Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Monika i Paweł Buczkowscy
Nasze Camino - sierpień 2004

Etap 7 - 21 lipca 2004 - Logrono - Najera (29.0 km)


Wyszliśmy dość wcześnie i trochę niepewnie pętaliśmy się po mieście. Strzałki są, niby logicznie, ale znacznie rzadziej niż dotąd i mieliśmy dużo wątpliwości. Ale trasa za to była miła, najpierw miasto, przedmieścia, potem jakiś park ze sztucznym zbiornikiem wodnym oraz mnóstwem fajnych zajęcy z białymi kuperkami. Ze słabości porannej zjedliśmy w tzw. przysiadzie po nektarynce i garści rodzynek (pomogło). Potem już bez przystanków 13km do Navaretty, gdzie nastąpiło śniadanko właściwe (bagietka z białym serkiem (duuużym) i ketchupik). W międzyczasie wyprzedziła nas połowa pielgrzymów, ale my też ich wyprzedziliśmy zaraz potem, bo poszli sobie na kawę. (…) Potem było trochę miło i trochę mniej. Były momenty strajku i słabości. Ale nawzajem się wspierając twardo szliśmy dalej. Nawiązaliśmy znajomość z Anglikiem z Berlina (czyli Niemcem). (…) W chwili największego kryzysu padliśmy pod jedyne w okolicy drzewo i tam reanimowaliśmy się nektarynkami. Potem już bardzo niemrawo ruszyliśmy dalej. Do Najery dotarliśmy słaniając się od upału, ale bardzo szybko i szczęśliwie znaleźliśmy albergue. Donativo, z klimatyzacją, bardzo nowoczesną kuchnią i dwoma miłymi staruszkami, wyglądającymi na zakonników w cywilu. (…) I okazało się, że tutaj tak jak w Cizur Menor też możemy sobie iść na basen! A więc po krótkiej drzemce (po prysznicu), obiadku w miłym hiszpańskim towarzystwie (koślawe próby rozmowy... o żywności - duże zainteresowanie wzbudziła nasza zupka - 3x rosół AMINO), ruszyliśmu ku zbiornikowi wodnemu. (…) Pociapanie się w wodzie było baaaardzo miłe. Potem szybkie zakupy w supermercado (pół arbuza 1.08 euro, 2 nektarynki 0.66 euro, picie AQUARIUSowe oraz UN PAN (:)!) i zeszyty w kratkę (0.60 euro za sztukę) i powrót do... domku. Arbuza zjedliśmy klasycznie, w cieniu nad rzeką. Potem się wykąpaliśmy, założyliśmy pidżamki i czekamy, bo ma być jakieś błogosławieństwo...? Nie wiemy czy to tutaj?

Tutaj. Była modlitwa św. Franciszka i błogosławieństwo dla pielgrzymów. A wersji polskiej nie ma...:(

Etap 8 - 22 lipca 2004 - Najera - Granon (27.0 km)


Dzisiaj wstaliśmy i wyszliśmy godzinę później niż zwykle (bo głupio uwierzyliśmy, że wyjścia z albergue są dopiero od 6). No i trochę nam to dokopało. Trasa klasycznie - górki, dołki, podejścia i zejścia. Słońce długo schowane za dość groźnie wyglądającymi chmurami. Długo nie było gdzie się zatrzymać - więc śniadanko było dopiero po 16 km. Padliśmy w krzakach i tylko wizja bagietki z kremem trzymała nas przy życiu. No a potem miał miejsce nieszczęśliwy wypadek. Aby dodać dramaturgii naszej wyprawie Paweł podjął próbę odcięcia sobie ręki. Próba nie do końca się powiodła i jedynym osiągniętym efektem było natychmiastowe zreanimowanie mojej osoby. Całe zmęczenie ustąpiło miejsca panice... W tych dramatycznych okolicznościach wyszło na jaw, że mamy kompletny bałagan w plecakach. Jednak krwotok został zatrzymany, krojenie bagietki zbójnickim nożem dokończyłam osobiście i po nieco przydługim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Niby nic - 4km, ale nasza zagubiona po drodze godzina dała się we znaki - GORĄCO!!! Dość sprawnie doszliśmy do St. Domingo de la Calzada. Tam chcieliśmy (ba, byliśmy zdecydowani) spędzić noc. Ale dobry Pan Bóg natchnął nas za pomocą seniora Mariano i ambicja kazała nam odsapnąć, wziąć sello i … iść dalej. Naprawdę!!! 6km!!! W upale!!! I poszliśmy. I to była bardzo trafna decyzja! Mimo, że trochę nas wkręcili, jakoś dziwnie szliśmy naokoło, mimo, że przy szosie byłoby bliżej, no i z 6 km zrobiło się trochę więcej. Ratowaliśmy się Aquariusem i nektarynką i wafelkiem i cukierkami. I doszliśmy do Granon... I nie widzieliśmy długo albergue, a ono jest w… dzwonnicy kościoła. Coś niesamowitego!!! Niesamowity hospitalero, grubiutki i dobrotliwy usadził nas na krzesłach i opowiedział co i jak. Paszporty go nie interesowały. Łazienka tu i tu. Kolacja o 20:30 (wspólna), modlitwa, rano śniadanie o 6... Potem zaprowadził nas do miejsca gdzie będziemy spali - kamienna sala i materace na podłodze oraz drzwi bezpośrednio do starego, gotyckiego kościoła. Pralnia urządzona na stropie kościoła. Ciuchy suszymy w oknach dzwonnicy... Coś niesamowitego!!! W życiu nie byliśmy w takich miejscach starego kościoła. I nie będziemy już chyba? A kiedy weszliśmy na naszą salę do snu przeznaczoną, spotkaliśmy odpoczywającego… Polaka!!! Pan Ryszard z Bydgoszczy idzie z St. Jean Pied-de-Port. Twardy jest. Ucieszył się na nasz widok i teraz miło sobie rozmawiamy. Bardzo fajnie tak sobie pogadać.

W ogóle przyjemnie tu. No i byliśmy na obiadku-kolacji (sałata, ogórek, pomidor, papryka, ocet winny i oliwa) oraz makaron z czymś (sos?). Do tego woda/wino i na deser jabłecznik placuszkowy. Dobre :). Zbrataliśmy się z Brazylijczykiem - Sattevo (czyt. saczewo) i było miło. Po kolacji była modlitwa i zapisywanie naszych imion, przy czym wyszedł na jaw jeszcze jeden Polak - seminarzysta we Francji - Mariusz. Idzie tylko 2 dni do Burgos, gdzie będzie prowadził albergue. Miło tu...

Etap 9 - 23 lipca 2004 - Granon - Villafranca Montes de Oca (28.1 km)


Ależ nam ta droga dziś przeleciała! 16 km bez przerwy (fajnie) na paliwku z gościnnego albergue pp. Holendrów (grzanki, dżemik, ciastka, cafe con leche...) do Belorado (tu niby mieliśmy spać, phi!). Potem dalej żwawo na przerwę nektarynkową do Tosantos. (...) Szliśmy w cudownej pogodzie - słońce za chmurami, wiatr… Potem zrobiło się trochę duszniej, ale i tak miło. Ostatnia przerwa w drodze (w czasie której nikt nas nie wyprzedzał) w Espinoza del Camino była czysto rekreacyjna - widzieliśmy ryby w korytku przy aqua potable. Nie wiadomo czy im się podoba? A rano w ciemnościach o mało nas nie staranowała sarenka (bądź jeleń). A pod dachami domów jaskółki karmiły małe pisklaczki, ładnie. No i potem już do Villafranca, gdzie zamiast nocować w wielkopańskim albergue poszliśmy sobie na miłe namiotowe pole. Namioty 4-osobowe, prysznice, pralnia, świetny widok na kościółek. Potem zakupy obiadowe: 2 słoiki mieszanki warzywnej, tuńczyk, majonez, 2 soki i ciacha!!! Potem prysznic, przygotowanie obiadu, uratowanie p. Ryszarda z niedoli językowej, podzielenie się pysznym posiłkiem, zakwaterowanie we wspólnym namiocie, dłuuuga rozmowa (Paweł reperował plecak z narażeniem życia i zdrowia ;) ), ponowne zakupy (mleko i bagietka) no i już tylko pakowanie, planowanie i chyba sen? Dziś chyba będzie chłodna noc... Czy się wyśpimy?

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:51

Pani Moniko i Pawle serdeczne Bóg zapłać za założenie strony internetowej camino de santiago jesteście wspanialymi ludzmi których niech Bóg i ŚwJakub mają w swojej opiece dziękuję bardzo za tą stronę internetową pozdrawiam buen camino może się spotkamy na szlaku do Św Jakuba

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:24

bardzo ciekawa relacja jednak co camino to inna pogoda i atmosfera ja podczas swego camino zAtapuerci do Santiago na Muxie i Fisterre nie mianlem ani jednego dnia deszczowego a dużo słońca i wiaterku i upału ale fakt camino jakie by nie było ma swój niepowtarzalny nastrój i urok i jak czytam wspomnienia i opowiadania to od razu myślami jestem na camino i się z tym utorzsamiam moje camino było od 29 czerwca do 20 lipca i było wspaniale muszę to powtorzyć pozdrawiam i buen camino

Zobacz wszystkie »