Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Monika i Paweł Buczkowscy
Nasze Camino - sierpień 2004

Etap 4 - 18 lipca 2004 - Puente la Reina - Estella (21.5 km)


Wstaliśmy znów o 4:35, a przez gorliwość panienek ze schroniska wyszliśmy już o 5:15. Część drogi szliśmy w egipskich ciemnościach i przy wyjściu z miasta zobaczyliśmy bardzo biedną małą sówkę. Była albo oszołomiona albo niespotykanie bohaterska. O mało w nią nie weszliśmy. A ona stała i patrzyła na nas wymownie. Wyglądała jak puszka po coli na nóżkach. Pewnie biedna wypadła z gniazda - nie umiała latać. (...) A szło się nam dzisiaj wyjątkowo źle, mimo iż słońce nie dokuczalo specjalnie i wiał przyjemny wiatr. Było dużo podejść i zejść (jakieś objazdy szczytami gór, bleee...). Ale doszliśmy szybko (11:45 - jeszcze przed otwarciem refugio) i mamy łóżko przy ubikacji i naszej "zaprzyjaźnionej rodzince". Potem polecieliśmy szukać kościółka z wieczorną Mszą (o 20:00) i wróciliśmy, wykąpaliśmy się pod bardzo przestronnym prysznicem (fajnie!) i po chwili odpoczynku poszliśmy robić sobie obiadek (barszcz, rosół, pół bagietki i pyszne mleczko waniliowe :) ). A potem chwila sjesty, wieczorem zwiedzanie, telefon do rodziców i zakup słodkiego gazowanego pitka. Potem szybko zanieśliśmy zakupy i udaliśmy się na hiszpańską Mszę. Było kazanie nt. ora et labora, więc zrozumieliśmy conieco (Maria i Marta). A jutro śpimy do 5! Tylko jeszcze trzeba się jeszcze spakować...

Etap 5 - 19 lipca 2004 - Estella - Torres del Rio (28.5 km)


(...) Wyruszyliśmy o 5:15 (!) ale po 2 minutach marszu zatrzymaliśmy się na pożywne śniadanko (pół bagietki z marmoladką oraz reszta napoju pomarańczowego KAS za 1,30€). Droga była dziś wyjątkowo przyjemna. Na początku trochę średnich górek (w sam raz na poranną zadyszkę) a potem... trudny wybór drogi - czy koło fontanny z winem w Monasterio de Irache (ponoć nieczynnej w poniedziałki) czy trasą tej samej długości, ale nie wiadomo czym się różniącej. Zdecydowaliśmy się ominąć fontannę, po czym przypadkiem znaleźliśmy się na trasie do... Irache... Cóż. Co więcej fontanna (w formie dwóch kurków) była jak najbardziej czynna i naprawdę leciało z niej wino! Napełniliśmy sobie butelkę... (...) no i już można było ruszać. Słonko długo nas oszczędzało (a może to zasługa w miarę równej trasy) i droga upływała miło. (...) Po prawie 5-cio godzinnym marszu trochę nas zmogło, więc posililiśmy się chlebkiem ryżowym i lekarstewkiem profilaktycznym i jeszcze otworzyliśmy paczkę pseudo-zozoli z Polski rodem... wiśniowo-jabłkowe... pycha. Potem żwawo ruszyliśmy dalej i widzieliśmy dwóch pielgrzymów konnych. A! Po drodze były piękne miasteczka z niesamowitymi kościółkami! No, a teraz najlepsze! Po dotarciu pod albergue w Los Arcos i odbyciu krótkiej narady zdecydowaliśmy się iść dalej!!! Kolejne 8km!!! I poszliśmy. Tymczasem słońce zmieniło swój łagodny charakter, ale droga była prosta jak stół... i łysa jak stół :). Wyglądało już na to, że będziemy tak szli tymi polami aż do śmierci, ale w końcu dotarliśmy do rzeczonych "Byków nad Rzeką". Heroicznym wysiłkiem wdrapaliśmy się do miejsca noclegu Casa Mari, którego właścicielka rozbrajająco i wytrwale mówi do nas po hiszpańsku. Potem prysznic (ogromny - 3 prysznice, można było się wymoczyć!!!), obiadek (pomidorówka + wino z fontanny) a potem chwila relaksu (Pismo Św. - c.d. Abrahama) i wyjście po zakupy i na zdjęcia. Zakupiliśmy 2 nektarynki i bagietkę i colę, i posiedzieliśmy sobie na jedynym płaskim miejscu, szumnie zwanym placem, no i na koniec poszliśmy poszukać źródełka z wodą na jutro. I tu spotkało nas prawdziwe szczęście! Pan Dziadek podobny do W.Allena ucieszył się po swojemu na nasz widok i nazwał nas amigos. źródełko namierzyliśmy i udaliśmy się do Casa M. A zaraz potem rozpętało się prawdziwe piekło. Zdążyliśmy tylko zebrać pranie, kiedy nadeszła burza tygodnia. Najpierw tylko padało, potem lało jak szalone, a na koniec leciał wielki grad. Wszystko skończyło się po 5 minutach, ale było naprawdę spektakularnie. Potem się przepakowaliśmy (znowu!) umyliśmy się i teraz idziemy spać. A! Mamy pokój dla 4 personas (2 łóżka piętrowe) i nikogo oprócz nas tu nie ma! A to oznacza, że... jutro nie będziemy się obijać o sprzęty w ciemności i szeleścić obcym ludziom o świcie. Ale ten Pan Bóg jest fajny!

Etap 6 - 20 lipca 2004 - Torres del Rio - Logrono (20.5 km)


Baaaaardzo ciężko nam się dziś wstawało... bardzo... No ale wstaliśmy, wreszcie bez wyrzutów sumienia i przy świetle zwinęliśmy manatki i ruszyliśmy. Po wczorajszej burzy na drogach leżało rzadkie błotko, na którym co i rusz któreś z nas się wyślizgiwało. Ale szliśmy jako pierwsi pielgrzymi (początkowo w egipskich ciemnościach, intuicyjnie omijając placki różnych przedstawicieli trzody) i przecieraliśmy szlak. Ale trzej przeambitni Włosi darli za nami co konik garbusek wyskoczy i w końcu nas dogonili, phi tam... A dzisiaj było nam dla odmiany bardzo ciężko i męcząco. Nogi bolały, słonko dopiekało, a pan Dziadek wyrywał po górach niczym młoda kozica. A my sobie człapaliśmy i przeprowadzaliśmy błyskawiczny konkurs na piosenki w kolejności alfabetycznej. Nie wiem kto wygrał... Do miasta ledwo się dowlekliśmy, a i tak bez sensu, bo albergue otwierają dopiero o 13:00 (a jest 11:15). Niby można by lecieć dalej, ale następna miejscowość ze spankiem dopiero za 13 km. A my coś dzisiaj kiepscy jesteśmy. Trzeba się wyspać. Uwaga! Na śniadanko w Viana wykończyliśmy nasz dżemo-marmolad. Z bagietką. A dzisiaj kupimy sobie coś innego, hurra!!! Proces rozlokowywania przebiegł sprawnie, chociaż... nastąpił mały problem - okazało się, że 3 pary zostały brutalnie rozdzielone. Ale dzięki uprzejmości węgierskiego dobroczyńcy udało się dokonać stosownej zamiany i wszyscy byli zadowoleni. Przy poprysznicowej przepierce dobroczyńca (...) zadał zasadnicze pytanie: "Where do you come from?" Odpowiedziałam mu, że my Polacy, a on na to prawie bezbłędną polszczyzną: "Polak Węgier dwa bratanki" (...) A potem pospaliśmy, wstaliśmy i udaliśmy się na tzw. "zwiedzozakupy". Bardziej jednak zakupy (19:00 - 36 st. C!!!) i to głównie cola... Poza tym twarożek, kremik czekoladowy i ketchup, bagietka i 4 nektarynki. Jutro będzie pyszne śniadanie. A dziś na obiadek mieliśmy - zaskoczenie - pomidorówkę i barszczyk (Amino). Potem poleniuchowaliśmy trochę pod fontanną, poszukaliśmy zeszytu (bezskutecznie - tylko skoroszyty) i pomalutku wróciliśmy do domku. A tutaj niespodzianka - ambitni właściciele albergue zorganizowali dla pielgrzymów koncert zespołu ludowego (stroje rodem z Pampeluny), coby ukulturalnić nieszczęsnych pielgrzymów skazanych na towarzystwo krów, kóz i rolników. Zespół darł się niemiłosiernie, a miejscowym najwyraźniej to się bardzo podobało (why?) Natomiast po raz kolejny nasze plany co do wcześniejszego pójścia spać nie powiodły się. A jutro może być nielekko. Ale nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Napisaliśmy maila do domku.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:51

Pani Moniko i Pawle serdeczne Bóg zapłać za założenie strony internetowej camino de santiago jesteście wspanialymi ludzmi których niech Bóg i ŚwJakub mają w swojej opiece dziękuję bardzo za tą stronę internetową pozdrawiam buen camino może się spotkamy na szlaku do Św Jakuba

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:24

bardzo ciekawa relacja jednak co camino to inna pogoda i atmosfera ja podczas swego camino zAtapuerci do Santiago na Muxie i Fisterre nie mianlem ani jednego dnia deszczowego a dużo słońca i wiaterku i upału ale fakt camino jakie by nie było ma swój niepowtarzalny nastrój i urok i jak czytam wspomnienia i opowiadania to od razu myślami jestem na camino i się z tym utorzsamiam moje camino było od 29 czerwca do 20 lipca i było wspaniale muszę to powtorzyć pozdrawiam i buen camino

Zobacz wszystkie »