NOWY! Duchowe doswiadczenia ze szlakow Camino
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-09-29 18:56:00
Moje dzieci sledza forum, chociaz na Camino jeszcze nie byly. Znaja je dobrze, bo przeczytaly calosc moich wspomnien, spisywanych zawsze po powrotach. Jest tego 1212 stron maszynopisu, z czego ponad 800 z pierwszego Camino. Ta pierwsza droga z SJPdP byla wielkim przelomem dla mnie i stad az tyle tego wyszlo. Sledza automatycznie ma aktywnosc na forum. Aktywny jestem rzadko, ale zawsze wtedy, gdy pojawiaja sie tematy takie, jak ostatnio „Ucieczka”, bo to „moj „ temat, gdzie czuje sie u siebie.
Kiedy moja corka przeczytala moj ostatni tam wpis w tym watku, zadzwonila do mnie ze slowami.
......Tato, zawsze nam mowiles, ze odpowiedzialni jestesmy nie tylko za to, co robimy, mowimy, ale rowniez za to, czego nie robimy, a robic powinnismy. Przemysl, czy to, ze konczysz temat, jest decyzja sluszna?
Tak, moja decyzja jest sluszna. Ale rowniez przemyslalem slowa corki i zadalem sobie pytanie?
Czy jednak musze znikac z tematem zupelnie?
Nie, nie musze, wystarczy, ze opuszcze zbedna dyskusje tam, gdzie zboczyla wyraznie z zalozonego tematu i nic juz nie pomoze, by wrocila z powrotem.. Temat jest mym zdaniem i nie tylko mym dobry, by nie powiedziec fantastyczny. Dlatego zdecydowalem sie na to wyjscie, by ten temat pociagnac pod innym tytulem, a tamten zostawic taki, jakim sie stal, niech zyje.
Jest wiele wspanialych ludzi, ktorzy tu juz pisali o swych bardzo osobistych przezyciach i duchowych olsnieniach w Drodze. Bardzo na przyklad inspirowala mnie ostatnio Tamara, ktora pewnie wielu niepewnych, watpiacych w swe mozliwosci posle w droge. Tamaro chwala Tobie za to. Odpisalem nawet na Twoj blog, ale nie moglem tego wyslac. Blog nie mial u mnie opcji „dodaj komentarz” Kontakt z administratorem tez nie doszedl do skutku, bo na odpowiedz sie nie doczekalem. Moze wielu innych, tak jak ja, chcialo cos do Ciebie napisac i nie zdolali.
Dlatego chcialbym, by pod tym tytulem dac wszystkim odwaznym i tym mniej, mozliwosc otwarcia sie na zwierzenia, pisania o swych duchowych doswiadczeniach w drodze bez obaw, ze ktos bedzie to ocenial, lub krytykowal. Przezycia, przemyslenia sa zawsze osobiste i autentyczne i dlatego uwazam, ze nie podlegaja negatywnej krytyce. (Chyba, ze sa obrazliwe, ale o to nie chcialbym nikogo posadzac).
Sa natomiast ogromna skarbnica dla innych, czego doswiadczylem juz po moich wpisach. Choc nigdy nie czekalem na pochwaly, to przyznaje, ze czyjes uznanie buduje. Nie jestem administratorem strony, wiec braku negatywnych wpisow gwarantowac nie moge, ale chcialbym przynajmniej pewne formy tematu, ktory tu uaktywniam, od razu zalozyc. Zapraszem.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-09-29 20:39:20
Czytajac czasem emocjonalne komentarze w dyskusjach na forum, mam skojarzenia z poznanymi ludzmi na Camino. Poznalem na mojej drodze z Sevilli do Santiago dwuch niepozornych Holendrow.
Juz za Puebla de Sanabria szedlem z para Australijczakow, Canadyjka Ida i Mary z Anglii.
Z ma znajomoscia angielskiego nie jest najlepiej. Rozmawialismy wiec troche w miare moich mozliwosci, ale czasem byly to rozmowy juz glebsze i przydalby nam sie tlumacz....Spotkani Holendrzy byli bardzo pomocni, bo Mark znal nie tylko niemiecki, ale rowniez angielski. W trzech jezyka porozumiewal sie swobodnie. Mark na postojach w albergue podchodzil do nas bez proszenia z pytaniem, w czym moge dzis pomodz? Takim sposobem prowadzilismy nawet bardzo glebokie dyskusje. W Ourense odwiedzilismy termy z naturalna goraca woda nad rzeka Rio Mino. Tam uslyszalem od niego zdanie:
„Patrz na drzewo i nie nazywaj go drzewem”
To byl jego komentarz na moja uwage w strone upierdliwego pielgrzyma, ktory wszystkich juz pare dni terroryzowal swym zachowaniem. Zrozumialem od razu, bo temat obcy mi nie byl, ale tak pieknie tego jeszcze nikt nie okreslil. Wczesniej wymienilismy juz pare informacji o sobie, bo jako Polaka ocenili mnie standardowo, czyli zle. Tak to dowiedzialem sie ze 40- stolatek Mark to czlowiek, wychowany bez religii, a powiedzial mi cos, co mnie bardzo zastanowilo.
„ Jesli istnieje Bog, to kocha on jego nie mniej niz ciebie”
Patrz na drzewo i nie nazywaj go drzewem. Patrz na czlowieka i nie oceniaj go, nie „nazywaj go” sobie tak, jak go tylko ty subiektywnie widzisz. To bardzo subtelne spojrzenie na problem, ktory mamy wszyscy i to bez wyjatku. Bo my widzimy nie to, co jest, a to co widziec chcemy.
Te slowa sprawily, ze juz nastepnego dnia szedlem sam do Cea, unikajac innych. Powiedzialem im, ze chcialbym byc sam i przemyslec te slowa. To, ze to jest prawda wiedzialem, ale zarazem bylo to dla mnie od razu wyzwaniem. Koniecznie chcialem sprawdzic, czy ja tak potrafie. Patrzylem na drzewa i staralem sie widziec „Istnienie”. Nie okreslac gatunku, pieknosci, brzydoty, koloru, czy formy. Meczylem sie bardzo, bo nie umialem tak.
Uzmyslowilem sobie zlozonosc tematu, bo nikt mnie tego nigdy nie uczyl i nikt nawet nie zwrocil mi wczesniej uwagi na to, ze wlasnie tylko tak jest we wspolzyciu z innymi slusznie.
Nie oceniac wlasnie, a patrzyc jak na istote, bez „nazywania jej”. Tylko wtedy zobyczymy w niej to, co naprawde jest w istocie wazne, czyli jej Dusze.
Przez me proby widzenia tylko istoty, uzmyslowilem sobie, jak bardzo obrazy zakodowane przez zyciowe doswiadczenia w glowie, wplywaja na me oceny..Patrzylem na ludzi i nie potrafilem ich nie uceniac. Widzialem kobiete i automatycznie wiedzialem, czy jest dla mnie atrakcyjna, widzialem meszczyzne i niechcacy jakby, wiedzialem, czy jest na przyklad zadbany.
Poniewaz nie jestem uparty, ale szalenie konsekwentny, wiec nie demotywowaly mnie niepowodzenia i nie zrezygnowalem z tematu, az nie zrozumialem, ze tak potrafia napewno male dzieci. Proponuje, by je tylko pod tym katem obserwowac.
Dzieci nie maja negatywnych doswiadczen, raczej w ogole doswiadczen maja malo. Widza wiec tylko to, co przed oczami maja. One patrzac na nas, widza dusze. Jest im obojetne, czy to muzulmanin, czy zyd, hetero, czy homo, bialy, czy czarny. To dopiero pozniej dowiaduja sie od doroslych, co jest dobre, a co bardzo, bardzo zle. Potem nakladaja sie obrazy wlasne, juz wczesniej podkolorowane przez mame, tate, babcie, czy ciocie i juz nigdy nie beda w stanie zobaczyc kogos takim, jakim jest, a tylko takim, jak go na podstawie zakodowanych obrazow i doswiadczen chca widziec.
Prawda ze to smutne. Uswiadomilem to sobie i postanowilem wrocic w ocenach innych do mego dziecinstwa. Nauczyc sie widziec innych tak jak kiedys, kiedy bylem dzieckiem.
U mnie trwa ten proces juz trzy lata, ale powoli odnotowuje sukcesy. To bardzo trudny proces, kiedy chce sie zmienic w sobie utarte nawyki, sposoby myslenia, ale uwierzcie mi, ze warto. Pierwszym pozytywnym efektem, ktory zauwazylem u siebie, to to, ze przestalem oceniac innych slownie.
Moje przeslanie na koniec:
Jesli czujesz, ze ten swiat jest zly, to Cie rozczaruje, bo go sam nie zmienisz, nawet nie probuj, ale zrob wszystko, co tylko mozesz, by zmienic siebie, a Twoj swiat zobaczysz piekniej.
Buen Camino
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-09-29 22:32:41
Staszku! Jeśli pozwolisz, dołączę do tego wątku (na tyle, na ile czas pozwoli).
Przed wyjściem na camino otrzymałem od dobrze mi życzącej osoby niepozorną książeczkę autorstwa Lucyny Szomburg. Był w niej wiersz:
Człowiek wyszeptał: "Boże, przemów do mnie."
I oto słowik zaśpiewał.
Ale człowiek nie usłyszał, więc krzyknął: "Boże, przemów do mnie!"
I oto błyskawica przeszyła niebo.
Ale człowiek tego nie dostrzegł. Rzekł: "Boże, pozwól mi się zobaczyć."
I oto gwiazda zamigotała jaśniej.
Ale człowiek jej nie zauważył, więc zawołał: "Boże, zrób cud!"
I oto urodziło się dziecko.
Ale człowiek tego nie spostrzegł.
Płacząc w rozpaczy powiedział: "Dotknij mnie Boże! Niech wiem, że jesteś tu."
Bóg schylił się i dotknął człowieka.
Ale człowiek strzepnął motyla ze swego ramienia i poszedł dalej...
Duchowe doświadczenia camino, prócz patrzenia inaczej na siebie, pozwalają zobaczyć więcej z otaczającego nas świata. Spacerując po własnym mieście czy miasteczku z pewnością nie zastanawiasz się kto i kiedy wybudował jakiś budynek czy kościół. Na camino myślisz o tych, którzy byli tu przed Tobą, budowali katedry, o pątnikach śpiących w cieniu ich murów.
Zasrtanawiające jest to, że nie o samą drogę i przebyte kilometry tu chodzi. Idę o zakład, że maszerując przykładowo głównym szlakiem beskidzkim, ma się co prawda podziw dla przyrody, oddycha się pełną piersią, podziwia to i owo, ale jest tak - jak w tym dowcipie o księżycu.
"Podczas imprezy na Księżycu w pewnej chwili ktoś mówi:
- Wiesz co, Armstrong? Niby wszystko jest, rozpalony grill,
piwo, dziewczyny ale jakoś tak atmosfery nie ma...".
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-09-29 22:48:35
Nie tylko pozwalam, ale ciesze sie niezmiernie faktem, ze wlasnie Ty dolaczyles do dyskusji. Chyba Ciebie zle nie kojarze, bo czytalem juz chyba Twa relacje / pamietnik pisany z drogi z Gdanska w strone Santiago.
Bardzo wymownie zabrzmiala Twa anegdota z atmosfera przy grillu na ksiezycu. To wlasnie tak jest..
Wiersz Pani Lucyny juz znam.. Zazdroszcze ludziom daru, by w tak prostych kilku slowach tak wiele powiedziec. Bo ja nim sie wyslowiem potrzebuje duzo kartek.
Buen Camino
NOWY! Autor: J | Dodano: 2013-09-29 23:08:56
Życzę powodzenia tematu,ciekawych przemyśleń i dalszej fascynacji duchowymi aspektami Camino.
Mam jednak obawy: oni znajdą tę stronę !!!!
Bo nie nie znają i nie tolerują inności bliźnich,na ustach z pianą złości cytaty z Biblii i kazań ich idoli kościelnych, a w życiu codziennym nędza uczuć i żal,że są osamotnieni.
Pozdrawiam serdecznie.
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-09-29 23:44:55
Nie jest proste określenie przyczyn, dlaczego camino wywołuje u wielu silniejsze odczucia niż wędrówka jakimkolwiek innym szlakiem. Myślę, choć mogę się mylić, że jest to w głównej mierze mieszanka dwóch rzeczy: samego camino, czyli drogi, której jeszcze nie znamy i napotkanych na niej ludzi, idących w tym samym, lub podobnym do naszego celu (na pewno zaś w tym samym kierunku). Ktoś może powiedzieć, że przecież pielgrzymka do Częstochowy to to samo - ale jednak nie.
To pierwsze (droga) wzmacniane jest jeszcze faktem, że idzie się w obcym kraju, nierzadko samemu, z naturalną obawą co do komunikacji z napotkanymi ludźmi, ze świadomością różnic kulturowych czy językowych. Ale nie towarzyszy temu strach, jaki mielibyśmy przykładowo przy wędrówce po Etiopii, bo ma się pewne poczucie bezpieczeństwa, obawy można zawsze zweryfikować pozytywnie, korzystając z pomocy innych, nawet nieznajomych osób tłumacząc choćby na migi.
Osoba, którą pozdrawiamy trzeci raz w automatyczny sposób staje się naszym znajomym i błyskawicznie umiejscawiamy ją w szufladkach naszego umysłu. Sam kilka razy łapałem się na tym, że prawie jak znajomych traktowałem pielgrzymów, z którymi łączył mnie jedynie uśmiech i powiedziane kilka razy "Buen Camino". Inną sprawą jest to, że z wieloma ludźmi spotkanymi po drodze jakoś się człowiek porozumiewa i ze zdziwieniem zauważa, że są oni bardzo otwarci. Mniej każdy z nas myśli o tym, że w takich kontaktach mówi się szczerze to, czego nie powiedziałoby się swojemu znajomemu i nasz rozmówca ma identyczne doświadczenia co do naszej osoby.
Choć jestem osobą zdecydowaną i w miarę konsekwentną, na camino nauczyłem się, że nie warto wszystkiego planować. Pewnie, że nie da się robić wszystkiego na żywioł, jednak po początkowych dniach (zwłaszcza pierwszego camino) umysł się niejako oczyszcza i pewne rzeczy stają się jakby mniej istotne.
Nie myślałeś Staszku, żeby opublikować w jakiś sposób swoje maszynopisy? Może w formie bloga? Z chęcią bym przeczytał, tak jak przeczytałem już sporo relacji po polsku z internetu. Po każdej z nich byłem podniesiony na duchu, choć dla każdego z piszących camino było czym innym. Jeśli chodzi o religijne przeżywanie drogi, to bywałem równie zawiedziony, że nie było mszy w kościele jak i tym, że bar był zamknięty i nie mogłem wypić piwa. Dla mnie camino miało wymiar zarówno relligijny jak i turystyczny i wcale nie dziwi mnie to, że większość pielgrzymów nastawia się na pulpo w Melide. Bardziej dziwią mnie ci, którzy założyli sobie, że wtedy akurat będą pościć i się umartwiać. Nie oceniam ich - mają do tego prawo - choć jestem zdziwiony. Jak nie lubią (nawet jak nie próbowali) to co innego. Bardzo wiele osób zaczyna zdanie od "W życiu nie..." choć tak prawdę mówiąc nie mogą być tego pewni, bo różne przypadki chodzą po ludziach.
NOWY! Autor: Tamara | Dodano: 2013-09-30 10:31:27
Dziekuję Staszku za miłe słowa pod adresem mojego bloga "Otwarte Ramiona Mojego Camino 2013". Camino było dla mnie (i jest nadal!) rzeczywiście wspaniałym przeżyciem i doświadczeniem. Zarówno w aspekcie fizycznym jak i duchowym i ludzkim. Odkryłam w sobie siłę, której nie spodziewałam się. Wierzę, że siła ta na długo (na zawsze:)?) pozostanie we mnie. Poznałam wielu wspaniałych ludzi (zarówno "w realu" jak i przez internet).
Do "mironq". Ten wiersz Lucyny Szomburg o Bogu ukrytym we wszystkim co na otacza, nawet w motylu, na mnie zrobił również ogromne wrażenie. Trafiłam na niego we wspomnieniach L. Szomburg w internecie w momencie, gdy myśl o ruszeniu na Camnio zaczęła we mnie właśnie kiełkować. Zapisałam go w swoich notatkach i często do niego wracałam. Jest naprawdę piękny i wzruszający. Jest moim mottem Camino.
Cieszę się, że powstał wątek POZYTYWNYCH MYŚLI I WPISÓW O CAMINO. Życzę wszystkim cudownej Drogi i odwagi, żeby w tą Drogę wyruszyć.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-09-30 19:54:01
Nawet nie uwierzysz Tamaro, jak bardzo ciesze sie, ze jestes! Mam nadzieje, ze nie opowiedzialas nam jeszcze wszystkiego. Opowiesz reszte ?
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-09-30 21:04:47
To, co ponizej, napisalem juz w zeszlym tygodniu i chcialem wrzucic w toczaca sie dyskusje. Zrezygnowalem, bo uznalem to za „niegodne tematu”, ktory tam juz opanowaly emocje. Teraz uznalem, ze jednak pozwole temu zaistniec, choc z zalozonym tematem nie ma bezposredniego zwiazku, to jednak wiele wyjasnia.
Wszystkie ciekawe tu watki na forum skonczyly sie awantura, powodowane zawsze tym samym.
Czy ten bardzo ciekawy i „czytny” watek Cezarego tez czeka ten los? Nie chcialbym i dlatego dyskusji zbaczajacej w strone interpretacji wiary nie podejme, bo ona sensu nie ma i nigdy nie miala.
Mysle, ze chodzi mam tu wszystkim o jedno pytanie?
Jak uczciwie i szczesliwie przejsc przez swe zbyt krotkie zycie, byc dobrym swiatlem dla innych, bladzacych, a nie zasmucac ich. Czyz bym to zle zrozumial?
Tak mnie wychowano, za co jestem niezmiernie wdzieczny rodzicom. Moze moje zycie byloby zupelnie inne, bezbarwne i smutne, gdyby mi tego nie wpojono. Moze borowalbym wszystkich i we wszystkim? Moze bylbym zamknietym w sobie mrukiem, ktory swych uczuc nie potrafi okreslic? Mysle, ze na pewno tak byloby.
Karolino kochana, troche z mysla o Tobie pisze ten tekst, bo chcesz bym nadal pisal i zazdroscisz mi zdolnosci pisania o intymnych przezyciach. To wynioslem z domu, w ktorym wiele czasu poswiecono na ksztaltowanie charakterow, a mniej na zakazy i nakazy. Moi rodzice urodzili sie w 1923 i 1928 roku, wiec to sa dzieci wojny. Obydwoje skonczyli tylko cztera lata szkoly podstawowej. Nie mogli byc wedlug wielu dzis uwazajacych sie za bardzo madrych, ludzmi swiatlymi. Byli i to bardzo. Posiadali cos, co ja nazwalem po czasie inteligencja emocjonalna.
Piszac byli, jest bledem, bo mamusia zyje i mimo swego wieku ma sie wzglednie dobrze, rozmawiamy telefonicznie kilkakrotnie w tygodniu, dzielac sie do dzis przezyciami. Pamietam momenty dziecinstwa, ktore mnie uksztaltowaly.
Moj tatus powiedzial mi kiedys, kiedy szybko i niechlujnie zrobilem zadana mi prace domowa,a bylo to zadanie z zajec praktycznych.
„Synu, jak cos robisz, to wiedz, ze nikt nie bedzie nigdy pytal, jak dlugo to robiono, a kto to zrobil. Nie zapomnij o tym nigdy.” Nie zapomnialem.
Bylem w dziecinstwie bardzo ciekawym swiata i co sie z tym wiaze trudnym w wychowaniu. Moj tato znalazl dosyc proste rozwiazanie. Nie zakazami i nakazami, ale madrym przeslaniem dal mi kierunek, bo wiedzial, ze moja ciekawosc zakazow i tak nie poslucha. Wpoil mi prosta zasade, przestrzegana do dzis.
„W zyciu mozesz robic i sprobowac wszystkiego, powinienes nawet. Zwracaj jednak uwage na to, by nikt z powodu twych czynow nie cierpial, byl smutny, obrazony, czy stratny”.
Nie zawsze sie udawalo, ale jak sie nie udalo, to bardzo glosno dzwieczaly te slowa w mych uszach. To bardzo uniwersalna zasada, bo zawierajaca wszystkie zasady, przykazania, ale w jednym zdaniu.
Wiele takich zasad wpojono mi w dziecinstwie i one wyryly sie w mej swiadomosci gleboko, jak potok gorski. Te wpojone nam zasady uczciwosci, uczciwosci najpierw wobec siebie samego, wyksztaltowaly w nas (czworka chlopakow, braci) zdolnosc do bezskrepowanego mowienia o sobie, swych watpliwosciach, przezyciach i marzeniach. Tylko ktos, kto zyje w absolutnej zgodzie z wlasnym sumieniem, nie boi sie ocen innych. Dzis jest to czyms, czego w zyciu najmniej sie obawiam. To pewnosc siebie, wynikajaca ze prostych i przestrzaganych konsekwentnie zasad uczciwego zycia, a nie arogancja, o ktora tylko niepewny wlasnych zasad moze mnie posadzic.
Moj tata zasnal w przeddzien swych 80 tych urodzin na krzesle. Bez cierpien i choroby, doslownie zasnal, ale nie odszedl. Do dzis rozmawiamy ze soba, bo nadal potrzebuje jego madrosci. Czasem przychodzi we snie i lapiac mnie za ramie budzi. Wiele juz razy ostrzegl mnie przed niebezpiecznym zakretem zycia.
Moja mama tez to potwierdza i czesto mi to mowi, obiecujac, ze tez Aniolem Strozem dla nas bedzie. Chcialbym, kiedy juz zasne, tez byc tym, kim dzis jest dla nas moj tato i chyba bede, bo nie widze powodow, bym nie mogl nim byc dla mych bliskich.
To samo, czego doswiadczylem w dziecinstwie, bardzo chcialem przekazac dzieciom, byc nawet moze lepszym ojcem, bo do szkoly chodzilem dluzej. To nie takie proste, bo zylismy juz w innym srodowisku, ze zupelnie inna mentalnosca, ktora ja musialem dopiero przyjac i nie zawsze wszystko sie udawalo.
Kiedy z obawy, zwyklego strachu przed zlymi wplywami zaczalem ich ograniczac, doigralem sie. Zawsze staralem sie i glosilem im tolerancje, ale kiedy w gre wchodza uczucia do wlasnego dziecka, mozna niechcacy przesadzic. Wszyscy rodzice znaja chyba problem.
Na wniosek starszego syna usiadlem z nimi do stolu, by sobie co nieco wyjasnic. Mieli przytlaczajace argumenty i musialem im przyznac racje. Powiedzialem wtedy znamienne slowa:
- Popelnilem blad, przyznaje, ale przeciez ja dopiero pierwszy raz jestem ojcem. Nigdy wczesniej jeszcze nim nie bylem. Plakalismy wszyscy. Dzis, kiedy jestem juz dziadkiem przypominaja mi te slowa, ze tez dopiero nim pierszy raz jestem. Czasam warto sie sklonic i szczerze przyznac do bledu, bo popelniamy je wszyscy.
Milego wieczoru
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-01 00:04:06
Tamaro!
Z uśmiechem na ustach przeczytałem Twoje wspomnienia na blogu i po kilku notkach poczułem się tak, jakbym Cię już nieco znał. Nie zrozum mnie źle - to takie samo pojęcie o znajomości jak wtedy, kiedy trzeci czy czwarty raz widzisz tego samego Koreańczyka czy Szweda i się do niego uśmiechasz.
Podziwiam i jednocześnie rozumiem ludzi, którzy chcą się swoimi doświadczeniami z drogi podzielić z innymi. Robią to po części sami dla siebie, a po części chcąc się podzielić swoim szczęściem, przeżyciami czy technicznymi uwagami z innymi - może tymi jeszcze się wahającymi, może nieco przestraszonymi, czy dadzą sobie radę, może tymi, którzy poszukują konkretnych informacji o schroniskach czy przebiegu szlaku (Uff! Ale długie zdanie mi wyszło).
Nie wszyscy potrafią podzielić się przeżyciami duchowymi z innymi, ale w trakcie pisania zwykłej relacji przeżycia te jakoś przebijają się przez tło. Mogą to być niebieskie drzwi, staruszek zagadujący przy źródełku, czy ogrom katedry. Nawet wtedy, kiedy nie pisze się o nich dużo i nie opisuje się ich dokładnie, a jedynie wspomni lub dołączy zdjęcie, to one wychodzą z narracji.
Najtrudniej mówić i pisać o przeżyciach religijnych. Nie wiem jak dla kogo, dla mnie jest to sprawa bardzo intymna i nie jest łatwo sprecyzować swoje myśli, intencje czy indywidualne modlitwy tak, aby dla kogoś innego było to dobrze zrozumiałe.
Staszku!
Wychowanie i wpojone wartości mają ogromne znaczenie w późniejszym życiu. To prawda. Nie zawsze jednak wychowanie determinuje to, kim staniemy się w przyszłości. Są dzieci wychowywane bez rodziców, które wyrosły na porządnych ludzi jak i takie, które chowane w atmosferze szacunku, zrozumienia i modlitwy zostały złoczyńcami. Niemniej jednak w ogromnej mierze przypadków jest tak, jak piszesz.
Nie chcę rozpisywać się na ten temat, wspomnę więc tylko o dzieciach na camino. Jako że wędrowałem camino letnią porą, udało mi się spotkać kilkoro małych ludzi. Od oseska (bodaj 6 miesięcy) do kilkuletnich dzieciaków obu płci (kilkunastoletnie zaliczam już do młodzieży). Muszę przyznać, że te dzieci, wędrujące z jednym lub z obojgiem rodziców zrobiły na mnie duże wrażenie.
Maluchy maszerowały dzielnie. Pewnie skarżyły się na coś co jakiś czas, ale nie było to notoryczne. Spały w tych samych schroniskach co rodzice, czasem przy braku miejsc w tym samym łóżku. Rozmawiały z zupełnie obcymi sobie ludźmi mówiącymi do nich w większości w niezrozumiałym dla nich języku i rwały się do tego, aby na szlaku pierwsze powiedzieć "Buen Camino" napotkanej osobie. Nie widziałem ani jednego dziecka, które szłoby bez choćby małego plecaczka. Może był w nim jedynie ręcznik, szczoteczka do zębów i niewielka maskotka? Nie wiem, ale wiem, że takie camino było dla nich na pewno jakąś lekcją wychowania. Są przyjemności, ale jest i trud i obowiązki.
Nie muszę chyba dodawać, że nieco zazdrościłem rodzicom tych dzieci - oczywiście tylko w pozytywnym sensie.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-01 08:02:53
Ach Mirong, przypomnialez mi obrazy dzieci na Camino. Oczywiscie, ze spotykalem i widzialem. Pierwsza dziewczynke zobaczylem idaca z ojcem na Perdon za Pamplona. Swiergotala bardzo, choc padal deszcz. Jej ojciec, Canadyjczyk pomogl zalozyc mi poncho. Potem zobaczylem ja w towarzystwie matki, by w Viana, spotkac znow ojca, ale samego. Rodzice zmieniali sie co dzien. Poznal mnie siedzacego na ulicy chorego, z zapalonymi sciegnami. Nie moglem juz zrobic kroku dalej i pauzowalem 3 dni. On zagadal mnie serdecznie, a ja zapytalem o mala.
Czasem kryja sie za tym bardzo wzruszajace historie, jak ta.
A wiec Canadyjczyk znal Polske i nawet potrafil kilka zdan po polsku powiedziec. Znal osobiscie profesora Geremka, Walese i wielu innych, bo jako przedstawiciel Canady bral udzial w pertraktacjach z Rzadem Polski po odejsciu komuny. Byli bezdzietnym malzenstwem i bardzo zyczyli sobie miec potomstwo.
Zona po kilku niedonoszonych ciazach byla zalamana psychicznie. Kiedy za kolejnym razem donosila juz plod dluzej, niz poprzednio, postanowili, ze jesli Bog pozwoli im miec to dziecko, to pojda z nim na Camino.
I wlasnie byli, realizujac dana obietnice. Wyszli w droge w jej 8 urodziny.
Mnie ta historia bardzo poruszyla.
Za gardlo scisnela mnie jednak inne spotkanie. Spotkalem Niemke z malym, 10 letnim synkiem, ktorzy szli do Santiago w podziece za zwycieska walke ojca z rakiem. Kiedy patrzylem na malego, pociekly mi lzy, a gardlo scisnelo mi tak, ze slowa powiedziec nie moglem. Pokazaly mi te dzieci, jak wielka moze byc wiara i jak wielka determinacja. Skorzystalem dzieki nim i ja, bo tez ponioslem intencje we wlasnej sprawie.
Rok po powrocie zostalem dziadkiem. Przestalem patrzyc na lzy zwatpienia mojej corki, ktorej to doswiadczenie rowniez bylo dane.
Co do ostatniego mego wpisu. Oczywiscie, ze masz racje. Moj przyjaciel jest sierota i bardzo dobrym czlowiekiem. Ja nie chcilalbym jednak przejsc tego, co on przeszedl. Piszac, myslalem o mlodych, przyszlych rodzicach, bo w sumie przyszle losy zaleza bardzo od nich. Czasem goniac za swymi idealami i celami, zapominamy o tym,ze bycie rodzicem. to obowiazek wielki, a nie tylko biologiczne prawo.
Buen Camino
NOWY! Autor: Przegrany | Dodano: 2013-10-01 10:51:09
...bo wszystko mialo byc inaczej i.... nie wyszlo. Ach te zagmatwane mysli. Dzieki Staszek, bo ty bardzo zmuszasz mnie do myslenia
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-02 07:44:29
Juz sam fakt, jak siebie nazwales dziala na mnie przygnebiajaco. Nie piszesz wiele, Wiec odpowiem krotko.
My nie mozemy sobie wybierac, co nam sie przydarzy, ale mozemy zadecydowac sami, jak to potraktujemy i i jak rozwiazemy to, co juz sie wydarzylo..
Pozdrawiam
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-03 09:43:59
Nie odpisalem Tobie Mirong od razu, bo u nas pogoda piekna i nareszcie czyste niebo, wiec korzystam i oddaje sie mojej pasji, ktora jest astronomia. To jednak zabiera sporo czasu.
Mirong, dlaczego wedrowka szlakami Camino wywoluje inne, pelniejsze odczucia, niz wedrowka innymi szlakami?. Nie wiem. Wiem na pewno, ze tak jest. Zainicjowalem temat, by sie tego od Was dowiedziec. Fajne jest to, ze prawie kazdy z doswiadczeniem Camino to wie, a jednak kazdy swymi slowami inaczej to okresla. Bo wszyscy jestesmy troche inni w postrzeganiu otaczajacego nas swiata. To nasze zakodowane obrazy w glowie i tylko nasze (inne) doswiadczenia czynia nas innymi.
Mam porownania z innych drog Camino w Niemczech i choc bylo ciekawie, tego ducha nie ma. Tu przyznaje Tobie zupelna racje. Dlaczego probuje robic te etapy w Niemczech, wiedzac to?.
Bo jak przepieknie powiedziala juz Emma w „Ucieczce”, rozum mam rowniez w nogach. Idac, mysle bardziej logicznie i latwej znajduje rozwiazania.
Postaram sie, by bylo to troche bardziej osobiste i napisze, jak przezylem moje stracie z rzeczywistoscia Camino
Nim wyszedlem z domu, byla euforia, radosc, podniecenie, ze jednak moge isc. (Pisalem juz, jak doszo do tego, ze dostalem w ogole szanse wyjscia). Bylo jednak wiele zwatpienia, mysli, obaw, czy dam rade.
O to, ze nie dojde do Santiago nie obawialem sie, bo tego bylem dziwnie pewien. Balem sie o detale, ze sie nie dogadam w sytuacjach na lotnisku, na przystanku, wsiade nie do tego pociagu, zgubie sie na szlaku.
Lecialem z przesiadka przez Paryz, a po francusku ani slowa. Juz w samolocie zawarlem ze soba bardzo kategoryczny i bardzo prosty Pakt. To bardzo prosty uklad o „niestosowaniu negatywnego myslenia”. Polegal on na tym, ze od razu eliminowalem moje wyobrazenia o nieznanym. Nie mysle, co bedzie i jak to rozwiaze, a rozwiaze dopiero wtedy, jak bedzie. Cokolwiek sie wydarzy.
To bardzo proste, jesli czlowiek umie kontrolowac mysli. To potrafi kazdy. Naprawde.
Nie kazdy umie, bo nigdy nie probowal sie tego nauczyc, zakladajac blednie, ze to nie mozliwe.
Czlowiek jest tym i tylko tym, jakie jego mysli, ale o tym, co mysli i jak mysli decyduje zawsze sam.
Te zdolnosc, tak niezmiernie dla nas wazna, otrzymalismy wszyscy juz podczas narodzin. To nasze „wyposarzenie standardowe”.
Z takim postanowieniem, bez najmniejszych problemw dotarlem do Saint-Jean-Pied-du-Port. Kiedy po rejestracji i normalnej logistyce wyszedlem na ta stara uliczke przy ktorej lezy biuro pielgrzyma, powalil mnie ogrom dziwnych uczuc. Bylem na moim Camino i musialem sie uszczypnac, by sprawdzic, czy to aby nie sen. Sen, ktory mial trwac cale nastepne 44 dni.
Poszedlem do bramy wschodniej i tam uswiadomilem sobie, ze tu, przez te brame w ciagu tysiaca lat przeszly miliony takich, jak ja. Zostawili tu swe mysli, uczucia, bo pewnie rownie jak ja traktowali te droge szczegolnie, wyjatkowo. Te ich mysli, uczucia, jakbym czul, jakby byly mi zupelnie swiadome. Spojrzalem na zachod, w strone bramy zachodniej i pomyslalem, jutro pojde tam Waszymi sladami.
To dziwne, prawie mistyczne uczucie nie opuscilo mnie juz do celu.
Kiedy po kilku etapach opowiedzialem te moje uczucia przy kolacji zjedzonej wspolnie z czterema innymi pielgrzymami, zaoponowal Frank.
Frank byl inteligentnym Holendrem, akademikiem, mowiacym kilkoma jezykami. Powiedzial, ze naczytalem sie pewnie natchnionych opowiesci dewotek takich jak Shirley Mac Laine i wierze w bzdury. On w nic nie wierzy i nic nie czuje. (Nie czytalem, a za dewotke jej nie uwazam)
Zapytalem go, po co tu idzie, jesli w nic nie wierzy?
Krecil wymawiajac sie. Nie potrafil sie okreslic. Sluchalem jego niepewnych wykretow, a reszta sluchala. Dyskusja byla ciekawa, i nie chce jej tu calej przytaczac, ale sens byl taki, ze zmusilem go pytaniami do przemyslen. Przyznal, ze nie wierzy, ale chcialby te opowiesci sprawdzic.
Odpowiedzialem mu, ze jesli w cos nie wierze, to nie mam potrzeby sprawdzac, czy sie aby nie myle.
Na dobranoc powiedzialem mu, ze ja nie znam ludzi, ktorzy w nic nie wierza, ale znam cala mase malkontentow, ktorzy tylko nie potrafia sie okreslic. Wszyscy z nich sa bardzo zgubieni i maja problemy w znalezieniu SWEGO sensu istnienia.
Frank szukal mnie potem na szlaku i ciagle wracal do tematu. Chce wierzyc, ze znalazl odpowiedz.
To szczegolne uczucie wyjatkowosci mialem na moich wszystkich szlakach, czy to francuskim, Primitivo, czy Via de la Plata. Jednak chyba najintensywniejsze bylo ono na pierwszym, francuskim. Moze dlatego, ze tych dusz przeszlo tam tyle, zostawiajac te slady, a moze dlatego, ze me oczekiwania takie byly.
Nie czytalem jednak przed wyjsciem nic, zadnej ksiazki, czy relacji, ktore pobudzilyby wyobraznie. Uduchowiony przebyta droga zaczalem czytac po powrocie. Tez cos o tym napisze.
Mirong, dlaczego jeszcze nie opublikowalem niczego, odpowiem osobno.
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-04 12:29:30
Podczas mojego półtoramiesięcznego camino miałem szansę poznać sporo osób i z nimi rozmawiać. U mnie było to nieco inaczej jak u większości pielgrzymujących, bo jedynie kilka razy nocowałem w albergue - zdecydowaną większość czasu, ze względu na posiadane środki (a raczej ich brak) nocowałem pod namiotem. A w albergue - każdy musi przyznać - łatwiej jest o chwilę wolnego czasu na nieskrępowaną rozmowę ze współpielgrzymami. Na szlaku wszyscy się jakoś spieszą, żeby zdążyć zrealizować założony plan (czy to zająć miejsce do spania, czy to w określonym czasie "zaliczyć" odpowiednią dawkę kilometrów). Może bez przesady, ale też nikt nie będzie robił trzygodzinnej przerwy na trasie. Mimo to nie byłem na camino całkiem sam i z uśmiechem gościłem herbatą czy kawą poznanych wcześniej pielgrzymów przechodzących z rana obok namiotu (Muszę przyznać, że nie wstawałem przed świtem, bo dla mnie nie miało to sensu, a wędrowałem niemal do zmierzchu).
Spotykałem na szlaku zarówno ludzi wierzących, jak i wątpiących i szukających swojej drogi. Szli też zadeklarowani ateiści i ludzie innych wyznań niż katolickie. O ile protestanci czy prawosławni nie byli dla mnie niczym zaskakującym, o tyle buddysta był ciekawym doświadczeniem.
Łatwiej odpowiedzieć na pytanie, co dobrego dali mi ludzie napotkani na szlaku. Pewnie jakieś doświadczenie, być może siłę duchową, dobre słowo, może ktoś cię czymś poczęstował, albo w czymś pomógł. Trudniej określić co samemu dało się tym ludziom. W większości przypadków nie jest proste do zdefiniowania, bo zależy to od oceny innych. Ja ze swojej strony mogę pochwalić się, że zapewniłem pielgrzymowi z Urugwaju... dom. No, może nie dom, a nocleg w namiocie, ale w sytuacji, kiedy schronisko było zamknięte, do następnego ze 20 kilometrów a hotele horrendalnie drogie, była to dla niego jakaś opcja (szczęście, że targałem ze sobą dwuosobowy namiot). Na katalońskim odcinku camino nie tak prosto o albergue. On mi zresztą też pomógł, gdyż mówiąc po hszpańsku (a po jakiemu niby miałby mówić?) załatwił miejsce na materacach na sali gimnastycznej i prysznice. Jako że w miasteczku była akurat jakaś fiesta ja nie miałbym na to szans, bo nikt nie miał do tego głowy.
Fajnie się z nim rozmawiało, gdyż mówił jedynie po hiszpańsku, a ja tego języka uczyłem się dopiero od wylądowania w Barcelonie i zdania sobie sprawy, że niemal nikt nie mówi tu po angielsku (prócz obsługi lotniska, restauracji i drogich hoteli). Ale jak się chce, to da się radę.
Z duchowych przeżyć najbardziej w pamięć wbiły mi się dwa:
Pierwsze, kiedy stanąłem na placu Obradoiro przed katedrą. Jednocześnie cieszyłem się, że doszedłem i czułem ogromny żal, że to już koniec. Do tej pory nie wiem, które uczucie było silniejsze. Nie wiem, czy tylko ja tak miałem, czy też jest to przeżycie towarzyszące innym pielgrzymom?
Poszedłem jeszcze na Finisterrę, podświadomie pewnie pragnąc jakiegoś dopełnienia. Ale kiedy po czterech dniach (szedłem przez Muxię) stanąłem na końcu świata poczułem, że to za mało. Że na camino muszę kiedyś wrócić. I znów iść. Tyle że tym razem z innym nastawieniem. Bez obawy, że zostało jeszcze 500, 300 czy 200 kilometrów, ale ciesząc się, że ta droga jeszcze przede mną.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-05 12:45:02
Temat przyblizyl mnie do wspomnien i czytam raz jeszcze to, co napisalem sobie w mym pamietniku. Czytajac, ide moje Camino ktorys juz raz z rzedu. Dzis chcialbym opisac spotkanie z Herbertem. To jego historia, w ktorej ja mam tylko bardzo maly epizod, ale to i moje bardzo duchowe przezycie.
Herberta spotykalem po drodze, ale poznalem dopiero w Foncebadon. Kiedy ja wieczorem polozylem pod Cruz de Ferro moj kamien, on opowiadal swa historie w wiosce nizej, w malym kosciolku, malej grupie obecnych. Wracajac na nocleg zajrzalem tam, by podzielic sie mym przezyciem pod krzyzem memu wspolpielgrzymowi z ostatniego etapu. Herbert konczyl wlasnie opowiadac swa historie.
Dla niego bylo to drugie Camino szlakiem francuskim, ktore szedl po trzech latach w podziece, bo tak obiecal.
Herbert to 65 letni niemiecki Beamte (Urzednik panstwowy) juz pensjonowany. Gleboko wierzacy czlowiek, jak sam sie okreslal. Szedl z bolem, bo dopadla go rwa kulszowa, ktora ja znam jako isiasz. Szpikowal sie tabletkami, wstajac rano z krzykiem, ale szedl, docierajac juz tu, pod Cruz de Ferro. Fascynowala mnie jego determinacja.
Rano wyszedlem wczesniej i pod krzyzem bylem jednym z pierwszych. Pod wiata zapalilem swieczke. Mialem ze soba 44 cieniutkie swieczki, ktore na kazdy dzien drogi podarowala mi zyczliwa starsza pani. Kiedy po godzinie swieczka sie wypalila doszedl Herbert.
Poprosilem go, by opowiedzial mi swa historie. Usiedlismy pod wiata juz razem, a ja zaproponowalem mu rowniez swieczke. Zapalilismy je obydwoje.
Na pierwsze Camino wyszedl z rozpaczy. Zmarla na raka jego zona i runelo mu wszystko. Nie dosyc, ze stracil kochana osobe, to odwrocily sie od niego dzieci. Zwykle nieporozumienie, ale brzemienne w skutkach. Kiedy lekarz rok wczesniej postawil diagnoze, ze pozostal jej najwyzej rok, zona prosila go, by nie mowil synowi i corce. Po jej smierci lekarz pochwalil sie swa trafna diagnoza i dzieci tak poczuly sie tym dotkniete, ze ojciec to wiedzial, a ich nie powiadomil o tym. Nie zamienili juz z nim slowa z bolu po stracie matki. Zostal z bolem i wyrzutami sam.
W rok po pogrzebie wyszedl i juz w Ronceswales spotkal bezdomnego Hiszpana Jose. Razem szli dwa tygodnie uczac sie wzajemnie komunikacji w sumie nieznanych im wzajemnie jezykach. Jose byl kiedys profesorem muzyki w Barcelonie, by po stracie zony w wypadku zostac kloszardem. Rzucil wszystko dwadziescia lat temu i latem wychodzil na szlak, przemierzajac go kilkakrotnie, a zima gral w uliczkach Barcelony na skrzypcach. Spotkali sie skrzywdzeni i bardzo rozni ludzie. Bezdomny od lat Jose i bogaty, ustawiony urzednik niemiecki.
Jose wywrocil Herbertowi pojecie wartosci zyciowych tak, ze ten chcial zrezygnowac z tego, co posiada, bo Jose byl wolnym i szczesliwym z tym, co mial. Herbert zrozumial, ze jego splacony dom, gwarantowany pesja dobrobyt, nie daje mu szczescia. To bylo zderzenie „Byc” z „Miec”
Dzieki temu spotkaniu Herbert po powrocie do pracy zmnienil zupelnie swe nastawienie do ludzi biednych. Wczesniej pogardzal slabymi finansowo, oczekujacymi pomocy od urzedu w ktorym pracowal. Uwazal ich za leni i oszustow, wykorzystujacych socjalna polityke panstwa. Dzieki Jose dotarlo do niego, ze wielu z nich ma za soba zupelnie inna przeszlosc, ktora nikt sie nie interesuje, oceniajac tych ludzi krzywdzaco.
Po powrocie, to on wstawal z za biurka i wyciagal do petenta reke, okazujac mu zwykly ludzki szacunek.
Herbert polozyl wtedy pod Cruz de Ferro swoj kamien z prosba do Boga, by jego dzieci nie odwracaly sie od niego. To byla jego poczatkowa i jedyna intencja wyjscia. Modlil sie goraco o to. Na koniec wyrazil jeszcze jedno ciche zyczenie, nie wierzac, ze ma prawo do tego, ze ono moze sie spelnic... Chcial, by swych ostatnich lat nie byc samemu. Chcial miec jeszcze kogos na starosc. W to juz nie wierzyl.
Z Ponferrada wyslal swym dzieciom widokowke z Camino, powiadamiajac ich dopiero wtedy, ze jest w drodze do Santiago z intencja o ich zrozumienie nieporozumienia. Zglosili sie od razu obydwoje i z lotniska odebrali go wspolnie.
Pol roku pozniej dostal list od szanowanej w miejscowosci wdowie po lekarzu. To byla w jego oczach kobieta, o ktorej on nigdy nie odwazylby sie pomarzyc. Zaproponowala mu blizsze spotkanie, na ktore on od razu sie zgodzil i po ktorym juz zostali razem.
To wtedy postanowil, ze pojdzie raz jeszcze, ale juz w podziece za to, ze jego prosby zostaly mu spelnione, choc w nie nie wierzyl. Dlatego szedl z okropnym bolem, bo obiecal, ze dojdzie do Santiago, gdzie miala na niego czekac jego partnerka.
Pod wiata spedzilismy czas do poludnia, wypalajac jeszcze po trzy swieczki, obserwujac mijajacych nas pielgrzymow w pospiechu na nastepny nocleg.
Ja rowniez opowiedzialem mu moja historie. Opowiedzialem mu moja droge do zmiany zycia, moje wnioski i przemyslenia. Herbert byl wierzacym, ale nie tylko w Bogu szukal wytlumaczenia tego, co przezyl, bo jak sam mowil, zawsze sie modlil i staral zyc w zgodzie z przykazaniami i nie zawsze mu sie udawalo.
Mimo naszych roznic w widzeniu Boga, on chcial, bym to ja skomentowal jemu jego doswiadczenia.
Powiedzialem mu wtedy, ze mysle, ze Bog nie zmieni naszego losu, obojetnie jak bardzo tego od Niego bedziemy oczekiwac i ciesze sie, ze i on tak to widzi. Bog jednak zawsze bedzie dawal nam do tego mozliwosci, stwarzal szanse i tylko jak my sami ta szanse dostrzezemy, jestesmy w stanie cos zmienic. Nie wystarczy tylko glosno sie modlic, lub tylko Jego chwalic, bo On nie jest prozny.
Powiedzialem mu, ze gdyby nie spotkal Jose, nie dostrzeglby tego, ze nie kazdy bezdomny jest sam sobie winien losu. Tam najpierw jest osobista tragedia, ktorej my mimo naszej wiary w Boga, widziec nie chcemy. To Bog poslal mu Jose, by dac mu szanse i zrozumiec to. Reszte zrobil on swa transformacja, zmiana, ktora pozwolila mu „swiecic” swa osobistoscia w srodowisku.
To dlatego zauwazyla go kobieta, ktorej on sie bal zaproponowac zwykly kontakt.
To pewnie Bog pozwolil spotkac sie nam razem, bysmy mogli sie wzajemnie uzupelnic.To tylko skutki.
To determinacja, z jaka poszedl w droge poruszyla dziecmi, a nie ten kamien pod krzyzem. Wczesniej nie byl w stanie ich poruszyc, chociaz tez sie modlil o to goraco.
Herberta spotkalem ponownie w Santiago ze swa przyjaciolka. Ona nie pytana potwierdzila mi moje slowa, na swoj temat, ktore ja powiedzialem Herbertowi. Wczesniej go nie widziala, bo nie „swiecil”.
Herbert zapytal mnie, czy spotkalem polskiego zakonnika idacego w sultannie, bo on mnie szukal po drodze. Zaskoczyl mnie tym bardzo, bo dlaczego szuka mnie ktos, kogo ja nie znam.
Otoz oni sie spotkali i zakonnik zapytal Herberta o jego najsilniesze przezycie na szlaku, na co Herbert odpowiedzial spontanicznie: Spotkanie Stanislawa pod Cruz de Ferro i rozmowa ze nim o Bogu przy swieczkach. Zakonnik powiedzial mu, ze juz wielokrotnie slyszal o Polaku, Stanislawie, ktory idzie Camino inspirujac innych i on chcialby mnie poznac. Bylo mi bardzo przyjemnie, ale zakonnika nie spotkalem juz.
Herbert spisal rowniez wspomnienia i wydrukowal je profesjonalnie w kilku egzemplarzach, na ladnym papierze fotograficznym. Szukal mnie po roku, a wiedzac mniej wiecej gdzie mieszkam, znalazl mnie.
W pamietniku poswiecil mi troche miejsca, a okladke pamietnika tworzy nasze zdjecie przy swieczkach. Jeden egzemplarz byl przeznaczony dla mnie.
NOWY! Autor: Magda | Dodano: 2013-10-05 14:52:53
Nawet nie wiesz, jak bardzo ci zazdroszcze takich rozmow. Wrocilam z Camino na ktore namowilam moja kolezanke. Moze dlatego nie spotkalam tam nikogo takiego. Kolezanka po powroie powiedziala do mnie- Nie wiem czym ty sie tak podniecasz, bo ja zapamietalam tylko bol nog i smierdzace albergi.
Pozdrawiam cerdecznie i oczekuje nastepnych wspomnien
NOWY! Autor: :) | Dodano: 2013-10-05 23:12:56
A wszyscy doświadczeni pielgrzymi na forum piszą i radzą,żeby na Camino wyruszyć samemu samemu !
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-06 09:56:56
Dzieki Magda za mile slowo. Bede pisal, bo takich spotkan i rozmow bylo duzo. Juz myslalem, ze nikt tego nie czyta z obawy, ze takie dlugie teksty. Nie naumialem sie jeszcze pisac zwiezle.
@ :) Masz racje, lepiej isc samemu, bo wtedy spotkamy napewno takich, jak my, ktorzy poszli z potrzeby ducha, a nie zostali tylko do tego namowieni.
Pozdrawiam serdecznie
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-07 11:26:49
Ciesze sie, ze ten watek jest czytany, bo przez ponad tydzien od zaistnienia juz 750 razy zostal klikniety. To znaczy chyba, ze jest ciekawy. Zastanawiam sie jednak, dlaczego tak niewielu decyduje sie, by cos od siebie napisac.
Zakladajac go, myslalem, ze bedzie swietna okazja do przeczytania rowniez innych doswiadczen, bo ma je kazdy z nas. Czyzby blokada pisania o wlasnych przezyciach byla az tak wielka?
A moze powod lezy gdzie indziej?
Moze zle zostala zrozumiana prosba, by nie krytykowac negatywnie? Ja piszac to, mialem na uwadze teksty typu > spadaj .....<. , bo takie oddzywki tu chyby nic do szukania nie maja. Jednak komentarze, skojarzenia jak najbardziej wzbogaca watek. Zapraszam.
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-07 12:28:21
Nie generalizowałbym, że jedynie camino na które się idzie samemu daje pełnię przeżyć duchowych. Każdy z nas jest inny i każdy inaczej tę drogę odbiera. Są ludzie, dla których wędrowanie w samotności byłoby udręką, a choć o pielgrzymach mówi się też czasem pątnicy, to jednak mało kto idzie tam się wyłącznie umartwiać w ramach pokuty wyznaczonej przez księdza. ;-)
Wiem, że forum czytają też ludzie wybierający się dopiero na camino, szukający jakichś praktycznych informacji (sprzęt, warunki, koszty, ewentualne zagrożenia). Często czytam o tym, że ktoś wybierający się po raz pierwszy chętnie poszedłby z kimś, z kim da się porozumieć i kto byłby duchowym wsparciem, przynajmniej na początku. Później się zobaczy. To całkiem normalne i ze wszech miar ludzkie.
Wędrowanie we dwie lub więcej osób różni się od pielgrzymowania w pojedynkę tym, że w tym drugim przypadku z każdą, nawet najmniejszą interakcją z innymi ludźmi (pytanie o drogę, zakupy, załatwianie noclegu itp.) musimy sobie radzić samemu. Dlatego czasem lepiej iść w kilka osób z otwartą głową i radością w sercu, niż traktować camino jak samotny marsz przetrwania w nieprzyjaznym środowisku. :-)))
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-08 08:53:51
Po czasie doceniam moje wedrowki szlakami Camino, bo zmienily moje zycie na pelniejsze, madrzejsze i szczesliwsze.
Kiedy pierwszy raz wychodzilem, bylem chory, nie zdajac sobie tak zupelnie z tego sprawy. To byl syndrom Burn Out, co dla mnie wtedy bylo czyms nieznanym. Znalem niedroznosc drog zolciowych, ale ze przyczyna lezala gdzie indziej, to tylko podejrzewalem. Droga wyleczyla mnie. Szedlem z intencja, by to przerwac, zmienic, zostawic, ale poza tym intencji nie mialem.
Kiedy juz w samolocie zawarlem ze soba pakt o nie przejmowaniu sie na czas drogi wyimaginowanymi problemami, postanowilem spontanicznie cos jeszcze.
Postanowilem, ze wedrowka bedzie idealna okazja, by kazdy dzien w drodze poswiecic mentalnie komus mnie bliskiemu. Juz w samolocie zrobilem sobie liste z tych najblizszych, ktora pozniej juz uzupelnialem dalszymi, z ktorymi przyszlo mi dzielic moj czas tu, na ziemi.
Polegalo to poswiecenie dnia komus, na zajeciu sie mim mentalnie i tylko nim, przez kilka godzin drogi. To bylo latwe i nawet bardzo przyjemne, kiedy pierwszego dnia poswiecilem dzien mamie, potem corce , synowi itd, a wiec najbilzszym mi osobom. Po czasie jednak trzeba bylo zajac sie juz tymi, z ktorymi nie zawsze bywalo przyjemnie i wesolo.
Takie osoby mamy wszyscy, bez wyjatku, bo inaczej bylby ten swat piekny, zycie bez utarczek i urazow.
Tak jednak nie jest.
Na poczatek z dalszych mi osob, wybralem sobie osobe z dalszej rodziny i chyba najtrudnieszy dla mnie przypadek. Rodziny sie nie wybiera, to wie kazdy i mnie los postawil kogos takiego w dalszym rzedzie. Podjac sie mentalnie zadania myslenia o kims takim, przez kilka godzin pozytywnie, jest naprawde trudnym wyzwaniem, ale jak wszyscy, to wszyscy, bo takie bylo moje zalozenie.
Myslac o naszym wzajemnym stosunku, doszedlem do bardzo ciekawych, dla mnie wnioskow. Po raz pierwszy mialem okazje i czas, by tak o tym myslec. Dotarlo do mnie, ze ta osoba rowniez jak ja, kocha swoich bliskich, jest rowniez przez nich kochana, tak jak ja. To, ze my sie czesto scieramy, lezy pomiedzy nami. Przez lata nie uzyskalismy konsensu, wiec go juz nie osiagniemy, jesli nic we wzajemnym traktowaniu siebie nie zmienimy. My tak naprawde przez te wszystkie lata probowalismy sie na sile zmieniac, kazdy, kazdego. Naginac go sobie do wlasnych pogladow i wlasnych wyobrazen, powodujac stres i niesnaski. Obydwoje z przekonaniem zarzucalismy sobie to samo.
Zaczalem sie zastanawiac nad tym, co ja musze zmienic pierwszy u siebie, w stosunku do tej osoby. To, ze to ja musze cos zmienic u siebie, bylem przekonany, bo moje proby zmiany kogos przez lata powodowaly negatywne pogarszanie sie naszych stosunkow. Co prawda z drugiej strony bylo tak samo, a moze nawet intensywniej, ale to ja na to wpadlem i to naprawde juz tylko odemnie zalezy.
Postanowilem sobie solennie, ze zmienie pare rzeczy u mnie. Znalazlem u siebie kilka cech, ktore postanowilem kategorycznie zmienic
Po powrocie powiedzialem o tym, ze poswiecilem na to dzien wedrowki i to, ze postanowilem cos z tym zrobic, bysmy sie zrozumieli. Jaka byla reakcja na me slowa, mozecie sobie wyobrazic. Ta osoba, oprocz tego, ze patrzyla na mnie troche inaczej, moze wypowiada i reaguje na mnie ostrozniej. Zmienila sie w sumie niewiele. Innych traktuje tak nadal, jak traktowala, ale my sie juz dobrze rozumiemny. Takich osob i dni przemyslen, poswieconych tym "trudnym" bylo kilka
To bardzo podnioslo jakosc mego zycia i wspolzycia z innymi, bo to, co zmienilem swiadomie u mnie, znalazlo zastosowanie wobec wszystkich. To pewien automatyzm. Po bardzo krotkim czasie zauwazylem to nie tylko ja, ale wszyscy, z ktorymi przyszlo mi dzielic czas i moje zycie. Zaczeli mnie cenic, a nie krytykowac, jak czesto wczesniej bywalo.
Bez mojego Camino i tego czasu dla siebie, na wlasnie takie przemyslenia, nie doszedlbym do tego nigdy. My mamy bardzo silna tendencje widzenia innych tylko subiektywnie, przekonani o wlasnych racjach. Dlatego ciagle zmieniamy na sile innych, naginajac ich do wlasnych wyobrazen, przekonan, zapomninajac o tym, ze kazdy do wlasnych przekonan i sposobu zycia ma prawo. Jestesmy jednak w stanie przysiegac przy tym swa „obiektywnosc”. Upieranie sie przy swoich racjach zawsze doprowadzi do absurdu, ktorego nie jestesmy juz w stanie zauwazyc, ani zrozumiec, ze jest absurdem.
Dzis unikam osob probujacych na sile zmieniac innych. Odwracam sie. Jesli zdarza sie to moim bliskim, czy znajomym, najpierw mysle, jak zareagowac, niz reagowac spontanicznie. Lepiej pomyslec, nim sie cos powie, nie reagowac od razu, niz reagowac na to, co sie samemu niepotrzebnie powiedzialo. To pomaga.
Serdecznie pozdrawiam
NOWY! Autor: Jacek | Dodano: 2013-10-11 09:18:27
Bardzo podoba mi sie taka idea,aby poswiecac dzien wedrowki dla kogos. Obawiam sie jednak ze nie podolalbym przez 8 godzin myslec talko o jednaj osobbie. Przeciez jest w drodze tyle innych wrazen. Mysle jednak ze nastepnym razem sprobuje
Buen Camino
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-12 09:47:30
Jacek, najtrudniej jest zmienic swe przyzwyczajenia. To wymaga konsekwencji i determinacji, ale warto. Nasz sposob myslenia, to w koncu tez tylko przyzwyczajenie. Camino w samotnosci jest idealne do tego, by takie przyzwyczajenia zmienic pozytywnie. Myslenie, jest tym, co nas ludzi wyroznia. Jednak to, co i jak myslimy, zalezy tak naprawde tylko od nas.
Dlatego zacytuje Wolfganga Goete raz jeszcze (raz to juz na tym forum zrobilem).
Zwracaj uwage na Twoje mysli, bo one stana sie Twoimi slowami.
Zwracaj uwage na Twoje slowa, bo one stana sie Twoimi czynami.
Zwracaj uwage na swoje czyny, bo one stana sie Twoimi przyzwyczajeniami.
Zwracaj uwage na swoje przyzwyczajenia, bo one uksztaltuja Twoj charakter.
Zwracaj uwage na Twoj charakter, bo on bedzie Twoim losem.
Johhan Wolfgang Goethe
Milych i pozytywnych przemyslen
Staszek
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-12 10:36:08
Droga pokonywana w samotności pozwala zobaczyć na niej... ludzi. Idąc w kilka osób łatwiej kogoś miniemy nie zwracając na niego uwagi. Nie ma takiej potrzeby, skoro idziemy z kimś, kogo lepiej lub gorzej znamy.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Dlatego dłuższa samotność powoduje, że znikają lęki i uprzedzenia do nawiązania kontaktu z "tym obcym". I to jest chyba najpiękniejsze na camino.
NOWY! Autor: Maciej | Dodano: 2013-10-12 13:48:40
Zgadzam się całkowicie z mironq! Spotkania ludzi na camino to coś najwspanialszego co może się wydarzyć! Zawsze byłem ostrożny i wycofany w spotkaniu z obcymi, po camino to całkowicie minęło. Bardzo cenię też sobie spotkania z miejscowymi. Zwykle wszystkim napotkanym w drodze tubylcom mówię w zależności od pory dnia bueno dias lub buen tarde co zwykle oprócz odpowiedzi rodzi pytanie: skąd jesteś? I tak zaczyna się rozmowa często schodząca na temat JPII. Hiszpanie są otwarci i słaba znajomość języka nie przeszkadza. Trudniej było w Portugalii. Oglądając serial "Legendarny szlak Sw. Jakuba" na Religia TV zwróciłem uwagę, że najczęstszą odpowiedzią, pytanych pielgrzymów o to co najwspanialsze na camino, to właśnie spotkania z ludźmi.
Dobrze Staszku, że wrzuciłeś taki wątek na forum! Dzięki Ci.
Pozdrawiam! Buen camino!
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-13 09:51:16
Dzieki i Tobie Macieju, ze jestes. To forum bardzo potrzebuje autorytetow, a ty napewno nim jestes.
NOWY! Autor: Symmpatyczka | Dodano: 2013-10-13 12:59:14
Na Camino wszystko ma swoje znaczenie!!!!
Potrzebne, a wręcz niezbędne, są chwile samotności, w których można pomyślec o sobie, zastanowic się nad swoim życiem, pobyc sam na sam z otaczającym światem. Niezastapione są również rozmowy z drugim człowiekiem. One także dają niesmowite owoce. Nie ważne czy to rodak czy obcokrajowiec. Nic nie znaczą również pobudki- czy rozmawiasz z Polakiem, bo nie znasz języka czy z obcokrajowcem, bo chcesz podszkolic angielski. Ten, z którym nawiązujesz kontakt jest Ci po prostu pisany jako rozmowca :)
Ja uważam, także na podstawie własnych doświadczeń, że żadna chwila przeżyta na szlaku nie jest bez znaczenia. Wszystko ma swoje miejsce i czas, a czas Camino jest wypełniony zdarzeniami/ spotkaniami/ sytuacjami, które mają się tam wydarzyc i owocowac!
Wracając do domu naprawdę nie jesteś tym samym człowiekiem! Doświadczenia i ludzie zmieniają Cię, na początku nie do poznania, a z biegiem czasu, wracając do "siebie" i codzienności,stajesz się cichym lecz promieniejącym Świadkiem!!! :)
Życie nabiera sensu!! :)
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-13 15:25:22
Tak jak na Camino francuskim kontakty z innymi byly raczej typowo kontaktami miedzy wspolpielgrzymami, to na Camino Via de la Plata mialy one juz zupelnie inny charakter. Tam, ze wzgledu na ograniczona ilosc idacych, te kontakty sa inne. Tam tez zauwazylem zupelnie inne zainteresowanie miejscowych pielgrzymami.
Jesli na francuskim idacy pielgrzym jest czyms zupelnie normalnym, bo przechodzi ich tam setki dziennie, to na VdlP miejscowi okazuja mam juz wielkie zainteresowanie. Sa nas ciekawi, pelni uznania dla naszych poswiecen, wdzeczni za zainteresowanie ich regionem i bardzo uczynni. Starsi sa zadni kontaktow i zagaduja sami, by nawiazac kontakt. Bariery jezykowe nie zrazaja ich zupelnie.
Pamietam starszego dziadka w Almaden de la Plata. Bylo po poludniu i termometr pokazywal 42 stopnie.
Po pokonaniu stromego podejscia na Cerro del Calvario, spragniony, bo zapas czterech litrow wody sie skonczyl wczesniej, wszedlem do wioski. Dziadek siedzial na krzesle w cieniu domu. Zauwazyl mnie i wstal na moj widok, jakby na mnie czekal. Ja wypowiedzialem spalonymi ustami tylko „Aqua”.
Wskazal mi na krzeslo zapraszajac bym usiadl i skoczyl po butelke zimnej wody. Kiedy po wypiciu zapytalem o kiosk, zaproponowal mi servessa, choc bar byl za zakretem. Wypytal mnie skad ide i czy mam zamiar dojsc do Santiago. Byl pelen uznania dla mnie i wciagnal mnie z plecakiem do swego patio, by dowiedziec sie wiecej. Kiedy powiedzialem mu, ze jestem polakiem, od razu wymienil Papieza i ku memu zdziwieniu Roberta Kubice. Na koniec nie probowal mi nawet tlumaczyc drogi do Albergue na koncu wioski, ale wstal i zaprowadzi mnie tam.
Drugie warte opisania spotkanie przezylem na etapie z Carcaboso do Aldenueva del Camino. To chyba moj najtrudniejszy etap, bo okazal sie o 10 kilometrow dluzszy, niz podawal przewodnik. Juz za Arco de Caparra z pieknym lukiem tryumfalnym, zatrzymalem sie na senalu, by odpoczac i wysuszyc koszule pod plecakiem. Szlak przekraczal biegnaca pod kontem asfaltowa droge. Za chwile zatrzymal sie samochod, z ktorego wyskoczyl Antonio. To starszy juz, ale bardzo rzeski Hiszpanski hodowca owiec, jadacy do swego stada w gorach. Bardzo ciekawym czlowiekiem okazal sie Antonio. Dowiedziawszy sie, ze jestem Polakiem, opowiedzial mi historie wojny hiszpanskiej i udzialu w niej moich rodakow. Wlasnie tam w gorach Sierra del Ambroz, walczyli i gineli Polacy. Podawal mi nawet ich nazwiska, bo znal je doskonale. Zapytal, czy mam wystarczajaco wody do picia, bo jeszcze daleko do celu. To od niego dowiedzialem sie czegos, co chyba juz sam podejrzewalem, Etap ma 44 kilometry dlugosci i zostalo mi jeszcze 14 do przejscia. W samochodzie mial zamrazalke i wyjal z niej wode, wymieniajac mi ta goraca z mego buklaka na swierza i bardzo zimna. Uratowal mnie, bo byloby nie ciekawie. Kiedy dzis wspominam tych ludzi i patrze na zdjecia, lza w oku sie kreci.
Ta ich przychylnosc sprawiala, ze czulem sie pewniej na bezdrozach Via de la Plata. Idac z Tabara do Santa Croya de Terra bez sniadania, zatesknilem za kawa con’lece. Po 15 stu kilometrach przechodzi sie przez jedyna wioske na szlaku, Barcianos de Valverde. Wioska nie ma ani baru, ani kiosku. Ja z kawy jednak zrezygnowac nie mialem zamiaru, nawet jesli mialbym kogos miejscowego o nia poprosic, to bylem pewien, ze mi nikt jej nie odmowi. Zapukalem do bramy, pytajac starsza pania o kawe. Poslala mnie do jedynej zielonej bramy na ulicy. Tam otworzyl mi staruszek mowiacy po niemiecku. Z nim wrocilem do poczatku wioski, gdzie byl wiejski osrodek kultury ze swietlica i barem. Staruszek byl rencista zakladow Continental w Niemczech i opiekowal sie klubem. Wypilem kawe, sprawdzilem e- mail, korzystajac z internetu i spedzilem z ciekawym czlowiekiem ponad godzine na interesujacej rozmowie o zyciu i regionie, przez ktory przechodzilem. W Santa Croya de Terra zaprosil mnie wlasciciel Albergue do swej Bodegi, ale o tym, co robi sie w takiej Bodega, pisal tu juz Maciej Ratajczak.
Miejscowi bardzo cenia sobie pielgrzymow, ktorzy okazuja zainteresowanie ich krajem, regionem i z duma sa gotowi nie tylko nam pomoc, ale rowniez wzbogacic nasza wiedze o ich pieknym kraju, tradycjach i ich zyciu. To bardzo wzbogaca nas samych. Nie wyobrazam sobie przejscia tej drogi, bez rozmow z jej mieszkancami. Bez tych spotkan, rozmow, to tak, jakbym przejechal jakis kraj samochodem i powiedzial, ze juz tam bylem. To nie to samo.
Pozdrawiam Buen Camino
NOWY! Autor: danuta | Dodano: 2013-10-13 17:55:55
Z wielką przyjemnością czytam te wszystkie myśli słowa ,przeżycia ,które wam towarzyszyły na camino.Na kolejnej pielgrzymce do Częstochowy usłyszałam o tej drodze i tak przez kilka lat 11 razy idąc do Matki zapragnęłam czegoś innego ,nowego.Czytałam książki dostępne na rynku apotem forum caminowiczów.Rok temu w maju poleciałam do Madrytu z tamtąd do Oviedo ijuż znalazłam się na Camino Primitivo.Nie wierzyłam że mi się to udało mnie przytłoczonej obowiązkami wewnętrznie poszarpanej przez życie.Tylko pierwszy dzień był cholernie ciężkii z wieloma chwilami zwątpienia i sensu co by nie mówić ogromnego trudu i wysiłku.Drugi etap i w Villa Panada na noc przychodzi 3 hiszpanów.Każdy kolejny dzień idziemy razem .Na trudnym etaoie starych szpitali mimo moich próśb nie zostawiają mnie samej tylko czekają by razem wejśc do alberga.Kiedy zawsze rankiem śpiewałm Bogurodzicę czułam jak mimo nie znajomości języka jest między nami cudowne porozumienie.Luis 71 Bask śpiewał wtedy swoją pieśń poranną.Był znami też niemiec Andreas który widząc jak pod koniec etapu wyciągałam różaniec nie pozwalał zachodzić na kawę.Antoni opiekowłsię mną ibył takim aniołem stróżem moim.Tegoroczne camino NORTE z Irun było zupełnie inne. Dużo dni duży wysiłek fizyczny .Nie spotkałam tu takich przyjaznych dusz jak na Primitivo.Myślę jednak że ta droga to czas poświęcony.Każdego dnia dziękowałam Bogu że mogę przemierzać te cudowne szlaki że pozwolił mi na to.Czułam tąopiekę .Całe moje życie relacje z innymi moje słabości , trudne sprawy były w moim sercu imyślach ale nie bolały tak jak w Polsce.Te małe cuda których bez liku doświadczyłam na camino dały mi wiarę w siebie i innych ludzi.Za rok planuję wyruszyć z Sevilli by znów poczuć wolność dziecka bożego.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-13 18:25:56
Dzieki Tobie Danuto, dzieki Sympatyczko za bardzo emocjomalne teksty. To wlasnie tego oczekiwalem, zakladajac ten temat.
Zycze Tobie Danuto udanego Camino z Sevilli, bo juz wiem, ze bedziesz na pewno szczesliwa ta droga i poczujesz wolnosc dziecka Bozego, jak piszesz.
Na poczatku nawet mialem watpliwosci, czy ktokolwiek podejmie temat i bede juz pisal tylko sam i czasem mirong. Wiedzialem jednak, ze ze zwierzeniami, nawet tymi najintymniejszymi jest jak ze lzami. Najpierw cisna sie do oczu, powodujac bol glowy, sciskaja gardlo, az w koncu poleca, bo zatrzymac je trudno. Po silnym placzu czujemy sie o wiele lepiej, a bol glowy przechodzi, bo bol glowy, to tylko skutek wstrzymywanych lez.. Nie powstrzymujcie lez szczescia..
Piszcie...
NOWY! Autor: Jola | Dodano: 2013-10-18 09:08:06
Staszku, czy miales na swych wedrowkach zdarzenia szczegolne, ktorych wytlumaczyc sobie nie potrafisz? Ja mialam a boje sie pisac bo pewnie zostane tu wysmiana.
Pozdrawiam wszystkich Jolka
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-18 13:14:38
Dlaczego Jolu masz obawy, ze ktos moze Ciebie tu wysmiac?
Przezycia, nawet te okreslnane jako niezwykle, czy niewytlumaczalne, sa zawsze interpretacja osobista i tylko ktos o niskiej kulturze moze zdobyc sie na ich krytyke. Osobiscie, piszac o moich odczuciach i przezyciach wychodze wlasnie z tego zalozenia. Jesli ktos nawet po przeczytaniu uzna, ze mu sie nie podoba, to ma do tego przeciez prawo, ale nie powinien sie poczuc zobowiazany do krytyki, bo to w sumie tylko jego subiektywne odczucie.
Mam wiele takich przezyc i to nie tylko na Camino. Po prostu od pewnego czasu zwracam na takie zdarzenia bardzo dokladnie uwage, zadajac sobie zawsze pytanie: dlaczego mnie sie to przytrafilo, jaki wniosek powinienem z tego wyciagnac.
To podejscie sprawia, ze madrzejszy nie jestem, ale jak cos mi sie trafia, to wiem dlaczego.
Znam natomiast wiele ciekawych relacji innych o takich doswiadczeniach z drogi. Zawsze tlumacze sobie to poprostu tak, ze to zdarza nam sie czesto i nie tylko na Camino, tylko chyba nie zauwazamy tego, a na Camino jestesmy tak wyczuleni, tak uwazni, ze zaczynamy sie zastanawiac nad tym, przywiazujac to magii Camino.
Mam takie doswiadzczenia, oczywiscie i jesli do tej pory nic nie napisalem, to moze wlasnie tylko z tego powodu, by nie sprowokowac tych interpretatorow, ktorzy maja jedna i bardzo prosta odpowiedz na wszystko. Jesli poczuja sie sprowokowani, to watek sie skonczy tak, jak juz wiele innych watkow sie nieladnie skonczylo, a tego bym nie chcial.
Pozdrawiam
NOWY! Autor: interpretatorzy | Dodano: 2013-10-18 17:05:45
Nieustannie modlimy sie o Twoje nawrócenie.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-18 22:17:29
Zyczliwy Interpretatorze.
Powinienem podziekowac Tobie za modlitwe, bo nawet byloby to fajne. Nie zrobie tego jednak. Wyobraz sobie, ze czasem slysze od kogos, ze modlil sie rowniez za mnie i wtedy mowie mu z wdziecznoscia, dziekuje. Dlaczego nie dziekuje Tobie?
Bo byloby to z mej strony rownie nieszczere, jak Twa modlitwa za mnie.
Jestem uczciwym nie tylko wobec innych, ale przede wszystkim wobec siebie, dlatego prosze, bys to zaakceptowal.
Dlaczego dziekuje innym, a Tobie nie?
Bo oni modlac sie, akceptuja mnie takim, jakim jestem i zycza mi dobrze. Nie modla sie o to, by mnie zmieniac. To jest ich wiara i potrzeba wewnetrzna, by wlaczyc mnie, jako im bliskiego w swe modlitwy.
Ty natomiast modlisz sie o to, by mnie szczesliwego czlowieka zmienic na Twoje wyobrazenie.
Jesli Bog naprawde istnieje takim, jak Ty go widzisz, to obawiam sie, ze narobisz sobie swa nadgorliwoscia u Niego problemow.
Ps. Pisze do Ciebie w pojedynczej osobie, bo nie potrafie sobie wyobrazic, ze siedzice w grupie na przegladaniu forum i modlicie sie rowniez wspolnie za mnie.
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-18 23:30:34
Ty, który przypadkiem trafiłeś na ten wpis o camino. Być może wpisaleś to słowo w przeglądarce, chcąc się dowiedzieć czegoś o tej drodze i podjąłeś temat pierwszy z góry.. A być może to wlaśnie Ty sama chciałaś nią ruszyć. Może chciałeś zobaczyć, jak inni odbierają to, co Tobie zapadło w pamięć. Może jednak jest coś, co Cię zaskoczyło i bylo początkowo nie do ogarnięcia? Poznałaś nowe smaki? Nauczyleś się się kilku przydatnych słów? A może całe to camino to jedna wielka ściema? Tu każde zdanie jest ważne (pamiętaj o tym, że ktoś to czyta) - bo ktoś w wyszukiwarce wpisze "camino" i jeśli nieopatrznie dołączy do tego "droga", na pewno tu trafi.
P.S. Staralem sie nie zostawiać po sobie śladów, dopóki nie pojawił sie mój syn i wykoncypowałem sobie, że jednak musimy się czasem pochwalić przed młodszymi, zachęcając ich do podjęcia innych lub tych samych, ale jednak - wyzwań. :-)
NOWY! Autor: Jola | Dodano: 2013-10-19 10:52:41
Bardzo pieknie mirong. Ja tez chcialabym cos napisac i chyba nawet potrafilabym, ale obawa, ze ktos jednym zdaniem moglby mnie zranic, jest wieksza. Nie potrafilabym sie tak pieknie obronuic jak Stazsek. Jest tu zbyt wielu wrzeszczacych o milosci do Boga i nienawisci w sercu do innych, jak okreslil to fajnie Staszek.
Dziekuje wam, bo to inspirujace, co piszecie.
Jolka
NOWY! Autor: ewa | Dodano: 2013-10-21 13:48:45
Trzeba ignorować wpisy takich osób jak ``interpre....`` nawet nie mam ochoty powtórzyć tej nazwy.Zostawić bez komentarza, to przestaną pisać.Jolu, nie patrz co inni powiedzą, napisz - zobaczysz jaka będziesz szczęśliwa, że podzieliłaś sie z nami swoimi doznaniami na Camino. Nawet jesli ktoś odniesie się do tego krytycznie. Na pewno każdy, kto Camino potraktował w sposób bardzo osobisty, ma o czym wspominać i chętnie przeczyta jakie przeżycia miała inna osoba. To co jest naszą siłą na Camino, mieć wspaniałe wspomnienia.
pozdrawiam ewa
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-22 00:47:12
Jolu! Każdy odbiera te sprawy osobiście, ale ja myślę, że nie ten, kto goręcej zapewnia o miłości do Boga, nie ten, który licytuje się na czas poświęcony na modlitwę, post i umartwienia jest najlepiej wierzącym. Nie ten, który przekonuję osobę niewierzącą, że musi uwierzyć, bo inaczej spłonie w ogniu piekielnym. Nawet nie ten, który co miesiąc musi się nieźle nagłowić, z czego by tu się spowiadać.
Ktoś, kto postawi na nogi dziecko, kiedy to się przewróci, najlepiej jak potrafi wytłumaczy zagubionemu obcemu jak ten ma dojść do celu, podzieli się z kimś kawą lub szklanką wody, powie coś wesołego osobie smutnej, odrywając ją choć na chwilę od ponurych myśli i przez swoje małe czyny realizuje wiarę, czasem się też potykając, bliższy jest Boga.
Jest takie przysłowie: "Modli się przed figurą, a diabła ma za skórą". Czasami ci, którzy dużo mają Boga na języku i zapewniają o tym, że 24 godziny na dobę o niczym innym nie myślą jak o modlitwie i zbawieniu, w środku nie mają nic. Nienawidzą tych, którzy są od nich inni. Nie zwracam uwagi na napominania przez takie osoby, bo wolę być może nieco grzeszny, ale szczęśliwy, niż podobny do takich osób.
NOWY! Autor: Oskar | Dodano: 2013-10-22 07:56:52
Mirong - Jakie odpustowe myśli, skąd to natchnienie - podziwiam.
NOWY! Autor: @ | Dodano: 2013-10-22 13:32:59
Uderz w stół a Oskar się odezwie,spylaj w ,, Ucieczkowe" rabatki
NOWY! Autor: Też przestraszony | Dodano: 2013-10-22 14:18:51
Wystarczyły dla podpuchy dwie s uwagi .Inter.. i Oskara i już wpadacie w panikę. Wszesna obawa @ J przed pianą złości .Obrona Stanisława. Przestraszona Jola wrzeszącymi wpisami. No i mamy uwagę z pianą złości Autora @. Sami szukacie sprzeszki, bez krórej nie możecie żyć na tym forum.
NOWY! Autor: Jola | Dodano: 2013-10-22 14:47:06
Pisac to ja chcialam o moich przyjemnych przezyciach, bo mam wspaniale a niektore nawet tajemnicze, ktore to napewno wywolaly by tu dyskusje. Ale najpierw napisze o tym co nam sie z mezem przytrafilo sie przy spotkaniu z rodakami. Moj maz byl juz rok wczesniej na Camino z Jarez do Salamanca i postanowilismy, ze juz z Salamanca pojdziemy nastepnym razem wspolnie do Santiago. Kiedys w albergu po drodze zauwazylam polskie flagi na rowerach dwuch panow i ucieszylam sie bardzo. Chce tu nadmienic, ze mieszkamy juz ponad dwadziescia lat na zachodzie i sotkanie Polaka na Camino to dla nas cos fajnego. Maz zapytal ich skad jada, gdzie zaczeli droge i jeden z nich odpowiedzial ze z Avila. My nie wiedzielismy gdzie to jest i zaczelismy pytac. Pan w srednim wieku zaczal krzyczec na meza, gdzie i kto go wychowal, jakim on jest Polakiem, katolikiem, jesli nie wie gdzie lezy to miejsce, gdzie urodzila sie sw Teresa. Bylismy bardzo rozczarowani i zaskoczeni jego reakcja. Maz zdenerwowal sie bardzo, bo jego obrazono i jego rodzicow. Jak mozna kwestionowac czyjes wychowanie, pytajac sie tak, kto ciebie wychowal. Zwrocil mu uwage ze on nie wszystko musi wiedziec.Ten drugi zaczal mu wturowac, ze ci co wyjechali z kraju sa zdrajcami i wyrzekli sie juz wiary katolickiej, a zyja dla pieniadza i takie tam, a na Camino chodza tylko na tani urlop.
Tak bylo glosno, ze inni pielgrzymi wyszli z alberga nasuchujac awantury Polakow. Bylo nam bardzo wstyd. My wyjechalismy z Polski jako mlodzi ludzie i nie pamietamy by ktos w Polsce tak sie awanturowal z takiego powodu kiedys. Co sie porobilo za ten czas z ludzmi w kraju, by na Camino zwracac rodakowi uwage na to, co on powinien wiedziec a co nie, co robic, a co nie, zamiast ucieszyc sie, ze spotkalo sie rodaka wogole. Jak teraz czytam forum i widze takie komentarze, to zaraz przypomina mi sie tamta sytuacja. Jestem bardzo wdzieczna Staszkowi, mirong, Tamarze, Ewie i wszystkim innym, ktorze pisza tak ladnie o Camino. Ja mysle, ze na Niebo to nalezy sobie zapracowac zyciem, a nie modlitwa.
Pozdrawiam wszystkich Jolka
NOWY! Autor: @ | Dodano: 2013-10-22 14:56:11
Dlaczego tu zagladacie co w Was jest takiego co Wam niepozwala zyć bez walki,kąsacie bez przyczyny jak kundle za nogawki.Dajcie spokój ludziom, ktorzy potrafią przekazać swoje intymne myśli,uczucia - Oni nie wchodzą w dysputy niemające żadnego sensu.Prowokujecie takich osobników jak ja, co nie mogą zdzierżyć tej plugawej wady i macie wtedy niebotyczną satysfakcję.
Uszanujcie ludzi których nierozumiecie,zaprzestancie wtykania swojego nosa w tutejszy wątek.Tylko tyle i aż o tyle Was proszę.
NOWY! Autor: Oskar | Dodano: 2013-10-22 15:03:54
Droga JOLU trzeba było sie uczyć. Z geografii pała.
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-22 21:31:03
Jolu! Zdarzają się po drodze również mało przyjemne sytuacje. Choć w większości przypadków nie zaciemniają one obracu całego camino, to jednak czasem ktoś lub coś może nam zepsuć humor na jakiś czas.
Napiszę o tylko jednym nieprzyjemnym dla mnie incydencie, który pamiętał będę do końca życia, choć przypominam o nim sobie jedynie w sytuacjach, kiedy ktoś porusza temat nieprzyjemnych kontaktów z Polakami za granicą. Idąc dwa lata temu do Rzymu miałem przekonanie, że nie zawsze będzie różowo, że mogą się zdarzyć również na drodze niemili ludzie i nieprzyjemne sytuacje. Kilka się rzeczywiście zdarzyło i wszystkie jeszcze na terenie Polski. Nie mówię, że jesteśmy narodem gorszym od innych - myślę, że obcokrajowców w innych krajach też traktuje się bardziej wyrozumiale niż rodaków.
Gdzieś za Ravenną we Włoszech, poprzez człowieka, którego spotkałem po drodze, jedyny raz podczas tej wędrówki wylądowałem na plebanii. Włoski ksiądz, który zapraszał mnie na nocleg czynił to tak skutecznie, że postanowiłem nadrobić kilka kilometrów, nie chcąc mu sprawiać swoistego zawodu. Ów ksiądz, z którym rozmowa była nieco utrudniona, bo sam mówił jedynie po włosku, a ja posługiwałem się tym językiem w bardzo ograniczony sposób, namawiał mnie na Camino di Assisi, czyli camino świętego Franciszka z La Verna do Asyżu. Dostałem nawet od niego credencial i mini przewodnik. Po mszy i kolacji, na której był kleryk mówiący po angielsku i mogłem wreszcie spokojniej porozmawiać i odpowiedzieć na całe morze pytań pojawił się polski ksiądz, który pracował kilka parafii dalej. Początkowo się nawet ucieszyłem, bo miło porozmawiać co jakiś czas po polsku, ale szybko uśmiech zgasł mi na ustach. Człowiek nie był miły i cały czas zadawał mi pytania w stylu "A co pan chce przez to udowodnić?", "Sprawdza pan swoją wiarę, czy kondycję?", " Nie ma pan gdzie spać, że musi tutaj?" i podobne, zadanymi bez choćby cienia sympatii i z jakąś taką zawiścią zraził mnie do siebie kompletnie. Kłótni nie było, ale rozmowa zakończyła się po pięciu minutach. I dobrze, bo niesmak pozostał mi dużo dłużej. Pomyślałem nawet sobie, że pierwszy raz spotkałem księdza, który wydaje się być ateistą i nienawidzi ludzi.
Na szczęście inni ludzie (w tym Polacy) spotkani po drodze byli normalni, czyli choćby umiarkowanie życzliwi. Wiem, że spotkania z ludźmi, po których wychodzimy nieco podłamani nie są sensem camino, ale takie rzeczy też się zdarzają.
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-10-22 22:47:42
Z uwagą i zaciekawieniem czytam wszystkie wpisy w tym ciekawym wątku.No cóż Jolu,różnych ludzi można spotkać na szlaku .Sięgając pamiecią nigdy nie byłem w podobnej sytuacji jak Ty i Mironq Myślę,że to są sporadyczne wypadki młodych nerwowych osób z brakiem tolerancji i taktu. Życzliwosci dla wszystkich.
NOWY! Autor: qwe | Dodano: 2013-10-22 23:37:07
Mironq , jak ty sie podniosłeś z tej traumy, musisz być mocny na duchu po spotkaniu księdza - ateisty, trzeba to donieść do Watykanu, służę namiarami. Ale ty masz duchowe doznania, zazdroszczę.
NOWY! Autor: Miłka | Dodano: 2013-10-22 23:46:52
Mironq, a może sie nie umyłeś i dlatego tak cie potraktował , współczuję serdecznie.
NOWY! Autor: R. | Dodano: 2013-10-22 23:51:05
@Jola. Ciekawą, choć nie miłą wspomnieniach sutuację opisałaś. Świat jest mały i być może jeden z tych rowerzystow pisze pod nikiem @ w tym wątku ! Tak czy inaczej więcej odwagi i dalszych duchowych doświadczeń z Camina napisz. Pozdrawiam.
NOWY! Autor: Na wesoło. | Dodano: 2013-10-23 00:11:39
Mironq .Czytając Twój blog wiem,że masz poczucie humoru i nie obrazisz się na mnie.Wiec na miejscu tego księdza, bez uwag i pytań zatrzymałbym Cię przynajmniej na tydzien,dwa. Nakarmił,dał odpocząc i jeszcze zarobić na dalszą wędrówke chodząc z Tobą po szkołach na lekcje historii,by dzieci widziały jak kiedyś wygładał Karol Marks.
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-23 02:37:34
Mam oczywiście poczucie humoru, dlatego od razu spieszę wyjaśnić kilka kwestii, które dla typowego pielgrzyma z Polski wędrującego po camino w Hiszpanii i korzystając z albergue, mogą być mało zgodne z tym, jak sami pamiętają swoje camino.
Tym razem, po przyjściu na plebanię wziąłem 15-minutowy gorący prysznic i była to jedna z wielu rzeczy, które nie trafiały mi się codziennie. Przyznaję, że nie jest wcale tak łatwo wędrując długo z namiotem utrzymać taki poziom higieny jak w domu i wykorzystuje się do mycia i prania łazienki u ludzi, stacje benzynowe, rzeczki, jeziora czy nawet zwykłe zewnętrzne krany z zimną wodą. A i tak jest ona na stopniu podstawowym. To w kwestii formalnej.
Być może napotkany przeze mnie polski ksiądz obawiał się, że będę coś od niego chciał, o coś go prosił i dlatego tak zareagował? Tego nie wiem, ale ja na 100% nie sprawiałem nawet takiego wrażenia. Byłem wykąpany, po mszy i po kolacji, a ów wpadł przypadkiem i na chwilę, więc po co miałbym głowę zawracać? Nie podobało mi się jednak poddawanie w wątpliwość mojej wiary, a w zasadzie zarzucanie mi jej brak. Ot, wziął i sobie poszedł. To było całkiem niepotrzebne, bo nie zależało mi ani na niczyim podziwie, ani na tym, żeby ktoś wnikał w moje pobudki.
Fakt, że po drodze się nie goliłem, ale nie wyglądałem jeszcze ani jak Marks, ani jak Engels. ;-) Jeżeli jest takie odczucie na podstawie mojego avatara, to jest mi niezmiernie miło, że ktoś mnie odwiedził na którymś z moich blogów.
Co do duchowości przeżyć, to każda sytuacja, nawet te relacje z konkretnych sytuacji przeczytane na forum powodują duchowe odczucia. Jeśli dla kogoś duchowym odczuciem jest jedynie jakieś mistyczne objawienie, głos samego Boga, dobywający się zza chmur lub konwersacje i dyskusje z Najwyższym, to muszę Was rozczarować.
Raz tylko poczułem dotyk i mam na to dowód. O tu! :-)
NOWY! Autor: Czesław | Dodano: 2013-10-23 09:15:00
Mironq spotkać na Drodze do Rzymu księdza i do tego ateistę - szkoujace. Może byś o tym opowiedział w TVN. Oni bardzo sznują Kościół Katolicki.
NOWY! Autor: Czesław | Dodano: 2013-10-23 09:42:09
Sorki trochę się jąkam
NOWY! Autor: Czytelnik | Dodano: 2013-10-23 09:44:55
Dzięki Mironq. Za wpis z poczuciem humoru . Pozdrawiam i życzę dalszych wędrówek z samymi tylko miłymi wspomnieniami. Buen Camino.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-23 10:34:49
mirong, Twoj motylek zainspirowal mnie i znalazlem cos z mych wspomnien, o ktore kiedys prosiles.To spisane w 2007 roku, gdzies pomiedzy Ciraugui a Lorka....
Ide sam, chociaz czasami widac na plaskim terenie idacych przedemna i za mna. Pieknie wygladaja kolorowe pola makow i chabrow. Jest niebiesko i czerwono, czasem pojawiaja sie zolte kolory. Pola przenicy i innych zboz sa przepieknie kolorowe. Zatrzymuje sie i patrze zauroczony pieknoscia natury.
Bajecznie.
Na sciezce, ktora ide, dzieja sie ciekawe rzeczy, nalezy tylko dokladnie patrzec pod nogi. Jest wilgotno i widac mnostwo slimakow, ktore wlokac swoje pancerze, przechodza na druga strone sciezki. Wiele jest ich rozdeptanych, bo nie wszyscy uwazaja, a moze nawet maja niektorzy radosc w tym, jak chrupnie mu rozdepnieta muszla pod butem. Ja staram sie je omijac, bo one chyba maja wieksze prawo na tej drodze niz ja, a przynajmniej takie same jak ja.
Stada pracowitych mrowek przechodza swoimi sciezkami z wielka szybkoscia, jakby byly spoznione i to zawsze w poprzek, udeptanej przez ludzi drogi.
Zdjalem plecak i usiadlem na poboczu, by popatrzec na to co dzieje sie tam, gdzie pielgrzym rzadko patrzy.
Obserwowalem ten spektakl calkiem swiadomie i bylem zafascynowany. Moj wzrok obejmowal jakies 10 metrow sciezki, szerokiej moze na dwa, trzy metry. Widac bylo na plaskim terenie duzo dalej, ale by obserwowac to zycie na powierzchni sciezki, moglem obserwowac tylko ten odcinek.
Bylem zaskoczony, jak bardzo wiele sie tam dzieje. A praktycznie idac, wcale nie przyjmuje sie tego do swiadomosci.
Jedna sciezka, przebiegaly z duza szybkoscia mrowki w jednym kierunku, druga w przeciwnym. Ciagly ruch. Obok przesuwal sie majestatycznie i bardzo powoli, duzy slimak ze skorupa na plecach. Wlokl ze soba swoj domek i swoimi rozkami, kontrolowal teren przed soba. Im duzej siedzialem, tym wiecej zauwazalem aktorow na tej scenie. To taki mikroswiat, ktory jest, a ktorego nie widac. Trzeba przystanac, znalesc czas i patrzec.
Im duzej patrzysz, tym wiecej widzisz. Teraz widze juz przynajmniej ze dwadziescia slimakow roznej wielkosci. Jedne maja skorupki, inne nie. Wszystkie jednak sie poruszaja do tylko im wiadomego celu.
Te ze skorupkami na plecach, to jak pielgrzymi z plecakami, a te bez skorupek, to miejscowi. Tak kojarzy ich moja wyobraznia.
Siedze tak juz moze z 10 minut i stwierdzam, ze wszystkie pokonuja swoja droge, choc bardzo powoli. Maja rozne kolory, od bardzo jasnych, do calkowicie ciemnych. Mysle, ze to rozne gatunki.
Po prawej, zauwazylem jakas owlosiona gosiennice, podazajaca dosyc szybko przed siebie. Skracala i wydluzala swoje cialo w rytmicznym ruchu, posuwajac sie do przodu. Byla grubsza, niz moj kciuk i dluga na conajmniej 8- 10 cm. Podazala z prawej, na lewa strone sciezki. Juz byla prawie u celu, bo do trawy, ktora porosniete bylo pobocze sciezki, bylo moze jeszcze ze 20 cm. Wiedy, blyskawicznie z trawy wyskoczyla jaszczurka, rzucajac sie na gasiennice. Jaszczurka byla moze dwukrotnie wieksza, niz zaatakowana gasiennica. Wydawalo mi sie, ze jaszczurka polknie ja bez problemu. Jednak stalo sie inaczej.
Gosinnica podjela walke o zycie. Pokryta owlosieniem, zrobila sie jakby wieksza i grubsza. Obydwie walczyly zaciekle, jak zapasnicy, by znow odskoczyc na boki. Jaszczurka byla zwinniejsza i bardziej ruchliwa, jednak gasiennica nie dawala za wygrana. Jaszczurka atakowala ja od tylu, a gasiennica zwinnie zmieniala pozycje tak, by ta nie mogla jej od tylu zlapac w pysk. Nie slychac zadnych odglosow, jednak walka jest zacieta. Patrzylem jak zahipnotyzowany, nie ingerujac, a tam chodzi o byc, albo nie byc.
Slimaki jakby w ogole nie zainteresowane zajsciem, podazaly swoja droga, do sobie tylko wiadomych celow.
Moj duzy pielgrzym z plecakiem, ktorego zauwarzylem jako pierwszego, przeszekroczyl juz polowe sciezki, podazajac w kierunku, gdzie walczyla jaszczurka z gasiennica. Ta walka byla jednak nierowna, bo gasiennica tracila sily. Poruszala sie coraz wolniej, a jaszczurka atakowala z impetem, jaki miala na poczatku. To nie trwalo juz dlugo i gasiennica przestala sie poruszac, a jaszczurka zlapala ja za tyl w swoj pyszczek, by za chwile zniknac z nia w wysokiej trawie. Bylem tak zafascynowany tym, co widzialem, ze nie zauwazylem nadchodzacych z mojej lewej dwuch kobiet. Z daleka obserwowaly mnie siedzacego na poboczu sciezki, tylko ja zajety walka, nie widzialem ich.
Dopiero zblizajace sie kroki, ktore uslyszalem, wyrwaly mnie z letargu. Zblizaly sie do mnie dwie panie w dostojnym wieku. Obydwie byly dosc korpuletne. Bylo cieplo i ubrane byly odpowiednio do pogody. Rozmawialy po angielsku miedzy soba, ale zblizajac sie, przerwaly konwersacje, patrzac przed siebie.
A wiec juz wiem, ze nawet na pozdrowienie nie bedzie ich stac. Ja patrze na ich twarze, jakby czekajac na pozdrowienie, gdzie juz wiem, ze go nie bedzie. Pozdrawiam je pierwszy „Buen Camino „, a one udaja, ze nie slysza, ignorujac mnie. Patrze pod ich nogi i juz chcialem krzyknac, ale bylo za pozno. Ta po lewej, rozdepnela ze zgrzytem mego slimaka z plecakiem, ktory byl juz prawie u celu, na drugiej stronie sciezki.
No co za wstretna baba, pomyslalem.
Patrzylem za nimi, obserwujac trzesace sie grube tylki w rytm krokow, ktore brutalnie rozdeptywaly wszystko, co lezalo na drodze. Zapalilem papierosa i obserwowalem dalej ten mikroswiat, zamkniety na tych paru metrach kwadratowych sciezki.
Kiedy ja mialem ostatnio czas, by popatzyc na cos takiego?
Chyba w dziecinstwie, jakies 45 lat temu. Patrzac na ten maly swiat mrowek i slimakow, doznalem jakby skojarzen z dziecinstwa, kiedy to obserwowalem z zachwytem otaczajaca mnie przyrode. Zaczalem sie zastanawiac nad tym, czy zauwazaja to tez inni, czy tylko ja. Przeciez ktos, kto tak goni, jak ci, ktorych tu obserwuje, nie maja szans, by to zauwazyc. To, co zaobserwowalem, wydawalo mi sie wazne, to w koncu tez czesc mojej drogi, to tez czesc tego swiata i w koncu czastka kosmosu. Bez czesci nie ma calosci.
Bylem bardzo szczesliwy, ze sie zatrzymalem. Oparty lokciami o trawe, lezalem teraz obserwujac niebo i horyzont. Ze zdzblem trawy w zebach, jak kiedys w dziecinstwie. I znow to pytanie.
Kiedy ja ostatni raz tak lezalem, ze zdzblem trawy w zebach, patrzac na chmury?.
Kiedy ja mialem czas, wtopic sie w nature, jako jej czastka i czuc ja tak, jak teraz?.
Oj dawno, bardzo dawno temu. Kiedys, kiedy bylem jeszcze maly.
Zlapalem sie na tym, ze moje zycie jakie prowadzilem, to byl bieg tej tlustej baby, ktora rozdeptala mojego slimaka pielgrzyma. Bieg, bez czasu na refleksje, na zastanowienie sie, wyciszenie. Bieg za czyms, czego nie ma, za iluzja posiadania czegos. Kiedy juz to cos posiadasz, stwierdzasz, ze to wcale nie daje tobie satysfakcji i biegniesz dalej, zatracajac sie.
Lezalem na trawie i rozmyslalem o tym, patrzac na przesuwajace sie po niebie chmurki w ksztalcie balwankow. Daleko na horyzoncie widac bylo jakas gore. To miejsce, ta sciezka, nastrajala mnie reflexyjnie.
Lubilem bardzo obcowanie z natura i chyba rozumie ja dosyc dobrze, ale ostatnio jakbym nie mial na to czasu. To nie tylko ostatnio, ale prawie cale moje dorosle zycie. Kiedy bylem mlodym chlopakiem i mieszkalem jeszcze na wsi u rodzicow, bylem blizej przyrody. Z koniecznosci, ale rowniez z zamilowania...... Pamietam, ze kazda niedziele lata, spedzalem z kumplem na wloczegach i spacerach po okolicznych lasach, bo innych rozrywek nie bylo. Las byl tym, co mnie fascynowalo i dawalo energie. Tam czulem sie dobrze. Potem, w doroslym zyciu, bylo juz inaczej. Nie bylo czasu. Kiedy mieszkalem jeszcze w Polsce, spedzalem urlopy z dziecmi pod namiotem, w okolicach Bytowa. To tez wynik zamilowania do lasu. A potem....Przeciez ja te ostatnie 20 kilka lat przezylem na asfalcie, na autostradzie, goniac ciagle czas. Ciagle terminy, seminary, meetingi i spotkania z waznymi i mniej waznymi....
Pozdrawiam Was
NOWY! Autor: Gruba baba | Dodano: 2013-10-23 10:58:09
Od dziś zaczynam patrzeć pod nogi
NOWY! Autor: Pati | Dodano: 2013-10-23 15:26:40
Pieknie Staszku, lekko sie czyta. Moze powinienes napisac ksiazke, tylko wyrzuc te tluste baby.
NOWY! Autor: Jola | Dodano: 2013-10-23 16:10:09
Do ag, to nie byli mlodzi i nerwowi ludzie. To byli dojrzali panowie po piecdziesiatce i moglabym na ich temat duzo dodac, ale nie chce. Chce napisac o duchowach przezyciach, a nie krytykowac innych. Chcialabym sie podzielic z Wami czyms, co nas z mezem spotkalo i bardzo zastaniowilo.
Na poczatku Camino gdzies za Salamanca moj maz znalazl malutki portfelik, a w nim pieniadze. Bylo tego 95 euro w papierkach. Postanowilismy, ze poszukamy wlasciciela, bo to tam tylko jakis pielgrzym mogl zgubic na drodze. Mowilismy o tym spotkanym po drodze i oznajmilismy rowniez w alberu, ze cos znalezlismy. Zglosila sie do nas drobna kobieta idaca samotnie. Byla z Korei. Okreslila nam dokladnie jak wygladal portfel i narysowala nam, jaki mial wzorek. Znala dokladnie jego zawartosc i wiedziala, ze jest w nim jeszcze mala kartka z tekstem. Nie bylo watpliwosci, ze to jest jej zguba i oddalismy jej portwel z pieniedzmi.
Bardzo nam dziekowala nawet sie poplakala przy tym. Juz chyba trzy etapy przed celem moj maz zgubil aparat fotograficzny. Dobra kamera, bo kosztowala 350 e, ale to tylko pieniadze. On zgubil futeral, a wnim bylya nie tylko kamera ale rowniez karty pamieci ze wszystkimi zdjeciami z drogi naszej i jego poprzedniego Camino. Poprostu przetarl sie pasek i po kamerze. Rozpaczalismy bardzo, bo wszystkie zdjecia ze wspanialej drogi nam przepadly. W albergu kamera juz byla i czekala na nas, bo mysmy sie nawet wrocili pare kilometrow szukajac jej, wiec bylismy w albergu pozno.
I teraz zaskoczenie ogromne. Kamere znalazla nasza znajoma Koreanka Sui. My tej kobiety nie spotkalismy przez prawie 400 kilometrow. Widzielismy sie po raz drugi w zyciu i za kazdym razem ktos z nas cos drugiemu znalazl. To moje najbardziej niezwykle przezycie z Camino.
Pozdrawiam was Jolka
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-10-23 23:16:29
Co za ciekawy zbieg okolicznościJolu.
Zastanawiałem się nad różnymi zbiegami okoliczności i nie wiem co one oznaczają?Ja miałem z kolei zabawną sytuacje na ścieżce Camina w połowie szlaku francuskiego. Z daleka widzę,że wszyscy kolejni pielgrzymi zatrzymują się przy jakimś stojącym człowieku i szybko odchodzą.Okazuje się,że stoi pielgrzym bardzo smutny ,całkowicie bezradny w wieku 60 /Ja o wiele starszy :)/Nie znalazłeś po drodze z albergi aparatu fotograficznego pyta. Nie nie znalazłem .Tak jest mi smutno mówi.. aparat jak aparat , ale wszystkie moje zdjęcia przepadły:))) ponad 200 .Stoję tu od dwóch godzin każdego pytam kto przechodzi i nic. Wróć się tam gdzie spałeś ,oj nie.. zgubiłem po drodze ,wypadł.Jego smutek udzielił mi się wiec stoję z tym Brazylijczykiem ,żeby nie był sam w tym swoim złym samopoczuciu. Przeszukałeś wszystkie swoje zakamarki pytam po 20 minutach.Tak wszystkie kieszenie przeszukałem i dokładnie cały plecak parę razy. Co za pech , te zdjęcia były takie dla mnie ważne..... A tu masz taki schowek przy spodniach na samym dole przy kostkach pokazuję palcem. Sięga powoli dłonią i z wielkim okrzykiem radości woła jest ... jest. To chyba Św. Jakub mi ciebie zesłał, bo stałbym tu jeszcze kilka godzin. Uśmiałem się i z ulgą na sercu pożegnałem go ,że nie jest już smutny i poprułem rowerkiem do przodu. Może w życiu nic nie dzieje się przypadkiem ? Pozdrawiam wszystkich ciepło .
NOWY! Autor: tłusta baba | Dodano: 2013-10-23 23:22:30
szokujące, to jest powód by wyruszyć. zbieram kasę.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-24 09:04:54
Moje mile Panie, podejrzewam, ze Gruba Baba, nazwala sie tak zartobliwie i z przekory. Pati, tez nie lubi widocznie takich okreslen. To moze nawet zrozumiale. Pomyslcie tylko, czy zwrocilybyscie uwage na okreslenie „ tlusty facet” podobnie, czy byc moze nie zauwazylybyscie tego w ogole.
Ten tekst wkleilem z moich wspomnien, nie zmieniajac nic. Napisalem to 6 lat temu, bez zamiaru publikacji tego. By wyrazic emocje autentycznie, uzywa sie dosadnych okreslen. Za irytacje jednak przepraszam.
Pati, Ty nie pierwsza pytasz, czy nie myslalem o wydaniu wspomnien. Otoz piszac to, nie myslalem o tym. Pisalem dla siebie, by zatrzymac chwile, uwiecznic me przezycia, ktorych nie chcialem zapomniec, a taka obawe, nawet sluszna wtedy mialem. Po jakims czasie od powrotu z pierwszego Camino, dostalem do reki ksiazke HP Kekerlinga, ktora juz wtedy byla bestselerem. Tam od razu spostrzeglem, ze on pisal to z zamiarem komercyjnym. Ktos, kto swiezo przezyl swoje Camino, widzi to od razu. Nie krytykuje jednak, bo ksiazka jest dla mnie bardzo wartosciowa. Ja piszac, tego zamiaru nie mialem i jest w tym zbyt wiele miejsca na przemyslenia bardzo osobiste, intymne nawet, czego raczej nie publikowalbym. Sukces ksiazki H.P jest bezsporny, ale popularnosc zdobyla przede wszystkim dzieki nazwisku znanego autora. To absolutnie nie jest proba porownywania sie do niego, bo tych ambicji nie mam.
Gdyby jednak mialoby to byc wydane, to wiele musialbym zmienic, bo pisze sie inaczej wiedzac, ze bedzie to przez wielu czytane, a inaczej pisze sie dla siebie. Na to, by zarabiac na wlasnych uczuciach nie jestem gotowy i raczej nie bede, a zmienione nie byloby juz autentyczne.
Moi znajomi, nawet ci, ktorzy moich wspomnien nie czytali, twierdza, ze powinienem pisac i publikowac, bo to w ich oczach potrafie. Kiedys mialem przyjemnosc rozmowy z osoba, jak pozniej sie okazalo publikujaca artykuly do Süddeutsze Zeitung. Ta nobliwa pani zadala mi ciekawe pytanie, ktore do dzis mnie przesladuje. Pytanie bylo proste: Jak myslisz, jacy ludzie tego swiata miali najwiekszy wplyw na nasze myslenie? Zaskoczony pytaniem nie odpowiedzialem. Odpowiedziala mi sama. To sa autorzy ksiazek. Bardzo mnie to zaskoczylo, ale to prawda.
Teraz, kiedy mam juz wiecej czasu pisze duzo, notuje sobie przemyslenia, zdarzenia i sprawia mi to wiele satysfakcji, bo trenuje rozumowanie i zarazem jezyk polski, ktory staram sie pielegnowac.
Jak napisal tu pieknie ag
„Może w życiu nic nie dzieje się przypadkiem ?”
Ja wiem, ze nie „ moze”, a napewno i jesli jest mi to dane, to pojawi sie ktos , kto mnie poprowadzi i zorganizuje wydanie. Jak na razie nikt taki sie nie pojawil..
Pozdrawiam Was
NOWY! Autor: Oskar | Dodano: 2013-10-24 12:53:31
Staszku a ja cię błagam na kolanach, przezywaj swoje dojmujące doznania, tylko na miłość bosko-ludzką nie,pisz ,nie pisz, bo moja stara jak przyjde na gazie do domu , każe mi to czytać.
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-24 17:10:39
@ Oskar
Podziękuj Bogu, że stara Cię chciała z takim trudnym charakterem - to wprost anioł, nie kobieta . ;-)
NOWY! Autor: ja | Dodano: 2013-10-24 20:22:49
co to jest
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-25 11:56:27
Jedno zdanie @ ag „Może w życiu nic nie dzieje się przypadkiem ?” zainspirowalo mnie. Przypomnialo mi bardzo ciekawe spotkanie z pielgrzymen na Monte de Gozo.
Czlowiek bardzo mnie zaskakujacy, lekarz, ktory przeszedl droge z SjpdP do Santiago, bez wyraznego celu. Historie te opisalem i jest tego zbyt wiele, by to tylko tu wkleic. Dlugie teksty draznia tych, ktorzy potrafia przeczytac tylko uwagi jednozdaniowe, a reszta ich juz przerasta. Dlatego skroce watek, piszac tylko te najistotniejsze fragmenty spotkania, a nawet mysle, ze podziele to chyba na dwa wpisy.
Berndt, bo tak nazywal sie 62 letni lekarz, hirurg plastyczny, mieszkajacy w jednaj z wiekszych metropolii Niemiec, pomogl mi, kiedy z goraczka po pogryzieniu przez pluskwy cierpialem w Albergue. Tak nawiazalismy kontakt i drugiego dnia poszedlem juz z nim i dwoma jego towarzyszami drogi do Santiago. Przedstawil sie i wiedzialem juz, ze jest lekarzem, ktory stworzyl i prowadzil jedna z pierwszych i bardzo popularna klinike hirurgii plastycznej w Niemczech. „Poprawial Boga”, jak sam to okreslal w swej klinice, operujac prominentow.
Intrygowal mnie swym zachowaniem, ktore do jego pozycji spolecznej zupelnie nie pasowalo. Potrafie bardzo dokladnie sluchac kogos mowiacego i slysze zawsze to, czego on nie chcialby powiedziec, bo to jest w nim najistotniejsze. Moze to i nieladna cecha, ale ja nie jestem wcale ciekawski, a lubie poprostu wiedziec (!)
Przed pomnikiem juz w Santiago nagrywal swa kamera, mowiac tekst, ktory nagrywany, wyraznie byl mowiony do mnie, bo jego koledzy wiedzieli juz napewno, ze on jest bogatym.
-Przed rokiem sprzedalem za kilkadziesiat milionow moja klinike, i dzis, dokladnie w rocznice, stoje w Santiago. Mowil do kamery, a ja zastanawialem sie, po co ja musze to wiedziec, czy bylo to kilkanascie, czy kilkadziesiat milionow. Dorosly, inteligentny, czlowiek zachowywal sie jak niekochane dziecko.
Poniewaz mialem jeszcze cztery dni do odlotu, spedzilem je na zwiedzanie Santiago i wycieczke na Finisterre w towarzystwie jego i innych. Wiedzialem, ze moja ciekawosc zostanie zaspokojona. Rozmawialismy w grupie o Camino, doznaniach i przezyciach niesamowitych. Wszyscy mieli cos ciekawego do opowiedzenia, jedynie Berndt usmiechal sie ironicznie pod nosem. On nie przezyl nic wartego opowiesci. Jedyne, co wedlug niego warte jest uwagi, to fakt ze zrzucil nadwage.
Zapytalem go w koncu, jak to sie stalo, ze on tu sie znalazl. Ani wiara, ani ciekawosc, go tu przeciez nie poslaly. Odpowiedzial, ze na ostatnia gwiazdke dostal od zony ksiazke o Camino i za usilna namowa zony, ze teraz, kiedy juz nie pracuje powinie isc, wyszedl tu. Ale sam takiej potrzeby nie widzial.
Skomentowalem to stwierdzeniem, ze moze jego zona uznala, ze Camino jest jedyna szansa, by moze jeszcze cos w tobie zmienic i nalegala bys poszedl? Twoja zona chyba ciebie zna lepiej niz my i wie, ze na Camino dzieja sie rozne tajemnicze rzeczy zmieniajace ludzi na lepsze. Powiedzialem to zupelnie powaznie, ale jego koledzy skwitowali to smiechem.
Berndt zupelnie spokojnie odpowiedzial, ze on nie widzi powodu, by cokolwiek w swym zyciu zmieniac, bo jego zycie jest ciaglym pasmem sukcesow.
Jeden z jego kolegow z drogi, odezwal sie proszac, by Berndt opowiedzial swa historie, jak kilkakrotnie w drodze znalazl pieniadze. Jestesmy ciekawi, jak zinterpretuje to wlasnie Staszek.
A wiec jednak cos sie jemu rowniez zdarzylo, a on uznal, ze to nic takiego, by warto bylo o tym mowic. Berndt znalazl trzykrotnie zgubione przez kogos pieniadze i bylo tego w sumie ponad 200 €.
Ciag dalszy troche pozniej, bo jednak czasem musze dopilnowac interesu.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-25 23:10:38
cd. historii Berndta.
Berndt zaczal opowiadac, jak to przed Pamplona, znalazl zawiazujac buta rulonik banknotow pod lawka. Bylo tego 115 euro. Koledzy doradzili mu, by zglosil to w Albergue. Pieniadze byly jednak luzem i trudno byloby znalesc osobe, ktora je naprawde zgubila. Hospitaliero doradzil mu, by wrzucil je do skarbonki donativo, czego jednak Berndt nie zrobil.
Hospitaliero byl Niemcem, bylym bankierem, ktory na Camino zostal i prowadzi od lat niemieckie albergue w Pamplonie nad rzeka. Berndt byl zdania, ze „przegranemu” bankierowi nie bedzie pchal pieniedzy do gardla. Nastepne 60 euro znalazl za Castrojeritz i przed Pasantes jeszcze raz 45 euro.
Niesamowite, ale jego koledzy potwierdzali mi prawdziwosc tej historii.
Ta rozmowa toczyla sie w czwarty dzien naszej znajomosci i zdazylismy sie juz wszyscy na tyle poznac, ze oni zaakceptowali juz moja bezposredniosc w wyrazaniu opinii. Wszyscy Niemcy w grupie twierdzili, ze wzbogacilem ich grupe moim spojrzeniem na zycie i badz co badz calkiem odmienna od nich mentalnoscia. Zapytalem najpierw Berndta, jak on sobie to zdarzenie tlumaczy. Odrzekl, ze pieniadze lgna do niego, a o inne tlumaczenie sie w ogole nie staral. Chcial jednak wiedziec, co ja o tym mysle.
Chcialem go na to naprowadzic, by doszedl do wnioskow sam, ale to z nim mozliwe nie bylo. Wiec staralem mu sie odpowiedziec pytaniami. Dlaczego nie znalazl tych pieniedzy ktos biedny, liczacy kazdy grosz w drodze, bo takich idzie wielu, a znalazl on, milioner i to trzykrotnie?
On utrzymywal jednak swa arogancka wersje, o lgnieciu pienedzy do bogatych.
W koncu powiedzialem, ze jestem o tym przekonany, ze nasz los zalezy tylko i wylacznie od nas, obojetnie jaki mamy swiatopoglad. Jesli gdzies we wspolzyciu z innymi mamy mankamenty, to Bog ( Los, Universum) daje nam szanse, by ten problem poznac i zmienic. Dostajemy znaki, ktore sa czesto niewytlumaczalne, ale wazne i nalezy je tylko zrozumiec. My ludzie zyjemy i reagujemy przyzwyczajeniami i niechetnie cos, co nam w naszych oczach jest wygodne, chcemy zmienic.
Ty rowniez taki znak dostales. Pierwszy raz taki znak dostales Berndt przed Pamplona i nie zrozumiales go. Przez swa arogancje bogacza, pogardziles nawet butnie. A Bog, tak jak dobry rodzic dziecku, dal tobie nastepna szanse i znow nastepna, a wszystkie na nic. Doszedles do Santiago i jedyne co sie w tobie zmienilo, to waga twego ciala.
Dlaczego nie wpadles na to, by dac te pieniadze komus potrzebujacemu, bo ty naprawde tych paru groszy nie potrzebujesz? Jesli kiedykolwiek cos komus dales, to podejrzewam, ze musiala byc przy tym prasa i kamery.
Chcialem nim potrzasnac, a on nawet wczesnie prosil o to, bym szczerze powiedzial mu, jak ja go odbieram i co o nim mysle.
Wiec powiedzialem mu, ze od samego poczatku widzialem w nim pewna niezgodnosc w tym, kim jest naprawde, a tym, co o sobie mowi. Nikt spelniony tak, jak on zawodowo, wyksztalcony, zdrowy, wygladajacy przyzwoicie i prowadzacy dostatnie zycie, nie ma wewnetrzej potrzeby, by wszystkim opowiadac o swych pieniadzach i swej wielkosci, chyba, ze sam w te wielkosc nie wierzy.
Ku memu zaskoczeniu Berndt po chwili milczenia powiedzial, ze caly czas ma dziwne wrazenie, ze ja znam jego zone, a ona przyslala mnie tu w tajemnicy przed nim, bym nim potrzasnal.
Odpowiedzialem mu, ze pewnie jego zona i byc moze niewielu bliskich zna jego problem, ktorego on nie chce zauwazyc. Ja ten problem tez juz poznalem i mysle, ze mimo ogromnych pieniedzy szczesliwym, spelnionym nie jest. Jestem wrecz pewien, ze zazdroscisz swoim tu kolegom, ze mimo niewielkich stanow posiadania maja cos, czego ty nie masz. Po jego wzroku zauwazylem, ze trafilem.
Twoim problemem Berndt, sa pieniadze, a raczej ich nadmiar i bardzo niezdrowy stosunek do wartosci materialnych. Podejrzewam, ze tym wyrzadziles sobie wiele zlego. Dlatego Bog dal tobie trzy razy szanse, bys sie zastanowil i przemyslal to..
Mialem racje, jak za chwile sie okazalo.
Kiedy dwoje kolegow Berndta pozegnalo sie z nami, wyjezdzajac do domow, zostalismy sami.
Berndt opowiedzial mi swoja bolaczke, placzac. Jego aroganckie podkreslanie swego stanu posiadania i wywyzszanie sie, bylo dla niego czyms normalnym i nie zauwazal tego, ze innych to moze draznic. Powoli twarda, grana skorupa odpadala , ukazujac bardzo miekkie i zranione wnetrze. To wynik wychowania, ktory on dokladnie skopiowal w swym juz doroslym zyciu.
Mial dwie bardzo ladne corki, pochwalil sie zdjeciami rodziny i posiadlosci w ktorej nie mieszkal, a raczej rezydowal.
Jego starsza corka skonczyla prawo i juz od dawna nie miesza z rodzicami. Maja z mezem exponowane sztanowiska, ale ze wzgledu na nieakceptowanego przez niego ziecia, stosunkow rodzinnych prawie zero. Mlodsza o kilka lat ulubiennica i oczko w glowie tatusia, studiowala medycyne i miala przejac praktyke ojca. Takie byly jego plany.
Dzieci milionerow czesto zupelnie inaczej traktuja pieniadze rodzicow, niz oni by tego chcieli. Niesforne oczko w glowie tatusia, przerwalo studia i z poznanym chlopakiem, rowniez synem milionera, zatesknili za zyciem bez rodzicow i ich bogactwa. Ona wziela dziekanke i wyjechali do Australii, by zrealizowac marzenie jej chlopaka i otworzyc szkolke surfingu. Poniewaz tatus zamknal jej konto, zostali bez pieniedzy, a reszta potoczyla sie juz bez kontroli upartego taty.. Corka uparta bardziej niz ojciec, z przekory przerwala studia i zerwala z tatusiem kontakty. To, co Berndt na jej temat wie, wie od matki, z ktora corka w tajemnicy przed nim sie kontaktuje. Z nim rozmawiac juz od trzech lat nie chce. To dlatego sprzedal swoja praktyke, by jej udowodnic, ze postawi na swim.. Teraz bardzo zaluje, a naprawic tego juz nie potrafi.
Chcial bym ja mu poradzil, powiedzial, co ja zrobilbym na jego miejscu. Polecilem mu zarzucic natychmiast swoje wyimaginowane racje, reagowanie z pozycji sily i powinien od razu po powrocie wybrac sie z zona, bez zapowiedzi do Australii. Powinien uznac racje corki i nie rozliczac jej z jej zycia, lub przypadlosci charakteru, bo ona w upartosci jest tylko jego idealna kopia. Poniewaz jest mlodsza, ma nad nim przewage, ktorej on jeszcze nie dostrzegl. Powinien to od razu naprawic, bo tylko on to moze naprawic. Przeciez nie cierpi w tej sytuacji tylko on, ale cierpi chyba bardziej jego bezradna w sytuacji zona. Nie mowiac juz o corce. Rozjechalismy sie do swych domow.
Kilka miesiecy po powrocie, zadzwonil telefon i uslyszalem w nim Berndta. Zostalem zaproszony przez niego i jego zone. Zona stwierdzila, ze nie miala juz nadzieji i lapala sie wszystkich mozliwosci, by maz ulegl jej i zrezygnowal ze swegu upartego stanowiska. To, czego ona, znajaca go czterdziesci lat nie osiagnela, zrobilem ja na Camino, w ciagu kilku godzin rozmowy. Przyjaciolmi nie jestesmy, bo to zupelnie inna polka i charakterami nam nie po drodze, ale jego wspaniala zona pamieta kazde swieto, kazde me urodziny i zawsze od kilku lat sie melduje. W ich rodzinie nastal pokoj i za to jest mi bardzo wdzieczna. Kiedys mi opowiedziala, ze Berndt bardzo uwaza teraz na wszystkie zdarzenia i analizuje je. Przyznal jej, ze fakt spotkania mnie na koniec swej drogi, zmienil zupelnie jego Camino. Berndt twierdzi, ze sptkanie mnie na swej drodze to cud. Ja mysle jednak, ze nie, bo...
.....„Największym cudem na świecie jest to, że cuda się nie zdarzają.”
Albert Einstein, "Life" 9 stycznia 1950r.
Kazdy spotkany czlowiek w drodze, moze zmienic nasze zycie, czesto nawet nieswiadomie.
Pozdrawiam. Was
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-10-26 00:38:23
To bardzo ciekawe,pouczające i pięknie opisane spotkanie na szlaku Camina.
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-10-26 00:43:38
Przypomniął mi się taki czytat:
Nawet największy sukces w życiu publicznym nie wynagrodzi porażki
w domu.
Benjamin Disrae
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-26 18:28:52
@ ag wielkie dzieki. Bardzo fajna i pasujaca do tematu puenta.
Pozdrawiam serdecznie
NOWY! Autor: J | Dodano: 2013-10-26 21:44:27
@Staszku,
Twoje opowieści ze spotkań po Drodze są jakby nieszablonowe i w jakimś sensie dotyczące życia ludzi,którzy szli do Santiago z wyraźną intencją.Widać człowiek otwiera się, kiedy ma do dyspozycji mądrego słuchacza,a kiedy słuchający tak jak Ty " czuje" trochę psychologii wychodzi z tego bardzo ciekawa opowiastka.
Tak generalnie ujmując,to kilkanaście etapów wędrówki z kimś interesującym wewnętrznie,tzn. inteligentnym,czasem nieudacznikiem życiowym lub człowiekiem bogatym albo zwykłym włóczęgą daje niesamowitą wiedzę o życiu i potrzebach człowieka.Camino uzmysłowi bogatemu.że do życia i szczęścia niewiele potrzeba.Idąc z tobołkiem na plecach masz w nim wszystko co pozwoli przeżyć kolejny dzień a u jego schyłku masz zapewniony skromny nocleg i przyjazne towarzystwo do wieczornej pogawędki.A czy tego nie można by było przetransponować na życie codzienne każdego?W pewym wieku nasze życie chyba powinno przypominać to co mamy na Camino: skromność potrzeb,radość za spotkań,odkrycie przyjemności w dawaniu potrzebującym i całe bogactwo przeżyć(pozytywnych) z tym związanych.
Ja jeszcze nad sobą popracuję i mam nadzieję wielu ciekawych spotkań po Drodze.
Credencial jak wcześniej gdzieś wspominałem - zorganizowałem (i to w mieście z Porta Nigra),a czas wymarszu jeszcze w gwiazdach zapisany.
Serdecznie pozdrawiam
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-27 11:33:55
@ J – schlebiasz mi bardzo, ale wiem rowniez, ze jest to szczere i bardzo dziekuje.
Masz racje mowiac, ze czlowiek otwiera sie bardzo szybko w drodze, ale tylko, jesli wie, ze jego szczerosc nie bedzie zraniona. Istnieje taka niewidzialna nic, ktora ludzi laczy i pozwala wlasnie to zaufanie wywolac w nas. W naszych dyskusjach na forum, jest to juz o wiele trudniejsze, bo o te „nic zaufania” (musze postarac sie o polska klawiature) trudniej na forum.
Nigdy nie mialem problemow, by otworzyc sie na innego czlowieka i chyba niewiele jest we mnie tego, co musialnbym ukrywac, lub obawiac sie opinii innych na moj temat. To chyba dlatego inni otwieraja sie na mnie od razu. Po za tym, nauczylem sie pytac. Tak po prostu, normalnie zadawac pytania, majace podtekst. W mysl prawa, jakim kieruja sie wszystkie dyskusje- Kto pyta, ten prowadzi dyskusje. Dlugo uczylem sie swiadomie tej sztuki. Czasem spotykam jednak ludzi, ktorzy rowniez we mnie widzac cos, zwracajac mi na to uwage. Wtedy slucham bardzo uwaznie. Jestem za to wdzieczny bardzo, bo to mnie rozwija. Bardzo dbam o moj rozwoj, mimo ze przekroczylem juz 60 tke.
Jesli jest juz ta nic zaufania, to wiele mozna sie nauczyc od takiego czlowieka. Jednak ktos, kto robi to w mysl zasady:
- pozrec, albo byc pozartym, nie podejmuje tematu. Takich jest wielu, a wynika to tylko ze slabosci ich charakteru, mowiaca im podswiadomie,”bede pozarty i musze pozrec pierwszym”. Tacy ludzie nie sa w stanie nikomu i niczego dac.
Kiedys przeszedlem etap z niemieckim mlodym lekarzem, pracujacym w Angli i znajacym wielu Polakow. Zadal mi pytanie, co ja studiowalem? Ja mam tylko biedna techniczna mature i bylem lekko polechtany, ale jednak zaskoczony, bo on podejrzewal, ze studiowalem psychologie. Odpowiedzialem mu, ze studiowalem bardzo dlugo i krytycznie wlasne zycie. Studia bardzo rozwijaja, ale jesli nie robi sie samodoswiadczen ( Selbsterfahrung), zna sie tak naprawde tylko teorie. Nie chcialbym byc odebranym jako zadufany w sobie bufon, ale ja naprawde juz od mlodosci konsekwentnie zajmowalem sie zaleznoscia zachowania wlasnego, na jakosc zycia i przezyc. Studiowalem z zapalem wszystkie mozliwe publikacje na ten temat. To wyksztalca zdolnosc myslenia (denken um die Ecke) abstrakcyjnego, a doslownie z niemieckiego , myslenie za wegiel, za rog.
Moim wielkim oskarzeniem, kierowanym do wszystkich rzadow swiata, ministrow oswiaty, jest zarzut rezygnacji swiadomej z nauki podstaw psychologii dla wszystkich, juz od dziecka. Nauczenia, lub tylko uswiadomienia kazdemu, ze jego zycie jest takie, jaka jego podswiadomosc, bez wzgledu na wyznawiana wiare. Wskazania, jak podswiadomosc jest przez nas i otoczenie krztaltowana.
Wielu czytajacych to swiadomych przyjaciol Camino wie, co mam na mysli. Tego uczy sie niewielu i wlasnie ci maja wplyw na nasze nieszczesliwe zycie, bo wykorzystuja swa wiedze, wmawiajac nam czesto, jacy niedoskonali jestesmy.
Tobie kochany „J” i wszystkim znajacymu jezyk niemiecki, polecam niemieckie wydanie ksiazki, „Gespräche mit Got” i „Gemeinschaft mit Got”. Wlasnie sprawdzilem i ksiazka jest w Polsce rowniez juz wydana. Dla zainteresowanych podam tylko, ze „Rozmowy z Bogiem” w trzech czesciach sa dobrym wstepem do reszty jego ksiazek. Moze na poczatku trudne troche, ale nie nalezy sie uprzedzac, bo po czasie zauwazymy, na jak bardzo wiele naszych utartych przekonan mozna i nalezy spojrzec inaczej. Jedna z wartosciowszch pozycji, jakie przeczytalem.
Pozdrawiam wszystkich, zyczac pogodnej niedzieli.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-27 11:46:30
Tu link
http://lubimyczytac.pl/cytaty/35691/autor/neale-donald-walsch
NOWY! Autor: J | Dodano: 2013-10-27 14:23:58
@Staszku,
może to zabrzmi trywialnie,ale nalepszym uniwersytetem jest życie;to przestrzeń naszych badań i eksperymentów.Ciągle czegoś poszukujemy,stawiamy jakieś tezy i ogrom pytań aby dotrzeć do małych prawd.Te wielkie już ktoś przed nami sformułował i dobrze tak, bo na wszystko w życiu i tak czasu nie starczy.Mamy za to ogromną frajdę,kiedy uczestniczymy na nowo w poznawaniu inności tego Świata,coś sobie tłumaczymy,część niezrozumiałą lub pogmatwaną odkładamy na póżniej lub o niej zapominamy.
Tutaj pasuje mi porównanie z wędrowaniem na Camino;przecież najciekawsze przeżycia i nastroje (co można ująć jako niezwykłości tej drogi) doświadcza się podczas wędrówki,a dotarcie do Santiago to już odczucie pewnego zawodu.Tak,głód poznawania i ciekawość zjawiska zwanym Camino został nasycony.
A chciałoby się wiedzieć więcej i więcej.Zapewne wiesz,że Marcel Reich-Ranicki nie kończył studiów na uczelni a uznawali go na Zachodzie papieżem literatury(wł.krytyki literackiej),a niektórzy dyplomami się dowartościowują a świat z nich nic nie ma.
Na koniec ośmielę się coś zaproponować:http://www.rowohlt.de/buch/Richard_Dawkins_Der_entzauberte_Regenbogen.2780312.html
Czyli http://www.wiw.pl/biblioteka/rozplatanie_dawkins/01.asp
Pozdrawiam
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-27 21:24:47
@ J
Uff.. przeczytalem i dziekuje za link. To powinni przeczytac wszyscy wierzacy w cuda. Czytajac mialem skojarzenia z naszym forum i niektorymi jego urzytkownikami, pewnie tak , jak Ty. Tylko problem widze w tym, ze zrozumienie genialnej puenty wymaga przebrniecia przez moim zdaniem dosyc dlugi tekst, tylko tak jest z wszystkimi naukowanymi opracowaniami. Puenta ostatnich stron jest jednak genialna. "Daj nam swoje dziecko na pierwszych siedem lat, a my ci oddamy gotowego człowieka". Dodalbym do tego tylko od siebie „ albo dzicinnego doroslego” tez funkcjonuje.
Pozdrawiam
NOWY! Autor: Oskar | Dodano: 2013-10-28 06:59:13
Staszku to przecież pseudonaukowe wypociny ateistycznej hołoty.Niestety wpisujesz się po ich stronie. Wiara jest łaską, jest darem, którego być może nie otrzymałeś, albo go zmarnowałeś.Cóż ateiści chadzają po świętych drogach Jakubowych. Tylko po co?
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-28 11:28:47
Najpierw mala czesc wywiadu z Ks. Profesorem Hellerem, astrofizykiem, czlonkiem zespolu naukowcow z Cern, odkrywcow czasteczki Higgsa., jako proba odpowiedzi.
„Czyli jest tak, że ład Wszechświata, jego racjonalność i sens potrzebują odbicia w jednostce, że trzeba łączyć niebo gwiaździste nad nami z prawem moralnym wewnątrz?
Ładnie powiedziane, tak. Prostego chłopa klęczącego pod przydrożnym krzyżem, teologa i fizyka łączy to samo poszukiwanie sensu, choć oni różnymi językami opisują swoje doświadczenia i otaczający ich świat. Ja myślę, że religia po to została dana człowiekowi przez Pana Boga, żeby mu jakoś pomóc w tym dramatycznym poszukiwaniu sensu. Może jacyś wybitni filozofowie i uczeni mogą obywać się bez religii, bo sami swoim rozumowaniem dochodzą do jakichś odpowiedzi, ale przeciętny człowiek chyba ma jednak łatwiej, jeśli jest religijny.
A religia ma jakiś wpływ na to, jak Ksiądz uprawia naukę?
Ma, i to duży. Gdybym nie był człowiekiem religijnym, to nauka byłaby dla mnie grą z przyrodą, wyrywaniem kawałków wiedzy. A tak mam poczucie, że siadłem do gry z Panem Bogiem, dysponentem sensu i tajemnicy – i to jest fascynujące.
A czy Ksiądz Profesor, zajmując się fizyką, kosmologią, nie powinien był dojść do wniosku, że religia ma się do Boga nijak, że z całą swoją tradycją, ortodoksją, liturgią, emocjami jest jakoś antyboska, bo zniechęca do wysiłku rozumienia, odczytywania, szukania owej racjonalności, że daje odpowiedzi często zbyt proste, byle jakie, pozorne, właśnie irracjonalne. Mówiąc inaczej: czy religia nie szkodzi w poznaniu Boga?
W pewnym sensie nauka jest łatwiejsza od religii. I, niestety, religia w wydaniu ludzkim często szkodzi, bo bardzo łatwo ją sfałszować. Naukę trudniej sfałszować, bo ma rozmaite mechanizmy, którymi się broni, a poza tym jest w wielu sprawach neutralna i człowieka nie dotyka tak bardzo osobiście jak religia.
Religia jest strukturą bardzo niestabilną; ona często operuje przenośnią, która łatwo ulega zniekształceniu. Ile jest psychicznych zboczeń na tle religii! Oczywiście maniactwo naukowe też istnieje, ale maniactwo religijne jest dużo bardziej niebezpieczne i widoczne. Fanatyzm, te wszystkie wojny i konflikty religijne, przez które religie są kompromitowane, to tego przykład. Więc religia jest trudniejsza od nauki, ale to nie znaczy, że człowiekowi mniej potrzebna.”
Mam cicha nadzieje Oskarze, ze rozumiesz tekst.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-28 11:38:48
@ Oskar,
Oskarze, wiesz dobrze, ze nie chce dyskutowac o pogladach religijnych i Twoj wpis odbieram jako zwykla prowokacje, wymierzana nie we mnie, a w temat, ktory tu sie toczy. Raz jeszcze zrobie jednak wyjatek i okresle sie dokladniej, nie oczekujac od Ciebie odpowiedzi. Mam poprostu nadzieje i ufnosc w to, ze jestes mimo nietolerancji, rozumnym czlowiekiem i potrafisz to zaakceptowac.
Nigdzie nie napisalem nigdy, ze jestem ateista. Nigdy nie napisalem, ze nie ma Boga. Nie lubie sie powtarzac, ale Ty jako bardzo uwazny czytelnik wszystkiego, co ja tu pisze, powinienes byl nie przeoczyc tekstu, ktory juz tu raz napisalem. Znalazlem to i czesc wklejam, z mala uwaga, ze cytowany Oskar, to nie Ty, a chyba Oskar z Krakowa. Dyskutowalem wtedy z kims innym, wrzucajacym cytaty, ktorych sam nie rozumial.
.....”Wlasciwie nie dotyczy ten temat mnie, bo on nie odnosi sie do mnie. Mnie nie przeszkadza wiara innych. Jesli w cos wierza, to jest to ich sprawa. Wszystkich nas jednak laczy Camino i tu widac wyraznie, ze tu istnieje tylko ta jedyna prawda tych, ktorzy wierza w wymyslony grob Jakuba.Jest ich co prawda niewielu, bo wiekszosc, to ludzie zyczliwi i myslacy. Tu calkowicie zgadzam sie z pogladem Oskara i tez jest mi obojetne, czy inni widza we mnie pielgrzyma, czy tylko turyste. Bylem kilkakrotnie i jak inni to widza, nie interesuje mnie.
Na Twe cytyty, odpowiem cytatem bardzo madrego czlowieka:
„Zasadniczym źródłem aktualnego konfliktu między sferą religii a sferą nauki jest doktryna osobowego Boga.
Najrozsądniejszą więc definicją Boga jest: "Bóg to jedyne prawo - prawo natury"”.
Zmieńcie definicję Boga na; "Bóg to jedyne prawo, prawo natury", a wszyscy w niego uwierzą! „(Albert Einstein, z sympozjum "Science and Religion" (1941r.))
Camino daje mnie ogromna satysfakcje i dlatego chetnie sie tam wybieram. Mam czas na rozmyslania i bycie czescia genialnego systemu naszej Matki Natury, czego odbieranie swiadome w normalnym zyciu bywa juz trudniejsze. Kiedy uswiadamiam sobie genialnosc natury, to jest to dla mnie „Boskie”. Wiem, ze zyje w raju niepowtarzalnym, bo ten raj, to nasza planeta Ziemia, ustawiona pod takim katem, obracajaca sie wokol wlasnej osi z taka, a nie inna predkoscia, oddalona od naszego Slonca w idealnej odleglosci, ze tworzy dla nas niepowtarzalny raj. Nie zdajemy sobie na co dzien z tego sprawy, ale wystarczy, ze jeden z tych parametrow nie bylby spelniony, a nas by tu nie bylo. To jest dla mnie „Boskie”
W odleglosci mierzonej w latach swietlnych nie znamy podobnego systemu.
Pytanie tylko, czy my musimy sie w naszym raju sprzeczac o rzeczy nieistotne? Widocznie tak. Bo-
„ Przekonania są bardziej niebezpiecznymi wrogami prawdy, niż kłamstwa”.(Fryderyk Nietzsche)
Koniec cytatu.
Oskarze, nazywanie tych, ktorzy mysla inaczej niz Ty, „ cholota” nie stawia Ciebie pozytywnie w swietle wierzacego katolika. Znam wiare katolicka i jej zasady dokladniej chyba niz Ty i wiem, ze ta wiara w swych zalozeniach i naukach wyklucza potepianie i obrazanie innych za poglady i przekonania. Tak bylo rowniez w Polsce do czasu, nim ja w polowie lat osiemdziesiatych musialem opuscic tem piekny i kochany kraj. Zmienilo sie widocznie zbyt wiele od tego czasu, bo teraz nazywanie innych „Cholota” to standardowe slowa niewielkiej grupy „wierzacych” Polakow. Nawet istnieje nowa ustawa o ochronie uczuc i przekonan religijnych! Sic!.
A co z przekonaniami tej wiekszosci myslacych inaczej? To bedzie tak dlugo funkcjonowac, az ktos odwazy sie zaskarzyc ja do Trybunalu w Strasburgu i ustawodawcy obudza sie z reka w nocniku. Ta ustawa jest juz sama w sobie obraza i pokazuje slepote ustawodawcy.
Sa jednak duchowni, nie podburzajacy swych wiernych przeciw innym i ich szanuje. Polecam bys przeczytal sobie caly wywiad z Ks. Profesorem Hellerem, ktory nalezy do zespolu z Cern, odkrywcow czasteczki Higgsa.Czesc juz tu opublikowalem.
Chyba, ze taki ksiadz tez jest dla Ciebie „cholota”.
Jesli zas chodzi o artykol, jaki czytales tu z linka, to ja zawsze bede stal po stronie nauki, ktora rowniez czasem sie myli, ale przynajmniej stara sie cos rozwiazac, nie przyjmujac niczego na wiare. Przyjmowanie wszystkiego na wiare, gwalcac zasady logiki i bezczelnie nazywac swa przypadlosc „Laska wiary”, jest hipokryzja.
Poniewaz nie czuje do Ciebie urazu, dam Tobie dobra rade, ktora sam wyprobowalem i konsekwentnie stosuje. Nie wchodze na dyskusje i tematy, z ktorymi sie nie zgadzam, bo mnie nie dotycza. Po prostu, dla zwyklej higieny umyslu unikam ich. To bardzo proste.
Na tematy, jakie buty, jaki plecak, nie wchodze nawet nie klikajac tam.
Kiedy zauwazylem, ze watek Ucieczka, ktory aktywnie tworzylem, zboczyl z tematu i zaczeto tam indokrynowac, przestalem tam zagladac. Ten temat mnie nie interesuje, choc widze, ze trwa. Wiec chyba jest potrzebny, jesli nadal istnieje. Ale to nie moja bajka, wiec tam juz nie wchodze. Tobie radze rowniez, dla zwyklej higieny umyslu, jesli sie nie zgadzasz z tym, co tu wedlug ciebie cholota pisze, nie zagladaj tu, bo tej choloty i tak nie zatrzymasz. Tak robia ludzie rozsadni.
NOWY! Autor: do Oskara | Dodano: 2013-10-28 15:20:07
Po co ateiści, cykliści ,turyści i setki ludzi innej wiary chadzają po świętych drogach Jakubowych ?
Bo mają ku temu pełne prawo !!!
NOWY! Autor: wanda | Dodano: 2013-10-28 16:06:42
Oskar masz zupełną rację.Ja też nie wiem, po co to bezbożne towarzystwo chodzi do Santiago.Jeśli jednym z podstawowych doświadczeń duchowych takich ludzi, jest oglądanie śmierci ślimaka pielgrzyma pod nogami TŁUSTEJ BABY i szukanie zgubinych euro, czy aparatów,to mnie ogarnia pusty śmiech. Tyle w temacie.
NOWY! Autor: ... | Dodano: 2013-10-28 16:31:15
Rozum źródłem życia dla tych, co go mają, głupota - karą dla niemądrych. Od serca mądrego i usta mądrzeją, przezorność na wargach się mnoży. Dobre słowa są plastrem miodu, słodyczą dla gardła, lekiem dla ciała. Jest droga, co komuś zdaje się słuszna, a w końcu prowadzi do zguby. Głód robotnika pracuje dla niego, bo przymuszają go usta. Człowiek nieprawy zło gotuje, i ogień mu płonie na wargach. Człowiek podstępny wznieca kłótnie, plotkarz poróżnia przyjaciół. Gwałtownik zwodzi bliźniego, prowadzi na drogę niedobrą. Kto oczy zamyka, podstęp obmyśla, kto wargi zaciska, dokonał zbrodni. Siwy włos ozdobną koroną: na drodze prawości się znajdzie. Cierpliwy jest lepszy niż mocny, opanowany - od zdobywcy grodu. We fałdy sukni wrzuca się losy, ale Pan sam rozstrzyga.
NOWY! Autor: Oskar | Dodano: 2013-10-28 16:41:08
W tym sęk Staszku, że chrześcijaństwo nie jest religią. Dopóki tego nie zrozumiesz będziesz bardzo daleko od Prawdy.
NOWY! Autor: specjalnie dla Wandy | Dodano: 2013-10-28 17:19:58
Strona gówna forum zdanie pierwsze .Następne też z naszego podwórka.
1.Camino de Santiago to droga dla każdego. O tyle niezwykła, że każdy przeżywa ją na inny sposób. Warto przejść te kilometry, żeby zrozumieć coś wielkiego, znaleźć radość w zwykłych czynnościach, pobyć z Bogiem, przyjaciółmi, nieznajomymi z całego świata...
2.Jakie dokumenty ważne dla Europy znajdują się w archiwum katedry Santiago de Compostela?
Wszystkie dokumenty do czasu podziału chrześcijaństwa zachodniego są istotne dla całego kontynentu. Późniejsze już mniej, bo protestantyzm neguje pielgrzymki, wypowiada się wprost przeciwko nim. W katedrze nie ma dokumentów antyprotestanckich, można raczej znaleźć teksty chwalące pielgrzymki. Co ciekawe w chwili obecnej w pielgrzymkach do Santiago biorą udział nie tylko katolicy, czy protestanci, ale nawet szintoiści i ateiści. Dzisiaj droga do Santiago staje się okazją do dialogu ekumenicznego w sposób nie zinstytucjonalizowany. Samo Santiago jako punkt końcowy pielgrzymek stało się w 1993 r. dwukrotnie miejscem kongresów ekumenicznych.
Z mojej stromy dodam tylko jak to dobrze,że Santiago de Compostela nie leży w Polsce. I też tyle w temacie.
NOWY! Autor: ?????????? | Dodano: 2013-10-28 19:21:33
Chrześcijaństwo to nie religia,hm.
NOWY! Autor: !!!!!!!!!!! | Dodano: 2013-10-28 19:32:38
Oczywiście ,że tak -Chrześcijaństwo opera się na wierze,napełnieniu Duchem Świętym i Miłości a Katolicyzm na hierarchii Kościoła,katechiźmie i wszystkich przykazaniach i prawach.Czyli Kościół Katolicki opera swoją się na Chrześcijaństwie dodając do niego religię.
NOWY! Autor: Danuta | Dodano: 2013-10-28 19:33:52
No i zrobilo się niemiło,bo my polacy tak mamy że nie umiemy wysłuchać bez ataku osoby ,która trwa w swoich przekonaniach.Camino jest cudowną drogą dla pielgrzyma mam wrażenie że wręcz podarowaną przez Boga.Jestem przekonana,że właśnie tam człowiek wierzący lub poszukujący wątpiący i ateista znajdzie spokój a nawet przepis naswoje życie.Wkońcu pomyślcie,że to bycie w drodze jest łaską i cudem dla każdego kto się odważy wyryszyć.Zamiast toczyć walkę słowną pozwólcie Bogu i sw Jakubowi otoczyć opieką wędrowców.Czasem mam wrażenie że robią ten zamęt teoretycy bo pielgrzym ,który zna trud drogi w sercu ma pokój.Gdy pierwszy raz chciałam iść na camino szukałam wpisów ,które opowiedzą i zachęcą mnie do drogi.Drażniły mne pytania o skarpety plecaki ile kasy ale nie komentowałam omijałam i czytałam dalej.Wspomnienia niektórych izdjęcia poruszały moje serce i ze łzami je oglądałam.Camino Primitivo to czas poświęcony ze wspaniałymi ludżmi poznanymi na szlaku.Ogromny żal przy rozstaniu w Santiago.Tegoroczne camino Norte z Irun długie i trudne pozwoliło mi wyciszyć się oderwać od trudnych historii i codziennych spraw.Mimo,ze nie spotkałam pokrewnych dusz przeżyłam najlepsze chwile w moim życiu.Mam nadzieję,że powrócę na camino czego życzę wszystkim
NOWY! Autor: Mirek | Dodano: 2013-10-28 19:57:46
Oskar
Juz chcialem ci odpowiedzec, ale machnalem raka stwierdzajac ze
Inteligentny czlawiek w obliczu chamstwa, staje sie bezradny
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-10-28 20:15:44
Na ten temat znalazłem wywiad O. Wojciecha Ziółka SJ ,który mowi...Chrześcijaństwo nie jest religią. Chrześcijaństwo jest relacją. W religii to człowiek składa Bogu ofiarę, a w chrześcijaństwie to Pan Bóg nam złożył ofiarę. A nasza rola polega jedynie na przyjęciu daru i odpowiedzeniu „dziękuję”. To się nazywa Eucharystia. Więcej znajdziecie pod adresem http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/ziolka_na_adwent_04.html
Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
NOWY! Autor: @ oskar | Dodano: 2013-10-28 23:18:31
Mirek
aż takim chamem to ty nie jesteś.
NOWY! Autor: maruda | Dodano: 2013-10-29 08:03:11
Po raz pierwszy byłem na Camino, gdy statystycznie do celu dochodził mniej niż jeden Polak dziennie (rocznie poniżej 300 osób z Polski). Dzisiaj do celu dochodzi statystycznie 10 razy więcej osób z Polski. Jakże się cieszę, że nie wszyscy, którzy dochodzą wpisują się na forum. Bardziej do mnie przemawia 95 % milczacych pielgrzymów niz kilku, którzy tworzą swoje tematy na forum, albo tworzą tematy im konkurencyjne i stają się celebrytami forum. Co przez nich przemawia - chyba nie pycha ? Są tacy wspaniali, dobrzy, tolerancyjni, pomocni, tacy oczytani, kojący rany, prawdziwi przewodnicy duchowi, z kimś udało się im porozmawiać, z kimś nawiązać przyjażń. Ale już we dwóch wspólnie porozmawiać nie potarfią - są tak tolerancyjni, ze na siebie się nie obrażą ? Jak inni napiszą krótką notkę - potrafią napisać elaboraty. Było już kilku celebrytów na tych stronach. Ich gwiazdy zgasły. Tak i zgasną gwiazdy obecnych celebrytów. Ktoś kto mieni się prawie nieomylnym powinien być gotowy do przyjecia najbardziej krytycznych pytań i opinii i takich pytań i opinii (krytycznych a nawet absurdalnych) powinno być jak najwięcej. To nam wszystkim pozwoli lepiej poznać 95 % milczacych, tych zadających pytania i opinie i tych krzyczacych tolerancją. Wszystkim życzę wszelkiego dobra. Buen camino, buena vida !
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-29 08:29:07
Wczoraj kupujac znicze na zblizajacy sie Dzien zmarlych, przypomnialem sobie cmentarze hiszpanskie spotykane po drodze. Jakze inne od tych polskich, znanych. Przypomnialy mi sie chwile refleksji przy spotkanych krzyzach, stawianych tym, ktorzy nie doszli i zmarli w drodze.
Co ma to wspolnego z aktualna dyskusja?
Bardzo duzo. Na jednym cmentarzu, wspolpielgrzym powiedzial, jakby od niechcenia slowa, ktore wypowiadal czesto moj tato:
„Wszystkie kwiaty na grobach, to kwiaty spoznione”
Dopuki zyjemy, chcemy i mamy tylko „jedyna sluszna” nasza racje. My w koncu tak, jak zachowujemy sie na forum, tacy jestesmy i w realnym zyciu. Walczymy z bliznimi ublizajac im, bo innych rzeczowych argumentow nie mamy. Wielu jest przekonanych, ze im dobitniej mu doloze, tym wieksza moja racja.
Kiedys jednak nieublagany czas stawia kazdego nas w sytuacji, ze stajemy z poczuciem winy nad grobem przeciwnika naszych pogladow. Wtedy uswiadamiamy sobie dopiero, jak wiele zostalo niepotrzebnie powiedziane przez nas, jak wiele chcielismy powiedziec i nie powiedzielismy, bo najpierw musielismy mu przeciez powiedziec, ze to my mamy racje!
Nie bylo czasu?
Nie bylo okazji?
Robimy sobie wtedy wyrzuty i jedno, co mozemy zrobic, to przynosic mu tylko spoznione kwiaty.
Od czasu, kiedy powiedzial to do mnie moj ojciec, juz nie polozylem kwiatow na grobie nikogo, zapalam tylko swieczke, symbolizujaca nasza duchowa wspolnote. Patrzac na inne groby nie potrafie sie oprzec mysli, ile tam lezy kolorowych wyrzutow sumienia.........
Milego dnia wszystkim
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-29 09:16:29
@Maruda,
dzieki Tobie wielkie. Napisales cos, co juz od dluszszego czasu sam czulem i czulem sie powoli i niechcaco, jak celebryta, ktorym absolutnie byc nie chcialbym. Ja na nikogo tu sie nie obrazilem i chyba celowo rowniez nikogo nie obrazilem. Nie z powodu obrazy opuscilem dyskusje w Ucieczce, ale to juz wyjasnilem chyba dostatecznie.
Mnie interesuje bardzo dusza pielgrzymujacego, a nie to w jakich butach ta dusza wyszla, dlatego odwazylem sie o tym pisac. Moze zbyt kontrowersyjnie, moze wielu nie widzialo w tym oczekiwanego Boga. Jesli jednak wedlug Ciebie az 95 % czytelnikow odbiera to milczaco, jako walke pogladow, to ja nie chce brac w tym udzialu i juz od dluszego czasu zastanawialem sie przed napisaniem czegokolwiek, czy naprawde powinienem kliknac „ dodaj wpis”.Wysylajac moj pierwszy dzisiejszy post tez.
Dzieki, ze tak ladnie to ujales, uswiadamiajac mi to dokladnie.
Jak wiesz, jestem dwujezyczny i sledze rowniez fora niemieckojezyczne, gdzie takie dyskusje rowniez sa prowadzone. Tam nie ma jednak obozow przeciwnych, ktore sie jeszcze nie zdarzyly utworzyc, mimo, ze te fora sa o lata siwietlne starsze od naszego.
Moze naprawde my Polacy nie doroslismy jeszcze do tego, by dyskutowac, nie skaczac sobie do oczu? Pewnie sam nie dozyje juz tego.
Mam jednak cicha nadzieje, ze chociaz niewielkiej czesci tych milczacych podpowiedzalem, zaproponowalem inne spojrzenie, zainspirowalem niektorych choc troche. Nie oczekiwalem jednak od nikogo, by koniecznie myslal tak jak ja i o to bardzo sie staralem piszac.
Nauczylem sie przedstawiac moj punkt wiedzenia, ale nie narzucac go.
Dolaczam do Was, do tych milczacych, ale bez cienia zalu, nawet z lekkim poczuciem ulgi, dziekujac za goscinnosc aktywnym.
Buen Camino
NOWY! Autor: Jola | Dodano: 2013-10-29 10:46:23
Szkoda, ale powiem Tobie Staszku dzieki, dzieki za wywazone slowa, za calkieminne sojrzenie na Camino i czlowieka na nim, do Narodu, ktory chyba juz od momentu jak sobie to uswiadomil ze jest Narodem niszczy sie sam konsenkwentnie, az do smutnego konca. Ciesze sie nawet czasem ze patrze na to z boku ni nie mieszkam juz tam, ale boli mimo to
Zycze Tobie pogody ducha Jolka
NOWY! Autor: danuta | Dodano: 2013-10-29 20:32:30
Marudo całkowicie się z tobą zgadzam wszystkim polecam książkę Dominika Włocha Małe cuda Boga.Ten młody człowiek opisuje prawie 30 tys. killometrów ,które przeszedł na 92 stronach .Można zapytać tylko czy aż .Pozdrawiam
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-29 22:18:29
Tak się składa, że osobiście poznałem kiedyś Dominika i mogę zaręczyć, że jest to normalny facet, kierujący się w życiu chrześcijańskini wartościami. Bylem z nim na piwie, więc nie podejrzewam, żeby pójście na piwo kłócilo się u niego z religią. Chciałbym przestrzec tych "nawiedzonych", dla których "święta droga Jakuba" jest równoznaczna z "drogą świętego Jakuba", że na tej drodze mają takie samo prawo znaleźć się wierzący, wątpiący, poszukujący, czy całkowicie niewierzący. To nie jest droga dla "wybranych", ale dla wszystkich.
Martwi mnie, że zamiast wspomagać tych, którzy na tym forum wskazówek jak to zrobić najbardziej bezpiecznie i bez rujnowania budżetu, lub ewentualnie liczą na podpowiedź, jaka suma pieniędzy (wszak żyjemy w kapitaliźmie) wystarczy im na bezpieczne przejście tej drogi i nie oszukujmy się, czasem przeżycie największej w życiu przygody i wyzwania, niektórzy dostają hasła w stylu: nie jesteś godzien, to nie dla ciebie bo według kogoś za mało wierzysz. Ta droga jest dla każdego. Tylko trzeba chcieć i móc ją przejść.A to zależy TYLKO od trzech rzeczy: sił, czasu i środków. Jak ktoś znajdzie czwartą - stawiam piwo. :-)
Może bardziej oświeceni są ci pelegrinos,którzy przechodzą camino od urodzenia nie postawiwszy nogi na szlaku i nie zmierzywszy się z własnymi słabościami? Im wystarczy, ze wierzą, nikt kto przeszedł tę drogę nie jest dla nich nawet partnerem do rozmowy.. Nie oceniam ich, bo wiem, że w końcu spotkają się ze Stwórcą. Ale co złego powiedzą o romeros (ja się do takich zaliczam) czy palmieros? (romeros - pielgrzymujący do Rzymu. palmieros - do Jerozolimy). Nic, bo się na tym nie znają.
Jednak według mnie camino, to nie to samo, co chodzenie co tydzień lub codziennie do kościoła. To otwarcie się na Boga, na ludzi, na przyrodę, na zabytki i na wszystko to, o czym nie wiemy, a co może nas spotkać po drodze. I dodatkowo jest to droga nieznana.
Na koniec przepraszam - prawosławie ma chrześcijaństwo bez religii, co według definicji niektórych "ekspertów" oznacza przyjęcie hierarchii katolickiej. Od razu zaznaczam, że o wierze dyskutował nie będę - jedni mają łaskę wiary, inni nie.
P.S. Staszku! Pisz bo warto, tylko taka mała prośba - daj ludziom komfort, dając pustą linię między akapitami. Będzie się czytało lepiej i nikt Ci nie zarzuci, że piszesz za długie teksty.
Na koniec słówko do tych, którzy chcą mieć Boga gadającego online - chrześcijaństwo nie na tym polega, choć applowska Siri może Wam pomóc odnieść podobny komfort potwierdzony sms-em, lub mailem. ;-)
NOWY! Autor: Maruda | Dodano: 2013-10-30 08:21:41
Bywam na Camino, chodzę utartymi, a jednak własnymi scieżkami. I co z tego, ze np. wielokrotnie dotarłem do SdC, że np. pięciokrotnie dotarłem do Fatimy. Czy to znaczy, ze moja wiara jest prawdziwa, ze jest lepsza od wiary tych co chodzą tylko codziennie lub w niedzielę do kościoła ?
Wiem tylko, że jestem grzesznikiem i jako grzesznik pałętam się po tym padole. Wiem też, że zaufałem Bogu, Tobie Panie zaufałem. Wiem też, że Bóg nigdy mnie nie opuścił, choć nie zawsze było mi z Nim po drodze.
Do pierwszego Camino przygotowywałem się trzy lata, dzisiaj ruszam z marszu. Kiedyś, żeby ruszyć uważałem, ze zależy to od wielu rzeczy można by ich znaleźć wiecej niż cztery. Dzisiaj uważam, że potrzebna jest tylko jedna: odwaga. A reszta: to srodki które już zostały każdemu dane, które każdy ma (czas, siły i pieniadze – nie można ich marnować). Każdy z nas ma tyle samo czasu, nikt nie został wyróżniony, doba dla każdego ma 24 godziny. Siły fizyczne: widziałem 79 –latka i kilkuletnie niepełnosprawne dziecko – potrzeba więc więcej sił czy odwagi ? Pieniądze: na bilet uzbieram i nie wstyd mi, ze ich w nadmiarze nie mam. Nie czyńcie sobie potrzeb, mieć mniej to więcej posiadać. A znajomość jezyka, plecak, buty ? – to mało znaczące szczegóły (odwagi !). Raz spotkałem pielgrzyma (Brazylijczyk) ubranego w lnianą sukmanę, przepasaną paskiem, idącego boso. Można ? (odwagi !)
Camino nikogo, do niczego nie nobilituje (ani romeros, ani palmieros). Camino nie czyni ludzi ani lepszymi, ani gorszymi. Camino pozwala ludziom zajrzeć wgłąb siebie. Mnie daje radość - radość bycia bliżej Boga. Każdy przeżywa Camino indywidualnie., to nie jest droga zbiorowej halucynacji. Nie jest to droga ani propagandy sukcesu: ile osób poznałem, z kim się zaprzyjaźniłem, co dobrego zrobiłem; ani droga totalnej krytyki: brudne alberque, brak ciepłej wody, nieznajomość angielskiego przez miejscowych. Każdy drogę zachowuje w sercu.
Dla wielu ludzi Camino dzieje się codziennie, są otwarci na Boga, na ludzi, na przyrodę, na zabytki i na wszystko co ich otacza, są otwarci na wiecej niż może nas spotkać na Camino. I codziennie jest to ich trudniejsza także nieznana droga. Ci co idą na Camino dostają bonus - łaskę uwolnienia od codziennych kłopotów, dostają gratisowy urlop, na zrobienie porzadków z sobą (bywam tam przecież).
Forum nie jest miernikiem ani dobra, ani zła. Z uwagą przyjmuję każdy wpis osoby która chce się podzielić swoimi przeżyciami z Camino. Jeszcze z większą pokorą przyjmuję milczenie tych, którzy byli na Camino, a których przeżycia są po stokroć znaczące, głębsze, ciekawsze niż wszystko co na forum razem opisano. Nie wszystko jest na sprzedaż.
Gdybym był elokwentny, gdybym napisał już ponad tysiąc kart maszynopisu, gdybym prowadził ze dwa blogi , to powtarzając to po raz któryś staję się celebrytą i godzę się, ze będą mnie krytykować i zadawać nawet absurdalne pytania.
Wiele innych osób opisało swoje przeżycia z Camino, były to różne relacje, ale nigdy ich autorzy nie starali się epatować nimi czytelników forum.
To czego doznali celebryci nie jest wzorcem przeżyć z Camino. Nikt nie może uważać, ze ich wlasne przezycia były gorsze lub mniej znaczace, były po prostu inne.
Nie jest moją intencją, by ktokolwiek znikał z forum, nawet Ci którzy moje uwagi przyjeli do siebie, mimo, że nikogo imiennie nie wymieniłem. Od każdego z nas zależy jaką przyjmie postawę; dyskusji, walki na słowa, mentora, wojownika, omnibusa itp. Ci co piszą najwięcej powinni zdawać sobie sprawę, że najbardziej się odsłaniają i narażają się częściej na zaczepki. Mimo oczytania, elokwencji, nawet mimo wielkiej wiedzy, brak dystansu do tematu, brak dystansu do siebie, po prostu brak klasy jest irytujący dla słuchacza czy czytelnika. Warto zachować klasę, (uczestniczyć w dyskusji) w języku polskim (jak i w obcym).
I już kończę. Po powrocie z pierwszego Camino, zapisałem w dzienniku cytat:
„ O Panie, jestem winny dwoch grzechów:
Po pierwsze, udalem się z pielgrzymką do Twego miasta,
zapominając, ze jesteś wszędzie.
Po drugie, modlę się do Ciebie słowami,
zapominając, że znajdujesz się poza wszelkim słowem”
Buen camino, buena vida !
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-30 13:19:39
@ Maruda,
fajnie, logicznie i bardzo madrze piszesz. Mam jednak spontaniczne pytanie, czy zdajesz sobie sprawe, ze wlasnie juz stajesz sie niechcacy celebryta?
Stworzyles tu nowe okreslenie dyskredytujace wielu innych, choc jak sprytnie mowisz nie wymienianych z nazwiska, swiadomie dajac mozliwosc dowolnej interpretacji czytelnikowi.... Zrobilbys to tylko wobec mnie, mialbym chyba mniejszy z tym problem.
Wedlug tego, wszyscy, piszacy nie tylko blog o Camino, ale wypowiadajacy sie tu szeszej o przezyciach z drogi, powodowani sa tylko i wylacznie checia zaistnienia i chorym ego. Byc moze masz poniekad racje w niektorych wypadkach, ale wrzuciles wszystkich do jednago worka.
Wszyscy tacy , jak Mirong, Kartka z podrozy, (szkoda, ze jego gwiazda zgasla) Maciek wedrujacy z Polski bez grosza, Tamara ostatnio i wielu, wielu innych, wspaniale piszacych ludzi, zostawiles tym stwierdzeniem chyba celowo w rosterce. Moze niektorzy zaluja, ze sie w ogole odezwali.
Pomyslalem co byloby, gdyby te 5% Caminowiczow „Celebrytow” myslalo egoistycznie i te swe przezycia zatrzymali by tylko dla siebie? Nie wiem, co jest bardziej powodowane egoizmem, chec podzielenia sie z kims, czy postawa, by to, co tak intymne, pozostalo tylko moim?
Ja bylem calkowicie swiadomy zagrozenia, ze krytykowany bede, bo dalem sam plaszczyzne do tego, tylko mnie odwagi nie brak. Operujac Twymi procentami. Mysle ze z tych 95 % tu milczacych, najmniej 90, tej odwagi poprostu nie ma, choc podzielic by sie chcieli. Ty im nie pomogles.
Taki „celebryta” jak Kartka z podrozy wyslal mnie na Camino Via de la Plata i jestem mu ogromnie za to wdzieczny. Nawet kontrowersyjnie nastawiony i marudzacy tu kiedys Mariusz z Ostroleki, mnie, ktorego sam okreslil swoim wrogiem, poslal nieswiadomie nawet, na Camino Primitivo.
Jesli komukolwiek pomoglem i pojdzie spowodowany moimi tekstami, to juz warto bylo.
Popelnilem jeden blad, zakladajac nowy temat, bo to odebrane zostalo jako moje obrazenie sie, brak gotowosci do dyskusji. Dopiero, kiedy teraz przeczytalem opuszczony przezemnie temat ucieczki, zrozumialem, ze to, co zrobilem potraktowane zostalo jak konkurencja. To potrzebne nie bylo.
Marudo, cenie bardzo Twoja opinie i zgadzam sie z wiekszoscia tego, co napisales. Dzieki.
Mnie przepedzic nie jestes w stanie i nie przepedzisz. Mimo stwierdzenia, ze tego zamiaru nie miales, masz wszystkie zadatki na kogos takiego. A takie cos ja sobie poprostu cenie, choc brzmi to przewrotnie.
Zabraklo mi w Twym madrym tekscie jednego. Nalezalo swym autorytetem podjac wiekszy problem naszego forum, bo to tu chyba jest wazniejsze, niz proby gonienia „celebrytow”.
Problem glowny, dlaczego my Polacy nie potrafimy dyskutowac, dlaczego potrafia to inni?.
Masz jakas idee?
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-30 13:31:27
Male pytanie techniczne!
Pisze w Word i wklejam tekst po sprawdzeniu. Funkcja "wklej" przyjmuje format, ale po "OK, juz nie wyswietla mojego formatu i wyglada to niezadowalajaco.
Czy ktos moze mnie tego naumiec?
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-30 14:23:59
@ Staszek
Przy pierwszym wpisie też nie weszły mi odstępy między akapitami. Kiedy pisałem, wyglądało OK, ale po naciśnięciu przycisku "dodaj wpis", wszystko zlało się bez odstępów. To dlatego, że w oknie wpisywania komentarzy wygląda to inaczej, niż w edytorze.
Jeśli chcesz mieć linię przerwy muszą być koniecznie dwa "entery", choć już po jednym wygląda, że tekst jest dobrze sformatowany, a po dwóch robi się dość duża "dziura" między strumieniami tekstu. :-)
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-10-30 15:26:34
@ Maruda
A jednak da się w sposób cywilizowany napisać, co się ma ma myśli. :-)
Rozumiem, że każdy ma swoje przemyślenia i nie każdemu musi się podobać każda opinia napisana na tym forum. Ale z drugiej strony... to forum powstało dla tych, którzy chcą się wybrać na camino i dla tych, którzy już tam byli i są gotowi podzielić się różnymi rzeczami z innymi.
Można zachwalać konkretny model plecaka lub butów, jak też twierdzić, że na camino można iść tylko w sandałach. Wiadomym jest, że przedstawia się własne zdanie i wierzy się, że to co się pisze jest prawdą. Ważne jest, kiedy robi się to w sposób kulturalny i zrozumiały dla innych. Mój pierwszy wpis (nie chwalę się a jedynie informuję) dotyczył rozkładu jazdy autobusów z Finisterry, bo miałem akurat fotkę z rozkładem jazdy i chciałem się nią podzielić. Oczywiście, że odczuwałem radość, że mogę się podzielić informacją z kimś, kto tego potrzebuje, ale czy stałem się od razu celebrytą? Wątpię. Czy 95%, którzy mieli taką informację a się nie podzielili są lepsi? Też śmiem wątpić, bo Tobie chodziło o tych, którzy nie chcą/nie potrafią podzielić się przeżyciami, a nie informacją. Nie wiem dlaczego przeżycia tych innych są głębsze, lepsze, ale nie wnikam.
Przeglądasz internet i wiesz, że na większości forów (przynajmniej polskich) jest sporo agresji, niepotrzebnych epitetów i przedstawiania "prawd objawionych" na temat innych. Na tym forum na szczęście takiego czegoś nie ma w większej ilości, choć różni ludzie się zdarzają.
Gdybyś Ty lub ktokolwiek inny napisał, że codzienne życie jest pielgrzymką, nie miałbym nic przeciwko temu i pewnie bym się zgodził. Ale nie mogę się zgodzić z twierdzeniami ludzi, że bez codziennej mszy świętej czas poświęcony na drogę jest czasem straconym i w takim razie na camino nie warto ruszyć. Nie można też ruszyć nie będąc wierzącym, a innowiercy powinni o tym szlaku zapomnieć. Camino stało się ostatnio modne, i różne są intencje ludzi wyruszających na te szlaki. Ale nie mam nic przeciwko temu, aby ktoś traktował tę drogę w kategoriach sportowych, chcąc się zmierzyć z własnymi słabościami, kulturowych, chcąc poznać obyczaje lub kuchnię w Hiszpanii, czy turystycznych, chcąc pochwalić się innym zdjęciami z wakacji. I dobrze - ich sprawa.
Być może odnosisz wrżenie, że piszący na forum starają się być jakimiś guru, samozwańczymi autorytetami lub przynajmniej kimś lepszym. Ja również czasem odnoszę takie wrażenie, choć nie chodzi mi wcale o ludzi opisujących swoje przeżycia, czy doświadczenia (nie tylko duchowe) ze szlaków camino. Bardziej o tych, którzy są specjalistami od spraw wiary i sam Papież Franciszek mógłby do nich chodzić na korepetycje, bo mają Pana Boga online i przez nich Bóg daje innym jedynie słuszne rady. Sam mógłbym podać, że porządne buty na vibramie wytrzymują 3,5 tysiąca kilometrów, choć pod koniec użytkowania nieco śmierdzą - ale wszystko zależy od użytkowania, więc się nie wymądrzam. Więc celebrytą chyba nie jestem, chyba żeby przyjąć ilość notek, opublikowanych w tym wątku - to owszem, może tak wyglądać, choć się tak nie czuję. ;-)))
Każdy ma prawo do krytyki i ma prawo ją przedstawić. Ale nie przyjmuję krytyki polegającej na tym, że jestem niewierzący, bo siedziałem przy jednym stole z niewierzącym (mówili już tak na Tego, który jadał z celnikiem), wpatrywałem się w krążącego orła lub przechodzącego drogę ślimaka. Albo jeśli znalezienie i oddanie komuś pieniędzy czy aparatu jest gorszące, to taka krytyka też do mnie nie dociera. O czym zaś świadczy - niech każdy oceni sam, ja nie jestem specjalistą od oceniania ludzi, zwłaszcza tych, których nie znam. :-)
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-10-30 16:56:45
@Staszek. Sprawdziłem u siebie Wordpad i na drugim /darmowym do ściągniecia/ Abiword 2.8 i wszystko dobrze działa.Kopiuj...wklej...kopiuj... wklej.....O.K
Od zawsze odwiedzam to forum bardzo często i czytam z ciekawością.A teraz przy okazji tej dyskusji pragne podziekować za wszytkie wpisy a szczególnie tym 95% Caminowiczom „Celebrytom“ że są i piszą.Bo czytając Ich pięknie i mądre wpisy, można nauczyć się i zrozumieć jeszcze bardzo dużo.... i nigdy nie będzie za wiele.
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-10-30 17:12:25
Bardzo przepraszam.Oko zabolało:( Celebryta -Celebrytą.
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-10-31 06:49:24
@ ag, mirong, dziekuje Wam.
NOWY! Autor: Bruno | Dodano: 2013-11-01 13:09:58
@ Oskar,
„.....chrześcijaństwo nie jest religią. Dopóki tego nie zrozumiesz będziesz bardzo daleko od Prawdy.”
Napisales, nie wyjasniajac dlaczego. To bardzo proste i postaram sie tobie to wyjasnic.
Religia, jako taka nie ma spojnej definicji, zostawiajac pole do popisu jej interpretatorom i tobie tez, choc jestes tylko wyznawca, ktory uwierzyl interpretatorom. Jakbys przyjechal do Stanow, to zauwazylbys, ile tu funkcjonuje kosciolow, religi obok siebie. Pomijajac te, ktore z Chrzescijanstwa sie nie wywodza, chrzescijanskich jest cala masa. Wszyscy czytaja wiernym Pismo Swiete. Tu cos dodajac od siebie, tam cos przemilczajac. Czlonkowie, wyznawcy tych kosciolow przypominaja kibicow klubow sportowych, kazdy ma swoj. Wszystkie te koscioly maja dwie wspolne cechy, wszystkie wyznaja Jezusa, to pierwsze i drugie, wszyscy zalozyciele tych kosciolow sa bajecznie bogaci.
Twierdzenie, ze Chrzescijanstwo nie jest religia, jest stosunkowo nowe. Dlaczego sie pojawilo teraz, jest bardzo proste. Bo kk przezywa kryzys, ktory zbyt pozno biskupi zaczeli traktowac powaznie. Internet spowodowal, ze informacje docieraja wszedzie i szybko. Wiec tych, ktorzy mogliby zaczac watpic, probuje sie dowartosciowac, podbudowac troche, probuje sie wmowic im, jacy to sa wyjatkowi, podwyzszajac tym wartosc ich wiary - religii, jako cos wyjatkowego, lepszego i w ogole wazniejszego niz wszystkie inne religie.
Zadaj sobie proste pytanie, dlaczego jestes goracym wyznawca wlasnie tej, a nie innej wiary? Dlaczego twoj sasiad wierzy w cos innego, albo inny w ogole nie wierzy w nic?
Popatrz, jak i gdzie zostales wychowany, sprawdz jak i gdzie zostali wychowani inni i przestan byc medrkiem twierdzacym, ze tylko ty otrzymales wielka i jedyna Laske Wiary. Tym, sprawdzisz sobie sam byc moze, jak bardzo daleko jestes od PRAWDY.
NOWY! Autor: @ oskar | Dodano: 2013-11-01 21:34:08
a ty kolego nic dziś nie wypiłeś ,bo piszesz bzdury.
NOWY! Autor: X | Dodano: 2013-11-01 23:01:57
To coś dla was poganie -Halloween po mojemu
Wczorajszy wieczór spędziłam w towarzystwie własnego odbicia w lustrze. Sama ze sobą umówiłam się na randkę. Z tej okazji włożyłam czerwoną tunikę i zrobiłam pełen makijaż z dodatkiem takiego w pół smoky eyes. Pojechałam po wiadro ciastek i jedną pomarańczę do herbaty. Nie obżeram się tak ciastkami, ale moja kobiecość co miesięczna zbliżała się wielkimi krokami i zawsze mam taką jakąś chcicę na coś słodkiego. Jestem w stanie wykupić pół sklepu, a jak już pół wojska z krwawą jatką przybędzie apetyt na cukier mija, odchodzi jak zjełczała miłość.
Otworzyłam facebooka. Działo się. Czułam jakbym świętowała z tysiącem osób. Pineski kto z kim, na jakiej imprezie i jak dobrze się bawi. Wszystko jak na dłoni… za pomocą super hiper telefonów relacje na żywo, no czułam jakbym tam z nimi była… W dodatku Kto z kim zjadł kolacje, co zjadł, a co wyrzygał. Nawet strój jakiś specjalny nie był mi potrzebny, wystarczyła pomarańczowa kurtka. Pani Dynia malowana jak ta lala… Cud, miód maila. Ja chyba nigdy nie zrozumiem tego zjawiska… No chyba, że będę sławna, piękna i bogata. Czy to nie taki lans dla ubogich emocjonalnie? Nie wiem… Za bardzo marudzę? Wiem! To wina okresu! Jak nie wiesz co powiedzieć, zawsze zwal na okres, a grzechy zostaną odpuszczone.
Coś koło dwudziestej zasunęłam drewniane żaluzje. Na białym Ikeowskim stoiku postawiłam herbatę z plastrem pomarańczy, jabłka i odrobiną cynamonu. Tego nauczyła mnie jedna zwariowana koleżanka, która w ten sposób kolorowała świat dookoła wkładając czasem sztuczne kwiatki we włosy. Żyła w przekonaniu, że jest Divą, a ja nie wyprowadzałam jej z błędu, bo była bardzo szczęśliwa.
Włączyłam komputer, odpaliłam jakiś program o urodzie, gdzie ładna Pani zerkała na mnie ukradkiem z monitora mówiąc o tym „jak być piękną”, bo przecież ja o tym nie wiem. Po 15 minutach wyłączyłam ten durny program który wmawia nam, że bez tego nowego gadżetu jesteś gorsza, że bez botoksu nie masz co wychodzić na ulicę, że to co masz na sobie jest beznadziejne… Że ja wcześniej na to nie wpadłam… że wystarczy zrobić „pstryk” i świat już jest piękniejszy.
Wyszukałam najgłupsze horrory jakie znałam i zaczęłam oglądać. W końcu Halloween, a ja teoretycznie powinnam się bać. Tam chodzą takie poczwary i kaszaloty, że nawet jeśli jakimś cudem mówisz o sobie „brzydka”, w co i tak nie uwierzę, to przy nich wyglądasz jak milion dolarów. To się nazywa ekspresowe dowartościowanie!!! Scenariusz ten sam. Rodzina, grupka młodzieży, dom lub las. Potem przychodzą duchy, zombie lub jakiś facet co uciekł z psychiatrkowa, który zabija lub zjada wszystkich dookoła i koniec filmu.
Całkiem przypadkiem znalazłam „Papieżyca Joanna”, nie wiem ile w tym prawdy, ale film genialny, bo o silnej kobiecie. Zasnęłam coś koło 4 nad ranem. To było kilka godzin bez snów, czarna plama w pamięci Starej panny…
Obudziłam się rano z papierkami po ciastach w łóżku, moje włosy przypominały jak porażone prądem, twarz opuchnięta. Szwagier miał rację wyglądam jak „Grodzki”. Czułam się tak, jakbym wypiła dwie i pół butelki wina, choć nie wiem jaki to stan… lub jakby mnie stado ogierów przeleciało. Nawet nie zjadłam śniadania, czułam jeszcze taki dziwny smak słodkiego w ustach.. Ból brzucha z powodu mej kobiecości był nie do ogarnięcia. Jedyne o czym marzyłam to zapaść się pod ziemię i zjeść garść tabletek przeciwbólowych. Wywaliłam cały dom do góry nogami. Od czasu gdy wykryli u mej mamy skąd brały się jej migrenowe bóle, w domu nie ma ani jednej kapsułki z czarodziejskim leczniczym płynem.
Na moim horyzoncie w linii prostej pojawił się on – mój stwórca, czyli ojciec. Zmrużyłam oczy i nie poprosiłam, a zakomunikowałam:
- Jedziesz po tabletki przeciwbólowe, nie zaraz, nie za pięć minut a teraz! I nie wracasz za godzinę, za 10 minut nawet za 5!… Tylko zaraz. Rozumiesz?!
No co ten biedny człowiek miał do gadania, no raczej nic. Dwie kobiety w domu, wcześniej 3, którym przez całe życie musiał się podporządkować. Poza tym miał do mnie Deal. Jego samochód stanął na środku drogi, a moje maleństwo choć czasem wariuje chodzi jak igiełka. Ja Ci samochód, ty mi tabletki.
Na parapecie postawiłam małą świeczkę ku pamięci cioci od czerwonego płaszczyka. Ważniejsza jest pamięć, niż włożenie najlepszych butów, płaszcza i zrobienie fryzury tylko po to, aby wywołać zazdrość w oczach znajomych, których widuje się raz do roku, właśnie na cmentarzu, albo przypadkiem na drugim końcu Polski, bo i tak bywało.
Na groby nie poszłam, może to ciocia, która nade mną czuwa sprawiła, że właśnie tego dnia byłam umierająca…Dzięki temu uniknęłam pytań starych ciotek pod tytułem… Co teraz robię? Czy mam faceta? I debaty czy w tym roku bardziej schudłam, czy bardziej przytyłam. A coroczne stwierdzenia… „ bo moja córka w twoim wieku to już miała męża i pierwsze dziecko” powodują u mnie odruch wymiotny.
To samo tyczy się walentynek, czekasz jak wariatka na sms od jakiegoś tajemniczego Pana, albo sprawdzasz pocztę co 5 minut już o poczcie kwiatowej nie wspomnę… A gdy już usłyszysz dźwięk wiadomości w Twoim telefonie, to okazuje się, że to tylko przyjaciółka wysyłała MMSa w postaci głupiego serduszka. Miłość nie może być tylko raz w roku i to jeszcze czternastego lutego, gdy starsze pokolenie zupełnie nie akceptuje tego święta… Mój szwagier nie akceptuje i głośno o tym mówi… Inny facet w postaci kuzyna, też nie akceptuje, ale kupuje różę bo dzieci uporczywie wysyłają smsy „czy ma coś dla mamy”.
Uczulenie z szyi zniknęło, otworzyłam zupełnie nową pocztę tylko do portali randkowych dla bogatych. Nie będę o nich pisała, bo to typowe lokowanie produktu. Wypełniłam profil odpowiadając na bardzo trudne pytania ( ironia oczywiście), dodałam zdjęcia i teraz czekam na aktywację. Jestem psychiczna, że 1 listopada czyli w dniu zmarłych lub świętych, nigdy nie wiem jak nazywa się ten dzień… myślę o tym, jakby tu znaleźć fajnego faceta!
Matko jedyna, czy to już uboczny efekt w postaci desperacji, depresji? Czy wypełnianie wolnego czasu? Dla dobrego samopoczucia udam, że właśnie dziś nie miałam co robić i ten portal wręcz mnie prosił o założenie u nich konta, bo jestem taka cudowna, piękna, kochana i zasługuję na kogoś wartościowego! A jakby!
Do rzeczy… Jestem dziś jakaś do dupy! Ale nie tylko ja, pocieszam się faktem, że miliony kobiet przeżywa to samo. Niektóre się nawet cieszą, że przyszło, bo jakby nie przyszło… Niespodzianka Świąteczna jak nic, tylko reakcje facetów różne.
Świadomie mogę powiedzieć, że Halloween przespałam! Ale od jutra… randkuję a wrrrr!
NOWY! Autor: moher | Dodano: 2013-11-02 08:09:08
Jedna z najważniejszych współczesnych świadectw na temat Halloween pochodzi od Amerykanki Deborah Lipsky. Kobieta ta przez lata znajdowała się pod wpływem demonów. Z okultyzmu wyrwała się z wielkim trudem dzięki pomocy Maryi i egzorcystów. Na łono Kościoła Katolickiego wróciła w 2009 roku. Lipsky cierpiała w dzieciństwie na autyzm. Z tego powodu była w szkole szykanowana a nawet bita przez innych uczniów. W okresie najgorszych udręk nigdzie nie mogła znaleźć pomocy. Jej rodzice akurat się rozwodzili, a nauczyciele powiedzieli jej, że sama jest sobie winna. Rozpacz dziewczyny przerodziła się we wściekłość. Lipsky zdecydowała, że zemści się na swoich oprawcach dzięki czarom. Zajęła się z – jak twierdzi – dużym powodzeniem okultyzmem.
Kobieta zawarła z demonami pakt, w myśl którego pomagały jej zwalczać wrogów. Lipsky wspominała po latach, że jej dawni prześladowcy zaczęli odczuwać przed nią strach, a ona sama czuła się po prostu potężna. Jednak nie trwało długo, by piekielne moce obróciły się przeciwko niej samej. Demony zaczęły ją dręczyć z taką siłą, że Lipsky myślała nawet o ucieczce na łono Kościoła – tego samego, który kiedyś poprzysięgła sobie zniszczyć.
Po bardzo długich zmaganiach, dzięki wstawiennictwu Najświętszej Panienki i egzorcyzmom udało jej się uwolnić od złych wpływów. Od 2011 roku Lipsky jest zaangażowana w szerzenie wiedzy o niebezpieczeństwach okultyzmu. W ramach swojej działalności bardzo ostro przestrzega chrześcijan przed udziałem w Halloween.
Po pierwsze Lipsky podkreśla, że Halloween jest bardzo ważnym świętem dla satanistów. W ich wydaniu Halloween staje się wielkim szyderstwem z katolickich celebracji Wszystkich Świętych. Kobieta mówi, że w tak jak Kościół modli się o wstawiennictwo świętych, jak sataniści z upodobaniem wzywają w ten dzień demony, by zaszkodziły ich wrogom. Lipsky stwierdza stanowczo, że chrześcijanie nie powinny brać udziału w Halloween. Mówi, że nawet ci, którzy chodzą na zabawy niewinnie ubrani, bez elementów diabelskich, tracą tę niewinność ze względu na otoczenie – przesiąknięte przecież demonicznym wpływem. W ten sposób wystawiają się na wielkie duchowe zagrożenie. Kobieta poleca rodzinom chrześcijanskim by zamiast wysyłać dzieci na halloweenowe obchody, odmówiły wspólnie różaniec lub poczytały żywoty świętych.
W dodatku, jak mówi Lipsky, jeżeli chrześcijanie rzeczywiście żyliby zgodnie z nakazami Ewangelii, to nie potrzebowaliby Halloween. Ich życie byłoby na tyle przesiąknięte łaską, że nie mieliby najmniejszej ochoty zajmować się tak zdrożnymi sprawami.
Halloween pogańskie czy satanistyczne?
Świadectwo Deborah Lipsky należy potraktować ze wszech miar poważnie. Ze względu na swoją przeszłość bardzo dobrze poznała środowiska okutlystyczne. Faktycznie, zgodnie z jej słowami, w tzw. Kościele Szatana, stworzonym przez zmarłego przed szesnastu laty Antona LaVey’a, Halloween jest uznawane za czas wyjątkowy. Ta satanistyczna organizacja rzeczywiście głosi, jakoby w przeddzień Wszystkich Świętych zwykła bariera między światem ludzi i duchów znikała. Do rangi symbolu owego „Kościoła” urósł np. fakt, że LaVey zmarł 29 października, a więc właśnie w owym okresie „zawieszenia” normalnych praw rządzących wymiarami życia i śmierci.
Co ciekawe, ta satanistyczna interpretacja Halloween jest całkowitym wymysłem. Opiera się na uznaniu starożytnego celtyckiego święta za ceremonię ku czci boga śmierci – Samhain. Tymczasem w rzeczywistości, w czasach przedchrześcijańskich Celtowie – zwłaszcza w Irlandii – 1 listopada celebrowali początek nowego roku. Data ta uchodziła za pierwszy dzień zimy. W pierwszej kolejności celtyckie święto związane było z rytami agrarnymi – początek zimy był też czasem zakończenia prac nad gromadzeniem żywności.
Przy tej okazji Celtowie oddawali cześć swoim zmarłym przodkom w zwykły dla wielu przedchrześcijańskich kultur sposób – zostawiali mianowicie nieco pożywienia, by uspokoić rozgniewane duchy. Kościół już w IX wieku, ze szczególnej inicjatywy wielkiego Alkuina, ochrzcił to pogańskie święto. Tymczasem wspomniana okultystyczna interpretacja starożytnej tradycji celtyckiej pojawiła się dopiero w naszych czasach, być może na skutek obserwacji coraz bardziej brutalnego i jawnie okultystycznego charakteru, jaki Halloween przyjmuje w świecie Zachodu. A przecież „Halloween” to amerykańskie zniekształcenie irlandzkiego „All Hollows’ Eve”, obchodzonego przez setki lat pobożnie i po katolicku! Jak doszło do przemiany tego chrześcijańskiego święta Irlandii w konsumpcyjno-okultystyczną parodię?
Jak dekonstruowano Halloween
W połowie XIX w. setki tysięcy Irlandczyków, uciekając przed głodem i biedą, wyemigrowały do Nowego Świata, przynosząc ze sobą obchodzy wigilii dnia Wszystkich Świętych. Już pod koniec dziewiętnastego stulecia „Halloween” stało się popularne wśród amerykańskich warstw wyższych – jednocześnie jednak straciło swój katolicki charakter. Byłby on nie do przyjęcia wśród heretyckich wspólnot, jakie tworzyły większość tamtejszych chrześcijan. W początkach XX w. Halloween zaczęło przenikać do kultury masowej, za czym stały zwłaszcza ogromne pieniądze fabryk słodyczy i rozmaitych „świątecznych” gadżetów, adresowanych coraz częściej do dzieci.
Święto, niezwykle sugestywnie przemawiające do wyobraźni najmłodszych swoją magiczno-piekielną scenerią, szybko zdobyło sobie ogromną popularność. Dziś świętuje je w ten czy inny sposób niemal 90% Amerykanów wydając na nie rokrocznie kilka miliardów dolarów. Zwolennicy Halloween mówią, że ta masowość bezapelacyjnie rozstrzyga o nieszkodliwości całego zjawiska. No bo, jak mówił rok temu Tadeusz Bartoś portalowi natemat.pl, „w USA ludzie się w to bawią i jakoś nie są satanistami”. Wtórował mu ks. Wojciech Lemański: „Tamtejsze społeczeństwo jest w gruncie rzeczy bardzo religijne, a przy tym mocno kultywuje Halloween. Tam po prostu to przyjęto”. Cóż, nie będę tu wspominał o rokrocznie zdarzających się w USA dziesiątkach brutalnych morderstw popełnianych „z okazji” Halloween przez dzieci i młodzież, szaleńcy mordują przecież zainspirowani też tysiącami innych rzeczy. Błąd w rozumowaniu obu wymienionych autorytetów leży bowiem gdzie indziej.
Alternatywą jest Wigilia Wszystkich Świętych
Po pierwsze fakt, że społeczeństwo jest religijne, doprawdy niczego nie dowodzi. Do zbawienia prowadzi bowiem prostą drogą jedna konkretna religia, a nie po prostu „religijność”. Po drugie, trzeba niezwykłego zaślepienia by uważać, że jedynie otwarty satanizm świadczy o znalezieniu się pod wpływem szatana! Przykładowo, miliony zajadłych amerykańskich aborcjonistów w żadnym razie nie należą do „Kościoła” szatana, co nie zmienia faktu, że nawołują do zwykłego morderstwa. Niektórzy z nich należą za to do „Kościoła eutanazji”, promującego nie tylko samą eutanazję, ale także aborcję, samobójstwo i sodomię. Trzeba zadać zasadne pytanie, czy społeczne przyzwolenie na działalność takich organizacji nie ma związku z otwartym zapraszaniem szatana do jawnej manifestacji w oficjalnej kulturze.
O tym, że współczesny Zachód jest poważnie chory wystarczająco świadczą liczne współczesne szaleństwa i kompletny brak poszanowania dla wartości ludzkiego życia. Wprowadzanie do Polski nowej tradycji polegającej na bliskich okultyzmowi zabawach w diabła może tylko zaszkodzić. Halloween nie niesie ze sobą żadnych pozytywnych wartości – dziecięca radość wzbudzona przez duchy, czarownice i wampiry może rychło przerodzić się w swoje przeciwieństwo. A co powiedzieć o paradach dla dorosłych osób urządzanych na Zachodzie we wielkich miastach, gdzie otwarcie satanistyczna symbolika jest połączona z bezwstydną nagością? Tylko od nas zależy, czy damy przyzwolenie na kolejny sposób demoralizacji i dechrystianizacji społeczeństwa. Zamiast posyłać dzieci na szkolne zabawy, lepiej pójdźmy z nimi choćby na katolickie obchody wigilii Wszystkich Świętych, „Holy Wins”, organizowane w tym roku w wielu polskich parafiach. Od tego może zależeć ich i nasze zbawienie.
NOWY! Autor: Brat Albert | Dodano: 2013-11-02 13:41:55
Punkt widzenia zmienia sie wraz z punktem siedzenia,bo inne zródła podają,że:
Korzenie Halloween są tak naprawdę bardziej chrześcijańskie, niż amerykańskie. Halloween przypada na 31 października dzięki papieżowi, a jego tradycje są wynikiem średniowiecznej katolickiej pobożności.
Prawdą jest, że starożytni Celtowie z Irlandii i Brytanii 31 października obchodzili pomniejsze święto, tak jak to czynili ostatniego dnia większości innych miesięcy w roku. Halloween przypada jednak na ostatni dzień października z powodu uroczystości Wszystkich Świętych, czyli „All Hallows”, którą obchodzimy 1 listopada. Dzień ku czci wszystkich świętych w niebie był obchodzony 13 maja, ale papież Grzegorz III (zm. 741) przesunął tę uroczystość na 1 listopada, dzień poświęcenia kaplicy Wszystkich Świętych w bazylice św. Piotra w Rzymie. Później, około roku 840, papież Grzegorz IV nakazał obchodzenie uroczystości Wszystkich Świętych w całym kościele. I w ten sposób to święto dotarło do Irlandii.
Święto poprzedzała wigilia “All Hallows Even” czyli po prostu “Hallowe’en”. W tamtych czasach Halloween nie miało jakiegoś szczególnego znaczenia ani dla chrześcijan, ani dla dawno już wymarłych celtyckich pogan.
W roku 998, św. Odilo, opat z Cluny w południowej Francji dodał do obchody w dniu 2 listopada. Był to dzień modlitwy za wszystkie dusze zmarłych wiernych. To święto zaduszne także rozprzestrzeniło się na całą Europę.
NOWY! Autor: brat Cyprian | Dodano: 2013-11-02 16:04:32
W dzisiejszych czasach kultura masowa ma duże znaczenie dla społeczeństwa. To ona każe nam iść za tłumem i wspólnie naśladować obce obyczaje. Niestety często nie zdajemy sobie sprawy z ich prawdziwego sensu, kryjącego się pod pozorami dobrej zabawy. Co roku, 31 października, wielu młodych ludzi chętnie bierze udział w różnych balach i imprezach, przebierając się za postacie rodem z horrorów. Czy jest to jednak dobra okazja do świętowania?
Halloween wywodzi się z pogańskiego obyczaju pochodzącego ze Szkocji, gdzie w Wigilię Wszystkich Świętych obchodzono święto boga śmierci Sanhaim. Ten zwyczaj, związany z datą 31.10 sięga dawnej tradycji i wierzeń związanych z magią i okultyzmem. Ludzie żyli wówczas w przekonaniu, że w ostatnią noc października duchy zmarłych odwiedzają ziemię i przybywają wówczas do swych chat w poszukiwaniu ciepłego schronienia. Wieczorami na wzgórzach palono więc ogniska, aby odstraszyć złe moce, a zmarłym wskazać drogę do domów. Również wkładano maski i czarne kostiumy, mylące złego ducha, który zostawiał przebranego delikwenta w spokoju. Nawet w czasach średniowiecza czarownicy kultywowali praktyki tak zwanej wtedy Nocy czarów, aby w przeciwieństwie do Kościoła katolickiego, w którym obchodzono 1 listopada jako Dzień Wszystkich Świętych, szydzić z niego przez odprawianie swoich rytuałów. Wtedy też spostrzegli, że jest to noc największych sukcesów i zwracali się prosto do szatana, aby im sprzyjał.
We współczesnym świecie spotykamy jedynie tradycję szerzącą się wśród dzieci i młodzieży, polegającą na odwiedzaniu domostw z zawołaniem: "trick or treat" (figiel lub poczęstunek) i, w zależności od rozwoju sytuacji, na podzięce gospodarzom lub robieniu rozmaitych psot.
Jednak w związku z pogańską genezą tego święta, Halloween spotyka się z krytyką ze strony Kościoła rzymskokatolickiego. Mimo to wielu ludzi zaangażowało się w okultyzm, rozpoczynając swe zainteresowania od niewinnych na pozór działań, np. czytania horoskopów.
Doreen Irving praktykowała okultyzm. Po nawróceniu napisała książkę Uwolniony by służyć Chrystusowi. W swojej książce pisze: Prawdziwi czarodzieje cieszą się, gdy chrześcijanie biorą udział w demonicznych tradycjach. Bardzo często demony mają przez to dostęp do wielu ludzi. (…) W USA ginie wielu w czasie Halloween. Zdarza się np., że sataniści dają dzieciom zatrute cukierki. W Australii media informują o powtarzających się corocznie ofiarach składnych z ludzi w Melbourne (S. Krajski, dz. cyt., s. 173-174) .
W tradycji chrześcijańskiej 1 listopada od dawna był poświęcony pamięci zmarłych, a już od IX wieku jest obchodzony jako dzień Wszystkich Świętych, wywodzący się głównie z czci oddawanej męczennikom, którzy poświęcili swoje życie dla Chrystusa, a nie posiadają swoich osobnych dni podczas roku liturgicznego. Już sama nazwa „święto” wskazuje, że powinno ono być czymś radosnym, w końcu obchodzimy uroczystość wszystkich zbawionych, a Ewangelia mówi, że po śmierci, w Niebie, czeka nas znacznie większe szczęście, niż tu na ziemi.
Natomiast 2 listopada - Dzień Zaduszny - czyli właściwe Święto Zmarłych, wprowadzone zostało do liturgii kościoła w X wieku. Zaczęto wtedy sprawować msze żałobne za dusze osób, które odeszły. W ten dzień cała wspólnota Kościoła przychodzi z pomocą duszom czyśćcowym, zanosząc prośby o ich przyjęcie przed tron Boży i zapala na grobach znicze, które są symbolem żywej pamięci o zmarłych. Symbolizują też Chrystusa i wieczną światłość.
NOWY! Autor: moher | Dodano: 2013-11-02 16:07:20
Święto Halloween szturmem zdobywa kraj. Czy za lat kilka zamienimy znicze na świeczkę w wydrążonej dyni, a wspomnienia o świętych na przebieranki w czarownice i upiory?
Święci kontra upiory
Bez wiary z obcowania z Tajemnicą pozostaje jedynie erzac, pusty jak wydrążona dynia. Halloween i uroczystość Wszystkich Świętych. Dwa święta „dotykające” śmierci, ale w kompletnie różny sposób: jedno ubierające ją w maskę rodem z horroru „Noc żywych trupów”, drugie pełne oddechu, światła. Czy można ochrzcić Halloween, tak jak ochrzciło się na przykład walentynki?
„Święto cukierka” lub „święto dyni”, jak pieszczotliwie określa się Halloween w Stanach, od lat szuka sobie miejsca nad Wisłą. Szkoły organizują dyskoteki, na które nie wypada nie przyjść we wdzięcznym przebraniu wampira czy czarownicy, w restauracjach w nocy z 31 października na 1 listopada trwają podobne zabawy dla starszych (i mądrzejszych?), na wystawach wielu sklepów króluje wydrążona dynia. Przed restauracją przy warszawskich Powązkach leży w listopadzie replika trumny.
Trumna jako „ozdoba” zgorszenia już nie budzi. Tym bardziej niewinna dynia. Mile kojarzy się z jesienią, a tylko nielicznym z duszą potępioną. A nawet jeśli i wiemy, że starożytni podświetlali ją, by poinformować, że czczą demony, to przecież nie ma to większego znaczenia. Bo po pierwsze to zabobon, a po drugie chodzi przecież tylko o dobrą zabawę.
Dzieci spaliły dom
W Stanach, Kanadzie i Europie Zachodniej w nocy z 31 na 1 listopada na ulice wychodzą dzieci przebrane za duchy, wampiry i czarownice. Pukają do drzwi domów, wypowiadając przy tym formułkę „Trick or Treat?” (Psikus czy poczęstunek?), co ma nakłonić gospodarza do poczęstowania dzieci garścią wcześniej zakupionych na ten cel słodyczy.
Szaleństwo Halloween ogarnia cały kraj: młodzież prócz domowych imprez i bali przebierańców często odwiedza „Scary Farm” (straszne farmy), czyli zaadaptowane na ten cel duże przestrzenie, przypominające scenerię filmu grozy. Już miesiąc wcześniej dzieci odrabiają prace domowe związane z tym „świętem”, kompletują przebrania (im bardziej odrażające, tym lepiej) i planują, jak udekorować dom. Posesje stają się więc zamkami wampirów, sztuczne nagrobki wystają z większości ogródków. Strach się bać. 31 października w szkołach odbywają się Halloween Partys, na których szaleją dzieciaki w krwawych kreacjach.
– Po raz pierwszy zetknąłem się z tym „świętem” po przybyciu do Detroit – opowiada ks. Jan Karpowicz, chrystusowiec pracujący w Stanach Zjednoczonych – W ciemny i dość zimny wieczór mój kolega postanowił pokazać mi coś, czego dotąd nie znałem. Zobaczyłem na ulicach dzieci przebrane za wiedźmy, kościotrupy, wilkołaki. Apogeum zdziwienia, a może bardziej przerażenia, wywołał we mnie płonący dom (dla niektórych święto było wspaniałą okazją, by spalić opuszczone domostwa). Patrząc z perspektywy czasu, było to dla mnie niepokojące spotkanie z inną „kulturą”.
Jednak do głębszej refleksji zmobilizował mnie film „Halloween – Trick or Treat”, który w jasny sposób wskazał, że korzenie tego święta wywodzą się z czarnej magii, a nawet satanizmu. – Nie jest przypadkiem, że Anton Szandor La Vey, autor „Biblii szatana”, powiedział, że „Halloween jest najważniejszym dniem w roku dla kościoła szatana” – opowiada specjalista od sekt o. Aleksander Posacki SJ. – Nie dziwi więc, że tę noc łączy się z praktyką tzw. czarnych mszy.
To święto wszelkiej maści neopogan, okultystów i spirytystów. Bo Halloween ma swoje korzenie w modnej wśród okultystów kulturze Celtów, którzy witali Nowy Rok właśnie 1 listopada. W wigilię tego święta czcili boga śmierci Samhaina. Wierzyli, że tej właśnie nocy pozwala duchom zmarłych powrócić tam, gdzie żyli wcześniej. Celtyccy kapłani (druidzi) nakazywali wówczas rozpalanie wielkich ognisk. Na ołtarzach poświęcano bogowi śmierci resztki plonów, zwierzęta, a nawet ludzi. Wokół stosu odurzeni, w stanie transu, Celtowie tańczyli taniec śmierci, zapraszając – i wypuszczając zarazem – duchy ciemności. W tradycji amerykańskiej to kalendarzowe już „święto” Halloween wygląda pozornie niewinnie. Dzieci przebierają się za czarownice, wampiry, duchy czy diabły. Problem polega jednak na tym, że wszystkie te postaci w tradycji duchowości chrześcijańskiej związane są z osobą szatana. Obcowanie z tymi tematami, choćby tylko na poziomie znaczeń i zabawy – może przygotować otwarcie się na tę niebezpieczną i realistycznie pojętą rzeczywistość duchową. Fantazje Halloween dotyczą zmarłych, którzy powracają. Jednak zamiast modlitwy, mamy ich przyzywanie i zaklinanie – martwi się ojciec Posacki.
Ostatni taki bal
– Uwaga, dzieci! W sobotę urządzamy bal przebierańców. Zbliża się Halloween – ogłosiły zakonnice w polskiej sobotniej szkole przy parafii św. Jakuba w Chicago. Na balu tańczyło sporo pierwszoklasistów. Nie było tylko Dominika. Po kilku dniach nauczycielka zawołała go i spytała: Dlaczego nie byłeś na balu przebierańców? Wszyscy się świetnie bawili. Nawet pani przebrała się za biedronkę! – Nie byłem, bo my w domu nie obchodzimy Halloween. – A dlaczego? – Bo, bo... Bo my wierzymy w Pana Jezusa – odparował chłopczyk.
Nauczycielkę zatkało. Pobiegła do dyrektorki szkoły, zakonnicy i opowiedziała o zajściu. I, co najciekawsze, był to ostatni Halloween w historii szkoły. – To był ostatni rok, kiedy Jakubowo świętowało to kretyństwo – śmieje się Michasia Joniec, mama Dominika. – W Stanach szaleństwo jest na tyle powszechne, że nawet przy niektórych katolickich parafiach budowane są labirynty strachów, organizuje się zabawy i bale przebierańców. My co roku zabieramy dzieci ze szkoły w dniu Halloween. W sekretariacie jako powód absencji wpisuję, że chcemy uniknąć Halloween. Zauważyłam, że jest jeszcze jedna taka rodzina jak my. Musimy się w tym dniu dobrze rodzinnie zorganizować. Kiedyś Domowy Kościół organizował coś dla dzieci, ale bez przebierania, bo od tego jest karnawał. Teraz robimy coś sami albo w małych grupach. Ludzie zabierają dzieciaki do parku wodnego. My jeździmy do lasu albo na działkę do znajomych. – Na początku było to trudne, ale teraz już wszyscy się do tego przyzwyczaili. Zebrała się już spora grupka antyhalloweenowych rodzin – dopowiada Jacek, mąż Michasi.
Mamo, a dlacego ja nie strasę?
Maria i Krzysztof Marchwicowie od kilkunastu lat mieszkają w kanadyjskiej Ottawie. Są praktykującymi katolikami. Jednak i oni stanęli przed dylematem: pozwalać dzieciakom na przebieranki i odwiedzanie domów, czy nie? – Raz jedyny, za namową koleżanki, puściłam dzieci z dzieciakami z sąsiedztwa – opowiada Maria. – Do tej pory mam wyrzuty sumienia. Moje dzieci nie przebrały się za wampiry, nie malowały upiornie twarzy, ale i tak uważam, że źle postąpiłam. Brałam udział w czymś, co po pierwsze zupełnie jest nam obce kulturowo, a po drugie – co może być niebezpieczne.
Maria, jak wielu katolików zza oceanu, oglądała popularny w środowiskach chrześcijańskich film o „świętowaniu” Halloween. Przeraziła ją zwłaszcza wypowiedź byłego satanisty, który opowiadał o rytualnych mordach dokonywanych na dzieciach właśnie w ostatnią noc października. – Największe wrażenie zrobiły na mnie wypowiedzi policjantów, którzy częściowo potwierdzali opowiadanie satanisty – mówi Maria. – Zdecydowaliśmy więc z mężem: ani my, ani nasze dzieci nie uznajemy Halloween. Hmm. „My nie uznajemy” – brzmi w miarę prosto, ale jak wytłumaczyć to dzieciom? – Jest to o tyle trudne, że dzieci z sąsiedztwa, nawet te z katolickich rodzin, „świętują” – opowiada Krzysztof Marchwica. – Nasze nie chcą być „gorsze”, nie chcą się wyróżniać. Wiadomo, czym dla dwunastolatki są rówieśnicy…
Holy wins!
Marchwicowie, jak i wiele innych katolickich rodzin na Zachodzie, musieli odnaleźć się w trudnej sytuacji. W ciągu dnia starają się wyjeżdżać. Ich dom rzuca się w oczy: nie jest udekorowany. Nie chcą każdemu pukającemu do drzwi dziecku tłumaczyć albo odmawiać… A dla swoich dzieci, razem z innymi rodzinami z parafii Zwiastowania Pańskiego (parafia kanadyjska), stworzyli alternatywę. – Wiedzieliśmy, że sam zakaz niczego nie zmieni i może tylko sprowokować bunt. W miejsce braku halloweenowej zabawy stworzyliśmy inną. Nasze dzieci uczestniczą w All Saints Party. Przebierają się za… świętych, anioły, postaci z Biblii. Organizowane są konkursy na związane z Biblią tematy, jest też taniec i muzyka, słodycze. Musiało to być atrakcyjne, żeby bez żalu nie uczestniczyły w Halloween. Natomiast w polskiej parafii św. Jacka, do której też jeździmy, organizowana jest tzw. Zabawa Niebiańska – jest taniec, konkursy, paczki ze słodyczami. Podobne zabawy są w wielu parafiach katolickich (również w protestanckich) na Zachodzie.
Ciekawy pomysł zrodził się w Paryżu. Od kilku lat organizowane są tu czuwania modlitewne dla młodzieży. Nazywa się je „Holy wins” – czyli „Święty zwycięży”. Młodzi śpiewają, modlą się, spędzają razem czas. Kilka tysięcy z nich bawi się podczas koncertu przed kościołem Saint Sulpice. Są poza domem i jest ich wielu – a to już sporo dla nastolatka. A gdy dodać do tego naturalną u młodzieży tendencję do bycia kontra (np. wobec komercji, ale również głupiej mody), to i modlitwa zamiast nakręcanego przez speców od reklamy „święta” staje się atrakcyjna.
Polska przeciw, a nawet… za
Polacy 1 listopada czczą Wszystkich Świętych, a dzień później wspominają bliskich zmarłych i modlą się za dusze cierpiące w czyśćcu. Wielu ludziom nad Wisłą nie przeszkadza to jednak wystawiać w oknach dynie ze świeczką, szykować strojów wiedźm dla ośmiolatek czy w przebraniach rodem z horroru bawić się do rana w restauracjach i pubach.
„A co w tym właściwie złego” – wzruszają ramionami. I podają argumenty: że Halloween jest fajny i śmieszny, że trzeba się przecież zabawić i „odreagować”, że nie można być „świętszym od papieża”, że przecież to zwykły świecki zwyczaj i nikomu krzywdy nie robi.
– Ech, nie ma co przesadzać i histeryzować – uważa Anna z Warszawy. – Trzeba do sprawy podejść z humorem i minimalizować ważność tego święta. My nasze dzieci przebierzemy za kowboja i księżniczkę. Będą się cieszyć, nie poczują się gorsze i „inne”. No i znaleźliśmy dla dzieci wytłumaczenie: powiedzieliśmy im, że Halloween to takie wesołe przygotowanie do Uroczystości Wszystkich Świętych. Dziś my się cieszymy, a jutro zbawieni świętują w niebie. – Takie pomieszanie pojęć to częste zjawisko: neopogańskie święto traktuje się jak dobrą zabawę… – mówi dr Joanna Jarzębińska-Szczebiot, prowadząca w archidiecezji białostockiej punkt informacji o sektach i nowych ruchach religijnych. – Według mnie, zabawa Halloween jest po prostu oswajaniem najmłodszych z kulturą śmierci. Tracimy poszanowanie dla życia, a co za tym idzie „oswajamy” rzeczywistość demoniczną, wracamy do kultów pogańskich. Dzieciom najłatwiej przekazać wszelkie treści za pomocą zabawy.
Wtedy chłoną je najszybciej i przyjmują za swoje. No i rośnie pokolenie, dla którego nie ma większej różnicy między Zaduszkami a Halloweenem… A miedzy tymi świętami jest ogromna różnica. – To wiara uwalnia z lęku, to Chrystus zmartwychwstały pomaga przełamać strach wobec śmierci, wobec niepojętej dla stworzeń tajemnicy przemijającego życia: „Nie lękajcie się”, powiada. Bez wiary jesteśmy skazani na zabobon, magię, „majstrowanie” przy niepojętości Tajemnicy... – opowiada ks. prof. Jerzy Szymik – To jeden z najważniejszych darów chrześcijaństwa dla ludzkiej kultury: uwolnienie od irracjonalnego strachu, wiara wspierająca rozum w drodze ku temu, co niesie pewność ocalenia, nadzieję, światło. Myślę, że Halloween (i tym podobne) są (świadomą bądź podświadomą) próbą (nieskuteczną zresztą) ocalenia tego, czego spodziewamy się po religii. Ale religia żyje wiarą. Bez wiary pozostaje z religijnego obcowania z Tajemnicą jedynie erzac, pusty jak wydrążona dynia...
Święto chały
– U mojej córki w przedszkolu była zabawa z okazji Halloween. Moje dziecko stwierdziło: Mamusiu, a wiesz, ci z zerówki to mieli HAŁOLIN – napisała internautka – Mnie się to skojarzyło z ... chałą. – W szkole moich synów, rok temu, odbyła się taka zabawa. Nie chcieliśmy ich puścić, ale nalegali – opowiada Ewa Curyło z Krakowa – W końcu zgodziliśmy się. Warunek: bez makabrycznego przebrania. Myślałam, że będę mogła zobaczyć, co się tam dzieje, niestety, rodzice nie mogli w zabawie uczestniczyć. Byłam wściekła, że pozwoliłam. Zapytaliśmy potem chłopców, jak było. Odpowiedzieli, że niespecjalnie im się podobało... Ucieszyliśmy się. W tym roku już nie idą.
Ewa, po nauczce, którą dostała, zaczęła zastanawiać się nad argumentami „przeciw”: – Szukałam i znalazłam: diabeł nie wkracza w życie tam, gdzie jest coś poważnego i na serio. Największym jego zwycięstwem jest to, że ludzie w niego nie wierzą i robią z niego zabawę. Wchodzi w życie dzieci tak „niewinnie”. Poza tym razi mnie połączenie naszej tradycji z Halloween. Nie chcę, by ostatnim wrażeniem, jakie dzieci wyniosą ze szkoły przed pierwszym listopada, były kościotrupy i czarownice. To jakiś absurdalny kult śmierci. A co zrobić, gdy nowe „święto” dosłownie zapuka do naszych drzwi? – W ubiegłym roku przyszły do nas przebrane dzieci, ale im powiedziałam, że dziękujemy, nie „świętujemy” Halloween – opowiada Maria Tenerowicz z Marek. – Dzieci odeszły, a ja żałowałam… Powinnam z nimi porozmawiać, spróbować wytłumaczyć… Może za rok się uda?
We wspólnocie świętych
Bóg jest mocniejszy niż śmierć i kto umiera w Chrystusie, umiera do życia. Dawniej ludzie chcieli być pochowani w pobliżu św. Piotra, w pobliżu męczenników, aby – w śmierci i przy zmartwychwstaniu – być w dobrym towarzystwie. W ten sposób wiązano się ze świętymi i ze zbawczą mocą samego Jezusa Chrystusa. Wspólnota świętych obejmuje życie i śmierć: człowiek trzyma się jej właśnie w chwili śmierci, aby nie spaść w pustkę; aby ta wspólnota wciągnęła go w prawdziwe życie; aby również w towarzystwie świętych stanąć przed Sędzią i dzięki ich obecności wytrwać w godzinie sądu. W ten sposób cmentarz – plac żałoby i przemijania – stał się miejscem nadziei. Kto tutaj jest pochowany, mówi: „Wierzę Ci, Chrystusie Zmartwychwstały. Trzymam się Ciebie. Nie sam przychodzę w śmiertelnej samotności tego, który nie potrafiłby kochać; przychodzę we wspólnocie świętych, którzy mnie i w śmierci nie opuszczą.” Tę przemianę miejsca żałoby w miejsce nadziei widać też w zewnętrznym wystroju tego cmentarza (zresztą, wszystkich cmentarzy chrześcijańskich w ogóle): zdobią go kwiaty i drzewa; zdobią go znaki miłości i przywiązania. Jest on jak ogród, taki mały raj pokoju w niespokojnym świecie, taki znak nowego życia. Cmentarz jako miejsce nadziei – to jest chrześcijańska wizja. (...) Cmentarz zaprasza nas, abyśmy tak żyli, żeby nie wypaść ze wspólnoty świętych. Zaprasza nas, abyśmy w życiu szukali tego i byli tym, co przetrwa i w śmierci, i w wieczności.
NOWY! Autor: Kaka | Dodano: 2013-11-02 18:45:10
Moher to są rozważania o doświadczeniach duchowych Camino, a nie o Halloween itp. pierdołach... naucz się czytać ze zrozumieniem albo po prostu daj osobny topik.
NOWY! Autor: brat jan | Dodano: 2013-11-02 21:07:38
By dojść do celu, trzeba mozołu i znojnej cierpliwości. Pan Bóg też zadaje sobie ten trud, by człowieka przyprowadzić do siebie. Tak się złożyło, że Ignacy lubił czytać książki i w ten sposób chciał zapełnić sobie nudny czas rekonwalescencji. Na zamku jednak nie było rycerskich opowieści, tylko same powieści religijne zapełniały półki biblioteczne.
„Jakoby też rok bez wiosny mieć chcieli, którzy chcą, żeby młodzi nie szaleli” – ta słynna sentencja Jana Kochanowskiego może stanowić zarówno usprawiedliwienie, jak i wytłumaczenie niepokornych często uczynków młodych ludzi. Owe szaleństwa właściwe są chyba każdemu, kto przeżywa młodość. Poczet „szalonych” młodzieńców niezwykle wyraźnie zasila Inigo Lopez de Loyola. Urodził się w północnej Hiszpanii jako ostatnie z trzynaściorga dzieci. Nie zapowiadał on ani swoim wyglądem, ani charakterem tego, kim stał się w wieku dojrzałym. Inigo, filigranowy młodzieniec – źródła hagiograficzne mówią, że liczył sobie zaledwie 158 cm wzrostu – widać jednak, że nie wzrost stanowi o wielkości człowieka.
Czupurny młodzian z czupryną
W swym nastolęctwie służył u króla, nosząc manifestacyjnie długie, bujne włosy, ubierając się po rycersku w pancerz i rycerskie atrybuty zewnętrzne. Stylizował się na szlachcica-rycerza, czerpiąc garściami z etosu ich zachowań, który jednak nie zawsze godził się z sumieniem młodego człowieka. Sam w dorosłości wyznał, że pociągały go za bardzo lichota i marność tego świata i niewiele brakowało, by słowa „(...) dokądeś młody, użyj świata za czasu i pięknej swobody!” uczynił kluczem życia. Ignacy jednak jako młodzieniec dobrze wychowany wiedział, gdzie następuje cezura pomiędzy tym, co rozsądne i prawe, a tym, co nie godzi się z etyką rycerza. Tak więc ów wrodzony imperatyw pozwalał mu żyć po szlachecku i z honorem, pomimo skłonności do utarczek i bijatyk, a także – jak niektóre źródła donoszą – nadmiernej ilości miłostek.
Niemal w każdym opowiadaniu metamorfoza bohatera następuje po jakimś tragicznym wydarzeniu, takim to zajściem posłużył się w życiu Ignasia dobry Bóg, by upomnieć się o swego pazia. Podczas jednej z ówczesnych bitew obronnych pomiędzy Hiszpanią i Francją Loyola został poważnie ranny w obie nogi, a w konsekwencji uziemiono go na wiele miesięcy, gdyż obrażenia były tak poważne, że musiano dokonać operacji, a chory, by wrócić do pełnej sprawności, pozostał przykuty do łóżka na wiele długich tygodni. Tak oto – być może w nie do końca oryginalny i spektakularny sposób – rozpoczął się jego proces powrotu do Boga.
Per aspera ad astra
By dojść do celu, trzeba mozołu i znojnej cierpliwości. Pan Bóg też zadaje sobie ten trud, by człowieka przyprowadzić do siebie. Tak się złożyło, że Ignacy lubił czytać książki i w ten sposób chciał zapełnić sobie nudny czas rekonwalescencji. Na zamku jednak nie było rycerskich opowieści, tylko same powieści religijne zapełniały półki biblioteczne. Takie też właśnie opasłe tomiszcza, głównie hagiograficzne, dostarczano ozdrowieńcowi. Ignacy cierpliwie znosił cierpienia w towarzystwie Złotej Legendy Jakuba de Voragina i wszystkich świętych, jakich poznał dzięki lekturze książki. Jego nawrócenie nie było nagłe, niczym Pawłowe, ale powolne, jakby wieloetapowe. Zrozumiał, jak próżne było jego życie przed wypadkiem, jak błędne drogi obierał, wskutek czego przez całe życie kluczył bez celu. W wyniku tych refleksji pojawiła się w nim szczera chęć zmiany swego życia, a przede wszystkim ogromna potrzeba pokuty i zadośćuczynienia Bogu za grzechy młodości. Znowu nasuwa się znana sentencja: Quae peccamus iuvenes, ea luimus senas – za grzech młodości płacimy na starość. Ignacy poprzez swe nawrócenie i pokutę, poprzez cierpienie i cierpliwość odpokutował to, co było nieprawe, błędne. Oto po wyzdrowieniu otrzymuje niejako Boży odcisk na swym ciele, dostaje, podobnie jak św. Paweł, „oścień” dla ciała – nigdy nie wraca już do dawnej sprawności, utykając do końca życia na jedną nogę.
Można powiedzieć, że Loyola rodzi się ponownie albo zmartwychwstaje do nowego życia, zaznając śmierci tego, co było w nim stare i grzeszne. Tak oczyszcza tylko miłość Chrystusa – daje nową szansę, odrzuca to, co było nieczyste i błędne, obdarzając „spokojem o przeszłość” – jak podkreślał zawsze św. Maksymilian Kolbe. Swą zbroję rycerską składa u stóp Maryi, powierzając Jej swe losy. Zaczyna pustelnicze życie, by odpokutować światową zmysłowość: pości, biczuje się, modli się i pracuje, pędząc żebraczy tryb życia. Jak donoszą źródła hagiograficzne, szatan nie odstępuje go na krok i dręczy do tego stopnia, by pozbawić Loyolę nadziei, że jego grzechy zostaną wybaczone. Dręczy go tak gwałtownymi pokusami, że przyszły Święty nieomal traci nadzieję. Tę okrutną próbę przechodzi jednak z Chrystusem zwycięsko, a owocem tych zmagań jest jego duchowe dzieło Ćwiczenia duchowne.
Ad maiorem Dei gloriam
Wiedziony pragnieniem męczeństwa, pielgrzymuje do Ziemi Świętej z nadzieją spotkania tam Turków, z których ręki mógłby otrzymać wieniec zbawienia. Bóg ma jednak inny plan dla niego. Czterdziestoparoletni Ignacy trafia na Sorbonę, gdzie poznaje przyszłych świętych Kościoła katolickiego: Franciszka Ksawerego i Piotra Favrera, później poznaje jeszcze innych i razem składają śluby zakonne. Rozpoczyna się nowy rozdział w życiu Kościoła, oto zostaną położone podwaliny pod nowy zakon męski – zakon jezuitów. Papież entuzjastycznie przyjmuje tę wieść i zaleca wszystkim zakonnikom przyjąć święcenia kapłańskie, tak też się dzieje. Rozpoczynają się starania o zatwierdzenie nowej rodziny zakonnej, stosunkowo szybko otrzymano zgodę i zatwierdzono działalność wraz z nową Formułą. W taki oto sposób powstaje zakon Towarzystwo Jezusowe, który odegra doniosłą rolę w życiu Kościoła katolickiego. Jego twórca umiera 31 lipca 1556 r., gdy zakon liczy już ponad 1000 członków. Zostaje kanonizowany w 1623 r. i ogłoszony patronem wszystkich rekolekcji, żołnierzy, a także matek oczekujących i rodzących potomstwo.
Któż by przewidział, że swarny młodzieniec, skory do utarczek i bijatyk przyczyni się do takiego rozkwitu ducha apostolskiego w Kościele. Życie Ignacego Loyoli pokazuje nam, jak Bóg ze swą miłością wchodzi w życie każdego z nas; nie ważne, czy masz być kapłanem, czy mężem, zakonnicą, czy matką. On wybiera cię do tej jednej szczególnej roli, przypisanej tylko tobie, nikomu innemu – to jest ekskluzywny projekt Boga-Ojca wobec każdego człowieka, każdy projekt jest inny, niepowtarzalny. Nikt inny tak dobrze nie wykona Bożego planu skonstruowanego dla ciebie, jak właśnie ty jeden. Zawsze jest czas na nawrócenie, na całkowity powrót do Boga, na zepchnięcie grzechów i odpokutowanie ich. Św. Ignacy pokazuje nam, że człowiek może stać się lepszym, że warto wierzyć w zmianę człowieka i warto dać mu szansę. Nie wolno nam nikogo przekreślać, nawet najgorszego człowieka. Nie mamy do tego prawa, bo nigdy nie wiadomo, jaki plan ma wobec niego Miłosierny Ojciec.
NOWY! Autor: bezbożnik | Dodano: 2013-11-02 21:10:12
TV Fox News ujawniła, jakie przesłuchania w czasie odprawy przed otrzymaniem przydziału służbowego przechodzą rekruci ubiegający się o członkostwo w Fort Hood w Killeen (Teksas), największej jednostki wojskowej w USA.
Podczas jednej z ostatnich odpraw zamiast spodziewanych wskazówek związanych ochroną tajemnicy wojskowej, ostrzeżeń przed inwigilacją itp., żołnierze wysłuchali półgodzinnego wykładu na temat szkodliwości niektórych organizacji religijnych, stowarzyszeń i partii politycznych.
Jednym z największych zagrożeń dla armii są chrześcijanie nurtu protestantyzmu ewangelikalnego. To głównie niewielkie wspólnoty o luźnej hierarchii i uproszczonej doktrynie, aktywnie włączające się w obronę podstawowych wartości chrześcijańskich. Ich działalność została określona jako „szkodliwa dla narodu” i „rozdzierająca kraj”. Podobną opinią cieszy się konserwatywna frakcja Republikanów, tzw. Tea Party, czy Amerykańskie Stowarzyszenie Rodzin, promujące biblijną wizję małżeństwa, rodziny i wychowania. Żołnierze zostali poinformowani, że przekazanie datku na którąś z tych grup będzie karane jako złamanie prawa regulującego odbywanie służby wojskowej.
– Amerykańska opinia publiczna powinna być oburzona tym, że U.S. Army uczy swoich żołnierzy, iż chrześcijanie i członkowie Tea Party stanowią największe zagrożenie i karze się ich za członkostwo lub wsparcie tych grup – uważa Michael Berry, były oficer biura prawnego piechoty morskiej (Marines JAG), obecnie pracujący dla Instytutu Wolności. Berry zapowiedział złożenie doniesienia o popełnieniu przestępstwa.
– Byłem zszokowany, nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Poczułem, że odebrano mi wartości, dla których obrony ryzykuję życie i poświęcam swój czas z dala od rodziny – opowiada jeden z żołnierzy, podkreślając przy tym, że wolność religijna, poglądów i przekonań to fundamenty na których opiera się demokracja Stanów Zjednoczonych. – Moja pierwsza myśl była taka, że będę miał problemy z powodu chodzenia do kościoła. A co, jeśli wpłacę na programy charytatywne? A co, jeśli wesprę polityka Tea Party? – zastanawia się żołnierz.
Członkowie Sojuszu Kapelanów na Rzecz Wolności Religijnej i kilka innych organizacji walczących o przestrzeganie praw obywatelskich żądają osobistej interwencji szefa Pentagonu, Chucka Hagela.
Mimo, iż żołnierze posiadają kopie wyświetlanych slajdów, departament obrony zaprzecza ich informacjom. Zdaniem rzecznika, armia nie prowadzi żadnej listy organizacji ekstremistycznych, a prezentowane materiały pochodzą z internetu. Dowództwo bazy Fort Hood poinformowało o wszczęciu dochodzenia, jednak odcina się od doniesień telewizji Fox News.
Z medialnych doniesień wynika, że antychrześcijańskie wystąpienia o podobnych charakterze zdarzają się w siłach zbrojnych coraz częściej. W kwietniu ub. r. w czasie odprawy rezerwistów chrześcijanie ewangelikalni i katolicy zostali zaliczeni do „religijnych ekstremistów”. Dowództwo tłumaczyło wtedy, że to „odosobnione nadużycie”. Tymczasem odnotowano już dziesiątki doniesień o wskazywaniu organizacji chrześcijańskich i prorodzinnych jako „grup nienawiści”. – Jedyne wyjaśnienie zaangażowania armii w antychrześcijańską propagandę to celowe działanie administracji Obamy w celu zastraszenia żołnierzy i odseparowania ich od grup, które wspierają – uważa Tony Perkins, przewodniczący organizacji Rada Badań nad Rodziną.
NOWY! Autor: bibi | Dodano: 2013-11-02 21:29:22
Do Braci Cypriana, Jana , Alberta Mocherow i wszystkich dobrowolnie i z wlasnej woli marszczacych Freda, zalozcie sobie osobny temat i zwijajcie swe smierdzace skarpetki z tad.
NOWY! Autor: Brat Lucjusz | Dodano: 2013-11-02 22:00:19
bibi skoro aż tak bardzo denerwują cię te wspisy to zacznij czytać inne forum .Szkoda twego zdrowia. nie denerwuj sie tak ...
NOWY! Autor: Biba | Dodano: 2013-11-02 22:18:50
TEGO, że KO****WSKI vel Szczynukowycz jest zakamuflowanym ŻYDEM - rezydentem i namiestnikiem i sra Ela w POlsce - nie widzi tylko ślepy, głuchy i niewykształcony ! ! ! ! ! OTO FAKTY: 1)podszył się pod szlacheckie, hrabiowskie pochodzenie - udawać kogoś innego (nieżyda, gorliwego katolika i patriotę), to typowa żydowska cecha kamuflażu zgodna z zasadami talmudu, 2)żona żydówka - żydzi niezwykle rzadko zawierają mieszane małżeństwa z gojami (nieżydami), bo zabrania tego talmud, 3)żydzi mnożą się, jak króliki (tak nakazuje im talmud ), a Bul nastukał 5-cioro mośków, 4)w jego komitecie wyborczym na prezydenta 90% to żydzi (razem się trzymają i POpierają wzajemnie na całym świecie) - m.in. takie żydowskie kanalie, jak: Bartoszewski, Dworak, Fibak, Hartman, Hall, Holland, Lityński, Materna, Mazowiecki, Olbrychski, Pszoniak, Samsonowicz, Wajda, Wałęsa, Wujec i inni, 5)w najbliższym jego otoczeniu - w kancelarii oraz doradcy - prawie wszyscy, to żydzi m.in.- Tadeusz Mazowiecki, Henryk Wujec, Jan Lityński, Tomasz Nałęcz, Jerzy Osiatyński, Jacek Michałowski, Jerzy Regulski, Dariusz Młotkiewicz, Krzysztof Łaszkiewicz, Irena Wóycicka, Jerzy Pruski, Maciej Żylicz, Maciej Piróg, Joanna Staręga-Piasek, 6) jego działalność Polityczna związana jest z antypolskimi organizacjami z kierownictwem o żydowskim rodowodzie takimi, jak: ROPCiO, Solidarność, UD, UW, AWS, SKL, KLD, PO. Ma też dziwne powiązania i niejasne kontakty z antypolską masonerią żydowską z syjonistycznej organizacji żydowskiej Bânai Bârith - Loża Polin. 7)jest zaprzyjaźniony z żydem Michnikiem i POpierany przez żydowską GW i inne żydowskie media, m.in. takie, jak TVN i Polsat, 8)staje w obronie HGW (vel Hajka Grundbaum) - żydówki, 9)aktywnie i ochoczo uczestniczy we wszystkich żydowskich uroczystościach w POlsce, 10)cieszy się uznaniem i POparciem władz i sra Ela, 11)wspólnie z Szechterem i GW był inspiratorem szyderczego i antypolskiego happeningu "orzeł może", 12)podpisuje antydemokratyczne i antynarodowe ustawy (m.in. o środkach przymusu bezpośredniego, prawo o zgromadzeniach, o chorobach zakaźnych i obowiązkowych szczepieniach, o wieku emerytalnym, o elastycznym czasie pracy i okresie rozliczeniowym), 13)Orderem Orła Białego dekoruje największych szkodników, polakożerców i wrogów Polski przede wszystkim żydów m.in. takich, jak: Michnik, Buzek, J.K.Bielecki, Hall, Samsonowicz, Wajda, Romaszewski, Strzembosz, i sam siebie, 14)w czerwcu 2012 r. żydorząd PeO za aprobatą Ko****wskiego podpisał umowy o współpracy wojskowej i wywiadowczej z i sra elem - deklaracja w sprawie rozwoju dwustronnej współpracy w dziedzinie obronności oraz umowa w sprawie wzajemnej ochrony informacji niejawnych związanych ze współpracą obronną i wojskową - co oznacza, że już nie tylko polski rząd, sejm, senat, kancelaria prezydenta oraz finanse państwa i media, ale także polska armia i służby specjalne są już pod kontrolą moSSadu i władz i sra Ela, 15)należy też wspomnieć o jego semickich cechach anatomicznych budowy twarzoczaszki widocznych gołym okiem jedynie dla wtajemniczonych specjalistów. To tylko niektóre fakty świadczące o żydowskim POchodzeniu rezydenta Szczynukowycza BULA Ko****wskiego - prezydenta polskich żydów - ŻYDA działającego na szkodę Polski i Polaków ! ! ! ! !
NOWY! Autor: brat Damian | Dodano: 2013-11-02 22:41:03
Biba to są naprawde twoje doświadczenia ze szlaków Camina ???
NOWY! Autor: Kaka | Dodano: 2013-11-02 22:48:02
Jak widać nie tylko Jego... jakby nie mogli pisać gdzie indziej... :(
NOWY! Autor: Dr | Dodano: 2013-11-02 23:17:50
@Kaka, trudno tą grypkę trzeba przejść.
NOWY! Autor: mgr | Dodano: 2013-11-03 00:06:31
Naprawde jestescie upierdliwi
NOWY! Autor: xxx | Dodano: 2013-11-03 00:42:05
Niestety wirus grypy ma to do siebie ,zę non stop zaraża następnych i co gorsza mutuje
NOWY! Autor: antoni | Dodano: 2013-11-03 15:30:38
Na serio moja droga z Panem Bogiem zaczęła się 16 lat temu. Wcześniej żyłem po swojemu, tak jak chciałem, miałem swój plan na życie i wydawało mi się, że Pan Bóg jest mi do życia niepotrzebny.
Chodziłem do kościoła, uważałem się za osobę wierzącą, ale tak naprawdę byłem bardzo daleko od Niego. Moje pomysły na życie wydawały mi się najlepsze, aż w końcu doprowadziły mnie do takiej sytuacji, że stanąłem pod ścianą i myślałem o tym, aby odebrać sobie życie.
Byłem alkoholikiem i alkohol niszczył moje marzenia, życie, małżeństwo, aż sprawił, że duchowo byłem martwy. Fizycznie jeszcze żyłem, ale duchowo już umierałem. Dzisiaj wiem, że nie ma nic gorszego niż duchowa śmierć, ponieważ to jest tak ogromny ból, którego na dodatek nie można niczym uśmierzyć. Ból fizyczny jest w porównaniu do niego jeszcze drobnostką, ponieważ da się go jeszcze zmniejszyć środkami farmakologicznymi, a kiedy dusza wewnątrz krzyczy z bólu to nie ma na to żadnego lekarstwa, a jedynie Bóg może uśmierzyć jej krzyk. Właśnie alkohol sprawił, że mój duch umierał. W wieku 38 lat, w którym normalny człowiek przeżywa pełnię witalnych sił i aktywności, ja byłem w totalnej depresji i nie wiedziałem już, co mam ze sobą zrobić. To spowodowało, że zacząłem myślałem o śmierci, ponieważ życie wydawało mi się już nieznośne. I wtedy dokonałem przełomowego kroku, na który czekał Pan Bóg, aby móc wkroczyć ze swoją łaską w moje życie - po raz pierwszy stanąłem w prawdzie przed Nim i przed sobą. Przyznałem się do tego, że mam problem z którym nie potrafię poradzić sobie w moim życiu, i że w ogóle nie jestem w stanie poradzić sobie z moim życiem. Wtedy z mojego wnętrza wyrwał się krzyk, takie wołanie o pomoc w poczuciu totalnej bezsilności: „Boże jeżeli jesteś, to mnie ratuj, zrób coś!”. Otworzyłem serce przed Bogiem, ponieważ czułem, że już nie mam nic do stracenia i zgodziłem się na wszystko. Dzisiaj myślę, że tę ogromną łaskę nawrócenia otrzymałem dzięki modlitwie mojej żony i córki, które wyprosiły mi trzeźwość i nowe życie. Po tym doświadczeniu zgodziłem się pójść na terapię i wstąpiłem do wspólnoty Anonimowych Alkoholików.
Powolutku zacząłem wychodzić z mojego alkoholizmu, ale Panu Bogu to nie wystarczyło. Chciał mi dać o wiele więcej niż samą trzeźwość. Zaczął stawiać na mojej drodze kolejne osoby, które najpierw zaprowadziły mnie na dni skupienia dla Anonimowych Alkoholików, a stamtąd trafiłem do Stryszawy na kurs Filip prowadzony przez Wspólnotę Galilea. Można powiedzieć, ze zostaliśmy razem z żona w niego „wmanipulowani”. Zachęciła nas do niego osoba, która nie miała transportu, aby się tam dostać i dlatego użyła wszystkich swoich sił, aby nas w to wciągnąć. Jednak przez to wszystko działał Bóg, aby całkowicie mnie uzdrowić, ponieważ pomimo tego, że zostałem już wyrwany z alkoholizmu nosiłem w sobie jeszcze wiele zranień, m.in. ogromne poczucie winy. Tam Pan Bóg mnie uzdrowił, dał ogromne poczucie pokoju i wewnętrznego uporządkowania, w końcu minął chaos, z którego poczuciem ciągle żyłem. Doświadczyłem tam także ogromu Bożej miłości, tak że wyrywał się z mojego serca krzyk: „Boże, to jest to miejsce, w którym ja chcę być!”. Miałem wprost fizyczne poczucie, jakby schodził ze mnie ogromny ciężar, z którym żyłem latami. Pomimo tego na początku czułem się dziwnie we wspólnocie – były tam osoby, które regularnie czytały Pismo Święte, modliły się uwielbieniem. To był dla mnie kosmos! Nigdy wcześniej nie spotkałem takich ludzi i nie wiedziałem, jak się w tym wszystkim odnaleźć. I wtedy w moim sercu zrodziło się kolejne pytanie zasiane nutką wątpliwości: „Panie Boże, czego Ty ode mnie oczekujesz? Przecież ja tutaj nie pasuję!”. Bóg mnie pociągał, miałem ogromne doświadczenie Bożej łaski, a z drugiej strony odczuwałem lęk, że się nie odnajdę wśród tych ludzi we wspólnocie. To wszystko było spowodowane na pewno moją zaniżoną samooceną wynikającą z choroby alkoholowej. Na szczęście Bóg mnie „popychał”, przekonując, że to jest właśnie moje miejsce. I tak kłóciłem się z Panem Bogiem przez rok, ale po tym czasie dałem sobie spokój i stwierdziłem, że z Bogiem nie wygram i jeżeli to ma być moje miejsce to niech on resztę załatwi.
Od momentu, kiedy wyraziłem zgodę, by Pan Bóg był tym, który prowadzi mnie przez życie zaczęły dziać się ze mną i z moją rodziną niesamowite rzeczy. Pierwszym cudem było odbudowanie relacji z moją żoną. Od wielu lat po raz pierwszy byłem w stanie spokojnie z nią usiąść i porozmawiać, a także wybaczyć sobie nawzajem zranienia, które sobie wyrządziliśmy. Bóg mnie tak „wmanewrował” we wspólnotę, że po dwóch latach byłem w stanie otworzyć razem z żoną dom Zmartwychwstania – miejsce, gdzie mogą przychodzić inne osoby, aby móc posłuchać o tym, co czyni dzisiaj Bóg, o jego szalonej miłości i planie zbawienia, jaki ma dla każdego z nas. W tym roku, gdy go otworzyłem, doświadczyłem także fizycznego uzdrowienia i rzuciłem palenie. Bo to jest tak, jak niektórzy mówią, że ilość nałogów jest zawsze stała. U mnie zadziałał właśnie ten mechanizm, że kiedy przestałem pić to zacząłem niesamowicie dużo palić i w żaden sposób nie potrafiłem sobie z tym poradzić. I wtedy Pan Bóg po prostu mi to zabrał i przez to zrozumiałem jeszcze jedną rzecz, że o wszelkie dobro, które Pan Bóg mi dał, ja też muszę walczyć, też muszę się o nie zatroszczyć. Wiele osób, które również otrzymały dar bezbolesnego rzucenia papierosów, gdzieś później wróciły do nałogu. Dlatego o wyzwolenie, które Pan Bóg daje ze swojej miłości trzeba dbać, należy walczyć, aby go nie zmarnować i właśnie do tego potrzebni są także ludzie we wspólnocie, aby się nawzajem wspierać modlitwą i dobrym słowem. Jednocześnie pojawiła się we mnie świadomość, że nie mogę tego wszystkiego, co otrzymałem, zatrzymywać tylko dla siebie, ale powinienem się tym dzielić, aby inni wiedzieli, że też mogą skorzystać z bezwarunkowej i darmowej Bożej łaski.
Nie miałem już później żadnych powrotów do alkoholu czy nikotyny i mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością za słowo, że doświadczyłem uzdrowienia. Jednocześnie mam świadomość, że nadal nie mogę nawet próbować żadnego alkoholu. Z jednej strony wiem, że jestem alkoholikiem i tylko to, co dzieli mnie przed powrotem do choroby to jest kieliszek i dlatego nie chcę eksperymentować, a z drugiej to dzięki Bogu przemieniło się całe moje myślenie. Odkryłem, że alkohol i papierosy nie są mi potrzebne do szczęścia, nie muszę już zażywać środków chemicznych, aby spotęgować moją radość, bo sam fakt doświadczenia Boga w moim życiu mi wystarczy. To jest to ogromne szczęście, która sprawia, że mogę działać i dzielić się Chrystusem z innymi. Tak jak elektrownia jądrowa, która ciągle wytwarza prąd, tak doświadczenie Boga w życiu sprawia, że pragnie się dzielić Nim z innymi i ma się odwagę przyznać do tego, jak wyglądało wcześniejsze życie przed Jego doświadczeniem. Czasami ktoś się mnie pyta, czy nie mam dosyć, czy nie jestem już zmęczony. A ja wiem, co otrzymałem i co mogę stracić, gdybym wrócił do starego życia. Rachunek jest prosty – Bóg dał mi pamięć, co było kiedyś i nie chcę do tego wracać. Z drugiej strony wiem, jak cudownej bliskości Boga doświadczyłem w moim życiu, i jak wspaniałych przyjaciół dała mi wspólnota. Wszyscy mamy bardzo trudne doświadczenia życiowe, ale to, co nas łączy to Chrystus. On jest w centrum mojego życia i On cementuje to, co robię i dokąd idę. Gdyby nie Bóg i wspólnota, którą mi dał, to dzisiaj bym nie żył, bo stałem już jedną nogą w grobie. Ewangelizacja jest teraz dla mnie głównym celem życia – niesienie Dobrej Nowiny w środowisku, gdzie mieszkam, pracuję, aby inni też mogli poznać Jezusa. Chwała Panu!
NOWY! Autor: Y | Dodano: 2013-11-03 17:52:43
@ antoni, szczerze gratuluje bardzo silnej woli. Ty jednak pomyliles watki i fora. Ten jest akurat o
CAMINO! Jesli jednak jestes przekonany, ze Bog ci pomogl, to podeslj ten ladny tekst bp. Flaszcze i kilku jego kompanom. Oni mimo bardzo bliskich ukaladow tej laski nie maja. Cierpia biedacy na niemoc i bez actimelka ani rusz.
NOWY! Autor: X | Dodano: 2013-11-03 17:59:27
A ty Y nie potrafisz nawet odmienić słowa flaszka. Chyba też jesteś pod wpływem pogański nieuku..
NOWY! Autor: Jaz | Dodano: 2013-11-03 18:19:14
Rozpoznać to łatwo,że dostałeś się pod skrzydła świadków Jehowy.
A mogłeś przecież być przyzwoitym człowiekiem od początku.Miałeś wolną wolę i mogłeś wybierać,niekoniecznie picie bez opamiętania.W końcu sporządniałeś.Lepiej późno niż wcale.
NOWY! Autor: Ana | Dodano: 2013-11-03 19:36:02
@X Każdy ma prawo wypowiadać swoje poglądy.Ale byłoby tu przyjemniej bez Ciebie.
NOWY! Autor: Marcin | Dodano: 2013-11-03 21:43:17
W kilka dni wolnego chcialoby sie cos fajnego poczytac o Camino, a tu sami nawiedzeni debile
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-11-03 22:25:25
Prosta rzecz - woda, a jakie piękne mogą być o niej wspomnienia...
Wędrowałem sobie camino na zachód od Fragi. Skończyła się piękna kraina, kojarząca się z brzoskwiniami, gruszkami i FC Barcelona, czyli Katalonia. Zaczęla się Aragonia, czyli obszerna półpustynia z kępkami trawy tkwiącymi co jakiś czas w jałowym gruncie. Było gorąco i cherlawe krzaczki nie dawały cienia, nawet jeśli ktoś próbował się pod nie wcisnąć,
Z naprzeciwka wysuszoną drogę jedzie traktor. Zatrzymuje się przy pielgrzymie idącym naprzeciw. Z traktora zsiada jegomość, chwilę grzebie w kufrze będącym na wyposażeniu i wyjmuje butelkę naprawdę zimnej wody i częstuje nieznajomego nawet nie wiedząc, czy ów mówi w jego języku. Dziękuję jak tylko potrafię, choć nie wiem ile słów poza "dziękuję" do traktorzysty dotarło. Człowiek wsiada na traktor i jedzie dalej.
Dla mnie było to jedno z piękniejszych doświadczeń camino. Zwykła życzliwość i nic więcej. Mało, a jak wiele!
NOWY! Autor: dla Y | Dodano: 2013-11-03 23:21:21
Pau d'Arco pomaga w leczeniu wielu groźnych chorób, takich jak: anemia, zapalenie oskrzeli, wszelkie choroby nowotworowe a szczególnie rak krwi, płuc, żołądka, jelit oraz gruczołu krokowego, zapalenie jelita grubego, cukrzyca, egzema, zapalenie pęcherza moczowego, nieżyt żołądka, owrzodzenia układu pokarmowego, trudno gojące się rany, rzeżączka, zapalenie przydatków, upławy białe, toczeń, zapalenie szpiku kości, przerost gruczołu krokowego, łuszczyca, reumatyzm, grzybica, wszelkie choroby skóry, syfilis, wrzodziejące zapalenie jelita grubego, żylaki, kandydoza, SM. Złośliwe zarazki, powodujące wszystkie te choroby nie są w stanie oprzeć się antybiotykom i innym leczniczym związkom występującym w korze tego potężnego, długowiecznego drzewa. Pau d'Arco nawet przy długim stosowaniu nie powoduje żadnych szkodliwych skutków ubocznych.
Prof. Dr Walter Accorsi: " Z moich doświadczeń z Pau d'Arco wynika, że środek ten eliminuje ból towarzyszący chorym na raka i zwiększa liczbę erytrocytów. Zdumienie nasze spotęgowało się, gdy zaobserwowaliśmy, że kora ta leczy także owrzodzenia układu pokarmowego, cukrzycę i reumatyzm Największe wrażenie zrobił na nas krótki czas prowadzący do wyleczenia. Zwykle trwał on mniej niż miesiąc!"
W Pau d'Arco stwierdzono wiele związków o silnym działaniu antybakteryjnym, przeciwwirusowym, antyrakowym oraz przeciwgrzybiczym. Posiada ono też właściwości ogólnie wzmacniające organizm oraz system odpornościowy. Posiada także wiele pierwiastków śladowych, które ładują elektrycznie komórki ludzkiego organizmu poprzez oddziaływanie promieniami alfa. Pau d'Arco zawiera również pewną ilość przypominającego naftochoniny ksylidonu, betalapachon oraz odwodniony lapachon z najbardziej zmiennym lapacholem. W wielu krajach stale prowadzone są badania nad antybiotycznymi właściwościami lapacholu. Znane są częste przypadki wyleczeń z białaczki. U jednego z chorych na raka krwi pacjentów, u którego w jednym milimetrze sześciennym krwi stwierdzono aż 240000 leukocytów, stosowanie Pau d'Arco zaowocowało gwałtownym spadkiem liczby leukocytów do 20000, co uważa się za stan normalny. Dnia 6 listopada 1967 roku w argentyńskim dzienniku "La Razon" opisano przypadek chorego na białaczkę chłopca, który został wyleczony z tej choroby w wyniku kuracji ekstraktem Pau d'Arco zaleconej przez doktora Meyera. Dr Octawiano Gaiarsa: "Znam osobiście przypadki wyleczenia anemii, potwierdzone wzrostem liczby czerwonych ciałek krwi, jak również wszelkiego rodzaju wrzodów. Wyleczenie następowało zazwyczaj po upływie zaledwie miesiąca".
DAWKOWANIE: profilaktycznie - 3 razy dziennie 1 kaps., leczniczo - 3 razy dziennie 2 kaps., po 1 tygodniu 3x3 kaps., po 2 tygodniach 3x4 kaps. zawsze popijając 1 szklanką wody lub herbaty z mieszanki ziołowej (nagietek, skrzyp, melisa, chmiel, pokrzywa, mniszek, kozieradka, ow. róży, guz brzozy, lipa, dziurawiec, liść borówki czernicy) ok. 30 min. przed jedzeniem. W przypadku poważnych chorób Pau d'Arco należy stosować nawet przez wiele miesięcy robiąc 1-tygodniową przerwę po każdym miesiącu. Jeżeli większe dawki nie są przez organizm dobrze tolerowane należy je zmniejszyć. Dzieciom w wieku poniżej 7 lat należy podawać dawki o połowę mniejsze, kontrolując reakcję organizmu. Zawartość kapsułek można też wysypać, zalać wrzątkiem i po zaparzeniu wypić.
UWAGA: W czasie stosowania Pau d'Arco wskazane jest ograniczenie spożycia: pokarmów mięsnych, nabiałowych, produktów zawierających rafinowany cukier oraz używek (włącznie z kawą, mocną herbatą i czekoladą). Wskazane zaś jest spożywanie : owoców, warzyw, nierafinowanych produktów zbożowych, kasz (szczególnie jaglanej), płatków owsianych, roślin strączkowych, przetworów soi, orzechów i nasion.
NOWY! Autor: czech | Dodano: 2013-11-03 23:29:33
Jak to możliwe, że w skrajnych dla chrześcijan warunkach zatryumfował Chrystus? Dlaczego największe państwo na ziemi, prześladujące wyznawców Chrystusa stało się w ciągu jednego pokolenia chrześcijańskie?
Konstantyn Wielki to człowiek, którego śmiało można postawić obok św. Pawła w roli jednego z najważniejszych fundatorów chrześcijaństwa. Przyglądając się wielkeij przemianie kulturowej i duchowej jaka nastąpiła na początku IV wieku, widać wyraźnie jak Bóg potrafi się posłużyć jednym człowiekiem, by upowszechnić wiarę katolicką w całym Imperium Romanum, co było jednoznaczne z chrystianizacją całego kontynentu. Mimo tak znaczących, zmian jakich dokonał Konstatyn władca ten do dzisiaj pozostaje postacią nie zrozumianą; często błędnie oskarżany o ariańską herezję lub tylko instrumentalne podejście do wiary, wymaga rehabilitacji, która przywróci mu w powszechnej opinii należne, szacowne miejsce.
Pogańskie imperium i chrześcijański władca?
Konstantynem zajmiemy się z perspektywy historii Kościoła. Będzie nas interesowało jego słynne nawrócenie, rozwój wiary, działania i reformy na rzecz wspólnoty chrześcijańskiej, a wreszcie chrzest. Nie zajmiemy się obszerniej biografią cesarza ani jego dokonaniami politycznymi, które można wystarczająco poznać z wielu dostępnych publikacji historycznych. Zajmiemy się więc niezwykłym działem nawrócenia najpotężniejszego imperium ówczesnego świata, które dokonało się przez nawrócenie jednego człowieka..
Od nawrócenia do chrztu daleka droga...
Ziemie Zachodu, dzięki łagodności ojca Konstantyna, Konstancjusza Chlorusa, nie wchłonęły nawet jednej kropli krwi chrześcijańskiej. Jak przekonuje nas współczesny wydarzeniom Laktancjusz, pod rządami Konstancjusza zburzono jedynie kilka kościołów – cesarz musiał na to pozwolić, by nie wywołać gniewu Dioklecjana, który prześladowania zainicjował i wymagał ich wprowadzenia w całym Imperium jako najwyższy władca państwa. Konstancjusz z pewnością nie był chrześcijaninem, źródła dają jednak jasno do zrozumienia, że z chrześcijaństwem sympatyzował. Jednej z córek nadał chrześcijańskie imię – Anastazja. Na wiarę w Chrystusa nawróciła się też z pewnością jego druga córka, Julia Flawia Konstancja. Pierwsza żona Chlorusa, matka Konstantyna – Helena – mogła sympatyzować z chrześcijaństwem przez długi czas, zanim zdecydowała się ostatecznie na nawrócenie w latach 20-tych IV wieku. Konstantyn dorastał więc w rodzinie, w której łatwo mógł nabrać pozytywnego stosunku do Kościoła.
Sam nawrócił się jednak dopiero w roku 311. Tradycja sytuuje to wydarzenie tuż przed bitwą z Maksencjuszem 28 października 312, ale według najnowszych, przekonujących ustaleń historyków, jest to data zbyt późna. Według Laktancjusza, Konstantyn przed bitwą z Maksencjuszem miał sen, w którym Bóg ukazał mu chryzmę, monogram Chrystusa, złożony z greckich liter – „chi” (X) i „ro” (P). Cesarz miał umieścić chryzmę na tarczach swoich żołnierzy i dzięki temu osiągnąć zwycięstwo nad Maksencjuszem. Wersja ta zawiera, jak się zdaje, jedynie część prawdy. Według świadectwa Euzebiusza z Cezarei, Konstantyn, owszem, miał sen, w którym objawił mu się Chrystus. Wcześniej jednak – i to już w roku 310, jak zaświadcza panegiryk z tego okresu – ujrzał na niebiosach świetlistą wizję, którą początkowo interpretował jako objawienie pogańskiego boga Sol Invictus (Słońca Niezwyciężonego). W czasie 311 Konstantyn doszedł jednak do przekonania, które pomogli mu utrwalić katoliccy duchowni, że w istocie objawił mu się sam Bóg Najwyższy.
Chociaż tradycja sytuuje objawienie i sen tuż przed bitwą z Maksencjuszem 28 października 312 roku, Euzebiusz jasno wskazuje w obu swoich dziełach (Historia Ecclesiastica i Vita Constantini), że wizja i sen miały miejsce przed rozpoczęciem kampanii wojennej przeciw Maksencjuszowi. Od historyka Eutropiusza oraz z panegiryku z 313 roku wiemy, że kampania ta zaczęła się jesienią 311 roku. W istocie więc Konstantyn już wtedy stał się chrześcijaninem. Datacja Euzebiusza, potwierdzona jeszcze przez panegiryk z 310 roku, zasługuje na większą wiarę od datacji Laktancjusza, przede wszystkim dlatego, że Euzebiusz poznał całą historię po 325 roku od samego Konstantyna Wielkiego, w dodatku – pod przysięgą. Euzebiusz pisze też, że wizji towarzyszył objawiony na niebiosach napis „en touto nika”, znany lepiej w łacińskim brzmieniu „in hoc signo vinces”, a więc – „w tym znaku zwyciężysz”. Co do samej kluczowej bitwy z Maksencjuszem, w której Konstantyn wystąpił już jako sługa Boga chrześcijańskiego, to rozegrała się ona niedaleko miejscowości Saxa Rubra. Tam wojska Maksencjusza zostały odparte przez Konstantyna, i w bezładnej ucieczce próbowały wycofać się do Rzymu przez most pontonowy, który powstał obok wcześniej zburzonego Mostu Mulwijskiego. Z powodu paniki, wielu żołnierzy utopiło się w Tybrze, a wraz z nimi – sam Maksencjusz.
Bez wątpienia, tak jak przekazuje tradycja, to sam Bóg wy brał Konstantyna na – można rzec – apostoła wiary katolickiej. Nie stało się to jednak w jednym momencie, ale w procesie, który trwał przynajmniej przez rok. Niemniej Konstantyn, jak można sądzić, postrzegał swoją misję na podobę misji powierzonej św. Pawłowi. Apostołowi Pogan niemal trzysta lat przed Konstantynem Bóg objawił się w drodze do Damaszku; potrzebował on jednak, jak wiemy z Dziejów Apostolskich, jeszcze roku spędzonego w Arabii, by utrwalić swoją wiarę. Konstantyn w 337 roku na własne życzenie został pochowany w mauzoleum w Konstantynopolu, wybudowanym przy kościele św. Apostołów. Być może wskazuje to właśnie na związek ze św. Pawłem, jaki Konstantyn dostrzegał w historii swojego nawrócenia.
Chrzest władca przyjął dopiero przed śmiercią z rąk biskupa Euzebiusza z Nikomedii. Fakt ten przytacza się niekiedy jako świadectwo słabej wiary Konstantyna, który w rzeczywistości miałby się nawrócić dopiero u kresu życia. Jest to rażąca nieprawda. W IV wieku późny chrzest był rzeczą zupełnie normalną, a to z prostej przyczyny. Chrzest zmywa nie tylko grzech pierworodny, ale i wszystkie inne grzechy. W ówczesnym Kościele nie odpuszczano wielu przewin tak łatwo, jak dzisiaj – zwłaszcza takich, jakie – chcąc nie chcąc – władca Imperium po prostu musiał popełniać. Gdyby Konstantyn przyjął chrzest wcześniej, jego możliwości jako polityka zostałyby radykalnie ograniczone. Spójrzmy na cesarza Teodozjusza, władcę przecież par excellence chrześcijańskiego. Zmarł w roku 395, a chrzest otrzymał już w 380 – ale tylko dlatego, że leżał wówczas złożony ciężką chorobą i spodziewał się rychłej śmierci. Nikt dziś nie wątpi w prawdziwość wiary Teodozjusza; jego casus potwierdza jasno nierzetelność zarzutów stawianych Konstantynowi.
Zalegalizować Chrystusa
Cesarz w przeciągu 25 lat od swojego nawrócenia do śmierci dał wiele jasnych dowodów ogromnego oddania wierze katolickiej. Świadomie pominę tu sprawę tzw. edyktu mediolańskiego. Uważany kiedyś za dokument zatwierdzający legalność wiary chrześcijańskiej, dziś jest widziany przez historyków raczej jako zbiór przepisów wykonawczych do edyktu cesarza Galeriusza z 311 roku, którym zakończył ostatecznie prześladowania chrześcijan. W tym samym jednak 313 roku, w którym cesarz wraz ze współrządzącym Licyniuszem opublikował w Mediolanie ów „edykt”, władca zajął się intensywnie zwalczaniem schizmy donatystów w Afryce Północnej, która niezwykle silnie destabilizowała tamtejszy Kościół. Cesarz interweniował najpierw u biskupa Rzymu, Militiadesa, w rok później zwołał synod w Arles; w 317 roku nakazał konfiskatę kościołów donatystów i przekazanie ich katolikom, a wreszcie zdecydował się nawet na użycie siły militarnej przeciw schizmatykom. Ten ostatni fakt na pierwszy rzut oka przemawia przeciw Konstantynowi, czyni go bowiem pierwszym, który rozkazał zabijać w imię wiary katolickiej. W istocie rzecz miała się inaczej. Donatyści dysponowali własnymi oddziałami fanatycznych wieśniaków, po łacinie zwanych circumcelliones, którzy wśród gwałtu i przemocy szerzyli swoją wersję chrześcijaństwa w Afryce. Konstantyn odpowiedział zbrojnie na zbrojną agresję, w trosce nie tylko o czystość doktryny, ale i o zdrowie i życie afrykańskich katolików.
Od schizmy donatystycznej o wiele słynniejsza jest herezja ariańska, z którą imię Konstantyna jest nierozerwalnie związane. W 325 na soborze nicejskim zwołanym przez cesarza uchwalono credo, które otwarcie sprzeciwiało się heretyckim ideom Ariusza. Ariusz, by ująć rzecz skrótowo, był subordynacjonistą, a więc chciał, by Jezus Chrystus był stworzony, a nie zrodzony przez Boga, i w związku z tym, by był niższą osobą Trójcy.
Z listów samego Konstantyna wiemy, że nie orientował on się zbyt dobrze w meandrach teologii. Jego główną troską było zabieganie o jedność Kościoła. Na soborze nicejskim swoim autorytetem wymusił podpisanie antyariańskiego credo, przeciw czemu oponowało bardzo wielu biskupów. Niejednokrotnie mówi się, że sam Konstantyn sprzyjał arianom. Faktycznie, w jego otoczeniu było ich wielu: Euzebiusz z Nikomedii, który udzielił mu chrztu; siostra Konstancja; być może Euzebiusz z Cezarei, słynny biograf i panegirysta cesarza; wreszcie sama matka Konstantyna, św. Helena, darzyła wielkim szacunkiem Lucjana z Antiochii, od którego to herezja ariańska bierze swój właściwy początek. Jednak mimo niewątpliwego wpływu na cesarza tych wszystkich osób, w decydującym momencie, na soborze 325 roku, Konstantyn opowiedział się przeciwko arianizmowi. W tej decyzji można zasadnie upatrywać wpływu Ducha św. Bóg ponownie, tak jak w 312 roku, poprowadził Konstantyna, by poprzez niego uratować Kościół przed rozłamem.
Chrześcijanie równie poganom
Cesarz, ten „biskup spraw zewnętrznych”, jak sam określił się w jednej ze swoich mów do biskupów, przeprowadził też wiele reform, które znacznie pomogły Kościołowi w dalszym rozwoju. Zwolnił Kościół od wszelkich podatków i zezwolił przekazywać na jego rzecz spadki; pozwolił w kościołach, w obecności biskupa, wyzwalać niewolników; niedzielę uczynił dniem wolnym od pracy; podjął – niestety nieudaną – próbę zakazu składania ofiar bogom pogańskim; zakazał zmuszania chrześcijan do udziału w walkach gladiatorów.
Trzeba podkreślić, że część z powyższych reform wcale nie wyróżniała Kościoła, ale zrównywała go po prostu z religią pogańską. Kler pogan już od dawna nie płacił podatków; wielkie świątynie demonów mogły otrzymywać spadki i w nich właśnie wyzwalano część niewolników. Konstantyn nigdy nie wypowiedział pogaństwu wojny. Pamiętajmy, że pod jego rządami znalazła się ludność w przytłaczającej większości pogańska – Konstantyn, jak każdy władca, nie mógł ryzykować konfliktu z 90% swoich poddanych. Dlatego oficjalnie nie starał się nawet rugować pogaństwa z życia publicznego. W panegirykach wygłaszanych na jego cześć nadal, po pogańsku, podkreślana była jego boskość; na monetach aż do 332 widzimy pogańską symbolikę; na łuku triumfalnym wystawionym przez senat w 315 roku w Rzymie czytamy, że Konstantyn zwyciężył „instinctu divinitatis”, a więc „za pośrednictwem bóstwa”; termin ten jest świadomie ambiwalentny, tak, by nie urazić ani chrześcijan, ani pogan. Po śmierci cesarz został nawet, tak jak jego poprzednicy, przez rzymski senat ubóstwiony. Gdy władca przebudowywał stare Bizancjum w nowy Konstantynopol, obok wielu wspaniałych kościołów rozkazał też wznieść świątynię pogańską. Widział w tym swój obowiązek jako władcy politeistycznego przecież społeczeństwa. Jednak sferę publiczną Konstantyn jasno oddzielił od sfery prywatnej. Choć zachował tytuł najwyższego kapłana pogaństwa (pontifex maximus), to sam nigdy nie składał ofiar; gdy przybywał do Rzymu, pomijał nakazaną przez tradycję wizytę w świątyni Jowisza na Kapitolu. Symbolikę chrześcijańską umieszczał tylko w sferze prywatnej – na monetach spotykamy np. chryzmę, ale jedynie na samej postaci Konstantyna, np. na jego hełmie, nigdy bezpośrednio na monecie. Chryzmę nosili też na tarczach żołnierze cesarza, bo w antycznym rozumieniu byli oni jego własnością.
Dzięki jego osobistemu przekonaniu o prawdziwości wiary katolickiej i o własnej misji powierzonej mu przez Boga, Imperium zaczeło się za jego rządów powoli chrystianizować. Coraz więcej ludzi, idąc za przykładem władcy, przyjmowało wiarę w Chrystusa. Dla Konstantyna, wedle jego własnych słów, nie było niczego tak ważnego, jak prowadzenie poddanych ku zbawieniu i dbanie o czystość katolickiego kultu. Swoje zadanie cesarz wypełnił z nawiązką. Św. Paweł, apostoł pogan, przyniósł Ewangelię z Jerozolimy do Europy. Tam w niemal trzysta lat później Konstantyn Wielki zapewnił jej i Kościołowi trwanie na wieki.
Wskazówki bibliograficzne
Polski czytelnik zainteresowany Konstantynem i jego epoką może sięgnąć do szeregu prac, o różnej przydatności, by poszerzyć swoją wiedzę. Za najbardziej przystępne, choć miejscami już nieaktualne, wprowadzenie uważam dzieło francuskiego historyka Daniela-Ropsa „Kościół pierwszych wieków”. Z pewnym pożytkiem można też sięgnąć do pracy „Cywilizacja wczesnego chrześcijaństwa” Marcela Simona. Bardziej wnikliwy czytelnik powinien zapoznać się zę z książką Ewy Wipszyckiej „Kościół w świecie późnego antyku” oraz z dziełem „Początki chrześcijańskiego świata” Paula Veyne’a. Następnie warto zajrzeć do monumentalnej „Historii chrześcijaństwa” Amerykanina Warrena Carrolla. Praca ta, niewątpliwie cenna ze względu na żywość narracji Autora, przekręca jednak niekiedy fakty, zalecam więc przy jej lekturze dużą ostrożność. Z niemałym zainteresowaniem przeczyta czytelnik klasyczne, XIX-wieczne dzieło Jacoba Burckhardta „Konstantyn Wielki i jego czasy” oraz jeszcze starszy „Upadek Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie” Edwarda Gibbona. Znającym angielski polecam zwłaszcza, również już klasyczną, pracę Timothy’ego D. Barnesa, „Constantine and Eusebius” oraz pracę zbiorową pod red. A. Momigliano „The Conflict between Paganism and Christianity in the Fourth Century”. Znający niemiecki z pożytkiem mogą sięgnąć do świeżej jeszcze pracy K. M. Girardeta, Der Kaiser und sein Gott. Das Christentum im Denken und in der Religionspolitik Konstantins des Grossen.
NOWY! Autor: Jaz | Dodano: 2013-11-04 10:45:17
A to Polska właśnie
NOWY! Autor: Bruno | Dodano: 2013-11-04 11:25:01
Do Jaz.
Jaz to nie cala Polska, a tylko mocherki, ktore czegos od siebie sensownego napisac nie potrafia. Potrafia kopiowac i wklejac. Jesli cos napisza od siebie, to tylko
"Spadaj choloto", albo "atakuja chrzescijan". Jedno i krotkie zdanie, bo na wiecej intelektu brak
Bo niby skad maja umiec mylsec i pisac? Na lekcje j. polskiego nie chodzili, bo zawsze byla tylko religia. Nauczyli sie troche czytac , a reszta to nienawisc do wszystkich.
NOWY! Autor: y | Dodano: 2013-11-04 16:51:54
Maciek: Mniej więcej rok temu miało miejsce zdarzenie, które zmieniło nasze życie. Warto może zacząć jednak najpierw od kilku słów o nas. Jesteśmy małżeństwem od 2007 r. Rok później urodziła nam się córeczka, która dziś już jest zaawansowanym przedszkolakiem. To naprawdę wspaniałe dziecko, które dostarcza nam wiele radości.
Magda: To prawda, nasza córeczka jest dla nas wspaniałym promyczkiem. Wkrótce po jej narodzinach trudno było sobie wyobrazić, że jej nie było. Decyzja o kolejnej ciąży była dla mnie jednak bardzo trudna. Źle wspominałam ciężki poród i połóg, a dodatkowo różne problemy wywoływały obawę, że nie jest to dobry czas na kolejne dziecko. Z dużymi wewnętrznymi oporami po dłuższym czasie otworzyłam się jednak na kolejne życie, powierzając Bogu całą tę sytuację.
Maciek: Jesienią 2011 r. Magda była w stanie błogosławionym. Niestety po niedługim czasie na dwa dni przed Wigilią okazało się, że dziecko, choć żyje, ma wady, które sprawią, że niewątpliwie umrze we wczesnym etapie ciąży.
Magda: Lekarz w czasie badania USG stwierdził jednoznacznie, iż maleństwo ma wady anatomiczne, jest dodatkowo zbyt małe i serce bije mu zbyt wolno (ok. 80 uderzeń na minutę). Od razu umówił nas na kolejne badanie po Świętach, by sprawdzić, czy dziecko już nie będzie żyło. Był to dla nas cios, którego się w żaden sposób nie spodziewaliśmy. Nie przyszło mi do głowy, że taka sytuacja może się w ogóle nam przydarzyć. Martwiłam się wtedy o zupełnie inne rzeczy.
Maciek: Przypadające wówczas Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy pod znakiem zamierającego życia naszego dziecka.
Magda: Był to bardzo trudny czas – z jednej strony świętować narodziny Boga — dziecka, a z drugiej strony czekać na nieuchronną śmierć naszego maleństwa, nie dzieląc się z najbliższymi ani nowiną, że jestem w stanie błogosławionym (akurat w Święta chcieliśmy o tym powiedzieć moim rodzicom), ani tym bardziej o naszych kłopotach.
Maciek: Zaraz po Świętach badanie wykazało, że dziecko już nie żyje i skierowano Magdę na zabieg do szpitala. Same okoliczności tego zabiegu przypadły na przełom starego i nowego roku, a Magda musiała spędzić w szpitalu więcej dni niż zwykle jest to konieczne w takich okolicznościach, co wywołało dodatkową traumę. Zabieg ostatecznie wykonano 2 stycznia 2012 r. Nasze zmarłe dziecko nazwaliśmy Gabrielą (choć w istocie nie znaliśmy jego płci i w tym zakresie kierowaliśmy się głównie wewnętrznym przekonaniem). Takie małe dziecko skojarzyło nam się z aniołem, a umierało w okresie Adwentu i stąd też właśnie wybraliśmy mu na patrona Archanioła Gabriela. Mamy nadzieję, że spotkamy się z nim w niebie. Mimo pochówku późniejszy czas był bolesny, zwłaszcza dla Magdy, a wspomnienie Gabrysi powracało długo wywołując u niej duży smutek.
Magda: Poczucie straty było przejmujące. Mnożyły się moje pytania do Boga – dlaczego my, dlaczego Bóg zabrał to dziecko, którego poczęcie było moim aktem zawierzenia.
Maciek: Mniej więcej rok temu niemal dokładanie w tym samym czasie co rok wcześniej Magda spodziewała się trzeciego dziecka. Była to dla nas duża radość, ale też tym razem i obawa.
Pierwsze badanie w dniu 14.11.2012 r. nie wskazywało niczego niepokojącego, ale było dość powierzchowne, a ciąża była na bardzo wczesnym etapie.
Magda: Niestety badanie USG wykonane 22.11.2012 r. przez tego samego lekarza prowadzącego ciążę wykazało, że nasze dziecko również jest tym razem zbyt małe a serduszko ledwo bije.
Maciek: Dodam, że jest to lekarz o bardzo dobrej opinii profesjonalisty, który prowadził wszystkie ciąże Magdy i ciąże, niekiedy bardzo trudne, kilku znajomych osób. Mamy do niego duże zaufanie.
Magda: Lekarz nie dał nam żadnej nadziei. Zasugerował, że to może być pewien powtarzający się mechanizm i po poronieniu zrobilibyśmy mi cykl badań. Umówiliśmy się na kolejne USG za 2 tygodnie na 6.12.2012 r. by w zasadzie potwierdzić, że dziecko już nie żyje. Po wyjściu z gabinetu zasugerowałam Maćkowi, że powinniśmy nazwać nasze maleństwo. Zaproponowałam tak jak rok wcześniej imię anielskie – Michał/?Michalina. Maciek się zgodził. Wszystko to zabrało może minutę i nasze dziecko otrzymało patrona Archanioła Michała.
Maciek: Nie wiem dlaczego, ale od samego początku byłem przekonany, że to chłopiec i dlatego nazwaliśmy go Michałem. To imię również dla mnie było oczywiste. Co ciekawe o tym, że jest to chłopak była przekonana także Magda i nasza córka, gdy później dowiedziała się, że Magda jest w ciąży. Chodzi oczywiście o okres, kiedy nie wiedzieliśmy, jaką płeć ma dziecko.
Magda: Kolejne dni były totalnie dołujące. Czułam się jakby powtarzał się jakiś straszny film, zgadzała się sytuacja, a nawet okres adwentu. Przypomniałam sobie jednak, że jak byłam w ciąży z córką, to udaliśmy się na Mszę za matki spodziewające się potomstwa lub mające problemy w tej sferze. Msze takie w pierwszą niedzielę każdego miesiąca odbywają się w Warszawie w kościele pod wezwaniem bł. Władysława z Gieleniowa, gdzie przechowywane są relikwie świętej Gianny Berreta Mola. Po Mszy zaś zawsze jest specjalne błogosławieństwo matek z ucałowaniem relikwii. Akurat był początek miesiąca i pojawiła się w związku z tym możliwość pojechania na tę Mszę przed kolejnym badaniem, co zaproponowałam, nie mając jednak już większej nadziei. Wynikało to między innymi z tego, iż rok wcześniej dowiedzieliśmy się o śmierci naszego dziecka w trakcie odmawiania przeze mnie nowenny do bł. Stanisława Papczyńskiego. W tę samą pierwszą niedzielę miesiąca miało odbyć się spotkanie naszego kręgu Domowego Kościoła, i choć wysłałam sms-?a, że nas nie będzie, okazało się, że nie został odebrany i nasz krąg nie wiedział dlaczego nas nie ma, lecz mając przeczucie, że może chodzić o problemy z dzieckiem, osoby z naszego kręgu rozpoczęły codzienną modlitwę w naszej intencji o uzgodnionej porze, o czym dowiedzieliśmy się po dość długim czasie.
W czasie mszy podczas homilii doznałam dziwnego uczucia — jakbym przestała nagle być w stanie błogoslawionym. Pomyślałam, że dziecko właśnie umarło. Ogarnął mnie jeszcze większy smutek, nie widziałam sensu podchodzić do ołtarza na błogosławieństwo, Maciek mnie jednak zachęcił, więc poszłam wraz z innymi osobami. Odbyła się modlitwa z błogosławieństwem i z oddaniem czci relikwiom świętej Gianny. To była niedziela, zaś już w czwartek nadszedł czas badania. Musiałam na nie pojechać sama, zaś Maciek miał dojechać z pracy.
Maciek: To był rzeczywiście bardzo trudny i przygnębiający czas. Właściwie ogarniała człowieka rezygnacja i beznadzieja. Przyznam, że wypowiedź lekarza była dla nas właściwie jak ostateczny wyrok. Myślałem tylko, żeby Magda jakoś to przeszła, choć zdawałem sobie sprawę, że świadomość dużego podobieństwa tej sytuacji do poprzedniej zwiększy jej negatywny ciężar. W Internecie szukaliśmy bliższych informacji o przyczynach, które mogły prowadzić do utraty drugiej ciąży i to co tam przeczytaliśmy mogło wskazywać na bardzo poważne problemy zdrowotne, które sprawiały, że urodzenie kolejnego dziecka byłoby bardzo trudne. To dodatkowo podziałało na nas negatywnie. Jeśli chodzi o Michała to właściwie nie liczyłem na żadne pozytywne zakończenie. Pamiętam taką sytuację z tego okresu, kiedy robiłem zakupy. Gdy Magda była w ciąży zwykle inaczej dobierałem pewne produkty, tak żeby unikać tych, które mogły mieć negatywny wpływ na noszone przez nią dziecko. Ta beznadzieja sprawiła, że przyszło mi na myśl, że to już nie ma znaczenia, że dziecko i tak nie przeżyje, więc po co się przejmować? Wtedy jednak pomyślałem też, że przecież to dziecko jeszcze pewnie żyje. Że nie jest jakieś gorsze, żeby je dodatkowo zatruwać jakimś jedzeniem, czy napojami i ma takie same prawo do bycia naszym dzieckiem jak wcześniejsze. Pomyślałem, że dopóki nie umrze to powinniśmy zachowywać się tak jak przy normalnej ciąży i zrobiłem takie zakupy, jakie robiłem w tej sytuacji. Wtedy też pojechałem i kupiłem Magdzie róże, jakie kupowałem jej przy wcześniejszych ciążach, a których tym razem jeszcze nie zdążyłem kupić. To wszystko było wynikiem takiej wewnętrznej decyzji, aby mimo całej beznadziejności sytuacji nie redukować znaczenia tej ciąży. Gdy w czwartek jechałem do lekarza, żeby spotkać się tam z Magdą byłem przekonany, że jadę usłyszeć, że Michał już nie żyje. Po wyjściu z pracy na parkingu spotkałem znajomego, który zapytał mnie rutynowo jak leci. Pomyślałem wtedy, że właściwie co mam mu powiedzieć? Że właśnie umarło mi dziecko? W końcu nie powiedziałem mu o całej sytuacji. Choć miałem napięty grafik udało mi się dotrzeć na czas do lekarza. Było to dla mnie ważne, bo nie chciałem, żeby Magda była przy tym sama.
Magda: Czekając na wejście na badanie prowadziłam w myślach rozpaczliwą rozmowę z Bogiem. Obiecywałam, co zrobię jeśli tylko ocali nasze dziecko. Drzwi gabinetu się otworzyły i lekarz zaprosił mnie na badanie. Najpierw zapytał czemu mam taki wyraz twarzy i czy coś mu się nie podobało we wcześniejszym badaniu. Zamurowało mnie. Mój lekarz, z którym znamy się od siedmiu lat, pamiętał do tej pory wiele szczegółów z naszego życia, pamiętał jak się nazywamy, jak ma na imię córka, jak wyglądał poród kilka lata temu, więc zupełnie nie mogłam zrozumieć jak mógł „zapomnieć” postawioną przez siebie dwa tygodnie wcześniej dramatyczną diagnozę. Przypomniałam, że przyszłam usłyszeć wyrok. W międzyczasie wszedł Maciek i zaczęło się badanie. Pierwsze słowa jakie powiedział lekarz brzmiały: Dziecko miewa się doskonale. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Zapytałam szybko: Jak serce? Lekarz na to: 150 uderzeń na minutę (czyli w całkowitej normie, wcześniejsze badanie wskazywało bicie poniżej 80 uderzeń na minutę). Poza tym okazało się, że maluszek urósł bardziej niż wynikało z upływu ilości dni od poprzedniego badania. Nasz lekarz podsumował, iż nie ma jakichkolwiek zastrzeżeń do rozwoju dziecka i nie ma powodów do obaw. Zapytałam jak to wytłumaczyć, czy możemy rozpatrywać to w kategoriach cudu i usłyszałam krótkie „tak”. Dopytywałam się czy robimy jakieś dodatkowe badania, ale lekarz stwierdził, iż nie ma żadnej potrzeby. Stan w jakim wracałam z Maćkiem do domu był przedziwny, jakbym nie była przygotowana na tak wielką radość! Czułam wręcz ucisk w sercu i trudno mi było nawet oddychać.
Maciek: Informacja od lekarza była dla nas absolutnym zaskoczeniem. Właściwie siedziałem i słuchałem czegoś co z trudem do mnie docierało. Lekarz po pytaniach Magdy i przypomnieniu sobie poprzedniego badania jeszcze raz sprawdzał wyniki, ale potwierdził, że wszystko jest w porządku. Gdy do nas dotarło to, co usłyszeliśmy byliśmy szczęśliwi. Towarzyszył nam pewien niepokój, czy na pewno tym razem badanie jest poprawne, z drugiej strony jednak mieliśmy zaufanie do lekarza, który je robił. Ja miałem przy tym jakieś wewnętrzne przekonanie, że skoro doświadczyliśmy takiej niewytłumaczalnej interwencji, która zmieniła bieg zdarzeń to wszystko będzie już dobrze. Badania, które robiliśmy na kolejnych etapach ciąży, rzeczywiście potwierdzały, że dziecko rozwija się bardzo dobrze, a nawet szybciej niż dotychczas. Podczas którejś z rozmów z naszym lekarzem powiedział on, że takie przypadki się zdarzają. Że sam pamięta jedną podobną historię ze swojej praktyki. Zadałem mu wtedy pytanie, dlaczego trzeba zakładać, że cuda mają być strasznie rzadkie, może tak naprawdę jest ich dużo więcej niż się sądzi. Lekarz od razu przyznał mi rację, że cudów jest więcej niż się sądzi. Kojarzy mi się to teraz z takim fragmentem z książki C.S. Lewisa „Bóg na ławie oskarżonych”, w którym mowa jest o tym, że cuda to przepisywanie drobnymi literami tego, co jest w całym świecie napisane literami zbyt dużymi, by niektórzy mogli je zobaczyć. Myślę, że to spostrzeżenie rzeczywiście niesie z sobą wiele prawdy. To chyba nie jest tak, że trudno teraz o cud. To raczej cuda spowszedniały, łatwo je w różny sposób tłumaczyć, powołując się na naukę lub to, że na pewno nauka kiedyś coś tam wyjaśni. Gdy my opowiadaliśmy historię Michałka też słyszałem wypowiedzi wskazujące na błąd lekarza i tym podobne przyczyny mające ją tłumaczyć. Gdy mówimy, że mamy badanie nagrane na płycie, więc tu nie może chodzić o zwykłą pomyłkę, nie ma na to większej reakcji.
Magda: Kolejne miesiące ciąży mijały bardzo szybko między pracą, domem, przygotowaniami do narodzin Michałka.
Maciek: Przeżyliśmy później jeszcze trochę stresu, ponieważ termin porodu przesuwał się i Magda czekała na wywołanie porodu na oddziale patologii ciąży. Pojawiła się nawet obawa, że dziecko może być zbyt duże, żeby rodzić siłami natury i konieczne będzie cesarskie cięcie, którego woleliśmy uniknąć. W końcu doszło jednak do porodu drogami natury w 42 tygodniu ciąży. Mały Michał urodził się 18 lipca 2013 r. Właściwie był on już nie taki mały. Ważył 4,065 kg i uzyskał 10 punktów. Jest zdrowym, ślicznym, spokojnym i radosnym dzieckiem. Bardzo interesuje się też wszystkim, co dzieje się wokół niego. Tak jak w przypadku Weroniki postanowiliśmy nie zwlekać z chrztem. Początkowo chcieliśmy, aby chrzest miał miejsce 15 września, ale z różnych względów okazało się to niemożliwe. Ostatecznie odbył się on w dniu 29 września 2013 r. we wspomnienie św. Michała Archanioła a chrztu udzielał ks. Tomasz.
Magda: Michał kończy właśnie 3 miesiące. Patrząc jak się pięknie rozwija, jak niemal cały czas się do nas promiennie uśmiecha, aż trudno uwierzyć, że przeżył na samym początku swego życia tak dramatyczne chwile i mogło go jednak nie być z nami. Jestem całkowicie przekonana, że doświadczyliśmy wspaniałego cudu. Chwała Panu, że jesteśmy razem!
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-04 20:39:15
Witam
Ja może skorzystam z rozporządzenia rady starszych Caminów pod przewodnictwem starszego Ziomka Marudy o swobodzie wypowiedzi na tym forum i przejdę do rzeczy:
Mironq-dla czego uzurpujesz sobie prawo do pisania swojej beletrystyki nadającej się co najwyżej na łamy lokalnych gazet na ostatniej stronie,na wątku dotyczącym DUCHOWYCH doświadczeń ze szlaków Camino? Otóż Twoja wyciśnięta i wypocona z tekstu "charyzma" jest tylko wynikiem wmawiania sobie krasomówstwa i pewnie ktoś kiedyś skrzywdził Cię chwaląc za elokwencję i erudycję ale i tak koło Ducha to ten tekst nawet nie leżał jak i reszta Twoich,zamieszczonych tutaj zarówno tych "uduchowionych" jak i tych toksycznych w swojej treści.
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-04 20:44:24
Bruno-Ty też się nie napociłeś nad swoim tekstem.Tak poza atawistycznymi inwokacjami i wulgaryzmami to reszta to łączniki i zaimki,acha jeszcze kropki i przecinki pominąłem.
NOWY! Autor: x | Dodano: 2013-11-04 21:04:02
"rzekł glupi w sercu swoim ,nie ma Boga".
NOWY! Autor: Man | Dodano: 2013-11-04 22:25:48
Kaziu - jad toczy się z Twych słodkich usteczek...Kim Ty jestes aby tak oceniać ludzi,którzy dziela się na tym forum swoimi refleksjami.Jeszcze troszeczke a Twe EGO eksploduje,ale Ty nie przyjmiesz krytyki...
W główce już kombinujesz cietą riposte-sądzę,że w codziennym życiu postępujesz podobnie i wielu ludzi przez Twoje postępowanie cierpiało... Jednak Tobie takie postepowanie sprawia przyjemność i satysfakcję,więc Kaziutek pochwal się jeszcze na tym zacofanym i gminnym forum swoją erudycją i yyynntelygencją.
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-04 23:14:49
Drogi "Man"-jak opadnie Ci Ciśnienie i nadmiar krwi posłusznie spłynie na dół przestając nadmiernie dotleniać ten odrost na barkach zwany (umownie w Twoim przypadku) głową wypełnioną (znowu umownie) mózgiem,wtedy proponuje przypomnienie sobie takiej prostej gry-szachy-jest to wstęp do psychologi a dalej do prowadzenia rozmów i konwersacji .Krzyczy i złorzeczy tylko ten co niema już argumentów i nie radzi sobie ze sobą. Aby zmienić priorytety należy obnażyć meritum i określić status Quo i zmienić na status quo ante bo tercjum non datur-we wcześniej przytoczonych szachach nazywa się to atakiem na gońca poprzedzającym udawanie ataku na królową a w rezultacie matowanie Króla...jeśli przebrnąłeś przez całość to pomachaj łapką a zapodam dalszą cześć...
NOWY! Autor: mironq | Dodano: 2013-11-04 23:15:52
@ Kazimierz
Dziękuję za konstruktywną krytykę.
Rozumiem, że tak małe przeżycia, jak opisanie czyjejś bezinteresowności, kiedy człowiek podaje drugiemu butelkę wody budzą Twój gniew, niechęć lub nawet odrazę, bo za mało w nich DUCHA. Dla mnie jest to duchowe przeżycie, bo nieczęsto oglądam takie obrazki.
Być może więcej jest ich w tekstach wklejanych tutaj z innych stron bez podania źródeł. Może komuś zależy, żeby czytelnicy forum czytali Frondę, czy blogi księży, ale można to zrobić w inny sposób, bez wzniecania niepotrzebnych napięć i nie naruszając czyichś praw autorskich. Choć dla trolli to pewnie tylko puste słowa...
Rad byłbym przeczytać o Twoich doświadczeniach, choć nie uzurpuję sobie prawa, że musisz zamieniać myśli w słowa. Wolna wola...
NOWY! Autor: m. | Dodano: 2013-11-04 23:17:01
Bruno, tobie też chyba na polskim nie szło najlepiej? Bo błędy robisz, co posiadaczowi takich zasobów intelektu nie przystoi.
NOWY! Autor: m. | Dodano: 2013-11-04 23:23:48
Kazek, który tak ochoczo zarzuca innym bezmózgowie, też mógłby cofnąć się do podstawówki na parę lekcji ortografii. To zadziwiajace jak osoby, które nawet poprawnie pisać po polsku nie potrafią, zarzucają wszystkim wokół bezmózgowie i brak intelektu.
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-04 23:32:17
Panie "X"...jak "X-man"-Chińczycy mają taką mądrą i najważniejszą w walce zasadę-nigdy nie używaj w walce broni,którą może Cię zabić przeciwnik
......25 Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak jego nauczyciel, a sługa jak pan jego. Jeśli pana domu przezwali Belzebubem, o ileż bardziej jego domowników tak nazwą.
NOWY! Autor: ag. | Dodano: 2013-11-04 23:42:40
Po co sobie tyle dokuczacie ? Ciężko się forum czyta, jak zasypujecie je takimi prywatnymi wojenkami.
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-05 00:13:57
Ależ Mironq...wszyscy Chrześcijanie jak i ja często podają ludziom nie tylko wodę ale i więcej-jak serce czy kąt do spania albo obiad i nikt z nas nie czyni z tego wielkiej afery .Oczywiście jak zwykle nad Twoimi wypowiedziami "góruje" sarkazm i złośliwość...nawet w"...Dziękuję za konstruktywną krytykę...."ale pomijam to.Tak na prawdę to opowiadasz to dla własnej chwały-a gdzie Duch...?
Cóż teksty wklejane...hmmm nie masz wrażenia,że mówią coś wartościowego i DUCHOWEGO...!? Coś CO zmieniło świat a nie tylko pielgrzyma pod traktorem na Camino...?
Mironq...przecież Twoja rada starszych powiedziała ,że można zamieszczać na forum nawet najgłupsze wypowiedzi skoro czynisz się idealnym...i teraz nie wiem -czy jesteś...czy nie...?
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-05 00:25:10
ag-masz racje,zaszlachtowano tu, na trym forum już wiele i wielu ale nie dla tego,że forum takie jest albo tak to odbiera ale dla tego,że reformatorzy,celebryci nie mają odpowiedzialności za siebie i swoje poczynania.Gdyby wszyscy mówiący precz...! lub za...! By;li odpowiedzialni za innych co idą ich śladami i zamiast pławić się w szczęściu bycia medialnym zastanowili się -co robimy ...? I dokąd idziemy...? wtedy jest możliwość znalezienia recepty nawet na "nasze życie"
NOWY! Autor: Man | Dodano: 2013-11-05 10:56:45
Kaziu - EGOisto,określiłeś mnie mianem bezmózgowca,więc domniemasz,że takie pokraki jak ja nie znają zasad gry w szachy lub inne brydże,i nie jest mnie ta znajomość potrzebna.ELYTY zajmują się tego rodzaju rozrywkami a tacy bezmózgowcy jak ja,muszą ciężko pracować aby Wam żyło się godnie.
Twój intelekt powala na kolana,Kaziu wybacz prostemu robolowi i bezmozgowcowi,iż ośmielił się wejść w dyskurs z tak wszechstronnie uzdolnionionym indywiduuuuumm...
NOWY! Autor: Natala | Dodano: 2013-11-05 11:26:56
Caminowicze! :) :) :)
Wiem, że ten wątek odwiedzają pielgrzymi, którzy wyruszyli z małym bagażem podręcznym, a wrócili z ogromnym bagażem doświadczeń ale jeśli ktoś chciałby się ubogacic i posłuchac o przeżyciach i duchowych owocach ze Szlaku Studenciaków, zapraszamy do Łodzi.
12.11.2013, godzina 20:00
Chcemy się podzielic tym, co przeżyliśmy docierając do Hiszpani autostopem i na Camino del Norte, na fragmencie Gijon- Santiago de Compostela, a także tym, co uwieczniliśmy na zdjęciach.
Duszpasterstwo Akademickie "Piątka " ul. Skorupki 5 Łódź :)
Do zobaczenia
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-05 14:09:11
"Potępiam chrześcijaństwo, podnoszę przeciw Kościołowi chrześcijańskiemu najstraszniejsze ze wszystkich oskarżeń, jakie kiedykolwiek wyszły z ust oskarżyciela. Jest on w najwyższym stopniu skorumpowany… Z każdej wartości uczynił jej przeciwieństwo, z każdej prawdy kłamstwo, z każdej prawości nikczemność duszy… Nazywam chrześcijaństwo jednym wielkim przekleństwem, jednym wielkim wewnętrznym zepsuciem, jednym wielkim instynktem zemsty, dla którego żaden środek nie jest dostatecznie trujący, podstępny, mały – nazywam je jedną, nie dającą się zmyć plamą na honorze ludzkości..."
"Trzeba na to było całych stuleci, aby rasa ludzka popadła w tyrańską niewolę kleru ; potrzeba będzie kolejnych stuleci, wiele wysiłku i szczęścia, aby ją spod tego jarzma wyzwolić, ale ten czas nadejdzie".
F. Nietzche
Oby jak najszybciej
NOWY! Autor: Zaniepokojona | Dodano: 2013-11-05 14:18:10
Kazimierzu ,,Pielgrzymie" dlaczego z premedytacją niszczysz to forum? Uzurpujesz sobie miano "wszystkowiedzącego"? Traktujesz ludzi z wyższością? W twojej postawie nie widać miłości bliźniego, a wręcz przeciwnie.
NOWY! Autor: Ola:) | Dodano: 2013-11-05 14:36:54
proponuję za nowy wątek na forum
"wzajemne obrażanie, znieważanie i oblewanie pomyjami"
NOWY! Autor: m | Dodano: 2013-11-05 15:17:57
Kaźmirz, czy ty czasem mówisz cokolwiek w swoim imieniu, czy ograniczasz się tylko do cytatów? Bo to jakiś bełkot jest i nie potrafię złapać myśli przewodniej w twoich wywodach. Jasne jest tylko, że masz wszystkim za złe i przeżywasz jakąś ogromną frustrację. Może byś nieco pogłębił swoją refleksję, czerpiąc z bezmiaru swego intelektu, co oczywiste.M,y kmiotki bezmózgie, spróbujemy podążyć za tobą i zaczerpnąć nieco z przeczystej krynicy twojej mądrości.
NOWY! Autor: bezboznej holocie | Dodano: 2013-11-05 15:48:56
Moja najdroższa córko, chcę, żebyście wiedzieli, że choć może świat musi znosić wielkie oczyszczenie, które może nie być przyjemne, Moje Miłosierdzie jest ogromne.
Ja Jestem Oceanem Miłosierdzia i wprowadzę wielkie zmiany, aby zapewnić, że wszystkie Moje dzieci zostaną ocalone od katastrofy. Katastrofa, o której wam mówię, wiąże się z działaniem skrytych, złych sił na świecie, które starają się kontrolować każdy naród, dla własnego nikczemnego zysku.
Tak wiele dusz odrzuca Miłosierdzie Mojego umiłowanego Syna. Tak wielu Go nie uznaje. Nadal lekkomyślnie zadają cierpienia tym, którymi rządzą i zaniedbują zaakceptowania, że ich grzechy nie pozostaną niezauważone. Mogą walczyć przeciwko Mocy Mojej Ręki, ale Moja Ręka spadnie na nich i zniszczy ich.
Z czasem uznają Władzę Boga, ale dla wielu z nich będzie już za późno.
Wkrótce cała ludzkość doświadczy wszystkich Moich Działań, w tym wielkich cudów. Zrobię wszystko co mogę w Moim Wielkim Miłosierdziu, które pochłonie ludzkość jak wielki ocean, aby ocalić ludzkość. Żaden człowiek nie pozostanie nietknięty przez Moje Dary.
Kiedy to się stanie, podążę za tymi ludźmi, którzy Mnie odepchną, chociaż będę wiedzieli, kim Ja Jestem.
Następnie, ci przywódcy na świecie, którzy zaniedbują wprowadzenie Moich Bożych Praw, i którzy biczują ziemię swoim okrucieństwem wobec Moich dzieci, zostaną powaleni. Wtedy nie pozwolę im uciec Mojej Boskiej Sprawiedliwości.
Zostali ostrzeżeni tym Orędziem, aby zatrzymać się teraz. Muszą modlić się o przewodnictwo, jeśli czują się skrępowani lub pod naciskiem, aby wprowadzać wobec narodów prawa, które spowodują trudności.
Daję im teraz ten czas, aby powstrzymali to, co robią i błagali Mnie, abym pomógł im sprzeciwić się nikczemnym reżimom, które zostały zaplanowane przeciw ich rodakom.
Oni wiedzą, o czym Ja mówię.
Ja Jestem Stwórcą ludzkiego rodzaju. Znam każde z Moich dzieci. To, co widzą. To, co czują. Jak myślą. Znam także tych spośród nich, którzy przysięgli posłuszeństwo w działaniach, które powodują olbrzymie cierpienia ludzi na całym świecie.
Moja Ręka Miłosierdzia czeka, aby przyprowadzić was z powrotem do schronienia Mojego Królestwa.
Moja Ręka Sprawiedliwości czeka, aby ukarać te rządy, które planują skrzywdzenie Moich dzieci. Nie zostanie wam dozwolone powodowanie cierpienia.
Ponieważ, gdy tylko wprowadzicie przepisy, które są dla Mnie odrażające, mające na celu kontrolę tych, którym służycie, ześlę taką karę, że nikt nie będzie miał jakichkolwiek wątpliwości co do tego, co spowodowało taką karę.
Jesteście Moimi dziećmi i to do Mnie musicie zwrócić się o ochronę. Bez Mojej ochrony pozostaniecie na łasce szatana.
Gdybyście zapomnieli – on, szatan, nienawidzi was wszystkich. Jednak, z powodu jego potężnych i subtelnych, uwodzicielskich sposobów, podążacie w jego pogoni za władzą, jak niewolnicy.
Jeśli wybierzecie moc na tej ziemi, która może was wywyższyć i przynieść wam uznanie poza drogami Pana, zostaniecie odrzuceni.
To ostrzeżenie dawane jest dla zapewnienia waszego zrozumienia, że jest tylko Jeden Stwórca. Tylko Jeden, który stworzył ludzkość. Jedyny, który ma prawo położyć kres wszystkiemu, co istnieje na ziemi.
Najwyższy Bóg
Stwórca wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-05 15:57:02
Ten ostatni wpis "Kazimierza" nie ja pisałem.
Zaniepokojona-zadałaś bardzo dobre pytanie,ale ono nie do mnie powinno być skierowane.
CO Wam przeszkadza,ze jakaś dziewczyna napisała sobie na forum o przeżyciach z Halloween,albo Antoni podzielił się z Wami przeżyciami ze swojego życia o wyjściu z Alkoholizmu,albo ktoś wytłumaczył jakie zgubne jest kultywowanie obrzędów.....? Umarł ktoś od tego....? To,że ktoś Camino kojarzy z całym życiem a ktoś tylko z wyjazdem do Hiszpanii,no i co..? To ,że ktoś skopiował parę wyjaśnień co do powstania Halloween lub zakonu to jest powód aby nazywać Go nawiedzonym debilem....?
Zaniepokojona dla czego mnie obarczasz niszczeniem z premedytacją....? Dla czego uważasz,ze traktuje ludzi z wyższością....? Pokazałem tylko ,że każdemu można przykleić coś i,że każdy głosiciel jest odpowiedzialny za swoich słuchaczy i wielbicieli i za to co robią i ,że nie wolno usprawiedliwiać toksycznych wpisów wolnością słowa na forum...to wszystko.Nie jestem odpowiedzialny za te wszystkie złośliwe wpisy więc dla czego uważasz ,że to ja niszczę forum.....? Troszkę to przypomina(przepraszam za porównanie) alkoholika-alkoholik zawsze zaprzeczy jak mu się powie,ze jest alkoholikiem a jak się upije to zawsze się usprawiedliwi,że jakby go nie częstowali to by nie pił(jak by mnie nie wnerwiali to bym głupot nie pisał)
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-05 18:47:50
Acha-tak dla jasności to żaden z wcześniejszych wpisów bądź to skopiowanych bądź to napisanych w formie zwierzeń nie jest mój ale uważam je za wartościowe i wiele się z nich dowiedziałem i nauczyłem,szczególnie od Antoniego jego życie to też takie Camino
NOWY! Autor: Kazimierz | Dodano: 2013-11-05 20:26:15
Od pewnego czasu szczególnie często tu pada hasło "Nauka Kościoła".
Zawsze budziło to we mnie wielkie zdziwienie - bowiemsłowo "nauka" jest w tym przypadku ewidentnie nadużywane.
Informuje więc publicznie wszem i wobec, że Kościół ma znauką tyle wspólnego co gacie górnika z "seks bielizna" .
Nauka jest bowiem poznawanie świata za pomocą metod naukowych.
Nie będę już wyjaśniał co to są metody naukowe, bo choćbyw przybliżeniu nawet mohery zapewne wiedzą.
Albo i nie ... jeżeli akurat o mohery chodzi.Tak czy siak owa "nauka Kościoła" zrobiła furorę przyokazji otrzymania nagrody Tempeltona przez ks. M.Hellera.
Na czym wiec polega owa "nauka Kościoła" ? ... oto niektórezagadnienia z nią związane:
1.Angelologia - dział "nauki" zajmujący się poznawaniem aniołówktórych nikt nigdy nie widział (poza "napranymi" księżulkami).
2.Demonologia - podobny dział tyle ze tych upijających sięna smutno ...pesymistów . O demonach, diabłach i innychszatańskich pomocnikach. Dokładne opracowania pozwalają na odróżnienie poszczególnych osobników po intensywności smrodu siarki i kształcie rogów.
Oba powyższe działy są częścią dogmatyki. Jest to wiec coś więcej nawet niż nauka !
To nauka NIEKWESTIONOWANA- dawno dowiedziona i nie pozwalająca na wątpliwości jak to ma miejsce w prawdziwej nauce.
3.Soteriologia- to nauka o zbawianiu ludzi (również dogmatyczna). Jest to wiec badanie wpływu sakramentów na życie wieczne.Szczególnie interesujący jest aspekt chrztu, czyli polewanianiemowlęcia wodą jako niezbędny element Zbawienia i smarowania oliwa.
4.Hamartiologia-nauka o grzechu, grzeszeniu i pochodzeniu poza boskim grzechu. Dowodzi więc, że oprócz Boga może coś istnieć i nie zostać przez Niego stworzone.I to spędza sen z powiek hierarchom bowiem tylko Bóg może coś stworzyć....a przecież złego nie mógł ( nie w jego stylu).
5.Kairologia - to rozpoznawanie czasów na podstawie znaków i biblijnych opisów. Przypomina trochę dawne wróżenie z jelit baranich. itd ...itd..Działów tych jest wiele o wiele więcej niż w prawdziwej nauce.
Miliony nierobów i darmozjadów na przestrzeni wieków pracowicie ją tworzyły ... a Kościół skrupulatnie kolekcjonował. Dzieła nauki były niszczone i palone przez Kościół jako bezbożne i powstałe wyniku diabelskich sztuczek. Setki tysięcy manuskryptów spalili księża choć były to dzieła niepowtarzalne i nie mające kopii.
Zniszczono dzieła Sokratesa, Sofoklesa, Ajschylosa i kto wie kogo jeszcze. Mogły tam być dzieła o budowie i przeznaczeniu piramid.
Tego nie dowiemy się już nigdy.
Taki to jest wkład naukowców kościelnych do kultury europejskiej.
Ba ...światowej niestety.
Nauka o diabłach, Trójcach w jednym, niepokalanych poczęciach itp. naukowych opracowaniach. Znajdziemy tam doktoraty naukowców kościelnych z dziedziny "leczenia czarnej ospy modlitwą", "przyczyn umieralności bezbożnych kobiet w połogu" itp. doniosłe dzieła.
Kolejna wielka dziedzina "nauki kościelnej" jest...
6.Mariologia - przepotężny dział wiedzy o dziewictwie mimo poczęcia i "zawszedziewictwie". Setki doktoratów i profesór zbudowano na tym temacie, który jest ulubionym "dzieleniem włosa na czworo" w celu uniknięcia dyskusji o żydowskim pochodzeniu Jezusa i jego rodziny, oraz judaizmu który wyznawał.
7.Pneumatologia - nauka o "tchnieniu bożym" mówiąc najkrócej, czyli relacji Boga a dusza człowieka.
8.To nauka o kreacjonizmie. O tym jak to Bóg najpierw stworzył zwierzęta, a potem dopiero rośliny. Najpierw stworzył światłość a dopiero potem Słońce i gwiazdy ...gdy sobie przypomniał o ich braku.
Rewelacja rzec można. Owa kościelna nauka próbuje jakoś "zamazać" biblijne nonsensy z Genesis.
9.Sakramentologia- niezwykle pożyteczna nauka zajmująca się wpływem sakramentów na życie duchowe człowieka i relacje ich wpływu na stosunek Boga do duszy. A zaiste jest co badać !
Bóg bowiem zapewne obszernie o tym opowiada pasterzom na haju ?
10.Najtrudniejszy dział nauki katolickiej zajmujący się "naukowym" uzasadnieniem jak trzech może być jednym, a każdy czymś osobnym. Ponadto trzeba jakoś uzasadnić możliwość istnienia Trójcy skoro jeden z "doktorów Kościoła" bodaj św. Augustyn twierdził, że dany punkt przestrzeni może zajmować tylko jedna osoba duchowa.
Starczy tego dobrego.
Oczywiście jest to tylko znikoma część działów nauki kościelnej. Ostatnio lubię dekalogi i wszystko sprowadzam do dziesięciu. Gdyby jednak ktoś zechciał zebrać w jednym miejscu wszystkie istniejące księgi i traktaty to te kościelne by zajęły większość miejsca.
Po prostu kościelna "nauka o niczym" jest tak rozbudowana, że Bóg jeżeli istnieje musi pukać się palcem w czoło nie mogąc wyjść z podziwu nad prymitywizmem kościelnych dywagacji i całkowitym brakiem wyobraźni hierarchów watykańskich.
Jeżeli ktoś bowiem zakłada, że Wszechmocny Bóg - Twórca nieskończonego Wszechświata i miliardów galaktyk z których każda zawiera miliardy słońc takich jak nasze jest tak prymitywny jak opisują to plebani to .... wypada mu tylko współczuć.
Tak wiec wygląda ta "NAUKA" kościelna.
Magnificencje, profesorowie, "wybitni naukowcy" Kościoła to właśnie ten żałosny dorobek w bełkocie. Gdyby tą energię zmarnowaną na dywagacje "ilu diabłów mieści się na ostrzu szpilki" przeznaczyć na prawdziwą naukę to zapewne dziś byśmy byli na Marsie ...a może sięgnęli gwiazd.
NOWY! Autor: Maciej | Dodano: 2013-11-05 20:43:05
Czy dodając swoje wpisy na forum macie świadomość jaki jest temat tego wątku? Każdy może pisać swoje myśli ale załóżcie swój wątek i mielcie ten temat ile się Wam podoba ale ja będę wiedział czy mnie taki wątek interesuje czy nie. Współczuję Ci Staszku, Twoje intencje były dobre i chętnie tu często zaglądałem, a teraz nie wytrzymałem i taka jest moja reakcja na ten "spam", który zaśmieca ten temat, tak jak niechciane przeze mnie ulotki w mojej skrzynce pocztowej.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich zainteresowanych camino - tych co byli i tych, którzy tam się wybierają. Ta strona jest dla nich, tak jak była dla mnie gdy wybierałem sie w 2007r, niezwykle ważną i pomocną na etapie przygotowań. Buen camino!
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-11-05 21:58:15
Drogi Macieju, to raczej nie mnie nalezaloby tu wspolczuc, a raczej wszystkim milosnikom Camino. Tym, ktorzy o Camino wiedza niewiele, oraz tym, ktorzy tam juz byli, znaja je i sa nim zafascynowani, ale chcieliby sie cos wiecej dowiedziec, moze przezyc je na nowo?. To nie mnie dzieje sie krzywda, bo ja juz jestem dosyc twardy i pogodzony z faktem, choc przyznam, ze jest mi przykro.
Zakladajac temat, myslalem wlasnie o takich czytelnikach. Chcialem, by wiecej Caminowiczow zmobilizowac do zwierzen. Dlatego pozwolilem sobie na troche bardziej intymne, osobiste opowiesci.
Dla niektorych bylo to zbyt infantylne, choc z mej strony bardzo swiadome. Przyjme kazda rzeczowa i konstruktywna krytyke, ( krytyke Marudy) ale na obrazanie mnie, czy innych piszacych ochoty nie mam. Wojen na slowa i przekonania prowadzil nie bede. To wiedza ci, ktorym taka postawa jest na reke.
Jest jednak niewielka grupa sfrustrowanych ludzi, ktorzy ciesza sie ogromnie, jesli moga cos zepsuc. To grupa niewielka, ale bardzo toksyczna, ktora ma ogromna satysfakcje blokujac jakis temat glupimi tekstami, ktore z tematem nie maja absolutnie nic wspolnego. Czuja sie wtedy zwyciezcami, bo maja chwilowa wladze nad wiekszoscia. Na ogol jest to czesto jedyna, mozliwa dla nich satysfakcja do osiagniecia. W psychologi jest na to stosowne okreslenie.
Szkoda, ze wlasnie ci ludzie, okreslaja sie, jako goracy wyznawcy nauki Chrystusa. Dla wszystkich uwazajacych mnie sa swego wroga przytocze tylko cytat z mioch wspomnien;
„Jesli Bog istnieje, to nie kocha mnie mniej, niz was”
Buen Camino
NOWY! Autor: Grzegorz | Dodano: 2013-11-05 22:18:33
Masz rację Maćku .... do zobaczenia na szlaku . Buen Camino.
NOWY! Autor: Grzegorz | Dodano: 2013-11-05 22:24:59
Staszku czy myślisz o zamknięciu tematu ? Nie teraz , proszę .!!!
NOWY! Autor: Staszek | Dodano: 2013-11-05 22:38:40
Grzegorzu, temat nie jast moj, abym mogl go zamykac. Temat jast nasz.
NOWY! Autor: Totti Giovani | Dodano: 2022-12-08 15:03:56
Dziękuję za to, co dla mnie zrobiłeś, doktorze Ige Ajayi, Nazywam się Totti Giovani. Chcę skorzystać z okazji, aby podziękować dr Ige Ajayi za wszystko, co dla mnie zrobił. Moja żona przestała wypełniać papiery rozwodowe po tym, jak skontaktowałem się z tobą, aby pomóc mi zatrzymać rozwód z żoną, a teraz wszystko idzie znacznie lepiej. Jak powiedziałeś, cały proces dotyczący rozwodu został anulowany, a zły człowiek, który powoduje problemy w moim małżeństwie, został odesłany przez moją żonę i jesteśmy teraz razem szczęśliwi. Jestem bardzo szczęśliwy, że odzyskałem żonę, jedziemy świętować Boże Narodzenie razem jako Rodzina. jeśli masz problemy w związku lub małżeństwie lub jakiekolwiek inne problemy, skontaktuj się z dr Ige Ajayi, abyś mógł być szczęśliwy w te święta. Możesz skontaktować się z nim przez WhatsApp (+2348130035939) lub wysłać e-mail na adres (drigeajayi@gmail.com).