Camino de Santiago

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

10/2018
Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Grzegorz Szkibiel :: 15.10.2018 20:42
8 sierpnia 2018: Eisenach -- Netra

Dzień zaczął się pochmurnie i chłodno. Oczywięcie, te 20 stopni i tak było, ale nie mieliśmy słońca na cały regulator. Ruszyliśmy pustymi ulicami Eisenach.

Przeszliśmy wąskie uliczki, deptak oraz plac przed kościołem. Tu pożegnaliśmy Via Regię i weszliśmy na Elizabeth Padf. Nasza droga weszła w głęboką dolinę i podążała prawym brzegiem rzeki Hoersel. W zasadzie była to wyasfaltowana droga dla rowerów, ale rowerzyści chyba się jeszcze nie obudzili. 

Minęliśmy zakłady Opla i wspięliśmy się na zbocze doliny. Asfalt się skończył. Tu zaczęliśmy podziwiać wysoki most przecinający dolinę. W miejscowości Hoerschel, koło mostu spotkaliśmy pierwszych rowerzystów. Po minięciu mostu przeszliśmy rzekę Hoersel i ruszyliśmy wzdłóż rzeki Werra. Szlak zmierzał wzdłóż tej rzeki do miejscowości Creuzburg, a następnie wracał. W każdym razie droga robiła dość długi klin. Dlatego zdecydowaliśmy się przejść Werrę i skrócić drogę przez pole. Jak tylko weszliśmy na pole, wszystkie chmury poznikały, a słońce dawało pełne 40 stopni albo więcej. Z rozległego pola podziwiałem Creuzburg oraz odległe zalesione wzgórza. Trochę cienia znaleźliśmy nad rzeką, mniej więcej w miejscu, gdzie szlak Elżbiety wracał na naszą drogę. Potem dowiedziałem się, że mnóstwo pielgrzymów skraca drogę przez to pole.

Chwilę później weszliśmy na drogę polną, gdzie, dosłownie, wpadliśmy w piasek po kostki. A to za sprawą wywrotek, które wywoziły ziemię na pola, robiąc przy tym mnóstwo kurzu. Jedna z nich minęła nas trzy razy i dwa razy wyprzedziła.   

Przez cały etap wypatrywałem pozostałości po żelaznej kurtynie, ale po trzydziestu latach, linia została już tylko na mapie. Jest to teraz granica między Turyngią i Hesją. Gdzie dokładnie? - nie mam pojęcia. Być może ta piramida, to słup graniczny.

Być może granica między landami była tam, gdzie zaczął się asfalt. Inna sprawa, to asfalt ten pamiętał chyba jeszcze czasy NRD. Po przejściu miejscowości Luederbach i zwiedzeniu kościoła na wzgórzu, widzieliśmy Netrę, czyli dzisiejszy cel.

Tu, dość szybko znaleźliśmy dom Pilgerraest, gdzie zostaliśmy powitani wręcz z otwartymi ramionami przez panią gospodynię. Od razu zaproponowano nam kawę, kolację, herbatę, piwo, co jeszcze podać, posiedźcie z nami. Nitka z igłą? -- proszę. Do tego, duża porcja niemieckiego, bo pani gospodyni  musiała cały czas rozmawiać. Na którą śniadanie? Kawa po śniadaniu, czy przed? Jajecznica ok? Jajka miejscowe, nie z Netto...


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 09.10.2018 11:17
7 sierpnia 2018: Gotha West -- Eisenach

Spało się całkiem dobrze, chociaż w środku nocy musiałem się posiłkować latarką, żeby trafić do toalety. Piwnica była chłodna, ale też i ciemna. Niewątpliwą zaletą wczesnego przyjścia była możliwość wyprania się i wysuszenia - do dyspozycji mieliśmy pralkę.

Ruszyliśmy bardzo wcześnie. Jak zwykle, łapiąc trochę chłodu. Ślad GPS straszył mocnym podejściem w połowie drogi, czyli na Anioł Pański. W zasadzie, to nie było widać miasta. Weszliśmy od razu w krzaki i w tych krzakach, ukryta ścieżką mieliśmy pierwsze podejście. W sumie nie było ono zauważalne. Szedłem zgięty wpół, żeby nie zaczepiać twarzą o zarośla.

Po przejściu krzaków, wyszliśmy na płaskowyż. Było tam dużo dróg betonowych wiodących niewiadomo dokąd. Przypominało to okolice Bornego Sulinowa. Być może tu też był poligon. Rozległe pola leżały odłogiem a od czasu do czasu rzucały się w oczy jakieś betonowe klocki. Szlak zmierzał zdecydowanie na zachód. W końcu wyszliśmy też na pola. Droga, tym razem poszła po miedzach idąc zakosami.

Zeszliśmy w dół do autostrady. Tu zdecydowaliśmy się na postój. Było chłodno, nad stawem i do dyspozycji mieliśmy ławkę. Korzystając z przyjemnego miejsca, dzwonimy do Eisenach - nocleg zaklepany (wcześniej próbowałem kilka razy, ale nikt nie odbierał). Po Eisenach planujemy wejście na Elizabeth Pfadt do Marburga. I tu się zaczęły schody z noclegami: albo nikt nie odpowiada, albo nie ma miejsc. No cóż, odpadły dwie najlepsze koncepcje przejścia. Trzeba było improwizować. Ale póki co ruszamy pod górę. 

Przy wejściu do lasu, jeszcze bierzemy oddech, no i zaczyna się pierwsze uczciwe podejście. Na szczęście idziemy lasem, bez owadów, ale i tak spłynąłem potem całkowicie. W sumie to było raptem 165 m różnicy wysokości na odcinku niecałych dwóch kilometrów. Ale wcześniej (ani później, do Marburga) już takich podejść nie było. 

Po pokonaniu zbocza, szliśmy grzbietem wzniesienia podziwiając widoki lub też zanurzając się w zarośla. Punkty widokowe umieszczone były nad skalnym urwiskiem. W skale gniazda miały sokoły - sporo ich tam fruwało.

Po 4 i pół kilometra, grzbiet się urwał i szlak zafundował nam ostre zejście - 200 metrów w dół na odcinku półtora kilometra. Dodatkowo, zejście było w pełnym słońcu. Z ulgą powitaliśmy most nad rzeczką, w której zimnej wodzie moczyłem nogi - aż kostki bolały z zimna.

Teraz to już tylko wzdłóż toru do Eisenach. Jak na miasto wartburgów, wydało mi się małe, ale za to malownicze. Po przekroczeniu bramy miasta dochodzimy do kompleksu klasztornego, gdzie na recepcji mają już nasze nazwiska. Po wpłaceniu 5 euro od osoby, dostajemy łóżka w pokoju, gdzie już ktoś jest. Na nasze Guten Morgen, odpowiada, Można mówić po polsku, Czarek jestem.

Czarek zamierzał dojść w tym roku do samego Santiago. Jeśli wszystko dobrze idzie, jest w tej chwili gdzieś w środkowej Francji. I gdzieś w tym zamieszaniu zapodziała się moja szczotka do włosów - byłem jedynym, co potrzebował tego przyrządu. Szukałem dość długo i nawet przemierzyłem budynek do recepcji w poszukowaniu szczotki. W końcu modlitwa do Świętego Antoniego pomogła - szczotka była dokładnie w swoim miejscu w plecaku. Jak to jest, że wcześniej przeszukałem cały plecak dwa razy i nie znalazłem...

I jeszcze na koniec dnia udaje się załatwić nocleg w Netrze -- tu już inny Święty zadziałał -- podejrzewam Ignacego Lojolę, ale pewnie Jakub mu pomagał - modliliśmy się do obu.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 07.10.2018 14:55
6 sierpnia 2018: Schmira -- Gotha West

To już dwudziesty etap. Szacując lekko, jesteśmy 600 kilometrów od Szczecina. No, poprawka, będziemy pod wieczór. Zbieramy się w miarę szybko: małe śniadanko, pakowanie, herbatka. Tak wygląda mniej-więcej każdy poranek. Dziś odstąpiliśmy naszej koleżance wygodny pokój z łóżkiem, a sami położyliśmy się na podłodze między ławkami. W sumie, pomimo twardej podłogi, całkiem dobrze mi się spało.

Na początku, słońce było na tyle nisko, że drzewa i budynki dawały długie cienie. Korzystaliśmy z przyjemnego chłodu, który systematycznie mijał. Na niebie nie było żadnej chmury. Po wyjściu ze Schmiry ruszyliśmy polami.

Lasy, jak zwykle, mogliśmy podziwiać w oddali. Gdzieś na takiej długiej prostej, wyprzedziła nas nasza znajoma na rowerze. Chyba akurat odmawialiśmy różaniec -- dała sygnał dzwonkiem i przejechała między nami. Miała jeszcze kilkanaście dni urlopu i nadzieję, że dojedzie do Paryża.

A my idziemy w pełnym słońcu. Zbliża się południe. Alejki, a w zasadzie drzewa, którymi są one wysadzone, dają nieco cienia. Wkraczamy do Tuettenleben. Chwilę później mamy trochę lasu. Potem kilometr w pełnym słońcu i wchodzimy do Gothy. 

Napisy na drogowskazach są sprzeczne: raz jest bliżej 3000km, a raz bbliżej 2000. I tak jest do przejścia więcej niż 2018km, a bardziej doskwiera mi upał niż odległość. Na ulicach szukam cienia. W końcu zatrzymujemy się w jakimś barze i serwujemy sobie po wurście. 

Chwilę po posiłku wchodzimy w ogrody. W sumie to niewiele wiedziałem o niemieckich miastach a o takich jak Gotha to zwykle się dowiaduję, że coś takiego jest dopiero jak tam jestem. W każdym razie jest to miejscowość, którą warto zobaczyć. Same ogrody zapierają dech w piersiach, a oprócz tego jest jeszcze zamek, charakterystyczny pochyły rynek ze sztucznym wodospadem pośrodku, dom Cranacha - słynnego malarza, którego obrazy można znaleźć na ołtarzach w kościołach Pomorza Zachodniego. A do tego jeszcze malownicze uliczki.

No cóż, pozostało jeszcze dojście do noclegu. Wcześniej się zameldowaliśmy i idziemy jak po sznurku. Dochodzimy dokładnie o 15.00. Nocujemy w najchłodniejszym miejscu podczas całej naszej dwu-tygodniowej podróży. Jest to głęboka piwnica pod domem modlitwy, a pani pastor nazywa się Bischop (przez chwilę myśleliśmy, że nocujemy u biskupa, ale obrazki i ogłoszenia wyprowadziły nas z błędu).


Dodaj komentarz »

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Autor: Grzegorz Szkibiel
Ostatni wpis: 15.10.2018 20:42
Odwiedziny: 10537 (od 24.04.2017)