Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Monika i Paweł Buczkowscy
Nasze Camino - sierpień 2004

Etap 13 - 27 lipca 2004 - Castrojeriz - Fromista (24.9 km)


Ha! St. Burdziej nie kłamał! O 6:00 obudził nas łagodny dźwięk śpiewów gregoriańskich. Chwilę potem pojawił się brodaty hospitalero i sprawdził czy już nie śpimy, oraz zaprosił nas na śniadanko za 10min. Tak zmotywowani udaliśmy się do jadalni na górze budynku, zaraz po umyciu. Śniadanko było skromne, ale fajne - kawa zbożowa z mlekiem, herbatniki, margaryna i jabłka. My jedliśmy ze smakiem, p.Ryszard zrobił sobie bagietkę z tuńczykiem i cebulką, a dwie panienki (jedna upierdliwa z Irlandii, a druga b. chuda) patrzyły na to ze zgrozą. Po śniadanku szybko się zebraliśmy i po wycałowaniu (!) przez gospodarzy, naładowani pozytywną energią ruszyliśmy naprzód. Na początku była chyba dość stroma góra, ale widok wschodu słońca sprawił, że wchodziło się miło. Na szczycie ujrzeliśmy dużo płaskiego oraz Niemca na rowerze (przejechał 2000km). Pochwaliliśmy się naszymi wyczynami rowerowymi (podwójne rowerowe zdobycie Rzymu!), nie dogadaliśmy się w kwestii Alp, i pożegnaliśmy z rowerzystą. Potem szliśmy i szliśmy, po drodze robiąc różne zdjęcia (w słonecznikach, cienie...) aż doszliśmy do Itero de la Vega, gdzie Paweł nie pozwolił zrobić postoju. Więc do przodu, kolejne 8km. Szło się źle, dogonił nas p.Ryszard. Szło się fatalnie - nogi bolały okropnie. Pędziliśmy by jak najszybciej odpocząć w Boadilla del Camino. Minęliśmy znajomych Włochów. Wywiązała się ciekawa konwersacja: - Oh! This is a difference between young and old pilgrims! (oni byli już trochę starsi!) - We are not fast, we are hungry! - You have really good motivation! :) Gdy dotarliśmy do miasta po prostu padliśmy... Ale to był moment na prawdziwe śniadanie (po pół bagietki z salami i pomidorkiem, blobliblo, po 2 ciastka!) Potem chwila lektury, pożegnanie z p.Ryszardem (idzie dziś dalej) i niemrawe zebranie się do drogi. Napełnienie butalki wodą z dziwnym kołem (jak na statku) i mozolne przejście ostatnich 6km. Zupełnie bez sił. Po dotarciu do Fromista, kąpieli, zarządzeniu generalnego prania popędziliśmy do sklepu i w ostatniej chwili przed zamknięciem zdążyliśmy nabyć mleko waniliowe, 2 soki, 4 nektarynki. Pawła poczęstowano zgniłkowatą czereśnią. (...) Tu też jest basen, ale nie wiem czy dziś pójdziemy? Teraz jest sjesta...

Stosując rozliczne prośby i groźby osiągnęłam swój cel - Paweł został obudzony. Po kolejnej akcji (ok. 30min.), udało mi się go zmobilizować do wyjścia na zwiedzanie Fromisty. Kolejna miejscowość z mnóstwem bocianów na wieżach kościołów. Bardzo ładne. Śliczny kościółek - dłuuuga sesja fotograficzna). No i sklep - ten od czereśni. A pod sklepem kot - PIERWSZY w Hiszpanii, który się łasił i dawał pogłaskać (poprzedni w Atapuerce nie był chętny do pieszczot, a pozostałe na całej trasie po prostu zwiewały. Alberto powiedział, że Hiszpanie raczej nie głaszczą kotów, dziki naród!) Miła pani ze sklepu wyniosła kotu pełno jedzonka. A kot był chudy i w ciąży. Ale pani naprawde fajna! Opowiedziała nam dużo po hiszpańsku, po czym stwierdziła "no entienda?". I opowiedziała to samo, tylko wolniej i rozmnażając liczbę kotów w swojej historii. Za to kupiliśmy u niej szampon (1€), 2 puszki tuńczyka (Paweł pełen obaw!), puszkę jarzynek i ogórka. A potem poszliśmy do piekarnio-cukierni i kupiliśmy 2 bagietki i... dwa lody! Mniam. Zjedliśmy przed romantyczną fontanną z żabkami i skwerkiem pełnym staruszków. Potem wróciliśmy do albergue, zebraliśmy pranie (czarne jednak pofarbowało :( ). I Pawełek zrobił pyszną kolacyjkę. Był bardzo smutny, bo trochę mu się naświniło. Ale oszukana Włoszka go przebiła - wyrzuciła puszkę z tuńczykiem na ziemię! Eh... Podczas gdy Paweł walczył z pożywieniem, ja przegładałam hiszpańską prasę zamkową (Antonio i Melanie, król i królowa, u nas tego nie ma). Zjadłam baaaaardzo dużo Pawełkowego specjału i popiłam soczkiem. Paweł jadł ale mniej. Potem narobiliśmy bałagan w pralni (pan właściciel tam kazał nam myć tłuste od ryby gary) i połowa z nas poleciała robić zdjęcia, a druga połowa układała pranie i lamentowała w duchu nad zniszczonymi częściami garderoby. Potem mycie i spanie (mimo, że głupi gościu lata i wyje [wydaje mu się że śpiewa]). W rzeczy samej - wiatraczek, który nosi ze sobą, jest jego świetnym symbolem. Tfu, tfu...

Ciemność widzę, widzę ciemność!

Etap 14 - 28 lipca 2004 - Fromista - Carrion de los Condes (19.2 km)


Wyszliśmy niby dość wcześnie i droga była niby łatwa (z boku autostradki, b.gęsto oznakowana), ale szło się nam źle. Nie wiemy dlaczego - może to już zmęczenie materiału? Chwilę pędziliśmy z dziadkiem Jose, ale szybko nam się odechciało :) Mało piliśmy, bo woda wszędzie smakowała parszywie - pleśnią. Ale śniadanko było pyszne - bagietka z tuńczykiem i ogórkiem. Mniam. Potem szliśmy dalej i ostatnie 4km wlokły się niesamowicie. Mimo iż w Carrion byliśmy nieprzyzwoicie wcześnie (o 11) zdecydowaliśmy, że nie mamy sił na kolejne 18km. Udaliśmy się na pole namiotowe i chociaż trwały tam jeszcze porządki, przydzielono nam namiot nr 6. Padliśmy w środku jak nieżywi. A! Pawełek zanim zasnął zrobił małce bezinwazyjną operację plastyczną prawej nóżki (bardzo pięknie!) A potem spaliśmy, spaliśmy... Robiło się coraz goręcej i nieprzyjemniej. O 16 poszliśmy się wykąpać i zrobić pranie (jedna ofiara: bąble na paluszkach wskazujących). Potem poszliśmy na zakupki (duuużo picia!) i wydaliśmy fortunę! Ale za to zrobiliśmy sobie gorący obiadek (niezbyt dobry) tzw. barbeluchę. Wchodziło nam z trudem. Pomyliśmy, zebraliśmy pranie i Pawełek dostał manii fotograficznej i przy okazji wyszło na jaw, że zerwał nam się film w Zenicie. Buuu... akcja ratunkowa (wyciągnięcie filmu pod warstwą śpiworów, polarów i innych równie ciepłych rzeczy, oraz zapakowanie resztek filmu w nieprzepuszczające światła kartki) była szybka - ale czy skuteczna? Warto jeszcze dodać, że nie pierwszy to dziś aparat, który nam się popsuł - Paweł przypadkiem, oczywiście, wyrzucił mój aparat na ziemię, a ten nie omieszkał się otworzyć! Akcja działa się w Villalcazar de Sirga. Może szybkie zamknięcie uratowało chociaż część filmu... Jutro czeka nas cięzki dzień... A co jeszcze dziś się stanie nie wiemy... PS. Rozwaliłam sobie palce... jutro nie piore! :)

Etap 15 - 29 lipca 2004 - Carrion de los Condes - Sahagun (39.5 km)


No czego my dzisiaj dokonaliśmy... No co za wyczyn... Po porannej pobudce (bardzo wcześnie!) zmitrężyliśmy jeszcze godzinę... Szkoda, ale było tak zimno, że nie chciało nam się opuszczać śpiworków. Kiedy już wstaliśmy poszło nam sprawnie - pakowanie, śniadanko (herbatniki i sok) no i w drogę. Zaplanowaliśmy na dzisiaj 32km. Początek mieliśmy bardzo dobry. Potem skusiliśmy się na odpoczynek i zaczęto nas wyprzedzać. Ale do Calzadilla (po długiej prostej drodze wśród pól przez 17 km) dotarliśmy przed Mariano i Eualalią! W tej właśnie miejscowości wyszła na jaw pewna pozornie niesprzyjająca dalszej wędrówce okoliczność. Na pociechę Paweł kupił 2 bocadille (z szynką i bekonem - pycha!!!) i wytrąbiliśmy resztkę soku pomarańczowego. Dalsza droga (nadal miła, łagodniutkie podejścia i zejścia, przyjemny, chłodny wiatr i miasteczka wyskakujące jak królik z cylindra) zawiodła nas do Terradillos, gdzie miało miejsce spotkanie twarzą w twarz z Saczewo. Tam też wyszła na jaw okrutna prawda - Saczewo/Sergio nie pamięta naszych imion! Najpierw więc bardzo go zawstydziliśmy, a potem litościwie i dobitnie przedstawiliśmy się ponownie. A on odrzekł, że Paweł jest bardzo difficult to remember... No a Saczewo to nie? Wytworzył też sobie wewnętrzną association z lontem bądź zapalnikiem od bomby i tak zapamiętał miłującego pokój Pawełka. Przy okazji poznaliśmy też Francuza - Jeronimo, który wiedział, że nasz kraj nazywa się Polska i umiał to powiedzieć. Potem jeszcze nauczyliśmy cudzoziemców "buen camino" po polsku (drobej drogi - z wyraźnym akcentem na "gi"!) i poszliśmy dalej. Droga była długa i męcząca, ale o dziwo przyjemna. Po drodze dostrzegliśmy dwóch leśnych dziadków, w których wstąpiły nadludzkie siły, gdy wychynęli zza rogu i zobaczyli nas odpoczywających. Chociaż ledwo dyszeli, zaczęli pełną piersią śpiewać "O camino, camino..." A w następnej miejscowości jeden z nich wykonywał ćwiczenia gimnastyczne z Jasia Fasoli rodem, też ostentacyjnie na naszych oczach i omal się przy tym nie obalił. A my sobie luzacko jedliśmy "PressUP" limonkowego i truskawkowego. A potem znowu szliśmy i szliśmy, aż doszliśmy do Sahagun, gdzie w albergue spotkaliśmy p.Ryszarda z zepsutą nóżką. Po wymianie grzeczności (w albergue jeszczej trzej Polacy, a senior Mariano strasznie wymęczony prawdziwie ucieszył się na nasz widok!) udaliśmy się na poszukiwanie naszego campingu. Był na samym końcu miasta, naprzeciw basenu, buuu... Miły wolontariusz pomógł nam wnieść plecak i wskazał namiot w chłodnym cieniu. A była już 17. Mieliśmy mało czasu i sił, ale po bardzo opóźnionym praniu wróciliśmy do "centrum" miasta po zakupy i nowe credenciale (w naszych nie ma już miejsca). W albergue namierzyliśmy darmowy internet i wysłaliśmy mega-maila. A potem to już zrobiło się bardzo późno. Polecieliśmy zrobić zdjęcie wieży, zapytaliśmy staruszki "donde es camino de Santiago?" i popędziliśmy pod nasz namiot. Zebraliśmy mokre pranie i poszliśmy spać - była 23:30...

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:51

Pani Moniko i Pawle serdeczne Bóg zapłać za założenie strony internetowej camino de santiago jesteście wspanialymi ludzmi których niech Bóg i ŚwJakub mają w swojej opiece dziękuję bardzo za tą stronę internetową pozdrawiam buen camino może się spotkamy na szlaku do Św Jakuba

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:24

bardzo ciekawa relacja jednak co camino to inna pogoda i atmosfera ja podczas swego camino zAtapuerci do Santiago na Muxie i Fisterre nie mianlem ani jednego dnia deszczowego a dużo słońca i wiaterku i upału ale fakt camino jakie by nie było ma swój niepowtarzalny nastrój i urok i jak czytam wspomnienia i opowiadania to od razu myślami jestem na camino i się z tym utorzsamiam moje camino było od 29 czerwca do 20 lipca i było wspaniale muszę to powtorzyć pozdrawiam i buen camino

Zobacz wszystkie »