na ogródki działkowe, no i ktoś ze swojego ogródka zrobił taki ogródek do odpoczynku. Jest to dość przyjemne miejsce. Ławka po deszczu już zdążyła wyschnąć, więc decydujemy się na postój.

Dalej przemierzamy kolejną miejscowość po brukowanych drogach, a chwilę później wychodzimy nad jeziora powyrobiskowe, wzdłóż których idziemy jakąś taką drogą dla rowerów, która wcześniej była chyba oficjalną szosą. 

Po opuszczeniu jezior, przekraczamy szosę i wchodzimy na stary nasyp kolejowy, ale wcześniej nie przepuszczamy jerzyn (jeżyn?). Zapomnieliśmy już o deszczu, ale szlak wiedzie ocienioną alejką. Kiedy mijamy szosę, kierowca pozdrawia nas sygnałem. 

Nasyp kolejowy skończył się na szosie, bo z drugiej strony drogi był budynek. Po skręceniu w lewo, a potem w prawo weszliśmy na bardzo długą prostą. Gdzieś pod jej koniec stała ławeczka, z której skorzystaliśmy. 

Za ławeczką, droga wiodła lekko pod górę, potem po polu. Chwilę później przeszliśmy przez miejscowość i wyszliśmy na drogę wzdłóż wiatraków. Generalnie, wiatraki były ustawione w rzędzie obok drogi i droga była coraz to gorszej jakości po minięciu każdego kolejnego wiatraka. Słońce dawało sie coraz bardziej we znaki. Lasy i drzewa podziwialiśmy tylko z daleka. Wreszcie weszliśmy w obszar ogrodzony z trzech stron lasem -- nie ma siły, musimy teraz wejść do lasu. Droga zmierzała wprost do lasu, ale na skraju skręciła i poszła wzdłóż linii drzew. W końcu jednak zaczął się las -- przy ławce i Dębie Napoleona. 

Dokładnie, to Dąb Napoleona, to rósł sobie tutaj, ale wysechł, więc w jego miejscu posadzono nowe drzewo i zrobiono punkt odpoczynkowy. Las ciągnie się aż do Freyburga i, jak się okazuje, są różne metody przechodzenia go. Problemem jest nie cień -- to jest raczej błogosławieństwo. Problemem jest ilość różnorakich owadów. Ja się wachlowałem czapką, która nie była mi tu potrzebna. Jacek opryskał się offem i nie przejmował tym, że coś lata. Później słyszałem od jednego pielgrzyma, że wachlował się kadzidełkiem na owady.  

W końcu wyszliśmy na wzgórze zamkowe nad miastem. Pozostało już tylko zejść na dół. Problem tylko taki, że znaczki gdzieś znikły, gps nie jest zbyt wyraźny, a dróg i ścieżek jest sporo. W końcu jakiś Niemiec nam wyjaśnił, którędy iść. Zejście jest najpierw lasem, potem pomiędzy winnicami. W końcu wchodzimy w uliczki Freyburga. Widoki są nie do przecenienia. A! To właśnie stąd pochodzi słynne wino  Rotkaepchen. Moja propozycja, żeby kupić kilka butelek i zanieść do Szczecina nie spotkała się ze zbyt dużym entuzjazmem.

Jeszcze katedra: jak większość kościołów zamieniona na muzeum. Wejście jest biletowane, ale paszport pielgrzyma sprawia, że cena spada do zera. Od katedry podążamy wąskimi uliczkami do Fiedelak Karosserie, gdzie (w kuchni tym razem) jest schronisko. 


Dodaj komentarz »

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Autor: Grzegorz Szkibiel
Ostatni wpis: 11.09.2018 16:40
Odwiedziny: 9692 (od 24.04.2017)