Camino de Santiago

Z pamiętnika pątnika ;]

07/2011
Z pamiętnika pątnika ;]

Sławek Grzela :: 27.07.2011 20:54
27.07- coś się kończy, coś się zaczyna...

Tego dnia nasza pielgrzymka definitywnie dobiega końca. O 15.15 wyleciał nasz samolot do Warszawy. Cóż powiedziec... żal odjeżdżać. Nasze Camino definitywnie dobiegło konca. A może jednak nie? Pamiętam kazanie, które jeden z polskich księży powiedział w trakcie Mszy w kaplicy przy krypcie. Jedna z płaskożeźb na katedrze zawiera greckie litery alfa i omega. Jednak sa one przedstawione odwrotnie niż zawsze- najpierw omega, potem alfa. I może tak jest, że nasze camino się kończy, ale zaczyna się drugie, dłuższe, ważniejsze. Oby to camino, które się dziś zaczyna, zakończyło się tak samo szczęśliwie.
Dziękuję tym wszystkim, którzy zadawali sobie trud zaglądania na tego bloga. Wszystkim, którzy zamierzają wziąć credencial do ręki i pojść do św. Jakuba, jk i tym, którzy kroczą drogami swojego życia, mówimy: BUEN CAMINO!
Łukasz, Sławek, Darek, Mateusz i Emil :)


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 27.07.2011 20:53
26.07

Dzień odjazdu. Poznalismy tutaj wielu wspaniałych ludzi, którzy na pewno wnieśli jakiś wpływ na nasze życie i postepowanie. Ilary, Xavier, Nacho, ks. Paweł, s. Gracjana, Bogdan, pan Jerzy, Helena, Agnieszka i wielu innych, których może imienia nie znamy. Camino tworzą właśnie tacy ludzie. I dla takich ludzi warto iść.
Pojechalismy autobusem do Madrytu. Podróż trwała 8 godzin, ale nie dało się tego odczuć. Z resztą, przecież jeszcze w Polsce zdecydowalismy, że jedziemy najwyższą klasą. I opłaciło się. Posiłki, Internet, radio. Madryt powitał nas ponad 30-stopniowym upałem, który zmalał nieco wieczorem, czyli ok 22. Widzieliśmy miasteczko pozostałe po prostestach, widzieliśmy słynny park, widzieliśmy Madryt nocą. Jest po prostu świetny. Potem, tradycyjnie, nocowalismy po spartańsku. Tym razem jednak nie pod hotelem Chamartin, ale na lotnisku.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 25.07.2011 22:07
25.07- odpust

Żeby znaleźć siedzące miejsca w katedrze, musieliśmy znów zerwać się dość wcześnie i ru\\szyc do Santiago. I opłaciło się, siedliśmy w pierwszej ławce przeznaczonej dla ludzi pospolicie urodzonych ;] O 10.30 rozpoczęła się Msza Święta. Sprawował ja ks. Arcybiskup (pozwolił zrobić sobie zdjęcie z nami:) ) wraz z innymi biskupami i kapłanami. Oczywiscie botafumeiro szybowało:). Spędziliśmy jeszcze troche czasu w Santiago i trzeba było wrócic, zacząć się pakować, pożegnać się z ks. Pawłem, s. Gracjaną i Karoliną (na Camino są tylko tak otwarci i ciepli ludzie?) i ogolnie przygotować się do powrotu. Jeszcze wieczorem idziemy na powtórkę wczorajszego pokazu (ale bez fajerwerków)- mam nadzieję, że będzie równie spektakularne :)


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 25.07.2011 22:03
24.07- Fatima

Dla reszty był to kolejny dzień zwiedzania. Do mnie i Emila uśmiechnął się Pan Bóg- pojechaliśmy do Fatimy! Znalazły się dwa wolne miejsca w samochodzie niezwykle miłego pana Bogdana, który nie chciał tam jechac sam. 10 godzin jazdy, 5 godzin w Fatimie. Co prawda mój fundusz nieco się nadszarpnął, ale naprawdę warto. Jest to kolejny punkt "must be". Tylko nowa bazylika mi się nie podobała...


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 25.07.2011 22:01
23.07

To był dzień przeznaczony na zwiedzanie indywidualne. Jeden z niewielu wspólnych punktów to poranna Msza Święta sprawowana w kaplicy przy grobie św. Jakuba. Tego dnia x. Pawel z diecezji szczecińsko-kamieńskiej obchodził urodziny (nie wiedziec czemu nie mogliśmy się doliczyć :D). No i wieczorna impreza przygotowana wspólnymi siłami. Jest to niewątpliwy dowód na to, że z checiami można zrobić coś z prawie niczego.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 22.07.2011 23:25
22.07

No i dotarlismy na koniec świata. Zrobiliśmy zdjęcia, zachwycalismy się przyrodą, zbieralismy muszelki. Woda była zimna ale wszedlem do pasa;] W polskim albergue (Monte do Gozo) poznajemy masę przyjaznych ludzi. To jest coś niesamowitego.

Piszę dużo mniej niż na początku. Dlaczego? Może po prostu trzeba samemu tutaj przyjśc i to zobaczyć...


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 21.07.2011 20:57
21.07

Wstanie. Marsz. Ostatnie pieczątki. Modlitwa. Marsz. Te Deum. Marsz...

KATEDRA

Opisywac nie zamierzam- to trzeba zobaczyc samemu.

Msza- botafumeiro. To trzeba zobaczyć.

Do katedry się nie wchodzi po schodach- do katedry się wstępuje po schodach.

Po katedrze się nie chodzi- po katedrze się kroczy.

Jutro koniec świata.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 21.07.2011 08:45
20.07

Camino Franches nie było tak sympatyczne jak Camino Primitivo. Dużo ludzi, każdy coraz szybciej chce dotrzeć do celu. Zaczyna się wyścig. Wstąpiliśmy do miłego baru Camping San Marcos, gdzie mogliśmy porozumieć się po angielsku. 3 km dalej dotarliśmy do naszej bazy noclegowej na Monte Gozo. Z dość wysokiego pagórka dostrzegliśmy trzy wieże katedry w Santiago. W albergue, którego dyrektorem jest polski saletyn o. Roman Wcisło m iło było usłyszeć język polski. Wieczorem uczestniczyliśmy razem z pielgrzymką autokarową z Polski we Mszy św. w pobliskiej kaplicy, od wielu dni pierwszy raz w j. polskim. Tyle na dziś...

P.S. Pozdrawiam Mamę i Tatę - Darek :)


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 20.07.2011 08:54
19.07

W sumie od kiedy zeszlismy z Camino Primitivo, skończył się czas ciepłej, rodzinnej atmosfery. I szlak juz nie jest tak malowniczy, i ludzie nie są tak mili. Doszliśmy do Pedrouzo, ja  i Emil z lekkim opóźnieniem spowodowanym zbieraniem stempelków do credenciali. KIedy doszliśmy do albergue, zobaczylismy sznurek jakiś 60 osób. Łukasz, Darek i Mateusz stali w kolejce i byli chyba 40. Troszkę zaczęła irytować nas sytuacja rozpychania się łokciami i postanowiliśmy (ja i Emil) iść dalej. Spokojniutko, bez pospiechu doszlismy do Monte de Gozo. Po trzech tygodniach usłyszelismy polskie "Szczęść Boże". Opraliśmy się, zjedliśmy wspaniałą zupę i zasneliśmy. My do Santiago mamy 5km, oni ok 18.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 18.07.2011 17:23
18.07

Dziś droga była i łatwiejsza, i krótsza (26km). Jednak od Melide ruch pielgrzymkowy zaczął się zagęszczać- Camino Primitivo włączyło się w Camino Frances (najbardziej oblegane). Wobec tego ciężko było znaleźć  miejsce w albergue publicznym. Zatrzymaliśmy się w prywatnym, co kosztowało nas 10 euro. Mysle jednak, że jest warte swojej ceny. WiFi, kuchnia, jadalnia etc.

Ten etap, który rozpoczął się w Melide, a skończy się pod katedrą w Santiago, będzie świetnym sprawdzianem dla naszej wiary i zaufania Jezusowi. gdybym miał to porównać do studiów, to są to ćwiczenia. Bo jezusowi można ufać słowami, do momentu najbliższego zachwiania albo pierwszej lepszej trudności. A Paweł VI mówił, że świat potrzebuje śwwiadków. Obyśmy zaliczyli te ćwiczenia.

Ponieważ robi się homiletycznie, zakończę standardową informacja. Do Santiago pozostało 39km.

:)


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 18.07.2011 12:36
17.07

Aby podsumować dzisiejszy dzień, można wyobrazic sobie stereotypowego mieszkańca Teksasu, w jeansach, butach z ostrogami, skórzanej kamizelce, kapeluszu i źdźble trawy w zębach, który siedzi przy ognisku i zaczyna snuć opowieść dla dzieci (z typowym akcentem "Mariusz Max Kolonko") od "It was a loooong way". 36km to wiele. Pierwsze 10km przeszliśmy jeszcze z plecakami. Potem zmieniliśmy zdanie i zamówiliśmy taxi dla plecaków. Tydzień temu w niedzielę sprawiliśmy sobie luksus przejścia jedynie 10km, dziś przeszlismy 36 bez plecaków. Na poczatku poszlismy na Mszę do katedry. Odprawiał jakiś starszy ksiądz. Przyszedł do ołtarza Matki Bożej (układ oltarza jak w kaplicy Matki Bożej na jaxnej Górze- odprawia się tylko versus Domini) w nowym rzymskim ornacie, pokłonil się, stanął przy miejscu przewodniczenia i zaczął od "Buenos dias". Dopiero potem okazało się, że najpierw powiedział wprowadzenie do Mszy, a potem rozpoczął Najświetszą Ofiarę. Posileni Ciałem Pana, ruszyliśmy w drogę. Szło się całkiem spokojnie. Po drodze napotykaliśmy zamknięte kościoły i jeden otwarty, który obchodził święto patronalne. Trafilismy akurat na procesję. Jest tutaj zwyczaj odpalania petard- widok człowieka odpalającego je od papierosa- bezcenne. W środku napotkaliśmy na niezwykle miłego księdza, (i piękne XIX wieczne Mszały- niestety próby negocjajci sprzedarzy spełzły na niczym). Albergue jest faktycznie nowe. Jest swoistym połączeniem nova (szkło itp) et vetera (kamień), podoba mi się to bardzo. Do Santiago 68km.

Co do kilometrów, onego dnia mieliśmy możliwość przekonać się o zaburzonej orientacji w terenie Hiszpanów. W jednej wsi zapytalismy kilka osób o albergue. Dwie kobiety powiedziały: 4-5km (jedna osoba- jedna odpowiedź, różna od innej?), inna kobieta- 3km, drogowskaz- 2km. :D


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Magdalena :: 18.04.2017 00:18 Gdzie nocowałeś tego dnia?


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 16.07.2011 21:05
16.07

Po nieudanym starcie w Oviedo, ten dzień byl najdłuższym. Nie był on jednak najtrudniejszy pod względem różnic wysokości. Dziś było całkiem płasko. Stan liczeby jest utrzymany, jakościowo też nie jest najgorzej. Po drodze minęliśmy coś ciekawego? Chyba przydrożne krzyże, których nie widziałem od kiedy opuściliśmy Polskę. Lugo jes arcystare- o ile dobrze zrozumiałem treść posągu stojącego na rynku, swoimi początkami sięga Augusta Cezara, syna Juliusza. Ciężko jest znaleźć miejsce z bezprzewodowym internetem w lokalu, chociaż ciągle mam nadzieję, że uda się to wrzucic jeszcze dziś. (Udało się, choć po niekrótkich poszukiwaniach ;d)
Albergue? Z jednej strony jednorazowe prześcieradła, ładny standart dormitoriów. Z rugiej brak przesłon w prysznicach i kuchnia, w której nie ma żadnych garnków, patelni, sztućcow czy talerzy (o szkle nie wspominając), a stan czystości wskazuje, że ostatnio sprzątały tam rówieśniczki generała Franco (kiey miały ok 10 lat). Przed nami ostatnie 100km.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 15.07.2011 20:06
15.07

Na początek pragnę uspokoić wszystkich zatroskanych o Łukasza. Nie jest to nic poważnego, Łukasz po jednodniowej rekonwalescencji dzis przeszedł z nami dalszy etap. Rezwczy mają się dobrze :)

Galicja znów poczęstowala nas zabójczą niemal dawka słonca, chociaż Xavier (chyba tak to sie pisze :D) poinformował mnie, że jutro może padać i zaproponował zrobienie prania. Nasze rzeczy suszyły się kilka godzin zanim on nas zapytał, ale tak czasem jest: kiedy jedni robia rekonesans po barach (dzieki temu wiem, gdzie jest WiFi), inni robią pranie albo szukają sklepu. Dzisiejszy odcinek można podzielić na dwie części: przez jakieś 25% pod górę (nie tak ostro jak 12.07, ale całkiem całkiem), pozostały czas to w dół. Zchodzimy z gór i to nie tylko widać, ale i czuć (w nogach oczywiście). Obok albergue (całkiem sympatycznego i ze znośną ceną- 5euro za kuchnię, łóżka z jednorazowymi prześcieradłami, prysznic etc to nie tak źle) jest kościoł. Zbudowany całkiem niedawno. Zamknięty. O ile zrozumieliśmy miejscowe kobiety (znowu potwierdza się, że Hiszpanie są skorzy do pomocy, nawet jeśli nie znają języka), Msze są sprawowane jedynie w sobotę wieczor i inne ważne okazje jak sluby czy pogrzeby. Trzeba z jednej strony dziekować za kapłanów w Polsce, ale i prosić o świete powołania, także tutaj, gdzie ksieży jest naprawdę potrzeba. Widoki zamkniętych kościołów i kaplic, przygotowanych do Mszy (ampułki na stoliku, wyłozony MSzał i szaty)- to naprawdę ujmuje. Dzisiaj wszyscy szlismy w komplecie, Łukasz czuł się na tyle dobrze, że poszedł z nami. Oby tak dalej. Do Santiago ok 130km.

PS dzis niespodziewanie wypadła Msza Święta. Wrażenia jak zazwyczaj w Hiszpanii...


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 14.07.2011 20:47
14.07 czyli Galicja welcome to

Opuścilismy już zachmurzoną, obfitująca w deszcz (i piękne widoki) Asturię i wkroczyliśmy do Galicji. Dziś szliśmy tylko we czterech, Łukasz postanowił zregenerowac swoją nogę. Droga... jak droga. Z dołu do góry, z góry na dół+ kilka kilometrów nakładki na swoje życzenie (na starcie źle poszliśmy i w połowie zachciało nam się "skrótu" po asfalcie). Z moim gardłem jest coraz lepiej (po fatalnej nocy, malo co spałem), dzis zaśpiewaliśmy dwie litanie, koronkę do Bożego Miłosierdzia, a pieśni to już nie liczę.

Po raz pierwszy od wylotu z Warszawy widziałem księdza w stroju duchownym. Nie ma co liczyć tutaj na sutannę, ale widok księdza w koloratce z trydenckimi odruchami, który sprawuje czystą rzymską liturgię jest uspokajający. Oby tak dalej.


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Monika A :: 14.07.2011 21:57 Łukasz zaniepokoiła nas twoja kontuzja. Napisz czy to coś poważnego? Pozdrawiamy wszystkich i czekamy na odpowiedź.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 13.07.2011 21:29
13.07

Pogoda powolutku polepsza sie. Od porannego mżenia, poprzez gęstą mgłę, która opadła po godzinie 13, aż do przepięknego słońca wieczorem. Etap co prawda nas nie rozpieszczał (Berduceo- Grandas de Salime), bo najpierw lekko w góre, potem przez 11km w dół po serpentynie po stoku góry, potem znów pod górę. W tym czasie Łukasz złapał kontuzje i dotarł z Mateuszem i naszymi plecakami do Grandas stopem. Widoki sa prześwietne- jakby zywcem wyjęte z "Władcy Pierścieni", co można zobaczyć na zdjęciach (mam nadzieję, że zagladacie). Praktycznie odzyskałem glos, więc możemy modlić sie śpiewem razem (dzis np zaśpiewalismy oprócz kilku pieśni Godzinki o Matce Bożej Nieustającej Pomocy). Hiszpania jest krajem, który co raz mnie zaskakuje. Ludzie są niesamowicie otwarci i emocjonalni, bardzo chętni do pomocy. Drzwi odwierają się do wewnątrz, (co jest kłopotliwe np w łazienkach dla mnie :D) a jedzenie jest podawane od 21.00 (kto normalny u nas ma ochotę zjeść trzydaniowy p;osiłek o tej porze? - ja zjadłem i gdyby nie małe co nieco na trawienie pewnie bym nie zasnął). Ludzie wręcz CZEKAJĄ na księży. Widzialem po drodze kaplicę przygotowaną do Mszy (co prawda w formie nadzwyczajnej ale zawsze). Kiecy weszliśmy do kościola w Grandas, powitała nas miła pani, która podbiła nam credenciale. Darek otworzył śpiewnik na "Salve Regina", więc zaczęliśmy śpiewać. Akustyka tego XII- wiecznego kościoła jest wrecz cudowna- byliśmy w bocznej kaplicy, a głos ptrzepięknie roznosił się po calej świątyni. Ku uciesze pani zaśpiewalismy jeszcze "Adoro Te devote" i pozwoliliśmy jej zamknąć kościół (otrzymawszy uprzednio szkaplerze od niej). Hiszpania jest ciekawym krajem i na pewno warto tutaj wrócic.

Normalnym tutaj jest organizowanie szczytów międzynarodowych Polska- Finlandia- Hiszpania. Wczoraj zaprosiliśmy Illarego na kolację. Zanim zaczęliśmy, poprowadził modlitwę. Podziekowal Bogu za to, że moglismy spotkać sie razem, ludzie różnych krajów, kultur, poglądów. To jest piękne. Dziś dla odmiany była jajecznica, w odróżnieniu od poprzednich  dni, kiedy było spaghetti. Jutro opuszczamy Asturię i wkraczamy do Galicji. Mam nadzieję, że dzisiejsza dobra pogoda się utrzyma.


Komentarze (2): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Anna Karczewska :: 13.07.2011 22:02 Pozdrawiamy serdecznie, cały czas śledzimy Twoje kroki... Buziaki Ania Marek I Piotruś
  • Anetta Karabin :: 13.07.2011 23:05 Hej, hej my również podążamy za Tobą krok w krok :) fantastycznie czyta się Twoje wypociny, pozdrawiamy serdecznie, trzymaj się ciepło - Anetta, Rycho i Tymek


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 13.07.2011 21:13
12.07

Dzisiejszy dzień prawdopodobnie był najgorszym w ciągu kilku dni, jeżeli nie w ciągu całego camino. Nie dość, że droga nas nie rozpieszczała, to w dodatku zaczęło padać, i to całkiem niewąsko. Przez jakieś 4 godziny szliśmy w totalnym milczeniu. Doskonały czas na przemyślenia. Pomijając fakt całkowitego przemoczenia (przez chwile balem się, że zamięknie mi netbook i nie tylko nie będe mógl dzielić się z Wami swoimi wypicinami, ale nawet nie będę miał na czym napisac magisterium :D). Zimny wiatr wzmagał poczucie chłodu. Chyba wtedy przyszedł kolejny kryzys. Kiedy dotarliśmy na szczyt, postanowilismy złapać stopa. Ja i Mateusz podrózowaliśmy na pace jakiejś małej ciężarówki, reszta chłopa dotarła do Berduceo samochodem. Spotkalismy nie tylko naszych znajomych z poprzedniego albergue, ale i kilka nowych osób (czy wspominałem, że od pierwszego dnia śledzimy polskie malżenstwo z trzytygodniowym stażem, którzy odbywają na Camino swoją podróż poślubna?), między innymi Illarego, który idzie z Finlandii od 4 miesiecy. Studiuje luterańską teologię i jest bardzo miły. Nie jest wojującym luteraninem, jest bardzo przyjazny. Dostaliśmy od niego małe figurki pielgrzymów zrobione z jednego kawałka drutu.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 11.07.2011 19:44
11.07

Na szczęście i pogoda zaprezentowała skie lepiej, i ja po lekach

czuje sie lepiej, a nawet kupilem sobie pierwszą poważna pamiatkę z

Hiszpanii- polar. Droga nie byla bardzo skomplikowana, ludzie jak

zwykle pomocni. Dla mnie jest to niezły sprawdzian na wiare w Boga.

Czy bardziej ufam sobie, czy Panu Bogu? Czy ufam, że znajdzie się dla

nas miejsce w albergue, czy będę gnac jak szalony?
Właściwie to ani słowem nie odezwaliśmy się na temat naszej podróży.

Otóż nie trzeba przypominać, że udajemy się do św. Jakuba w Santiago

de Compostella. Do tej pory odbyliśmy cztery etapy.
1. Oviedo- Cabrunana
2. Cabrunana- La Espina
3. La Espina- Tineo
4. Tineo- Pola de Allande
Nie podaję odleglości w kilometrach, bo ani my, ani pewnie nikt nie

wie, ile kilometrów zrobiliśmy (klasycznym przykładem jest zdjęcie, na

którym są dwa drogowskazy do tego samego miejsca, znajdujące się obok

siebie; każdy z nich podawał inną wartość). Spożyliśmy cudowną

kolację zgotowaną przez Emila i poczynilismy inne wszelakie

przygotowania do dalszej trasy, ze snem włącznie.


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • ania :: 11.07.2011 21:01 dobrej nocy :)


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 10.07.2011 17:32
10.07

Pogoda jest niesamowicie kiepska, toteż postanowilismy przejść tylko 10km. Dotarlismy do Tineo. Jako pierwsi dotarliśmy do albergue. Znów okazuje się, że język angielski nie wystarcza. Tutaj naprawde potrzebne sa chociaż podstawy hiszpańskiego. Jako że jest niedziela, dotarliśmy do kościoła. I teraz już wiem, skąd bierze się brak powołań. Msza improwizowana, komunia pod obiema postaciami NA RĘKĘ (sic!) udzielana przez księdza (nie wiem kiedy ostatni omiał na sobie koloratkę o sutannie nie wspominając) i jakąś kobietę (szafarz?). Msza byla połączona z obrzędem chrztu (była spowiedź powszechna, nie było kyrie i gloria) i pierwszej Komunii Świętej (2 osoby, SŁOWNIE: DWIE). Moi drodzy, jezeli takie jest poszanowanie Najświetszej Eucharystii, to nie ma co się dziwić.

Przeziębiłem się, prawie nie mówię. Mam nadzieję, że dojdę do siebie niedługo. Pogoda nie zapowiada się zbyt pozytywnie.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 10.07.2011 16:31
zdjęcia:)

https://picasaweb.google.com/s.grzela/ zaglądamy :)


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Krzysiek Stawicki :: 10.07.2011 17:01 Fajnie, że się odezwaliście, bo pół płockiej diecezji wchodzi na blog od kilku dni czekając na wieści od Was :) . Co do nieznajomości Płocka to Darkowi i Emilowi mówiłem o haśle reklamowym naszego miasta, które możecie śmiało używać :) . Dobrej dalszej drogi, trzymajcie się! :) .


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 10.07.2011 16:17
9.07

kolejny etap okazał sie mało przyjazny dla nas. Deszcz, deszcz, deszcz. Z Cabrunana wyszlismy dość późno, bo około 9.00. Po drodze okazalo się, że Salas jest zbyt zatłoczone dla nas, zjedliśmy tam tylko obfity obiad, skosztowaliśmy sidra (całkiem przyjemne) i poszlismy dalej w nadziei, że znajdziemy wolne miejsca w Bodenaya. Jak to zazwyczaj w naszym przypadku, miejsca były zajęte. Po drodze, za La Espina, spotkalismy jeden zamknięty motel. W kolejnym zaplacilismy (po targowaniu) 10 euro od glowy. Ponad wszelką wątpliwość nie jest to miejsce warte swojej ceny. Syf, brud, zarywające się łóżka, prąd montowany chyba przed generalem Franco (oczywiście bez renowacji), z ciepła wodą problemy. Jest strych, może chociaż część naszych rzeczy chociaż troszkę przeschnie. Masakra jednym slowem, chociaz nie omija nas dobry humor. Co mogliby pomyślec ludzie, którzy widzieli by nas, śpiewających w trakcie deszczu różne piosenki (nabożne i mniej nabożne)? Planujemy drogę na nastepne dwa dni. Jesli nie przestanie padac, będzie ciekawie całkiem.


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Magdalena :: 18.04.2017 00:03 Co to był za hotel, który powinnam omijać ?


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 10.07.2011 16:16
8.07

wstalismy ok 5.00 rano, nastepnie po toalecie pospiesznie udaliśmy się w kierunku katedry, aby dowiedzieć się, że Mszy nie ma, bedzie z laudesami o 9.30. Wobec tego udalismy się w drogę. I tutaj znów szczęście wraz z pomyślnością poszły na sniadanie zostawiając nas samych sobie. Aby dowiedzieć się, że udalismy się w stronę Camino del Norte, potrzeba było kilku kilometrów marszu i pomocy kilku miłych ludzi, którzy doprowadzili nas praktycznie do miejsca, gdzie szlak robi sie wyraźny.
Z perspektywy wieczora jestem w stanie stwierdzic, że przeszliśmy niemalże na koniec świata i trzy kilometry dalej. Droga ciągnęła się niesamowicie. Ludzie co prawda wskazują drogę, ale ich kilometry są chyba dużo dłuższe. Mieliśm,y nadzieję na spotkanie z sympatycznym Domingo, jednak wszystkie miejsca były juz zajęte. On co prawda nie znał angielskiego, jednak przesympatyczna pani tłumaczyła. Jej "don't worry" i "don't panic" naprawde nas uspokoiły i dały nadzieję na świetlaną przyszłośc. najbliższe albergue było jakieś 3km stąd. Domingo zamowił dla nas taksówkę, która zabrała 3 osoby i caluśki bagaż. Po dotarciu do Cabrunana zakwaterowaliśmy się i Emil przystapił do przygotowania spaghetti w wersji very simple- makaron+sól+ sos. Naprawdę dobre. W czasie ucztowania do albergue weszły dwie osoby-bardzo sympatyczni Hiszpanie. Nie tylko poczęstowali nas mapą (dlaczego nie mamy mapy?!), ale i wytłumaczyli nam, dlaczego "sidra" i dlaczego jest podawana w taki sposób. Zasneliśmy jak małe dzieci.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 10.07.2011 16:15
7.07

Zastanawiający jest fakt, iz przez te prawie 4 godziny spedzone w miejskim plenerze nikt nas nie zaczepił, nie okradł, nie wezwał nawet policji. Czyżby takie widoki były czymś powszechnym? Przejazd pociągiem z Madrytu do Oviedo to czysta przyjemność. Nie do porównania z naszą polską koleją. Jednorazowe słuchawki do radia, film, papier toaletowy i mydło w toalecie. Ale przede wszystkim widoki, jakie roztaczały się przed naszymi oczami, szczególnie w drugiej połowie trasy, kiedy krajobraz nabrał wyraźnych cech górskich. Co do kolei, to także przezyłem klejny objaw ludzkiej życzliwości. W trakcie kontroli bagażu przed wejściem do wagonu okazało się, że mój nóż jest zbyt długi. Kontrolerzy totalnie nie znali angielskiego. Nie wiem jak to by się skończyło (zapewne konfiskatą), gdyby nie podeszła jakaś pani z obsługi. Zapytała, dokąd się wybieramy i powiedziała (po hiszpańsku oczywiście, ale moja intuicja podpowiada mi, o co jej chodziło), ze w Oviedo znajdzie mnie i odda mi nóż. Mam nadzieję, że wywiąże się ze swojej obietnicy. Wywiązała się.
Oviedo welcome to. Od razu ze stacji udalismy się do katedry. W jakims kościele spotkał nas malarz, niejaki Tino. Narysował nam na szybko wizytówkę. W katedrze wyrobilismy credenciale (dlaczego nikt nam nie powiedział, że w informacji turystycznej jest za free?). Potem postanowilismy odnaleźć albergue, co oznaczało w praktyce powrót kotów. Każdy wskazywał inną drogę, w końcu ktos zaprowadził nas prosto pod budynek. Czas pozostały do 17 (godzina otwarcia) spedzilismy spożywając chyba ostatni posiłek w knajpie, drobnymi zakupami i rozmową z tymi, którzy także czekali na otwarcie albergue. Było nas 13 osób, dużo Hiszpanów i Hiszpanek, jeden Włoch, dwie osoby z Japonii. Przekonujemy się, że nie wszyscy, którzy ida do Santiago, są katolikami, ba, chrzescijanami nawet. Wieczorem poszliśmy na Mszę, a po drodze potkaliśmy naszych płockich duchownych (przyjechali samochodem). Msza... najpierw jakas pani zaproponowała Emilowi koncelebrę (jako jedyny był pod koloratką- strach pomyśleć, gdyby przyszedł w sutannie), potem zaczęła się Msza. Bez Kyrie eieison, bez lavabo. Komunia? Na rękę i z rąk owej pani, która pytała Emila (w kościele było max 30 osób), bez alby czy czegokolwiek. Zobaczyć minę celebransa, gdy klekasz, by przyjąć Pana Jezusa do ust- bezcenne. Wieczorem pranie, urodzinowa kolacja i spać.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 10.07.2011 16:14
Uzupełniamy, uzupełniamy ;]

6.07 Kochany pamiętniku :D
Wylądowaliśmy bezproblemowo około godziny 22.30. Potem wsiedlismy w metro i w tym momencie bezproblemowość sobie gdzieś poszła zostawiając nas samych. Kiedy po niewielkich perturbacjach dostaliśmy się na stację Renfe, nie mogliśmy nawet pocałować klamki, gdyż drzwi takowych nie posiadały, a stacja otwarta jest od 5.00 do 24.00. Kto to wymyślił? Postanowiliśmy przeczekać, w końcu to tylko 3 godziny 45 minut do otwarcia. Siedzimy więc nieopodal hotelu Chamartin i czekamy rana. Drodzy moi, zazdrośccie, bo tutaj jest ciepło i nie pada. Jest moze 20 stopni. Jakiś czlowieczek zapytał nas po angielsku skąd jestesmy. Nie tylko wiedział, że w Europie jest taki kraj jak Polska, ale także, że jest taka miejscowość jak Warszawa. Najważniejsze, że zachowujemy stoicki spokój z odrobiną radości. Może nawet bym się przespał, ale obok jest jakiś klub, gra muzyka itp.
Ludzie tutaj są bardzo życzliwi i chętni do pomocy. Z chęcią odpowiadaja na pytania, wskazują drogę. Nawet (albo i tym bardziej), jeśli nie znaja języka.


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 06.07.2011 11:20
Dzień drugi

Pogoda w Warszawie jest straszna. Siedzimy teraz w złotych tarasach. Łukasz konczy swoje frytki i ma chętke na longera. W powietrzu oprócz niesamowitej wilgoci wisi podekscytowanie. Mam nadzieję, że uda mi się kupić starter któregoś z hiszpańskich operatorów. I chyba tyle na dziś dzień. Mam nadzieję, że nasz samolot bezpiecznie wystartuje i wyladuje.


Komentarze (4): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Cymek :: 06.07.2011 12:26 no... trzymam kciuki za was :D będę tu systematyczni zaglądał żeby się dowiedzieć co u was :D pozdrawiam!
  • Kasia M. :: 06.07.2011 13:43 fajny pomysł z tą stronką:) trzymam za Was kciuki miłego lotu:)
  • Ania :: 06.07.2011 14:41 No Braciszku :) wiesz, że jeden dzień idziesz za Luckę :) a i w mojej intencji się przyda choćby dziesiątka różańca. podziwiam was. i... kiedyś razem się wybierzemy :)
  • Decu :: 06.07.2011 14:58 powiedz Steniowi, ze nie caminothesantiago - tylko caminodesantiago, bo zle ludziom wysyla ;D a w ogole to Was pozdrawiam i szerokosci :)


Dodaj komentarz »

Sławek Grzela :: 06.07.2011 00:41
Coś na początek

Może gwoli wyjaśnienia i niewielkiego wstępu naskrobię co nieco. Jesteśmy grupą pięciu osób. Chociaż do Madrytu wylatujemy jutro (a właściwie od 40 minut już dzisiaj), nasza wędrówka zaczęła sie już dziś. Nocujemy u bardzo miłych ludzi, którzy de facto nas nie znają. Takie zaufanie może przyprawić o zachwyt. Jestem nieco przeziębioy i przemęczony, ale mam nadzijeę, że wyjdę na prostą.

PS można umieszczać tutaj fotki?


Dodaj komentarz »

Z pamiętnika pątnika ;]

Autor: Sławek Grzela
Ostatni wpis: 27.07.2011 20:54
Odwiedziny: 11957 (od 04.07.2011)

Archiwum:
  • lipiec 2011 (25) »