Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Monika i Paweł Buczkowscy
Nasze Camino - sierpień 2004

Etap 10 - 24 lipca 2004 - Villafranca Montes de Oca - Atapuerca (18.3 km)


Tego dnia nie napisaliśmy ani słowa :(

Etap 11 - 25 lipca 2004 - Atapuerca - Tardajos (30.0 km)


W całkowitych ciemnościach pokonywaliśmy Sierra de Atapuerca. Niektórzy się potykali, a niektórzy nie. Widzieliśmy śliczny, oświetlony, migoczący Burgos, ale oczywiście camino wiodła naokoło przez pola i opłotki. A potem było jeszcze gorzej. Jakieś fabryki, asfalt, samochody, zimno... Trzeba było zrobić szybką sjestę w czasie której zjedliśmy bagietkę z ketchupem i czekoladę. No i karmiliśmy mrówki! Potem niepostrzeżenie dotarliśmy do Burgos właściwego ( - Ty, daleko jeszcze do tego Burgos? - Ależ już w nim jesteśmy, Kochanie :) ). W drodze do katedry weszliśmy do kościoła na Mszę (na 10:00). Potem już prosto do katedry. Ładna z wierzchu, wewnątrz jakaś dziwna. Nie było sił na zwiedzanie. Ale widzieliśmy piękną orkiestrę katalońską (dziś Św. Jakuba!!!) Potem posnuliśmy się w poszukiwaniu sello i niemrawo, zakupiwszy po drodze bagietki, ruszyliśmy na nasz nocleg. Wychodząc z miasta minęliśmy namiotkowe pole, ale nie daliśmy się skusić. Zrobił się upał, dużo słońca, postanowiliśmy iść do Villa Billa i tam znaleźć albergue. Ale coś się pokiciało. Leźliśmy ospale przez jakieś piachy i pod autostradą i doszliśmy do jakiejś miejscowości, która okazała się być Tardajos. Znaleźliśmy schronisko bez hospitalero, czekaliśmy i pojawił się p.Ryszard. Zmotywował nas do wejścia i zajęcia sobie łóżek (pokój 4-osobowy). Hospitalero się znalazł grubo po 15 i zarejestrował nas (donativo!). Umyliśmy się, zrobiliśmy pranie i wyszliśmy na spacerek połączony z poszukiwaniem żywności. Pani w barze uzyskawszy informację, że mówimy po angielsku i tak gadała po swojemu. Zakupiliśmy dziwne kanapki (1.50€ sztuka) i colę (2€) i zaspokoiliśmy pierwszy głód. Pani powiedziała, że o 20:30 będzie coś ciepłego, więc poszliśmy ponownie o wyznaczonej godzinie do baru. Tym razem był tam cudaczny kelnero-kucharz, który mówił... po hiszpańsku. Udało nam się zamówić spaghetti (wciskano nam menu del dio). Było średnie, ale najedliśmy się (+ pan + aqua = 9.70€ na trzy osoby).

A w pokoju nie ma światła - nic nie widzę :)

Etap 12 - 26 lipca 2004 - Tardajos - Castrojeriz (30.1 km)


Wyszliśmy klasycznie o świcie. Jakieś Niemki zatarasowały korytarzyk swoimi klunkrami. Trochę nas to zdenerwowało - nie można się było ruszyć. No ale w końcu usiedliśmy sobie przed domem na śniadanko (herbatniki i resztka coli z wczoraj). Tymczasem Niemki żwawo wydarły do przodu (niestety, w przeciwnym kierunku). Nie minęła chwila, kiedy mignęły nam, pędząc z powrotem następną przecznicą. Po śniadanku powoli zebraliśmy się i poszliśmy w swoją Camino... Po wyjściu na prosty szlak ujrzeliśmy nadbiegające świńskim truchtem z przeciwnej strony... dwie Niemki... z górniczymi czapami na głowach... Dalej szły już na sępa - za nami. A droga była miła i dość łatwa. Drugie śniadanko zjedliśmy w Hornillos. (...) Dalej droga prowadziła grzbietem górek - było też coraz cieplej. Mijały nas różne osoby... między innymi facecik z szopą włosów i chudymi nóżkami. Szedł trochę koślawo, ale dzielnie do przodu. Po dłuższej chwili i szybkim marszu znów na niego trafiliśmy. Siedział sobie na boku drogi i wyglądał kiepsko - masował sobie jedną chudą nóżkę. Zatrzymaliśmy się i zapytaliśmy co z nim. Gadał dużo i po włosku, a kiedy wreszcie przeszedł na angielski powiedział, że bardzo boli go noga i że to jego ostatni dzień na Camino. Kiedy spytaliśmy czy możemy mu pomóc, powiedział, że chyba wezwać taksówkę. No więc zaoferowaliśmy mu jeszcze bandaż, ale nie skorzystał, więc pożegnaliśmy się i poszliśmy gnębieni wyrzutami sumienia. Po przejściu ok. 300m jednomyślnie zawróciliśmy, zdecydowani nie zostawiać brata-pielgrzyma samego w potrzebie. Zaoferowaliśmy mu naszą apteczkę (nie chciał - połknął aspirynę) i jeden z kijaszków - skorzystał z chęcią. No i ruszykliśmy razem w powolną drogę - 8km. Okazało się, że uratowaliśmy (czy nie wbrew jego woli?!) Alberto z Mediolanu, który albo studiuje, albo nie (nie do końca został zrozumiany). W ogóle gadało się miło, ale właściwie nic co nam powiedział nie jest pewne. Alberto szedł dzielnie, ale był bardzo markotny (mam nadzieję, że nie przez nas!) Smutno mu było, że nie dokończy Camino. Ponieważ szliśmy w sumie dość wolno już wcześniej postanowiliśmy pozostać w Hontanas (trochę też ze względu na basen, o którym wiedzieliśmy od p.Ryszarda). Hontanas bardzo mi się spodobało (mimo stert kuchenek, piecyków, lodówek i śmieci przy wejściu do wioski), ale jakimś cudem byliśmy tam już po 11 i co tu kryć - wstyd było nie iść dalej. Skorzystaliśmy w trybie natychmiastowym z wc (...), a Alberto powiedział, że zastanowi się czy iść dalej, czy zostać, kiedy się naje. Kiedy w barze czekałam aż Paweł wróci z wc nagle pojawił się Alberto właśnie i gadając po włosku zaczął wyciągać z kieszeni długie baloniki i zmyślnie i sprawnie zaczął robić z nich ślimaka. Potem dorobił mu z innego balonika śmieszne czułki, a potem jeszcze zrobił zielonego psa. Ślimak był dla mnie a pies dla Pawła. To było miłe :) W sumie w Hontanas zmarnotrawiliśmy kupę czasu (basen kusił!). Kusiło też jedzonko, więc zakupiliśmy dwie bocadille (z czymś jakby placek z jajek i mąki z kawałkami ziemniaków! dobre i dużo! 2.40€ za sztukę). No i w końcu ruszyliśmy (Alberto też postanowił iść dalej, ale trochę później). Niedługo później Alberto nas dogonił (tzn. poczekaliśmy na niego) i powiedział, że to jego ostatnie 10km i pójdzie sam. Po czym tak poginał za nami, że musieliśmy przed nim uchodzić! Krótki odpoczynek w ruinach Convento San Anton (tu Alberto powiedział tajemnicze: "You don't know what kind of photos I made you...") [do dziś się nie doczekaliśmy]. Potem już miła, zacienioną aleją doszliśmy do Castrojeriz. Bardzo malownicza wioska. Ale Staszek Burdziej coś nas chyba wkręcił. Chociaż albergue znowu z tzw. "duchem", hospitalero podobny do tego z dzwonnicy. Łóżka we wnękach. Łazienka trochę okropna - jak w saloonie :) Ale pięknie dogadaliśmy się za pomocą fonogestów oraz odgłosów nieziemskich. Dobry Pan Bóg sprawił nam prezent za dodatkowe kilometry (9.7)... w Castrojeriz był basen FOR FREE!!! Po kąpieli i praniu polecieliśmy tam z p.Ryszardem. Było fajnie (...). Potem zakupy (tuńczyk, ciastka, 15 plasterków salami, bagietka). A wcześniej Paweł kupił jeszcze mleko i sok pomarańczowy (bo mu nie chcieli sprzedać waniliowego mleczka dla mnie z powodu przeterminowania). A w markecie było gorąco i wszystko gniło (brzoskwinie, pomidorki...). A teraz jemy kolacyjkę z p.Ryszardem (Paweł bardzo rozczarowany tuńczykiem!). Acha! I był telefon do mamy B. (...)

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:51

Pani Moniko i Pawle serdeczne Bóg zapłać za założenie strony internetowej camino de santiago jesteście wspanialymi ludzmi których niech Bóg i ŚwJakub mają w swojej opiece dziękuję bardzo za tą stronę internetową pozdrawiam buen camino może się spotkamy na szlaku do Św Jakuba

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:24

bardzo ciekawa relacja jednak co camino to inna pogoda i atmosfera ja podczas swego camino zAtapuerci do Santiago na Muxie i Fisterre nie mianlem ani jednego dnia deszczowego a dużo słońca i wiaterku i upału ale fakt camino jakie by nie było ma swój niepowtarzalny nastrój i urok i jak czytam wspomnienia i opowiadania to od razu myślami jestem na camino i się z tym utorzsamiam moje camino było od 29 czerwca do 20 lipca i było wspaniale muszę to powtorzyć pozdrawiam i buen camino

Zobacz wszystkie »