Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Monika i Paweł Buczkowscy
Nasze Camino - sierpień 2004

Etap 25 - 8 sierpnia 2004 - Calvor - Portomarin (27.5 km)


Wyjście klasycznie. Droga niezbyt przyjemna, głównie za względu na zapachy i krowie placki w ilościach przekraczających wytrzymałość zwykłego człowieka... Po ciemku przeszliśmy przez Sarrię, skąd wystartowała duża grupa pielgrzymów. Potem wspinaliśmy się wspólnie ciężko sapiąc i dysząc. Jakoś tak było nieszczególnie. Zrobiliśmy sobie postój w połowie drogi gdzie poobgadywaliśmy pielgrzymów z suportem, zjedliśmy kanapkę, wypiliśmy „tanga” i zaszaleliśmy kupując sobie czekoladowego batonika. Ruszyliśmy dalej. (...) A potem to już było niewesoło, bo zaczęło bardzo padać. Dwa tofiki mokły i mimo że do Portmarin było już bardzo blisko, to przez oczekiwanie na końcu ogromnej kolejki do albergue (mimo ulewy nie otwarto go ani minuty wcześniej) zmokliśmy doszczętnie. Na otwarcie albergue czekała również niesamowita rodzina; małżeństwo z czwórką małych dzieci (najmłodsze w wózku!). Idą dzielnie, podziwiamy ich bardzo. Miejsca w głównym budynku zabrakło i zakwaterowano nas po drugiej stronie, w nieco gorszych warunkach. Przez paskudny deszcz zdecydowaliśmy, że nie robimy prania. Za to z zakupów przyniesionych przez Pawła przyrządziliśmy pyszną sałatkę z tuńczyka oraz... całkiem prawdziwy deser: owoce z bitą śmietaną. (...) O 18 poszliśmy na mszę świętą, potem obejrzeliśmy występy ludowego zespołu. Następnie wypisaliśmy kartki do przyjaciół i znaleźliśmy plakat reklamujący wystawę obrazów Malczewskiego. Taki miły akcent. Wieczorem zadzwoniliśmy do naszych rodziców ( z życzeniami z okazji 23 rocznicy ślubu rodziców Pawełka). Potem pozostało nam tylko się położyć... Nogi bolą...

Etap 26 - 9 sierpnia 2004 - Portomarin - Palas de Rei (24.6 km)


Pobudka o 4.20. Toaleta przy blasku latarki (światło w łazience nie działa). Śniadanko pod albergue; bardzo już sucha bułka z wędlinką przy akompaniamencie okrutnego chrapania dobiegającego z okna albergue. (...) Na rowerze podjechał do nas jakiś podejrzany typek i mówił coś bardzo szybko... oczywiście nic nie zrozumieliśmy. Ale szybko okazało się, że ten rowerowy pielgrzym nie miał latarki i chciał po prostu zabrać się z nami. Zachowywał się nieco dziwnie i chyba coś mu zaszkodziło, bo cały czas donośnie mu się odbijało. Mimo to dbaliśmy o niego i pilnowaliśmy by się nie zgubił. Droga biegła przez las i nasze oświetlenie było rzeczywiście przydatne. Kiedy zaczęło świtać nasz dziwny towarzysz coś do nas zakrzyknął (podziękowania...?) i ruszył ostro do przodu na swoim rowerku. A my dogoniliśmy zabawną grupę z księdzem na czele. Ksiądz suszył przytroczone do plecaka pamiątki po wczorajszej ulewie: ogromne gatki, spodnie i koszulę... A potem znów zaczęło padać. W kiepskich humorach, patrząc pod nogi i brnąc przez kałuże dotarliśmy do Palas de Rei i czekaliśmy w ogromnej kolejce na otwarcie albergue. Oczekiwanie osłodziło nam zamówione w barze kakao. Oczywiście nie starczyło dla nas łóżek, więc nocleg na podłodze, w towarzystwie dwóch ekscentrycznych, ale miłych Niemek. Zakupiliśmy w sklepie jakieś pulpety w sosie (modląc się, aby nie okazały się karmą dla psów na przykład. Ach, ten hiszpański...) i nawet udało nam się je odgrzać w albergue, z pomocą towarzyszy drogi. Po obiadku udaliśmy się do kościoła i spotkaliśmy Hankę z Miguelem. Oczywiście przykazaliśmy im, by przyszli na nocleg tam, gdzie my. Nasze pranie nie wyschło i mokre rzeczy zapakowaliśmy do reklamówek.... To oraz dobiegające z półpiętra śmiechy i krzyki najwyraźniej mniej od nas zmęczonej grupki młodzieży, nieco zwarzyło nam humory... Bardzo już chcieliśmy spać.

Etap 27 - 10 sierpnia 2004 - Palas de Rei - Arzua (29.5 km)


Wychodziło nam się inaczej niż zwykle. Powoli celebrowaliśmy śniadanie (bułka z tuńczykiem i ogórek na parapecie wielkiego okna). Droga była taka sobie galicyjska – leśna, trochę górek i dołków. Postanowiliśmy sobie nie pędzić, nie dać się wciągnąć w ten „wyścig ku łóżku”, który obserwowaliśmy od kilku dni. Naszą drogę i noclegi poleciliśmy opiece św. Jakuba, a co tam. Deszcz popadywał, ale szło się dobrze. Po drodze minęliśmy dwa refugia położone blisko Palace de Rei, z czego jedno (San Xulian) bardzo klimatyczne, ze środka dobiegały dźwięki chorału gregoriańskiego. (...) Doszliśmy do Melide, miłej i gościnnej, chociaż niezbyt pięknej miejscowości. W deszczu tam dotarliśmy i ujrzawszy churrerię natychmiast postanowiliśmy wejść do środka i spróbować znanych nam tylko z opowiadań hiszpańskich racuszków. A co tam, i tak nam się nie spieszyło. Zamówiliśmy sobie po porcji chocolate con churros i miły, bardzo młody kelner przyniósł nam coś niebiańskiego. Pyszne, gorące ciasteczka w kształcie karbowanych paluszków, smażone na oleju, do tego po filiżance nieziemsko gęstej i smacznej czekolady. Coś niesamowitego. Należało nam się po tak mokrej drodze. Potem poszliśmy jeszcze do sklepu z warzywami i owocami a tam miła pani wcisnęła nam do łapek po winogronku. Musieliśmy biednie wyglądać. Spodobało nam się w Melide... Ale droga wzywała. Taszczyliśmy ze sobą zakupy, zapobiegliwie, bo wiedzieliśmy, że w Ribadiso nie ma sklepu. Po drodze siły nas opuściły, więc chcieliśmy odpocząć na przydrożnych ławkach. Odpoczynek udał się średnio, po pierwsze dlatego, że wszystko było mokre (deszcz padał nieustannie), po drugie z okrzykiem „viva Polonia!!!” nadbiegli Hanka i Miguel, wcale nie planując tu postoju, pociągnęli nas ze sobą. Dalej poszliśmy z nimi. W Ribadiso zdjęłam z nóg i wyrzuciłam moje kompletnie mokre i dziurawe skarpetki. korzystając z okazji, wypytałam Miguela o kilka przepisów na hiszpańskie potrawy. Postanowiliśmy iść jeszcze dalej, ok. 2 kilometrów do Arzua (możliwość pójścia na mszę no i mniej kilometrów do przejścia na jutro. Poza tym... sklep...no, ale kto mógł przypuszczać...). Hanka i Miguel mieli dotrzeć do nas później, po zjedzeniu obiadu w Ribadiso. A w Arzua - niespodzianka, miejsc w albergue nie było nawet na podłodze, pielgrzymi nocują na polideportivo - hali sportowej ogromnych rozmiarów, położonej na początku miasta... chcąc nie chcąc musieliśmy cofnąć się kawał drogi. Gdy weszliśmy na naszą salę – szok. Widok jak z obozu uchodźców. Ogromna sala wypełniona ludźmi, karimatami, suszącymi się ubraniami, garnkami itp... Z trudem znaleźliśmy sobie kawałek przestrzeni, równocześnie usiłując jakoś zająć miejsce dla naszych przyjaciół. Jakoś się rozlokowaliśmy, wywiesiliśmy mokre pranie, wykapaliśmy się (łazienki dość obrzydliwe) i już można było robić obiad (sałatka pomidorowo-ogórkowa, ciabatta, kiełbaski) w trakcie spożywania posiłku przyszła do nas Hanka z prośbą o udzielenie kilku odpowiedzi do ankiety o motywach, celu i przemyśleniach związanych z naszym pielgrzymowaniem. Tych akurat nam nie brakuje ostatnio, więc chętnie się nimi podzieliliśmy. Hanka przygotowuje się do konferencji na temat turystyki i rozmawia z każdym pielgrzymem jaki jej się nawinie. No, tutaj ma ich pod dostatkiem. Miguela bardzo rozbolał ząb. Mimo to bardzo długo i ciekawie rozmawialiśmy. Bardzo mądry z niego człowiek. Potem poszliśmy do kościoła a po mszy (deszcz lał) wpadliśmy na... Ewę i Arka. Załapali się na miejsce w albergue (stali w deszczu w kolejce od 10.00!!!) i byli zadowoleni. My udaliśmy się do naszej gościnnej hali. Spakowaliśmy się, Paweł umościł przytulne gniazdko i po założeniu zatyczek do uszu można było spać.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:51

Pani Moniko i Pawle serdeczne Bóg zapłać za założenie strony internetowej camino de santiago jesteście wspanialymi ludzmi których niech Bóg i ŚwJakub mają w swojej opiece dziękuję bardzo za tą stronę internetową pozdrawiam buen camino może się spotkamy na szlaku do Św Jakuba

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 12:24

bardzo ciekawa relacja jednak co camino to inna pogoda i atmosfera ja podczas swego camino zAtapuerci do Santiago na Muxie i Fisterre nie mianlem ani jednego dnia deszczowego a dużo słońca i wiaterku i upału ale fakt camino jakie by nie było ma swój niepowtarzalny nastrój i urok i jak czytam wspomnienia i opowiadania to od razu myślami jestem na camino i się z tym utorzsamiam moje camino było od 29 czerwca do 20 lipca i było wspaniale muszę to powtorzyć pozdrawiam i buen camino

Zobacz wszystkie »