Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Monika i Paweł Buczkowscy
Nasze Camino - sierpień 2004

Etap 19 - 2 sierpnia 2004 - San Martin del Camino - Astorga (23.7 km)


Wstaliśmy bardzo wcześnie, zebraliśmy się sprawnie i wyszliśmy po śniadanku (baaaardzo stara bagietka z tuńczykiem). a tu na dworze, a ciemnościach - niespodzianka. Z nieba leciały sobie rzadkie krople deszczu. Szybko przepakowaliśmy nasze (nieużywane dotąd) poncha. Ale zanim napełniliśmy butelki wodą ze źródełka, deszcz zaczął padać jakby bardziej no i... ubraliśmy się pięknie w pelerynki, natychmiast zyskując wygląd dwójki Tofików. Tofiki ruszyły dziarsko do przodu, gdy tymczasem deszcz błyskawicznie zmienił swój łagodny charakter i stał się ulewą. Tofiki pokłóciły się na rozstaju dróg leśnych (ciemno jak w nosie, las, leje, a my bez latarki) i cofnęły się kawałek do miasteczka. Deszcz padał okropnie i z daleka błyskało i grzmiało. Od strony schroniska natomiast nadciągał pielgrzym-wybawiciel z latarką na głowie. Doczepiliśmy się do niego, prowadząc niemrawą konwersację (chociaż nie, Pawełek się starał - zahaczył nawet o kwestię zasadności wycofania z Iraku wojska hiszpańskiego). Pan Hiszpan orzekł, że Polonia is very important (nie do końca wiemy w jakim sensie?). tymczasem burza lazła prosto na nas a my prosto w nią. No i stało się. Nagle znaleźliśmy się w samym centrum błysków i grzmotów. Było naprawdę strasznie. Przemokliśmy doszczętnie, latarka Hiszpana tylko nas mamiła, bo błyskawice oślepiały prawie bez przerwy. Bałam się tak bardzo, że z Koronki do Miłosierdzia, którą usiłowałam odmawiać nie pamiętałam nic poza "Ojcze Przedwieczny"... Nic nas nie bolało, plecaków jakby nie było, szokiem dla nas okazało się dotarcie do Hospital d`Orbigo: 8,5 km przelecieliśmy zupełnie tego nie zauważając. Adrenalina to potęga! Tymczasem burza została za nami a deszcz padał i padał. Postanowiliśmy schronić się na chwilę w prywatnym albergue San Miguel. Posiedzieliśmy tam chwilę, mocząc wszystko dookoła, ale efekt był taki, że upiornie zmarzliśmy. Kiedy zdecydowaliśmy się ruszyć dalej, deszcz już ustał i niebo przed nami się przejaśniło (za nami nadal trwało piekiełko!) Oczywiście ledwo wystartowaliśmy, przegoniła nas Familia z Jose na czele... Taki nasz los... Dalszą drogę utrudniały całkiem mokre skarpetki i zmęczenie, które nagle nas dopadło. Ale do San Justa doszliśmy bez przystanków, tam usiedliśmy przy barze, zdjęliśmy z siebie mokrości, wypiliśmy cole z lodem i cytryną, zjedliśmy po polskim marcepanku. No i poczłapaliśmy dalej. Do Astorgi zostało nam tylko 3,5 km. Doszliśmy powoli do miasta i trzymając się strzałek oraz rozpytując dobrych ludzi o camping, dotarliśmy pod namiotki ok. 11.40. Nastąpiła szybka realizacja planu: zakupki (zdecydowanie za dużo wszystkiego!), powrót na camping, odpoczynek, kąpiel, pranie, sjesta, obiadek (pan, parówki, fasolka - za dużo)... no i mam nadzieję, że zaraz ruszymy na zwiedzanie miasta. Gaudi i czekolada! Po niebie latają ogromne stada bocianów, w ogóle nie machają skrzydłami... Piękne... Astorga też piękna, tylko muzeum czekolady zamknęli tuż przed nami:((( (...)

Etap 20 - 3 sierpnia 2004 - Astorga - Manjarin (30.4 km)


Co za dzień.... rano klasycznie, Paweł wykorzystał okazję i przestawił budzik. Zjedliśmy śniadanko(również klasyka buła + tuńczyk + ogórek). No i wyruszyliśmy. Plan zakładał, że 22 km do Rabanal del Camino. W Astordze wrzuciliśmy jeszcze pocztówki do skrzynki pocztowej (albo i nie...). A na trasie, rety, rety, ile ludu! Szło by się naprawdę miło, gdyby nie te walące zewsząd tłumy. Skąd się tych pielgrzymów tylu nazbierało?! Zrobiło się bardzo mało kameralnie i zmartwiliśmy się, że cała dalsza droga będzie tak wyglądać. Ale cóż było robić - zmartwieni czy nie - szliśmy. W Santa Catalina de Somoza spotkaliśmy Ewę z Arkiem. Potem znowu szliśmy, wokół piękne widoki... ale cóż, pielgrzymi na Camino namnożyli się strasznie... kiedy o 11.30 dotarliśmy do Rabanal i zobaczyliśmy tych wszystkich ludzi, zachciało nam się iść dalej.(...) Zakupiliśmy 8 plastrów salami (na kolację... Boże... jeszcze nie wiedzieliśmy co nas czeka...), 2 bocadille z jamon (pyszne, chrupiące i ciepłe). No i na fali tych kanapek zdecydowaliśmy, że idziemy dalej, do Cruz de Ferro. Było pięknie. po drodze wyprzedzili nas już tylko Ewa i Arek Figórscy oraz chyba z 7 jeźdźców na koniach(...). Było spokojnie, cicho i przepiękne widoki dookoła.Pogoda też świetna, słońce za chmurkami i dość silny wiatr. Do Krzyża doszliśmy zadziwiająco szybko i góra nie była wcale taka straszna - pokonaliśmy ją w sandałach! Pod krzyżem zostawiliśmy kamienie from Polonia oraz jedną część dzikiego zwierzęcia od Alberto (na wypadek gdyby nie zdołał tu dotrzeć). Zrobiło się bardzo zimno, posililiśmy się więc połową polskiej czekolady "Mleczna" i ruszyliśmy dalej. Trochę baliśmy się, że w Manjarin nie będzie dla nas miejsca, a to oznaczałoby kolejne 7 km do następnego albergue. Kiedy zobaczyliśmy z daleka miejscowość w której planowaliśmy nocleg, zrobiło nam się trochę niewyraźnie... Miejscowość składa się z kilku budynków w stylu szop na narzędzia, średniej wielkości. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, że to właśnie jest nasze albergue... bardzo, hmmmm... malownicze. Nieco wypłoszeni weszliśmy jednak do środka, a tam młoda Meksykanka - Rosario - spytała Pawła, czy jest Polakiem. Okazało się, że ma koleżankę z Polski, Karolinę (której szuka, bo gdzieś się pogubiły na Camino) i uczy się polskiego. Zadała mi rozczulające pytanie "ty głodna? ty zmęczona?" Bardzo to było miłe. Rosario postanowiła spędzić kilka dni w Manjarinie, jako wolontariuszka. Natychmiast oprowadziła nas po okolicy... no, no, no... "Kąpiemy" się w... źródełku??? Z ziemi wystaje kawałek rury, zatkany drewnianym pagajem, po usunięciu pagaja leci lodowata woda. W charakterze W-C występuje drewniana buda, zamykana na rachityczny skobelek, z dwiema dziurami w podłodze... Podjęłam bohaterską próbę skorzystania z tego cudu techniki i uroczyście postanowiłam nie wypić dziś ani kropli płynu, aby nie musieć tego powtarzać. Śpimy w małej, drewnianej obórce, na wieloosobowym materacu... No tak, czego jak czego, ale klimatu temu miejscu nie można odmówić... (...) O 20.00 jest kolacja, od 22.00 bezwzględna cisza nocna, wstać nie można przed 7.00. Oto i tutejsze rules. (...) Tutaj są małe kotki, szczeniak, oswojona gęś i w ogóle pełno zwierza i ludzi. A, no i nocują tutaj również Ewa i Arek. Po pożywnej i obfitej kolacji (gęsta zupa jarzynowa oraz sałatka i melon na deser. Do picia woda i wino) ja złapałam sobie małego kotka a Paweł czytał historię hospitalero tego niezwykłego miejsca - Thomasa. Potem odbyliśmy krótki spacerek i udaliśmy się do naszej zatłoczonej szopki. W sama porę, aby zdążyć przed burzą, która rozpętała się w chwilę potem. (...) Zasnęliśmy kołysani do snu muczeniem krów... brudni, ale zadowoleni...

Etap 21 - 4 sierpnia 2004 - Manjarin - Ponferrada (22.9 km)


Musieliśmy spać do 7.00... ale nie było to specjalnie trudne. Obudziły nas odgłosy dzwonu, w który uderza się tu na widok nadchodzących pielgrzymów. Tak, tak, niektórzy już byli w drodze. Udaliśmy się na kawę i śniadanko. Herbatniki, krem czekoladowy, dżemik, kawa, mleko. Pożegnaliśmy się z Rosario, wymieniliśmy adresy e-mail i ruszyliśmy. (...) Było zimno (długie spodnie i polary), okropnie mglisto, ale szło się przyjemnie. Im niżej byliśmy, tym bardziej mgła rzedła, w końcu całkiem zniknęła. Szliśmy w pięknym krajobrazie, zielone góry, dolinki, drzewa... Aż nagle wkroczyliśmy w krajobraz, który skojarzył się nam z mroczną krainą Mordor... Początkowo sądziliśmy, że ślady spalenizny to efekt wypalania traw przez jakiegoś szaleńca, ale później okazało się, że całe wzgórze było spalone i sczerniałe. Bardzo przygnębiający był to widok i nieprzyjemnie pachniało spalenizną. Droga w tym smutnym krajobrazie trwała dość długo ale, jak to w życiu, wkrótce się skończyła. Nie udało nam się dowiedzieć dlaczego i kiedy był tu pożar. Wyszliśmy z pogorzeliska i dalej znów było ładnie. A najpiękniejsza dziś była Molinaseca, ze swymi mostami i domkami. My sobie powoli człapaliśmy, nie wiem dlaczego, im mniejszy dystans, tym wolniej idziemy...?

Dużo ludzi. Do Pomferrady dotarliśmy o 15.30. Trochę trzeba był popytać w informacji i okazało się, że nasz camping jest tuż obok albergue. Zakwaterowano nas w namiocie we dwójkę, ale kiedy po kąpieli, praniu i zakupach wróciliśmy na camping, okazało się, że mamy w namiocie dodatkowo 3 osoby. (...) Zrobiliśmy obiadek (pulpety w sosie pomidorowym z groszkiem i puree z paczki), spotykając przy okazji naszych zaprzyjaźnionych E i A Figórskich.(...) A teraz zrobiło się już późno - 20.00 - a my jeszcze w proszku. Pędzimy robić zdjęcia.(...) A jutro nie wyjdziemy zbyt wcześnie, bośmy uwięzieni, wyjście z campingu możliwe dopiero od szóstej :(

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:51

Pani Moniko i Pawle serdeczne Bóg zapłać za założenie strony internetowej camino de santiago jesteście wspanialymi ludzmi których niech Bóg i ŚwJakub mają w swojej opiece dziękuję bardzo za tą stronę internetową pozdrawiam buen camino może się spotkamy na szlaku do Św Jakuba

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:24

bardzo ciekawa relacja jednak co camino to inna pogoda i atmosfera ja podczas swego camino zAtapuerci do Santiago na Muxie i Fisterre nie mianlem ani jednego dnia deszczowego a dużo słońca i wiaterku i upału ale fakt camino jakie by nie było ma swój niepowtarzalny nastrój i urok i jak czytam wspomnienia i opowiadania to od razu myślami jestem na camino i się z tym utorzsamiam moje camino było od 29 czerwca do 20 lipca i było wspaniale muszę to powtorzyć pozdrawiam i buen camino

Zobacz wszystkie »