Camino de Santiago

Moje Srebrne Camino.

05/2017
Moje Srebrne Camino.

Hanna Niewiadomska :: 30.05.2017 21:35
Asturianis

29 05   2017 

Pada więc ubrani przeciwdeszowo ruszamy o 8.00 do pierwszego miasta. Do baru na  kawę. 25 km o 10.30  jest dobrze. Policzylam. Mamy 712 km za sobą. Szok ze aż tyle. 

Jest lodowato, pada. Po 2 godz. przestaje. Zmieniam ubranie na ciepłe i suche. Jak dobrze że nie odesłałam tych  ciepłych rzeczy. Cały czas szosa , bo wizja gliny skutecznie budzi we mnie traumę.  Robimy 50 km. Mocno przy tym wieje. 

W końcu planujemy postój i w samą porę bo ledwie dojeżdżamy znów leje. 

Pierwszy raz jesteśmy dyskryminowani jako rowerzyści. Aberga ma 3 łóżka piętrowe, czyli 6 miejsc . Gdy przejeżdżamy jeszcze 3 są wolne, ale hospitaliero tłumaczy ze czeka na pieszych....bo maja pierwszeństwo.  No ja..... przepraszam!! Żeby nie żucić wulgarem!! No niech ten pieszy weźmie ten rower i przejedzie to co rowerzysta, niech ciśnie ten rower w jednej pozycji pod górę, gdy pieszy też ma ciężko ale może w każdej chwili zmienić pozycje ciała, zatrzymać sie czy nawet usiąść. itd.. a rowerzysta ciśnie. Jak jest podejscie to cały nogą za nogą...i nie ma zmiany.  Że niby jest mniej zmęczony???  Nie wiem. Że może jechać kolejne 15 czy 20 km? ..bo ma rower?? Ja p....

...

Dostajemy jednak od Pani  dwa materace za 4 € każdy  i nam pasuje. I tak uważam że to niesprawiedliwe. 

Ciepła woda tylko pod prysznicem, kuchni nie ma, jest bar ale nie korzystamy, śpimy na korytarzu w miarę  spokojnie , tyle że dwóch gości okupuje toalete pół nocy bo gościli w barze właśnie. 

Ok godz 19 przyjeżdża jeszcze rowerzysta -właściwie cała sala to Niemcy.... I co się dzieje ?? Dostaje łóżko. Dlaczego??  

Nie ważne. Nasze miejscówkisą ok. 

 

 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 30.05.2017 21:16
Sta Marta de Tera

28 Sta Marta de tera
Zanim dojedziemy do Sta Marta de Tera troszkę powznosimy  się  by znów łagodnie opaść. Szutr. Raczej trzeba trzymać się błękitnych oznaczeń, pobudowali nowe drogi wyznaczyli nowy szlak Camino de la Plata  z tym ze żółty kluczy i kręci zupełnie niepotrzebnie o jakieś 4 km więcej jak mówili Belgowie, jasnoniebieski prowadzi bezbłędnie. Ostatecznie żółty znów zagóruje. 
Jest zimno. 18 stopni tu to naprawde zima, pochmurno. Za to db się jedzie. Jest to również błogosławieństwo dla moich "rocho" ( czerwonych - hiszp. mówiony ) rąk i innych opalonych części ciała. W sumie już kilka dni temu Japończyk śmiał się ze mnie że jestem jak ta panda...hm..tylko że ona właśnie oczy ma czarne a ja odwrotnie opalona;)
Zmienia się zupełnie krajobraz z rolniczego na górski. Tak do  180 stopni widać przed nami  same wysokie górska. Już się zastanawiam czy wzniesiemy się by szczytować i zjechać z drugiej strony, czy równoleżnikowo do góry i coraz wyżej.
Jakoś szybko poszło  to jakby  doliną?? aż  jestem zdziwiona. Ale jednak wspinaliśmy się bo po podjeździe zawsze zjazd i właśnie taki nas czeka. Nawet ostry. Po kamieniach typu łupek. Końcowy odcinek to szosa wiodąca na most i  urokliwe Rio  ( rzeka ) Tesa. Spokojna. Szerokie koryto. Leniwy nurt.  Zauważamy 5 wieńcy z opisem, kajakarzom...br..nawet niech nie myślę co się działo,  może zmiana pogody? może boczna fala? sama uwielbiam kajaki.
Przy moście szlak wiedzie bardzo ostro w górę, jest info ze  dla bici ( bisi -  rowery ) nie wskazane. To ruszamy na szosę .  Gdzieś tam pcham sama po  drodze bo ostro - guardia cywil - interesuje się czy wszystko u mnie ok. To bardzo miłe.
Wreszcie miasteczko. Mamy bdb czas. Ale brzuch pusty. No to jemy na ławce w centrum miasteczka , gdzieś tam nasze francuzki , ktore spały dzien wczesniej z nami wypełzają z za murów,  mowią że tu nocują, a my zaliczymy misę(mszę  -wszak niedziela ) oczywiście wzbudzając totalne zainteresowanie, i jeśli dobrze zrozumiałam dobre słowo dla pielgrzymów ma również Ksiądz.Ruszymy dalej. Wjeżdżamy do Sta Marta de Tera i witają nas zachęcająco znaki albergi. B ma opis - 12 € a za 0, 5 km jest schronisko miejskie za 5€. Wybór  ekonomiczny.
Alberga nowiutka, czysta, z kuchnią, cudownie duże prysznice z wc, umywalki, bezpieczne dla rowerów. Pralka za 1 € ( zauważyłam jak już wygrałam ręcznie :p) . Dwie sale z łóżkami piętrowymi.  Pytam Hiszpanów czy są jakieś wolne-   jest jedno. Hm...wiecznie to samo.
Ale rezolutna Hiszpanka wskazuje na kołdrę na podłodze że tu też jest miejsce w razie draki. Ok. Nie ma problemu. Jednak B  znajduje wolne łóżko w drugim pokoju i wygrywa na tym jak na loterii. Oboje śpimy na górze, w różnych pokojach, jednak ja nad francuzem, który zerżnął w nocy 5 ha dębu korkowego- słynnego w Hiszpani,   a trzech ludzi z 6 ciu nocujacych z mojego pokoju ucieka z materacami  pod wc i na korytarz żeby.... zmrużyć oko choć na chwilę. Żeby wyciszyć rżniecie sprzętem iście ciężkim zamykają też drzwi i tym sposobem robi się bardzo gorąco. Rano jestem nieprzytomna gdy Francuzik wyspany, rzeźki i radosny  bardzo wcześnie mówi Buen Camino i tyle go widzieli.
Pada!! Jak To?  Nie miało padać. Deszcz skutecznie przypomina mi trudy na glinie i bez głosu sprzeciwu Bogdana lądujemy na szosie. Musimy lekko się cofnąć tym samym witamy wszystkich startujących z albergi po 12 €. Pod prad . Kilka razy przekraczamy rzekę. Jest zimno. Kurtka nie przepuscila wody z zewn. Za to wilgoci mi koszulkę i ciało, póki jedziemy jest ok, szukanie trasy - dramat. 

+ 46 km .
+płacimy w kościele 5€ uzyskujac stempel, a rano dziwnie znów pojawia się puszka Donativo????...hm..
- Wi-Fi tylko pod kościołem ale podane jest hasło. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 29.05.2017 18:28
Granja de Moreruela

27 05 2017
Na zwiedzanie Zamory wieczorem została godzina do zamknięcia albergi czyli do 22. Jeszcze nas złapał deszcz.  Warto zaplanować trochę więcej czasu bo miejsce jest magiczne pod wieloma względami na zwiedzanie. Rano jestem nieprzytomna. Czuję wysiłek ostatniego dnia. Nie bolą mnie mięśnie,   tylko "zawiasy"( lewy łokieć, nadgarstki, kolano lewe, ostroga prawa...SKS.) Wyjeżdżamy ostatni z albergi. Opuścić  ja trzeba do 8.00.  Donativo. Wrzucamy do dziurki należność. Ruszamy spokojnie. Mijamy "naszych " nocowiczów. Ruszamy po płaskiej szutrowej drodze.
B pompuje swoje koło-  5 min wystarcza żeby się pogubić. Pani w małym miasteczku  nieprzyzwyczajona zapewne do widoku tak usapanego pielgrzyma rowerowego wskazuje mi kierunek który doprowadza mnie do baru. Pewnie stwierdziła że muszę odsapnąć. Widzę swój błąd.  Szybko wracam na trasę ale B już mnie minął i ciśnie ile sił w nogach. W oddali majaczy mi jego koszulka...gonię go ale się wściekł i zasuwa jakby na Mtb. Po godzinie dzwonię. Trochę wściekła.
H -Nie dogonię Cię. Tylko zostaw mi wodę na drodze i sobie jedź jak chcesz sam i tak pędzić . ( w pospiechu rannym zabrał wszystko. 
B - jakim cudem jesteś za mną ? Właśnie gonię Cię i dogonić nie mogę-  czerwona koszulka jest przede mną. Zastanawiałem się skąd taki przypływ energii. 
Przyspieszyliśmy tym sposobem.
Dalej juz razem, wśrod pól. Po lewej miasteczko a właściwie ruiny opuszczone w 18 wieku. Tereny rolnicze. Po drodze opuściliśmy szlak pieszy i przeskoczyliśmy na szosę.  Jestem umęczona jeszcze wczorajszym dniem. Robimy 41 km wjeżdżamy do miasteczka  mijam bar po prawej i po chwili jest alberga. Same francuzki, jest jedno łóżko ...hm formalności  w barze.  Dostaje dwie pościele z fizoliny( pierwszy raz, na francuskim to prawie norma) - nocleg  6 E  od osoby. Rowery zawieść do baru na nic, bo złodzieje.
Wracam do albergi i na piętrze znajduję  drugą salę. Podłoga skrzypi niemiłosiernie. Nie ma kuchni.  Kilka krzesełek z przedszkola + malutkie stoliczki. Dobrze ze są.  Warzbret  (dawna  tara ręczna do prania - gwara śląska ) w każdej alberdze dostępna w wersji nowoczesnej ( ceramiczny zlew z pożebrowanym miejscem na pranie)  jest mało zachęcająca by z niej korzystać, pierzemy w umywalce.  Suszarka pełna ubrań  fru na chodnik,  na  ulicę, na słońce.  Nikt się nie czepia. Francuzki dowieszają swoje...za rogiem sklep - Full wypas.  Okazuje się że za rogiem kolejne miejsce noclegowe Casa Rual  -czyli agroturystyka ze wszystkim-  ale jedynka 20€, dwójką 25, a trójka 30. Wiemy to jednak od Belgow w dniu kolejnym. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 28.05.2017 21:20
ZAMORA

26 05 2017. ZAMORA
Jakby to było bez gumy z rana? Na szczęście już jest taka wprawa w serwisie ze B w 20 minut ratuje sprawę.
I dobrze że guma bo jeszcze zdążyło grzmotnać, lunąć itd..Startujemy i jedzie sie cudownie.  Przede wszystkim jest chłodno, pochmurnie, tylko 24 stopnie-potem 18,  ale cały czas grzmi i straszy.Tylko błyski, niebo czarne. Trasa ? Płaskowzgórki bym rzekła. Mamy b. db czas. Te straszne podjazdy w opisie trasy w realu  jakieś takie małe...no nie wiem ;) raduje się bo perfekcyjnie opanowałam mojego byczka, nie przeszkadzają już ciężkie sakwy, nawet spoglądam czy ich  nie zgubiłam bo coś za lekko... Burza przed nami błyska. A my ją gonimy przez 40 km. W końcu się wściekła. Ja wam dam! Jak nie chlupnie kroplami deszczu wielkimi jak orzech laskowy, jeszcze mi wesoło...dwie sekundy i już nie deszcz ale grad tłucze i hałasuje po moim dzwonku. To wszystko nic. Drogi dziś wijące się wśród  pól, głównie szutr i piasek. Po deszczu na drodze zaczyna mi trzepać tyłkiem jak na zumbie i jeszcze się chichram, ale już za moment zacznie się prawdziwy armagedon. 
Leje krótko intensywne, ale droga rozmokła  na dobre.  Sama glina. Jechac sie nie da. Prowadzę.  Pcham. Na butach się ślizgam, dokleiło się do nich po 4, może 5 kg gliny.  Okleiło mi wszystko na rowerze tak skutecznie że koła są nieruchome. Sama opona łapie po 15 cm gliny z każdej strony.  Walczę jak strong men ale to nic nie daje. Stoję Q ...w miejscu.
Pierwszy raz zazdroszczę B, bo on jakoś idzie. Do tej pory mój góral radził sobie wszędzie lepiej niż jego treking. Krzyczy:  wjedź na kamilki ( takie podobne kwiaty do rumianku )
Ok. Jakoś ruszyło, calej siły używam jaką mam,w pozycji 45 stopni nachylenia i  dobrze że tego nikt nie słyszy bo sapię i dyszę, a nawet wypuszczam bliżej nieokreślone odgłosy prawdziwego siłowania z naturą.  Kończy się nieużytek i już na nowo w zbożu-bo  drogą wogole nie ma szans,  totalne oklejanie i ani w lewo ani w prawo. No to teraz tu juz chyba zostanę na zawsze. B.poszedł,  znika mi w oczach. Moja bezsilność. No doopa. Ale wrócił po mnie, oboje ciśniemy mój rower on za rogi ja za zad z całą siłą jaką mamy a ten idzie ledwo ledwo ..wreszcie się udało. Do Zamory 4 km. Ale ja nie umiem jechać. Łańcuch nie pracuje. Do tego guma.  Weź teraz zmień dentkę....Pytamy o stację benzynową żeby umyć byczka.  Jest stacja...ale  nie ma mycia rowerów. Tylko auta.   No nic, szybkie pompowanie i byle szybciej do albergi bo zaraz znów kapeć.
Hospitaliero kobieta jak mnie zobaczyła mówi.. ..no nie wiem.. czy są miejsca....( błoto mam na koszulce, udach po pas, na  rękach o butach nie wspomnę a rower to obraz nędzy i rozpaczy, kolorów nie widać. Już mam ochotę wykąpać bo w rzece, ale Pani daje dwa wiadra wody i każe iść jak służbie od kuchni czyścić rower. Nawet daje szczotkę do garów i dzięki Bogu. Każe umyć i się zgłosić, w miedzy czasie bierze dokumenty do meldowania. Po 2 godzinach przychodzi zaniepokojona  a ja ogarnęłam w końcu jeden rower, swoje nogi, jest stromo druga osoba musi trzymać dwukółka. Kręgosłup mi pęka
+ 4 wiadra wody w tym 2 z płynem
+ 63 km
+ ZAMORA jest przepiękna

+ moje dziecko pyta czy aby na pewno jestem jego mamą  - z okazji Dnia Matki

+ śpię od 22 do rana w tej samej pozycji,  nic nie słyszę,  trzeba mnie rano szarpać za stopę żeby obudzić, bo gramofon puszczony  po pokojach z muzyką arabską nie działa  

Czytałam tylko że takie doświadczenie   dopada pielgrzymów w Galicji, ale na moim  Camino Frances obyło się bez deszczu...teraz już wiem co to znaczy..stwierdzam że pieszy jednak ma lżej...brr oby nie więcej takich sytuacji...


Tinto - wino czerwone
Extintor- gaśnica ;))
Cocina-  (czyt. kocina- kuchnia) 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 28.05.2017 21:10
Salamanca

25. 05.2017 Salamanca . 
Pędzimy już i 7 radośnie  przed  siebie,  naładowani psychicznie i zdrowo wypoczęci  ( jak na pielgrzyma ;)).
Jakieś 10km jak po stole- potem szlak  lekko zaczyna się wspinać, do góry. Ostatecznie na 1170 m - wiadomo, pchać trzeba. Kamienie,  wąska ścieżka, Co do przodu  to do przodu. No to ciśniemy. Mokra tradycyjnie;) nie czuję zmęczenia, tylko trochę się gotuję; ))) chyba wyglada to gorzej z zewnątrz, bo pieszy Hiszpan,  który z nami biesiadował ostatniej wieczerzy też dobija do szczytu i gestem ( jakby pompował dłonią równolegle do ziemi ) daje mi ostro do zrozumienia....spokojnie kobieto,  powoli, górka nie ucieknie . Na szczyt prowadzą  wiatraki.  Lekki odpoczynek, Hiszpan pokazuje że jest mała przyjemna roślina przy ziemi. ...podsuwa mi pod nos skutecznie hamując mój temperament i chęć  dalszego wspinania. Cokolwiek to jest pachnie obłędnie. Już ostygłam, twarz wreszcie w normalnym kolorze, równy oddech- Hiszpan prosi o wodę, chce kupić. Wziął za mało, a jest " mucios calorios" - czyli bardzo gorąco.Odcinki  Odlewam mu pół mojej racji wodnej i zostawiamy to w tyle.  Muchy są tak upierdliwe że chodzą po mojej twarzy jak po deptaku -mam ręce zajęte bo przecież pcham,  gdy jedna z much chce  mi podnieść powiekę oka, nie wytrzymuje. Jednym ciosem we własne lico, kładę trupem trzy sztuki. Teraz już tylko zjazd. Superasty. Z rodzaju I can  fly !!  Mamy bardzo db tempo. O godz 11.30 mając 50 km  na blacie wjeżdżamy na most rzymski w Salamance  wzbudzając ogólną  sensację. Pozdrawiają nas   ( co nie jest dziwne w Hiszpani  -  we wszystkich mniejszych miejscowościach, rowerzyści lokalni, piesi  i kto żyw pozdrawia-   różnie..buenas dias, hola, buen, dio, ale wiecznie...nie ma reguł kto komu pierwszy...ale tu jest żywe zainteresowanie. Słyszymy Peregrinos- ( pielgrzymi) , ktoś ukradkiem robi nam  zdjęcia. Faktycznie jesteśmy trochę ściorani  ( zakurzeni w drodze , rozgrzani, ciut zmęczeni). Miasto już od pierwszego wjazdu zachwyca. Łapiemy nocleg koło parku ( park  maleństwo ale milIon wycieczek tam przyjdzie w tym czasie na zwiedzanie). Jakieś 150 m od slynnego Uniwersytetu Salamanka. Mamy szczęście bo od 12 do 13 można zrzucić bagaż a alberga będzie czynna od 16.00. Cudownie. Na luzie idziemy w miasto. O 15.30 miasto zamiera, otwarte są tylko restauracje. Żar  z nieba nie jest nowością. Ledwo idę,  nie wierzę,  przecież idę na luzaka...( stworzona do sjesty?)  Wracamy pod albergę. Zaczyna ostro groźnie grzmić. Nie pierwszy raz, ale tym razem leje jak z wiadra, błyska. Udało się na sucho. Ok 19 zjawia się  umeczony nasz Piter Holender - zrobił 50 km na nogach wierzycie???
Ledwo się trzyma, dopadła bo burza. Wysuszylo  słońce.  Umył twarz i pyta o market, nie ma nic do jedzenia. Zapraszamy go na posiłek,-nie odmawia- jest  mega wdzięczny. Mamy wypas bo był market a w alberdze jest mikrofalówka, więc zagościła pierś z
kurczaka,  tarta z cebulą  i sałatka z pomidorów, sałaty lodowej i fasolki szparagowej.   Ręce mu się trzęsą i ledwo je. Są harty wśrod pielgrzymów...Piter niewątpliwie.
Mimo luzu bo od 12.0 bez kręcenia jestem padnięta i o 21.30 już śpię w najlepsze.
Nagle afera. Włoszka pyskuje ile wlezie i ostro gestylukuje ze ma chłopa w łóżku i jak to tak??biega, krzyczy.
Przecieram oczy. Jest 22.00 . A ta się dalej  rzuca na Bogdana który śpi równie grzecznie nade mną,  wraz z innymi umordowanymi. Wszyscy obudzeni.
B. słowem się nie odzywa. Naciągnął tylko mocniej prześcieradło pod szyję i ani dycho  ( oddycha- po śląsku ). Hospitaliero wskazuje jej inne łóżko żeby choć walka była o parter ale nie  - o co chodziło ??  ITALIA-  zamieszanie wpisane w rodowód;)
6.00 Rano  czeka  nas niespodzianka, Piter serwuje śniadanie,  -pokrojone truskawki, banan, zalane  jogurtem  naturalnym obsypane mega smacznym ciasteczkiem fit o smaku piernika. Drugie ciastko do sakwy.  Roooozpuuusta w ustach. Żegnamy się w nadzieji na kolejne spotkanie, ale wcześniej śmiejemy siarczyście ze się kobiety do łóżka pchają.  Italiano wstała i węszy nastroje. Widząc to zaczyna cała sobą nabijać się z siebie i sytuacji. B. Obiecuje jej ze na następnym noclegu  będzie na nią czekał. Wszyscy ryczymy ze śmiechu.  Jest tak głośno że hospitaliero wstał  już o 6 .30 (z włosem jakby go kto wywirował- ) sprawdzić co się dzieje, aaaa.... Italiano mówi-  macha znacząco ręką z rezygnacją. 
Całkiem fajna ta Italiano, choć"plata" na głowie ( srebrna).   Za to temperament  ehhh.. nabijam  się pół drogi. 
Alberga - spoko miejsce , śpimy na piętrze upchani na maxa 4 łóżka piętrowe na 10 metrow powierzchni. Sakwy zostają na dole, o 5.30 rano dostaję prawie zawału gdy widzę że te rowery sobie stoją a drzwi otwarte do mola ( na ościerz) i nikogo kto pilnuje  ....matko  jedyna...no chyba że ktoś  b wcześnie wyszedł.
I  jeszcze jedno, dostaliśmy duże czarne wory jak na śmieci.   Wszyscy ładują  swoje plecaki. Pytam o co chodzi? Insekty. 
Boshe drogi-  już chcemy uciekać-  nie, nie ma insektów to prewencja- tłumaczy hospitaliero . Rano spoko,  żadnych gryzów. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 25.05.2017 21:17
Fuenterroble de Salvatierra

24.05.2017.
Nocleg wygodny, śniadanie dwa tosty i kawa.
Już chcemy wcześnie ruszać i....ja (pi.pi.pi)  guma, tym razem moja. Jasny gwint. Kolec ..
Ruszamy z mega opóźnieniem, 8.30. Z mapy wynika że dziś górsko okropne i upał nieludzki.
Wulgar ciśnie mi się sam na usta. O tej porze powinno być ze 20km  na blacie. Pcham ten rower na wysokość widzianych przy wczorajszej kolacji (pod figowcem ) ciężarówek ciągnących z mozołem w górę.  I tak ze 4 km- różnica wzniesień 200 metrów . Piesi nas mijają.
Rzut okiem za siebie i niesamowity widok, nasze miasteczko, Iglesia  ( kościół) i jezioro.
Zapominam o wulgaryzmach,  bo zaczyna sie zjazd kamienisty stromy. Mój byczek ( bo tak nazwałam swój rower jak mnie pierwszy raz wsadził  z siodła)  zachowuje się jak motor na żużlu przy hamowaniu. Rzuca mi tyłem  jak na nartach. Wreszcie parter. Czyli przekraczamy  strumień  i znów pod górę tym razem jakby równoleżnikowo ale ciągle w górę. Widać w zasięgu oka  a nawet jakby na wyciagniecie ręki po lewej i prawej stronie -góry. Nie wierzę  że to śnieg na szczytach, przy tym upale,  ale jednak. W końcu płasko ale nie na długo. Wydaje się to nudne i uciążliwe,  ale  dopiero jak zerkniesz w tył widać że ciagniemy cały czas po górę.
Dwie opcje :
- po tych 33 km kolejne 30 km z mega trudnym odcinkiem - pewne morderstwo
- albo nocleg a jutro dołożymy z kopytka.
Wygrywa opcja druga i jest to słuszna opcja jak się okaże. 
Alberga nie zachwyca z zewnątrz, ale już po przekroczeniu progu cofamy się o jakieś 100, 150 lat . Tego się nie da streścić. To trzeba zobaczyć, przeżyć,  polecam. Donativo-  czyli płacimy co łaska.
Dostajemy  w prezencie zwiedzanie zamkniętego kościoła z wejściem na wieżę .  Opowieści po hiszpańsku. A co najbardziej intrygujące,  dwóch hospitalieros nas obsługuje, najpierw ugotowali, teraz serwują posiłek . To nic takiego kto korzysta z restauracji itd...pamiętajmy ze pielgrzym pości lub wrzuci coś szybko na ząb....tyle ile zje to jego, rzeczy proste,  niepsujące, lekkie. Ograniczenie finansowe nie jest obojętne.  Olbrzymia sala dla pielgrzymów łącząca wszystkie nacje. Jest Kanadyjczyk, Holender, małżeństwo z Belgii, Japończyk, Włosi Hiszpanie Niemki i kto wie kto  tam jeszcze.... wszyscy razem rozmawiamy , integrujemy się cudowna wymiana doświadczeń. Jeden warunek trzeba choć ciut znać język by rozmawiać.  I to jedzenie...zuoa kastyliańska, spagetti z warzywami w sosie pomidorowym,  pan ( bagietki) jamon - ichszejsza suszona szynka, jabłka, woda.... 
Są osiołki żywe prawdziwie, i wózki specjalnie dla nich...ech..polecam.
Atmosfera jest wyniosła . Rano  śniadanie czeka na wstających, ale różnie ruszamy więc szybko szybko... .Tradycyjnie herbatniki na słodko + kawa z mlekiem...czas ruszać.  

+ cudne 33 km dla oka i ducha 

+ wspaniale chwile 

+ urok albergi 

+ mega komfortowy pokój przy księdzu 

- świadomość swoich słabości...hmm..


Komentarze (3): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Magda :: 28.05.2017 15:08 Z przyjemnością czytam. Chciałabym zapytać o stopień trudności trasy w porównaniu do Drogi Francuskiej. Buen Camino
  • Hanna :: 28.05.2017 22:00 Każde Camino jest inne To też. Na to czy tak samo trudne nie umiem jeszcze odpowiedzieć.Na trudność składa się wiele czynników w tym kondycją, stan zdrowia, wiek, waga itd. Jednak myślę że jest to do zrobienia. Ja mam 48 lat praca siedząca, ale waga 96 kg. Lekko nie jest jednak ciągnie dalej w nadzieji na szczęśliwe zakończenie. Przepraszam za opóźnienie. Straszne kłopoty z netem.
  • Magda :: 28.05.2017 23:12 Bardzo dziekuje za dotychczasowe informacje. Czekam na dalsze informacje dotyczące trudności trasy. Trzymam kciuki. Pozdrawiam serdecznie


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 25.05.2017 20:55
Bańos de Montemayor

23 05 2017
Jakby to było...jakby  drogi krzyżowej z rana nie zaliczyc??
Na   Camino jakoś dziwnie;) więc tradycyjnie, za 200 /300 metrow zaczynamy. Szutr + kamień.
Upał powoli rośnie.  Na polu hydrant z lejącą się wodą. Nie przeszkadza mi to w niczym - głowa z kaskiem pod strumień. Moczy mi się koszulka i przez chwilę jestem miss; )). Za 20 minut wszystko suche. Chyba apogeum pogodowe. Dla hiszpana jest roznica między  37 stopni a 40- dla mnie nie ma już żadnej .   Piszą w przewodniku jak przejść strumyk suchą nogą...hm...ja z tym nie mam problemów. Siadam na kamieniu i chłodzę stopy...chciałabym odpocząć na trawie ale czarne mrówki ok 2 cm wielkości...budzą obawy. Są bardzo szybkie. Jak mnie oblazły czułam się jak Guliwer. Dobrze że nie Telimena :p.   Mózg działa w zwolnionym tempie. Wjeżdżamy do miasteczka. Alberga - donativo- czyli darmowa zamknięta. Klucz gdzieś tam..ale i tak nie do uchwycenia, wszak szanują swój biznes prywatne albergi i serdecznie zapraszają za opłatą . Już mamy niby nocleg ale wizyta w barze stawia mnie na nogi  i go omawiamy. Zimna  cola z lodem, tapaz do tego, w końcu kawa z mlekiem....barman do wszystkiego coś nam podaje na ząb. Nieroztopione kostki lodu topię na skroniach i włosach. Wyglądam  jak półtora nieszczęścia. Barman solidaryzuje się ze mną.  Jest tak gorąco że dwie z kostek lodu po coli  wrzucam w stanik. Nic nie czuję, prócz lekkiej mokrości.
Do baru schodzą się hiszpanie...na kawę..na alkohol? Morderstwo.  Zauważam że zajmują3  stoliki i zaczynają grać w karty.  12 chłopa.  Torebki po cukrze do kawy -na podłogę. A co.
Ok. Miło było, ale czas na nas. Dostaję chłodną  wodę na drogę. Przede mną 8 km. Kusi po drodze hostel z basenem, ale dystans nam się skróci za bardzo. ....mega kuszące. Po drodze znów drogowskaz na piscina municipial - basen miejski. No i nawet jest...woda lekko brunatna, ale kto wie, mam wrażenie że i w kałuży bym się zanużyła.
Niestety kiedy to otwarte ?? Nie wiadomo.
Mamy 47 km na blacie gdy dojeżdzamy  do albergi. Zanim to nastąpi dostaję jakby blokady oddechu...no jasny gwint -jeśli to zawał??-  A nie daj Boże przeżyje-  w domu mnie zabiją...!!!
Już na pierwszym odcinku, na pierwszej drodze krzyżowej napisali że pielgrzym zmarł. 
Nie wiem co robić.  Przypominam sobie  że może ćwiczenie otwierające klatkę piersiową  wdech i wydech. ...a potem przypominam sobie co mówi moja koleżanka Ewa w pracy w sytuacjach trudnych, beznadziejnych ..oddaj to Bogu niech on się tym martwi. Mimo że łzy same mi ciekną, udaje się. Łapię oddech pełną piersią.  Jak  ręką odjął.
Po nozdrzach  bije zapach akacji, on jest wszędzie ale drzewa są inne niż u nas, i te tysiące ćwierkających ptaków.  No nie. Chyba jeszcze nie umrę: ))). 
Przed nami w alberdze nocleg dostają piesi wędrowcy. Albo nie rozumiem albo gospodarze  czekają jeszcze na pieszych, bo Ci mają pierwszeństwo ..jakby rowerzysta się Q...
 wogole nie utrudził. W końcu dostajemy dwa ostatnie łóżka i mamy gdzie spać 
+ kocham to życie
+ od tygodnia nie używam tuszu -goły rzęs i jest ok.
- zamiast tuszu przydałaby się pomadka ochronna na usta- pękają. 
- moja twarz  mokra codziennie co działa jak soczewka-  jej kolor to  mimo kremu z  filtrem (50 bloker ) - prawie uchodziec. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 25.05.2017 20:50
Carcaboso

22 05 2017.
Wczorajsze nerwy o miejsce w alberdze niepotrzebne bo za 200 metrow kolejna alberga, ale jak się tego nie wie??!!
Ruszamy o 8.00 od razu na letniaka. Nie ma czym oddychać. Burza lub deszcz wisi w powietrzu.  Wjeżdżamy na szlak pieszy i jakaś Niemka krzyczy żeby wrócić na drogę samochodową. Robimy swoje...no i za 15 minut mamy drogę krzyżową. Trudną, kamienistą, ale pcham dzielnie, rzekłabym  ze już mam nawet patent:) . Zaczyna mrzyć. Szybko przygotowuje kurtkę na wszelki wypadek. Kamienie robią się śliskie, trzeba uważać,  Ale ostatecznie deszcz przechodzi bokiem. Bardzo przyjemna temperatura ok 22 stopni, trasa rewelka góra/ dół.  Tylko te furtki trzeba otwierać i zamykać-  czuję się jak oddrzwierna.( zamykamy żeby zwierzęta nie pouciekaly konie, krowy ,byki
). Mając rower to nie problem zajechać tam gdzie pieszy ma daleko. Lekko odbijamy na miasteczko Gil i maszkycimy bocadillo I tortille, tapaz -sałatka jakby z ziemniaków z majonezem ale i śledziem ...wszystko mniam za gorsze. Naprawdę!!!  Bo to nie na szlaku...
Ruszamy przez zamek dalej szlakiem do albergi za 15€ ze śniadaniem.
Mamy za sobą tylko 41 km ale jest ok.
Z Amerykanką naprawdę dogaduje się skutecznie i jestem dumna z poziomu mojego ang , mimo że jeszcze dużo do nauki.  Wino musujące 8% zmiekcza bardzo głoski, co cudownie wpływa na nas wszystkich. Alberga u Eleny opisana za nieprzyjazną jest tańsza, ale tam zagościło wiele osob. My mamy luz. Ameryka, Heinrich z Niemiec i my.4 sztuki chata nasza.  Łóżka piętrowe ale do wyboru do koloru. Hihi ....koedukacyjna łazienka i wc. Nawet nie myślę jak to wygląda przy pełnym oblężeniu;)))
-Śniadanie-  istny post.
Hainrih tak się wkurza, że nawet nie je, a może poprostu się śpieszy, ewentualnie nie zrozumiał nic po hiszpańsku.
Jest zapłacona ta porcja głodowa,  więc zabieramy jego magdalenę, sucharek i soczek pomarańczowy.
Cóż: ))) i tak bywa 
Amerykankę, która poss-szła o świcie bladym spotkamy za 3 godziny. Częstujemy zimną herbatą miętową z limonką i lodem. Mimo że kubek troszkę trzeszczy pod ustami od kurzu-  jest zachwycona :))) niech nas miło pamięta
+ motywacja do dalszej nauki
+ post; ) wskazany: ))


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 25.05.2017 20:49
Cañaveral

21 05 2017
Postanowione ze jednak dalej jedziemy razem. Skazani na siebie na dobre i złe. Ja potrzebuje serwisu map gps, Bogdan tłumacza.
Start 7.00 koniec o  16. 00
Około  11.00 mamy 40 km na blacie. Jest db myślę. Dziś pociągniemy. Podjazdy zjazdy bardzo przyjemne .Do tego pochmurno ale nie zimno. Jest ok..można gnać. Ale zaczyna się asfalt, i straszny wiatr. Jadąc z góry na najwyższych przełożeniach wiatr mnie zatrzymuje. No co jest? ?? Czuję że stoję w miejscu. Bardzo trudne 15 km. Poprostu niekończąca się walka z wiatrem. Wiatr przesuwa mnie po jezdni jak piórko, a to waga raczej ciężka;)) maximum napięcia i skupienia, bo mnie przyroda przesuwa jak zabawkę. Nie ma czym oddychać. Deszcz wisi  w powietrzu.  Mam dość. Konczymy na 55 km. Wjeżdżamy do miasteczka ostro pod górę. Zaczynam prowadzić rower. Jakiś pieszy pielgrzym spokojnie sunie przede mną.  Robi się płasko więc wsiadam na rower. Facet się wścieka. Prawie biegnie do albergi. Na nic jego walka o łóżko bo B już tam jest i zaklepał nam  miejscówki. Wszyscy i tak zostają przyjęci.  Robi się  coraz ciaśnej. Mimo że hospitaliero wskazuje mi wyraźnie łóżka piętrowe, Francuz uparł się że je zajmie. Sprawa kończy się po naszemu, ale gospodarz musi wkroczyć do akcji. Czuję tomahawki w plecach, ale mam to ....
My tradycyjnie bez jedzenia "na sucho". A w tej alberdze nie ma kuchni. Ruszamy na polowanie. Jest bar Delfi. Z tym ze jest sinko (5- ta) będzie jedzenie  o oćjo ( 8-ej ) ( pisownia z wymowy-  sorki za brak znajomości pisanego hiszp. ) Więc....chociaz piwko? Taa..piwko można-  raduje się barman. Pijemy i idziemy dalej w nadzieji na jakieś jednak żarcie. Kolejny bar, który tylko poji, i odsyła nas do Delfi, no to fru drugie pifko. Prawie Szumilas.
Wreszcie zbliża się  19.30 i idziemy.  A tam wściekły tłum. Co się dzieje? Mecz i wszystko jasne. Malaga z Madrytem, barman przygotował  papierowy obrus sztućce. W knajpie larmo  (hałas-  gwara  śląska ). Siedzimy pod telebimem. Miła kucharko barmanko- właścicielka  przynosi napisane na kartce papieru swoje propozycje do zjedzenia. Calamary.Polo( kurczak)  Ensalada z tuńczykiem. ( sałata, pomidor, oliwka z tuńczykiem. )
Zaczyna się mecz. W pierwszych minutach pada strzał Christiano Ronaldo nr 7...co tam się działo... oni kibicują przeciwnej drużynie Maladze, na migi rozmawiam z hiszpanem  po lewej. Takie emocje, ekspresja...trzeba to przeżyć. Uśmiecham się i dyskretnie obserwuję  zachowanie fanatyków. Piją kawę, lub skubią słonecznik, łupinki fru na podłogę. Do I połowy na ziemi jest ok 5 cm łupek. Widzę agresję u niektórych, mega głośne komentarze. Na szczęście zjadamy już nasze porcje i obżarci jak bąki po cichu zmykamy.  Jednak to nie jest takie proste, wszak jesteśmy lokalną atrakcją, tym bardziej że nasi Francuzi z braku miejsca nie załapali się wcale, a do nas nie mieli odwagi podejść.
Najgłośniejszy i najstraszniejszy Hiszpan pyta mnie za kim najbardziej  kibicuje. Na migi pokazuje mu ze ja powiem a on mi fiolet trwały na oczach zafunduje. Cała ekipa która w przerwie wyszła z baru żeby ochłonąć...śmieje się z tego  zdrowo.   Na końcu języka mam Lewandowskiego, ale nie ryzykuje. Ronaldo mówię, ok. Zostało zaakceptowane. On kocha Messiego.
Mecz zaczyna się na nowo a my...już  o 21.00 śpimy jako pierwsi-  wykonczeni na swoich wywalczonych łóżkach piętrowych.
+ lokakne małe bary mają bardzo przyjemne ceny ( dla lokalusów) i przepyszne jadło.
+ emocje i temperament Hiszpanów oglądany na żywo- niezastąpione
+ bardzo komfortowa alberga gdzie szampon i żel do mycia jest do woli- uzupełniam moje 50 ml.do pełna. 
+ piwo to pojemność kieliszka  200ml i całe szczęście bo i tak szumilas.
- pęknięty bagażnik z winy serwisu-złe mocowanie- prawdopodobnie nie uznają gwarancji bo jest wywiercona nowa dziura. Nie mógł pęknąć pod wpływem ciężaru.
+ "serwis"zdobył wiertarkę i ogarnął temat.
Alberga  łóżka piętrowe,  przyjazna rowerom, db miejsce na relaks,  czysto, wypasione śniadanko tzn kontynentalne +( co się nie zdarza szynka, żółty ser,  i bardzo smaczna pasta  z oliwy pomidora do smarowania tostów .
Brak kuchni. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 24.05.2017 07:37
Valdosolor

20 05 2017
Wstajemy 4.40. Hałasują woreczkami  klamrami plecaków,  zamkami, kichaniem, kasłaniem, szukaniem   itd...itd..Czekamy na jasność minimalną żeby ruszyć a jednak nie zabłądzić .Ruszamy- generalnie szutr kamienisty cały czas pod górę,   ale pamiętajmy potem miły  zjazd...no chyba że trudne zejście; ))). Pali słońce na starcie jadę na letniaka, chronie uszy opaską,  niech się lepiej gotują  niż krwawią. Opaska panterka  idealnie kolorystycznie gra z moim kaskiem ( czerwony z czarnym a przez środek panterka biało czarna) . Ok 11 wjeżdżamy do miasteczka gdzie w końcu otwarty jest kościół .  Parkujemy. Hiszpan -jakieś 85 + z uporem maniaka przekonuje nas ze nie możemy w tym miejscu stać-  oczywiście po hiszpańsku. Dajemy się przekonać, wszak to oni są u siebie. Wreszcie zaliczamy mise  ( msza św - tu inaczej niż na Camino Frances, kościoły pozamykane, msza albo późno jak my już w trasie,  albo jesteśmy po ooo..o mszy ( jak w Krzyżakach Sienkiewicza.
Jest jedyna okazja  to wchodzimy do kościoła.  Tłum.
Okazuje się że uczestniczymy w ostatnim pożegnaniu Pana Gonzalesa....teraz rozumiem upartego staruszka.  Byłoby obciachem na całą okolicę  jakby na miejsce spoczynku dojechał rowerem; )). Tylko tak kolorowo przyszli ubrani. Szok.
 Kolejne miasteczko w upale i prosze bardzo komunia święta.  Jak Hiszpanka porusza sie z gracja w czerwonych szpilkach na 13 cm pozostaje dla mnie tajemnicą  .
 Trudny dzień . Uciążliwy w upale powyzej 36 stopni.  Trudne sprawy wśród przyjaciół. Niedomówienia.  A...już wiem..jesteśmy  głodni.  Wszak na owsie ciagniemy. Jak polak głodny to zły. Oboje wściekli.  Dojeżdzamy do albergi. Jest  problem. Tylko jedno miejsce. Nie mam siły jechać dalej, choć tylko 40 km dziś na blacie( liczniku). W bagażu mamy awaryjnie jeden monodom czyli namiocik 1osobowy i karimaty, śpiwory, czekamy na rozwoj wypadków, czyli hospitaliero i jego decyzję czy możemy zostać. Przynajmniej się  kąpiemy. Pierzemy. W miedzy czasie szukamy żarła ale sjesta. Bar zamknięty.a to sobota!!  Lokalusi wysyłają nas do restauracji..tylko tam  sandwiche po 8 €. Dziękujemy. Kolejne 3 km ale już bez sakwy. Matko jaki luz na rowerze...tak to można ciś ( pchać do przodu)  i stówkę dziennie.
Jest stacja benzynowa. Kupujemy po konserwie  pasztetu ze świni iberyskiej na głowę. Pomidor. Oliwki. Chleb - jeszcze biały.brr .  Nie ma co wybrzydzać. Nawet ok. Prawie cała alberga Francuzów...zresztą ich jest najwięcej. ...oczywiscie wszystko "plata"- siwe, zagadują  i martwią się gdzie będę spała. Mówię że mam karimatę. Spoko. Ktoś wpada na pomysł żeby złączyć takie siedziska na dwie osoby  jak wersalka. Spoko. Będę tak spała. Przynajmniej sama w salonie, i mysz mi nocą nie prześliźnie do toalety bez zauważenia, a nawet cała pielgrzymka o 3  nad ranem...bo jak jeden zaczął to już poszło grupowo. Sala obok  bez drzwi to 14 luda - kaszlące , chrapiące i co tylko...kobietki ze mną włącznie są trzy. Nocleg udany. Wstaję wypoczęta. Plusem jest to że wogole ogóle nie trzeba płacić.
+ darmocha
- głód nie jest sprzymierzeńcem przyjaźni
- tylko 40 km
- rano kolejka do kuwety tylko jedna kabina za to z bidetem i prysznicem.
+ smakowity pasztet: )
+ najtańszy suvenir jaki kiedykolwiek  dałam a który sprawił tyle radości.. ( wdzięczność Francuza za  płatki  kosmetyczne sztuk  dwie,  na jego rany na stopie. Moje ucho to pestka przy tych ranach. Zresztą już swędzi czyli goi się.)
+ widoki- niezapomniane choć zmieniające się jak regiony..Andaluzja, Ekstremadura..


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 22.05.2017 21:29
Aljucen

19.05.2017. 

Dodatkowy + do albergi w Villafrancy  za odebranie telefonu o 5.50 celem uwolnienia rowerów.  Ale i tak nie polecam mimo że kuchnia db wyposażona, dwie toalety z prysznicami- ale mega skrzypiące drzwi słyszalne na 3 pietrze.....nie no..koniec tematu. Nowy dzień. 

Ruszamy ciemną nocą, mega długi   odcinek jak po stole, ale zimno. Towarzyszą nam plantacje winorośli po obu stronach .Za dwie godziny przerwa na goracą herbatę. Wiadomo czapka, rękawiczki, zimowe pampersy.O polarze nie wspomnę ale i tak zima na ziemi regionalnie   ładnie  zwanej Ekstremendura. Ok 11.00  zaczynam ściągać ubrania po kolei. Należy uważać  na znaki szczególnie w Meridzie. Bardzo duży ciekawy amfiteatr w środku miasta. Warto tam się wspinać, a nawet zatrzymać w alberdze nad rzeką w urokliwym parku -((  brak kuchni-)) poczuć klimat mniejszego niż Sevilla miasta ale równie uroczego i przyjaznego. 

Przez przypadek trafiamy na targ w tym rybny , mięsny,  warzywny. 1 kg truskawek wykąpanych w słońcu znika w chwilę. MNIAM !!! 

Ryby...mmmmm...krewetki,  ośmiorniczki, ośmiornica, kalmary,  kraby, nawet homar i już stoję w kolejce..ale czas biegnie a tu ani z kopytka , bo wszystko dzieje się na bieżąco.. patroszenie, odłuszczanie, filtrowanie.. I co tylko człek zapragnie...a czas  biegnie...a ludzie niby pracują..i pracują,  na świeżo. A mnie się spieszy. Mam kolejkę,  jest  ławeczka. Czas  w kolejce to czas integracji . Chwalę Hiszpana który cudownie odbiera jakaś rybkę ze skóry. Perfekcja. Cieszy się. Jednak stania tu na ...3 godziny. Żegnam się miło i fru na stoisko z mięsem. Upał jak diabli a ja ryzykuje i kupuje mięso mielone przyprawione na czerwono: ) jak się okaże bardzo smaczne z makaronem  i przepysznym groszkiem  (plaskim) już za 4 godziny. 

Spotykamy jeszcze wyleniałego chudego kota, aż dziw że tu nie pomaszkyci (-dogodzi sobie kulinarnie- gwara śląska ). 

Wyjazd z Meridy i znów, człowiek myśli, Pan Bóg kreśli....

Coś mi dziwnie jakoś...no nie!! GUMA!! Żar z nieba leje się niemiłosiernie. Cienia ani na lekarstwo. Na szczęście "wóz techniczny" jest przy mnie i ostro zabiera się do wymiany dętki. Trzy kolce z czego dwa ranią skutecznie moją dentkę. Mija  trochę czasu i ruszamy, zaczyna się super zjazd. I can fly!!!(Potrafię latać ). Zjazd prosto na cudny zbiornik z wodą, ale pusty. Tzn bez użytkowników, bo woda jest, do tego akwedukt rzymski I cała z tym histora Ale nie będzie o historii - odsyłam do przewodników.  U nas to by nie przeszło, jeszcze w taki upał, chociaż łódki kajak jakiś... Aaaa, mimo żaru z nieba pod kaskiem mam opaskę chroniącą uszy przed  sloncem. Zbawienne. Droga zwirkowo kamienna, spokojna. Pierwsza napotkana na drodze alberga mimo że pierwsze wrażenie robi dobre, po ostatniej nocy budzi moje wątpliwości...zupelnie nie potrzebnie.  Zajmie pierwsze miejsce na liście odwiedzonych alberg. Czad!! Polecam. Pościel pachnąca proszkiem do prania, przemiła gospodyni i wszystko na tak. 

Nocleg ze śniadaniem 12 €.Jest  też   super wyposażona kuchnia . Bezpieczenstwo rowerow. Warto!! 

Tylko pielgrzymi o 22 już śpią...a ja jeszcze piszę, mam zaległości: )) tak ze trzy dni poślizgu w relacji...ale nie ma kiedy no :))

+ 60 km 

- guma 

+ najlepsza alberga  jak dotychczas. 

 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 22.05.2017 18:08
Villafranca- kto wcześnie wstaje temu.....

18.05.2017 

Cudownie duża alberga  z prywatnej przeksztalcona w municipialna ( miejska ) w której spaliśmy  pozwala na korzystanie z kuchni już o świcie bladym bez budzenia innych. Budzę się i 4.30. Nie żeby kac...poprostu. ruszamy jeszcze w nocnej ciemności o 6.15 jeszcze mnie szarpie żeby podgonić stracony  na starcie czas. Ci którzy ruszyli też przecież są cały czas  w trasie. Zostaliśmy się w dwójkę. Starzy dobrzy przyjaciele. Jednak w takiej trasie jak reality show,  największe przyjaźnie wystawione są na próbę, o czym przekonam się jeszcze tego samego świtu. 

Szukamy znaków ( żółtych strzałek,  czegokolwiek..muszelki po ciemku...jest zimno. Ubrana na cebulkę, liczę na podjazdy i zagotowanie organizmu: )). 

Mam power w nogach. Poprostu mnie niesie!!! Mkniemy po ścieżce nad strumieniem w górę i dół bez użycia większej  siły.  Odczucia prawie mróz. Wszak wczoraj grzało do 36 a teraz jest ok 12/ 13 stopni. Pierwsi opuscilismy schronisko mimo że Brazylijczyk zarzekał się iż to jego cel. Faktycznie gdy wrzucamy klucz ( wychodząc nie ma nikogo na portierni, osoba która przyjmuje gości- pielgrzymów,  rozdaje klucze i instruuje że wychodząc zamykany na klucz a kluczyk wrzucamy  do skrzynki pocztowej.)zjawia się masz kompan. Wygląda dobrze. O Japonce tylko myślę...że ...szkoda , ale pewnie już się nie spotkamy....robimy większe dystanse niż piesi. 

Energia w nogach mnie rozsadza. Ale zaraz gdzie mój kompan, złota rączka, prywatny serwis rowerowy?  

Czekam. Marznę z zimna. Jedzie w końcu. Mówi: 

Bogdan -nie mogę tak dalej jechać!!

Hania -Ale o co chodzi? (Za szybko ???-myślę sobie?  )

B -powietrze mi schodzi

( wczoraj złapał dwie gumy i łatał....)

H- to co robimy ??? ( jesteśmy jakieś 30 min na miasteczkiem....

B - Ty jedź,  ja Cię dogonie...masz wodę,  jedzenie...

H- OK.  

I juz pędzę przed siebie góra dół  ...ale nie widać strzałek...cos jest nie tak myślę...no nic...zobaczymy...zaczynam  myśleć  ze tak nie po przyjacielsku się  zachowalam...pęd pędem..ale....czy on sobie sam poradzi? Nie  zna ang. Kilka slow po hiszpańsku....hm...źle sie z tym czuję. Nagle pojawia się  wreszcie  jakaś jedna zdechła strzałka..jakas taka inna....ale jest...jej się trzymam  zapominajac o kompanie na chwilę,   z tym że kończy się ten miły szutr. Jest droga dla samochodow w lewo  i prawo i żadnego znaku. Mapy, przewodniki...wszystko u Bogdana. Masz babo...kara boska...

Dzwonię,  nie zdążyłam wybrać nr..zatrzymuje się  samochod i Hiszpan macha mi ręka że  w lewo do góry potem w prawo...i fru...tyle go widzieli. ...( dodam tylko że to jakiś palec Boży ze tam właśnie przejechal - przez następne  3 godz. nikogo.. .

Idę za jego radą.  Mijam przyklejone do siebie ( jest potwornie zimno) w zagrodzie stado świń,  ale  już ogromnych...choc nie tłustych,  takie fit- rzekłabym.. 

Jest w końcu żólta strzała - jak się okazało wieczorem...nieźle żeśmy zjechali w tych ciemnościach egipskich,  z tym że B. odkrył swój błąd za drugim pojazdem. Ale jak widać...wszystkue drogi prowadzą do Santiago. 

No to pędzę sobie sama i szukam usprawiedliwienia dla swojego egoizmu...mijam jakiś trop - Wielka łapa..kocia? może wilk..?? Nagle widzę stado leży , baranki owieczki..a ze już nic nie mówię od 3 godzin...

H- Beeeee   -mówię

Owce : błeee-  i zrywają się w ilości ok. 300 sztuk..w 2 sekundy później słyszę zlowieszczne 

Hau Hau i już mi się robi gorąco bo drugie dwieście owiec poderwalo się i gonią w zupełnie przeciwnym kierunku niż  bydle które kieruje się prosto  na mnie. Już nie mam wątpliwości czyj to był trop. 

I rzesz  w mordę-  myślę....( gaz- cholera, w domu)...

Nie mam szans na ucieczkę. Kaplica. Zwalniam. Pies też. Stanął.  Patrzy na mnie

H - w duchu mówię-  sorry piesku...

Jakby słyszał...

PIES: Czyś ty kompletnie zwariowała kobieto? O świcie bladym stado mi budzisz??

H sorry  piesku .. .I za bydlaka też,  dobry jesteś piesek.

PIES - No nie mogę z tymi pielgrzynami .. coraz wcześniej łażą, owce mi straszą,  .Wrum mrum   ..i coś tam jeszcze powarczał..

uf..udało się. 

 Dzwonię do B, sklep z oponami otwarty już naprawiają koło. Zachęcony moim kosztem opony, postanawia wymienić przy okazji swoją-  jednak jego już kroją  30€. 

Umawiamy się w trzecim po drodze miasteczku i dalej ruszamy razem . Trochę tego czasu jednak glupio uciekło ...a zapowiadało się cudownie...

- tylko + lub aż 65km

- rany na uchu od słońca  ( kiedy tak przypalilo ?? Nie wiem ) . 

- przyjaźń na ostatnim włosku

+ bez ran szarpanych. 

-Alberga- łapie  nas Pani w pierwszej alberdze, szybko szybko płacić bo musi jechać gdzieś....

Pośpiech nie jest przypadkowy, takiej szuflandii dawno nie widziałam, pewnie byśmy wyszli ale już zapłacone...jak chińskie klatki na wysokość 3 pięter. Widzę światło na pierwszym piętrze,  mimo że moja parcela jest na 3. Wchodzę do swojego boksu jak kaczka, wysokość ok 60 cm.na  kolanach się nie da, bo siatka metalowa je rani . Polecam tylko komuś kto naprawdę dalej już nie dojdzie..halas straszny, słaby odpoczynek. Rano wszyscy wściekli.

 

 

 

 

 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 20.05.2017 21:21
Monesterio.

17.05.2017 

Pobudka o 7 ruszamy o 9. Za pozno. Zaczyna się znów Drogą Krzyżową. Powtorka z rozrywki a nawet ciężej, tyle że jestem wypoczęta, z drugiej strony, to tak jak na nartach, drugi raz ta sama stromizna trasy juz nie taka groźna. Jest mega zimno. Czapka pod kask, pełne rękawiczki, zimowe spodnie, ale za godzinę wszystko się zmienia. Po drodze szutrowej wśród drzew, swobodnie biegają jak nasze kury, czarne świnie iberyjskie- małe warhlaczki. Szczęśliwe, nie wiadomo na ile brudne bo czarne;) ale zmysł powonienia ich nie zawodzi, śmiało do mnie podchodzą, właściwie bezbłędnie trafiają do sakwy z jedzeniem, liżą, ale jedna z nich już chce gryźć. Zwiewam z lekkim strachem. Po drodze lokalna arena koridy, nie tak zadbana jak ta od najsłynniejszego torreadora hiszpańskiego, ale jest,  a na polach same byczki brązowiutkie. Nie zebym tam specjalnie zerkala, poprostu zauważyłam  Zaraz zaraz a co z mućkami?  Nie ma.  Kto więc rodzi??Albo  czy tylko byki  od małego luźno do woli hasają  na wolnym powietrzu??..czy to przypadkiem nie jest jakiś szowinizm?

Słońce wysoko że  nawet drzewa nie dają cienia. Mózg mi paruje, słyszę jak skwierczą moje cebulki włosowe. Chwila. To nie cebulki, to moj łańcuch tak trzeszczy. Tyle razy ile dzis przekraczalam z rozpędu jakby koryto z wodą w poprzek trasy - tyle razy moczyłam podwozie( co bylo cudownym orzeźwieniem  w ten mega upal....Co za tym idzie...nieustajacy w trudzie kurz okleja wszystko. Jakby miał to za punkt honoru dostać się wszędzie.  Teraz już wiem jaki był podtekst mima w stroju oblepionym kurzem i pyłem ceglastym pod Katedrą w Sewilli.

Po drodze kopuła białej okraglej kapliczki, w nadzieji na cień znajdujemy go w wielkości 1 metra. Karimata. Szybki sen. 15 min.   Ale po 30 minutach odpoczynku jest dalej za duży upał a temp rośnie. Dostrzegam ok 150 metrow za kapliczką jakieś ławki w cieniu pod drzewami. Okazuje się że to strzał w 10. Szemrzy tam strumyk z wolna z czysta i  orzeźwiajacą wodą. Kąpiel stóp idealna.  Ruszamy dopiero o 15 30, ale dalej jest patelnia. Czeka mnie dalszą drogą przez mękę.  Wybieramy  asfalt bo ma być łatwiej, 8 stopni nachylenia i żar z nieba. W końcu alberga wyżej już nie mogli jej postawić, na końcu miasta i faktycznie na samej górze. Basen zlikwidowany mimo że w przewodnikach wspominają...

+ mega integracja z brazylijczykiem  ( 70 + ) i Japonką  ( 24)

+ wspólna kolacja + dwa wina (Szumilas-  chyba  umrę...ale  jak mówiła Skarlet O'hara pomyślę o tym jutro. )

- tylko 34 km

- napiecie przyjaźni w drodze- pierwsze zgrzyty

 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 19.05.2017 22:13
Almaden de la Plata

16.05.2017

Pobudka o 6 dzieki glosnej grupie italiancow. Nie dziwi mnie to wcale.Juz o 8 ruszamy....matko..co my tyle robimy??? Kąpiele,Owies, kawa, pakowanie.Pierwsza prośba wysłuchana...o odrobine cienia! Jest naprawde zachmurzenie ale i  patelnia.Droga trudna jakby po ulewie przejechal ciezki sprzet rolniczy. Koleiny na 70 cm. Na szczęście wyschnięte. Jest pierwsze miasteczko, alberga wita ale jest dopiero 12.00 jedziemy dalej. Niestety Pan Bócek też ma sjestę..pewnie też przysypia jak większość Hiszpanów w tym czasie no i zaczyna się istne piekło. Tylko 16 km do parku narodowego  ( z nadzieją na sjeste ) Ale jakie 16km.....nie do zrobienia nawet na młynku po tym asfalcie z tymi sakwami ... temp 35 odczuwalna 135 stopni(opona 2.2 przeklinam w duchu bez wulgaru).

Jest! Wreszcie park. Ćmi  mi się w oczach. Karimata pod drzewo i o dziwo zasypiam na 5 minut w ciągu dnia w niemilosiernym upale....co okazuje się zbawienne. Po podjeździe zawsze jest nagroda zjazd...super...

I tylko pęd dziki ile fabryka w nogach dała żeby wjechać na następna górkę.  Brakuje mi blatu;)( 2 z 10)  czuje:). 

Zaczyna się szutr. Wije się górę ...ostro...

Słowem...Droga  Krzyżowa..i nazwa nie jest przypadkowa a faktycznie ten odcinek jest jej zwieńczeniem wg przewodników. Jestem zasapana samym wchodzeniem i do tego chyba z 200 kg z rowerem...

Mimo że jest ciężko.trzeba to zaliczyć. Bedzie pot i moze łzy  ale warto. Miejsce widokowe przecudne...jesteśmy na grani w jedną stronę widać to co za nami a Hiszpania ma to do siebie że za każdym razem jak się obejrzysz za siebie jest jeszcze piekniej .....w drugą równie cudny widok.. a co najbardziej przyjazne ...w dali widać białe domki z charakterystycznymi dachami z czerwonej wypalonej przez słońce cegły. 

SUMA DNIA

+ 50 km. 

+ miła alberga na końcu Almadinu. Prawie pusta ...bo wykończeni pielgrzymi ładują  się nie pierwszej  drugiej napotkanej. Za to w sali dla 16 luda jesteśmy z dwójką rowerowych Hiszpanów.  Łóżka piętrowe. Rano okaże się że śniadanie. .owies ...zostało  posolone..tfu..

Dwa wyjścia...Hiszpanów już nie ma ...ruszyli ..a lodówka w zawartości posiada

+ dwa jajka na jajecznicę .  Czestuje  się nimi....Dzieki 

- pot i łzy  , ale co nie zabije to wzmocni.

 

 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 17.05.2017 15:12
Credencial del Peregrino

15.05.2017Telegraficzny skrót. Ekspresem jedziemy do Katedry. I dowiaduję  się że Credencial del Peregrino  (działa jak  paszport czy przepustka na tanie noclegi w albergach czyli schroniskach dla pielgrzymów ) trzeba kupić w Hotelu Simon. Za Katedrę i pierwsza w lewo. 3 €. Powrot do Katedry. Tam ok 250 osób przed nami. Na szczęście szybka  obsluga. Zwiedzanie 9 €. Proszę o pieczątkę. I...tu pierwsze mokrawe oczy...samo przyszło.. 
A może to ta przemiła Pani która w jednym spojrzeniu bez słów przekazała mi wielki  szacunek, podziw, wiarę w powodzenie, krótka wymiana zdań które to Camino... i  szerokiej drogi. Niech Ci się uda!!!
Więc ruszamy Jest 16. Dramat. Chyba 100 stopni ciepla.Strzałki nie dość dobrze oznaczone choć pod samym Hotelem Simon zaczynają wskazywać kier. Oczywiście wiecznie pod prąd w slalomie między ludzkim tłumem. Ale zaraz zaraz...od rana tylko na owsie z pomarańczą. I banan na szybko. Trzeba coś zjeść. Wyjazd na obrzeża miasta, w sumie ta budowla wysoka jak krzywa wieża w Pizie ( tyle ze ta jest cala w szkle)i jej ścięcie u góry wskazuje mniej więcej kier trasy. Ten wyższy czubek bedzie po prawej aż w końcu ja zostawimy za sobą. Jest odrobina cienia. Uliczka tonie w drzewach kwitnących na fioletowo.Czad!!! Już ciszej niż w centrum. Jeszcze troszkę pomieszamy na rondzie wzbudzając zainteresowanie "cywil patrol"( chyba odpowiednik naszej straży miejskiej i  aż w końcu pędzimy . Mijamy pierwszego i jedynego o tej porze pielgrzyma. 

Buen Camino-najczęściej używane zdanie.

Wreszcie mamy miasteczko. Teraz alberga .  Super. Przy boisku. Dzwonię. Automatyczna  sekretarka informuje że nie może odebrać. Klucz w barze El...ale bar tez zamkniety..Nie zostaje nic innego tylko wrócić pod drogowskaz na prywatne schronisko. Zamknięte, dzwonię, jednak tu miła osoba obiecuje że będzie za 5 min. W między czasie zdążyła  wrócić z zamkniętej albergi przy boisku 3 osobowa  rowerowa męska  grupa Italiano. Tłumek pod drzwiami jeszcze bardziej raduje hospitaliero ( gospodarza).  Alberga w Guillena -La Luz.

Podsumowanie dnia
- zostawiony kubek w Sevilli  i jak się okazało rano -kawa też /+lżejszy bagaż

- odcisk na prawym największym palcu u nogi- (no chyba żart..toż rowerem jadę) od hamowania w gąszczu ludzi/+ 16 km po samym starym mieście w Sevilli  czyli mogę być przewodnikiem ;)) 
+ kawa rano gratis, śniadanie kontynentalne-samoobsluga z lodówki 

+db warunki sanitarne, kuchenne, przyjazne rowerom/- + pokoj 4 osobowy lozka piętrowe/ -duszny pokój /+Klima  nad śpiącym. 

+Dystans 36.5 km+ trasa  łatwizna /-żar z nieba

Czyli przewaga plusów nad minusami .

 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 16.05.2017 23:05
Moje Camino na bank uczy mnie cierpliwości.

Szybko ruszamy w drogę do bicycle repair i już za moment jak spod ziemi specjalnie dla mnie proszę bardzo...jest..
Udaje się dogadać. Pan  taller bici (tak myślę ze to mechanik rowerowy po ichszemu)  ochoczo zabrał się do pracy, przez pół godziny spuszczał kilka razy powietrze, pompował próbował, kombinował....w między czasie sprzedał zapięcie do rowera, przyjął dwa zlecenia , umowil rower na "maniana ( czytaj jutro). Ale w mojej sprawie,  werdykt ostateczny opona do wymiany, niestety nie ma takiej  i przeprosil. Odesłał mnie do innego Talerra. Nie chciał jednak pieniedzy, nie wiem czy z racji tego ze był w Polsce w Warszawie i Wroclawiu i miło spędzał tam czas, czy na hasło Camino, a może urok osobisty lub wszystko razem. GPS i szybko do następnego. Zlikwidowany. Pytamy rozpaczliwie. Miejscowi jednak  wiedzą.  Wszak mają swoje "haszple" (  czytaj mocno zużyty prawie rupieć, dotyczy każdej takiej rzeczy-gwara śląska)których na bank nikt nie ukradnie- wierzcie mi:))
 Jest. Za rogiem. Taller bici. Gościu  (przystojny:))Jak się okazało pasjonat polskiej marki rowerowej Kross i Majii ).Obsługuje jakiś Hiszpanów. Wiadomo Ci muszą opowiedzieć historię życia...juz jest umówione ze dokończy ich obsługę,  która końca nie ma i bierze mnie na warsztat....ale to trwa i trwa...a mnie SPD- eki palą pod stopami...ciało  od upału w mieście już też. Zwijam się, lecz na szczęście mówię że wrócę za 30 minut że muszę coś załatwić. Chłopak myśli- klient zwiewna, mówi żebym rower zostawiła, mówię że potrzebuję swój rower. Oferuje mi haszpla....haha...to że  odmówiłam chyba nie było JEGO zaskoczeniem. A ja miałam chytry plan...
Ok. GPS i kolejny adres. I przy okazji powiem tak.....niech jeszcze raz ktoś pomruczy że Bytom czy Bielsko Biała  jednokierunkowe i że jest ciężko samochodem !!!zapraszam do Sevilli. Uliczki wąskie na jeden wóz osobowy. Chodnik mniejszy niż szerokość mojej kierownicy, na szczęście różni sie od ulicy tylko innym wzorem  kostek brukowych, takie jakie u nas byly dawno dawno temu, żadnych durnych krawężników i całe szczęście. W sumie nie wiele brakowało zeby jakiegoś czlowieka na rogi wziąść  (rogi mojej kierownicy )GPS jakby w zmowie....wiecznie pod prąd,  że mi tam nikt "pokuty" nie wlepił  ( po słowacku mandat)  to chyba palec Boży. Nie jeden jak się okazuje...palec w tym dniu. Wreszcie ostatni zakręt i .!!!???!!!...ja p...przepraszam...toż to mój pierwszy mechanik. Ten który nie ma opony.. No nie!!!
Szybka decyzja, expresowy powrót do przystojniachy...
Jest.Czeka.Nie żeby nie miał co robić. Właśnie widzac mnie odmawia haszpla Hiszpanki  i bierze go na "maniana" ku mojej radości Uśmiechnął  się. Mówi nawet trochę po angielsku, na tyle że oboje umiemy się dogadać. Specjalistyczne nazewnictwo pokazuję na rowerze. Ok..zaczyna usuwać. W którymś momencie wątpię w jego możliwości... może by go do "usterki" zgłosić ??? Spuszcza pompuje...Czas biegnie. Pytam ile zapłacę 19 € + robocizna. Juz milczę. Niech mi go tylko zrobi i spadam ...W końcu olej, smaruje brzegi opony na łączu z piastą, dodam że opona faktycznie pompuje w górę,  nie po bokach...pokręcił mocno w dłoniach  oponą w lewo prawo. Niby się wyrównało. Oczom nie wierzę.  Chwalę go ..Maestro !!!- mówię. Już czuję że skrzydła mu rosną.  Zamach kołem i....klops.
Stwierdza wymiana  jednak konieczna, tłumaczy się że  próbował...no rób chłopie....bo mnie się pali!!!.
Pomagam mu, trzymam koło w powietrzu...w duchu myślę,  matko boska żeby stojaka w warsztacie nie mieć? Ok..niech robi będę mu go w powietrzu trzymać jeśli zechce. ( warsztat 3x4 m pod sufitem nawet dwa rowery miejskie  do sprzedaży, dwie linki na których zawiesił potem moj rower, mnóstwo faszpli..czegoś takiego myślę sobie ....  w Polsce nie ma )
W końcu zagaduje, a skąd a dokąd.  Camino to tu magiczne słowo.  Mówi że da mi oponę taką lepszą,  -ze 3000  km spokojnie zrobię bo na takiej sam pomyka. Śmieję  się i mowie -byleby te 1000 km do Santiago i mnie uszczęśliwi.Założył. Chodzi. Wreszcie mam płacić.  Teraz to mnie oskubie- myślę.  A on nic 19 € i tyle. Lizaczek serduszko dla klientów wręczył i .... Buen Camino - szczęśliwej drogi.
Wreszcie. Ale już jest 15.. matko...od 10 rana. Biegiem do Katedry , przewodnik mówi że tam zaczynamy Camino.
Jutro o tym


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 15.05.2017 10:01
Sevicio.

Poniedzialek. Z niecierpliwoscia czekam na otwarcie tarasu od 10.00 w nadzieji ze obsluga rozpocznie dzien pracy punktualnie.  Wczorajsza proba dogadania sie z hiszpanskim rezydentem spelzla na niczym. Z uporem maniaka na haslo bike serwis, mlodzieniec kieruje mnie do wypozyczalni rowerow, gdyz Serwicio wlasnie to oferuje a jego znajosc angielskiego jest rowna mojej z tym ze ja jestem otwarta a on stoi przy swoim. Po intensywnym szukaniu w necie ( darmowe wifi) okazalo sie ze shopy maja mozliwosc naprawy. Czynne od 9.00, 2 km od naszego miejsca.

W oczekiwaniu na wyzwolenie roweru....

Troche o Sevilli, glosno, gwarno, radosnie, leniwie i konsumpcyjnie. Na jeden dzien ok, ale spedzic tu tydzien? czy dwa ? no nie wiem. Moze przy sutym zakrapianiu winem kazdego wieczoru byloby to mozliwe, zreszta ekipa goszczaca w naszym pokoju wracala gdzies nad razem i w miare cicho wskoczyla do lozka, choc pewnie bylo to trudne, bo fakt ze spali  na jednym parterowym lozku  z walajcym  sie  Euro wskazuje ze ...a moze lubia kapac sie w pieniadzach;)))  I dzieki Bogu ze nikt nie chcial w tym stanie drapac sie na pietro. 

Ok. Punktualnie zjawia sie obsuga. 

 


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Magda :: 15.05.2017 18:46 Oczywiscie, ze czytamy i z niecierpliwoscią czekamy na nastepną relację. My jechalismy samochodem z rowerami do Pampeluny.Tam zostawialismy nasz samochod. Z Santiago wracalismy wypozyczonym samochodem do Pampeluny. Niestety nic o naszym Camino nie pisalismy.Pozdrawiamy. Hola!


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 15.05.2017 08:33
Kolacja w Sevilli.

Podróż luksusowym busem znanej i lubianej firmy przewoźniczej Alsa w Hiszpanii  ( dla nich nie ma problemu- rower jest bagażem i przyjmują go na pokład po zakupie odpowiedniego  biletu) pokazuje nam przez 2 godz 30 minut różnorodność tego ciekawego kraju. Górska wielkie, które przerażają oczywiście myśląc jakie to będzie trudne wjechać tam jako camele,tereny płaskie rolnicze, które wyglądają jak patelnie, co jakiś czas zabudowa miasteczkiem. Mimo prób rejestacji jak najwięcej dwie drzemki w busie zaliczone. Sevilla. 19.00 ruszamy w poszukiwaniu potwerdzonego noclegu i znajdujemy bez większego trudu. Ruch w Sewilli jak w Rzymie, ale nawet policjanci w urokliwych mundurach przyjaźni. Nie jestem pewna czy droga ( pusta w sumie) opisana poziomo Bus Taxi Solo dotyczy rowerów, ale racjonalnie wydaje się to bezpieczniejsze i tędy jedziemy. Nocleg  jest tani jak na Sevillę 12.5 euro za osobę z rowerami, (sala 6 osobowa, łóżka piętrowe) ale podziw dla ludzi którzy z nogi zwiedzwiedzają, bo z tego miejsca do centrum jest spory kawałek, co dla roweru nie stanowi żadnej przeszkody. Taras na dachu to miły  akcent pod warunkiem że nie trzeba na wysokość 3 piętra szarpać rowerow po wąskich schodach. Jednak to nic. Gorsze zło to to że taras zamykany jest na noc od 22 do 10 rano. Gospodarz ostrzega ze rowery na noc zostawione na dworze nie będą bezpieczne.  Więc zostaje szybki rekonesans czas start 2 godziny.  Zaliczamy w ekspresowym tempie Stare miasto  Parasol - zjawiskowa budowla, Most Izabeli,  Torro - arena-  właśnie wyspała się podekscytowana widownia. Nawet nie chcę myśleć, czy walka trwała do pierwszej krwi, czy..Szybki powrót na nocleg. 

Polaków młodych słychać szczególnie nocą, ale Kim z Korei natychmiast wprowadza porządek o godz 24.00. Chodzimy w pensjonacie po białych marmurach a na ścianach oryginalne kafelki specyficzne dla Sevilli. A...kolacja...z tego wszystkiego pół  konserwy  i liście sałaty. Bo chleba brak. A przecież to niedziela i grubo po 20. Nie czuję dyskomfortu. Jest ok.


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 14.05.2017 23:52
Śniadanie w Maladze.

Śniadanie w Maladze. Owsianka z kurkumą i pomarańczą. Niebo.  Zasyca  na długo, energię uwalnia powoli. Do tego parzony czarnuch. Ok. Tyle kulinarnie. Po kolejnym pakowaniu sakw opuszczamy miły pensjonat z wygodami. Poznane dzień wcześniej dziewczyny dopiero wstały po wczorajszym wieczornym szaleństwie dyskotekowo sangriowym( o czym świadczył nie tylko oddech ale i oczy mocno królicze)  Szerokiej drogi  i pewnie już ich nie spotkamy. Młodość ma swoje prawa.
A ja mam dwa wyjścia, jechać na uszkodzonym kółku wzdłuż  wybrzeża, albo siedzieć gdzieś w jakimś cieniu, bo strach przed tym słońcem. Tubylcy dziwnie ubrani, 80%- długie spodnie bez względu na płeć, długie rękawy,bluzy...temp  29 stopni.  W sumie chyba mi się udzieliło czasami czuję chłód. Ale przejażdżka nad wybrzerzem troszkę poprawia  mi humor mimo poważnej centry na kole, która jak dobrze pójdzie jutro zostanie oddana w ręce specjalistycznego serwisu.  Autobus do Sewilli o 15. Dwa regionalne ciasteczka. Litry spijanej wody  ważniejsze od jedzenia. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 14.05.2017 09:52
MALAGA

Pierwsze kłopoty. 

Po szczęśliwym dolocie na miejsce, odebraniu bagażu z wierzchu wyglądającego idealnie okazało się że  rower po złożeniu z drobnych w jedno, (co trwało całe wieki) jednak został uszkodzony. Było to już po wyjściu z lotniska, ale nawet i na jego terenie ....nic by to nie zmieniło. Bagaż był przecież nienaruszony.

Tym samym plan że jeden dzień z tej pielgrzymki będzie zwyczajnie urlopowy, ...i na rowerach zaliczamy okolicę  padł. Przynajmniej nocleg okazał się przyjazny, czysto schludnie, ręczniki, z kuchnią dostępną dla gości, super łazienką.  To zapewne jedno z nielicznych miejsc gdzie będzie taki luksus...bo przecież wiem co mnie czeka.

Kłopoty planu dalszego...bagaż jest stanowczo za ciężki.Po przejrzeniu rzeczy stwierdzam, że nie ma czego odrzucić...a mimo to...jeszcze pomyślę,  ale tusz do rzęs stoi w kolejce jako pierwszy...następnie  redukcja koszulek i rzeczy ciepłych do jednej....jeszcze to przemyślę. Tu jest ciepło,  ale w Galicji może i śniegiem sypać...na pewno trzeba zjeść 3 polskie gulasze angielskie...i to już 1 kg mniej. 

Pogoda na dziś "lampa". Aż strach wyjść..czysta "blada twarz"..

Ps. Mogą się zdarzyć przerwy w relacji netowej na bieżąco jednak przy najbliższych okazjach będą dodawane kolejne wpisy....hurtem :)) No chyba że pisarz nie będzie już kompletnie miał siły. 

Ps 2 .

Jeszcze nie ogarnęłam funkcji dodawania zdjęć,  może do tego dojdę.  

 

 


Komentarze (2): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Magda :: 14.05.2017 19:48 Czekamy na dalsza relacje. Zastanawiamy sie nad rowerowym Camino via de Ła Płata we wrześniu. Byliśmy dwukrotnie na Drodze Francuskiej. Ostatni raz w 2010roku. Buen Camino!
  • Hanna :: 14.05.2017 22:15 Hallo:)) jak milo ze ktos czyta :) aż warto pisac:))Jak wy sobie radziliście z rowerami w podróży? Macie gdzies relacje??Na pierwsze Camino przyjechaliśmy samochodem ale trwało to i trwało. Teraz samolot i zamiast jutro startować...będę błagać o szybką pomoc. W sumie wyjdZie z opóźnieniem tyle samo.Czasowo że z jasną. Pozdrawiam.


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 13.05.2017 23:17
I learn English

No to teraz trochę samokrytyki z dzisiejszego rana...5 godzina mózg jeszcze śpi wszak bez śniadania i jeszcze niewyspany. Przychodzi mail, należy potwierdzić godzinę przybycia na drugi nocleg  w Sewilli.  Wiadomo, że co innego booking a sjesta sjestą i nie ma że pielgrzym;)Hiszpan swego pilnuje.
No to wysylam. We wil be about 19 hours. W moim tłumaczeniu.. .będziemy ok. 19.
Po czym  myślę ...przecież to nie tak, napisalam ze dojedziemy za 20 godzin.....
Pierwsza językowa gafa, sprostowana kolejnym mailem.
Ale niczym to przy gafie na strefie wolnocłowej gdzie panienka śliczniutka zapytana przez młodego chłopaka rodem z Anglii trzymającego w rękach pudełko  Hugo bossa pyta. What is this?
"Śliczna" odpowiada This is. . .Ice cream...mina chłopaka bezcenna, po czym dziewczę poprawia się szybciutko, używajac właściwie akcentu, (...)eye cream...
 rumieniec jest szybszy
...i  choć buzia w iście angielskim stylu ...nude... pokazuje ze różu na policzki  wcale nie trzeba nakładać, to nad angielskim jeszcze trochę  popracować trzeba. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 13.05.2017 23:04
Siniaki

Ale wróćmy do siniaków, jak?? na dłoniach???
Da się? Da się.
Otóż zapakowany rower wcale nie jest taki przyjazny do transportu. Toż  to cały bilbord.Ale wróćmy do siniaków, jak?? na dłoniach???
Da się? Da się. Katowice Dworzec, cudny po remoncie. Ludzie zachwyceni. Windy  są a jakże,  ale tylko do 3 peronu Niestety nikt nie założył że nawiedzeni będą biegać po peronach z mega dużymi  bagażami. No sorry Katowice.  Mimo że jestem ślązaczką.
Więc..chcąc nie chcąc trzeba bylo w jednej dłoni nieść sakwy w drugiej pudło z rowerem. Peron 4. Matko jak to się wrzynało w palce. Mimo iż dostałam specjalny ochraniacz..pierwsze wybroczyny podskórne zaliczone.
 Pochwalić należy   ochroniarzy dworca. Wyskakują jak z pod ziemi i już otaczają opieką pozostawiony na moment samotny bagaż z miną i postawą godną nie jednego wojownika. Jeden uśmiech i po sprawie.
Na pełne uznanie zasługuje za to Kraków Główny gdzie za pomocą wind sprawnie odbyła się  przesiadka miedzy peronami, piętrami do kolejnego pociagu- kier. lotnisko Balice. Tyle. No to wreszcie  fru.
Wylatujac z Polski towarzyszy mi cienki deszczośnieg. Jednak po wzbiciu się ponad chmury słońce igrało z białą pierzynką na tle cudnego błękitu.
Gdyby mój stwórca czytałby teraz w moich myślach, pewnie uśmiechnął by się pod nosem , za stwierdzenie (...) pięknie jest  w tym niebie: ))...
 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 13.05.2017 22:56
No to fruuu

No to fru!!!10.45 Kraków Malaga.
Nawet nie podejrzewałam że pierwsze moje siniaki tej wyprawy pojawią się na dłoniach. Rower. Zapakowany cudownie w karton wzbudził radość już  na starcie czyli Katowice Dworzec PKP.  Generalnie zaintrygowani sami odpowiedzieli sobie na pytanie cóż to takiego i nie pytajac rozpowiadali wśrod innych pasażerów ze telewizory jadą.  Olbrzymy. 

Ps. Zrywane połaczenie z netem uczy mnie cierpliwości....wrrr...


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 12.05.2017 23:47
Jeden

Jeden dzień do wylotu.
Serdeczne podziękowania "złotej rączce" za cudowne rozłożenie na drobne mojego roweru. Konia z rzędem dla kogoś kto spełni wymogi Raynaira w kwestii jego przewozu. 
Czy wszystko będzie ok? Okaże się już jutro przy odprawie. Pobudka juz o 3.45. Dobranoc. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 11.05.2017 22:42
Dwa

Wokalista zespołu Universe; na jednym z koncertów w Tarnowskich Górach, zapowiadając kolejny utwór powiedział
(...) jeśli kobieta po 40 myśli, że dalej nie musi się malować..to jest w błędzie...
Hm... jestem grubo po 40 stce;))))
A w ogóle to jak mogłam tak pomyśleć? Żeby bez kosmetyków? I te rzęsy takie...gołe? Taki goły rzęs?? Tusz raz proszę. 
Waga bagażu 12kg, na usprawiedliwienie dodam że 1750 gram to waga dwóch sakiew po 30 litrów. I tak już zostanie. Nic dodać nic ująć. 


Dodaj komentarz »

Hanna Niewiadomska :: 10.05.2017 09:02
Trzy

Trzy.

Trzy dni do wylotu. Ostatnie przygotowania. Ostatnie odchudzanie bagażu. 3 koszulki ? w życiu, 3 pary majtek?? nie ! dwie, trudno, musi wystraczyć i tak ze wszystkim. Coraz wieksze podniecenie i ekscytacja. Milion myśli  na sekundę. Ciekawość i niepewność, chęć przygody i olbrzymi strach!!!...

STRACH? naprawdę ??

Tak. Pierwsze Camino zaliczyłam w 2013 roku drogą francuską z Pampeluny - rowerem. Nie byłam świadoma na co się pisałam....

Dziś towarzyszy mi właśnie strach i  nieprawdopodobna wiara w powodzenie.


Dodaj komentarz »

Moje Srebrne Camino.

Autor: Hanna Niewiadomska
Ostatni wpis: 23.06.2017 10:27
Odwiedziny: 2020 (od 10.05.2017)

Archiwum: