Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Camino Norte 2007 - Camino czyli raj na ziemi

24 kwietnia 2007 - 3 miesiące przed


To, że ciąg dalszy camino nastąpi, było właściwie oczywiste już 2 lata temu, przed dojściem do Santiago. Kwestia kiedy, z kim, jaką trasą - otwarta, ale to, że na camino trzeba wrócić - to właściwie pewne.

W 2006 z góry było założenie posiedzieć grzecznie na miejscu, poremontować chałupę, odłożyć odrobinę groszy. Ale potem... sprawa otwarta. W ostatnią niedzielę, przedwczoraj, nagle myśl... jest egzamin gimnazjalny, można nieco czasu wygrzebać, robi się sucha pogoda, ... nasze polskie camino nie tak daleko przecież! No więc pozbierać co trzeba i dziś w południe w auto. Plan był ambitny: dziś dojazd do Jakubowa, marsz do Grodowca, tam się przenocować i jutro marsz do Polkowic co najmniej, a chętniej jeszcze dalej - tyle, żeby po południu móc dostać się do auta.

Plany - ładne, realizacja - taka sobie. Najpierw test gimnazjalny się przeciągnął, a zwłaszcza procedury po nim. Potem zbieranie się, karmienie Caminy - też nieco zeszło. No i droga nie do popędzenia. Ruch spory, wyprzedzanie prawie zerowe, w paru miejscach korki, roboty, wahadełka - w Jakubowie, bez obiadu byłem o 15.30. Gorzej, że do Grodowca nijak się nie dało dodzwonić. Iść w ciemno z wizją dojścia po ciemku - zwątpiłem. na naszym polskim CaminoRozejrzałem się po okolicy, zwiedziłem Głogów, zjadłem w końcu obiad. Zaklepałem nocleg. No i pod kolegiatą w Głogowie myśl... a może jednak camino w wersji max... od własnego domu do samego Santiago? Myślę, że to nie jest niemożliwe.


Na razie myśl niech kiełkuje. Dziś ma być dobre spanie, jutro możliwie wcześnie w drogę. Do Polkowic niecałe 30 km, do obiadu trzeba się wyrobić, na wieczór na Mszę dojechać. Dobranoc.

***

Dopisek dużo późniejszy.

Droga była piękna. Nie zabrakło niespodzianek, mała zmyłka w trasie, trochę ciepełka, jakiś bąbelek - wszystko, czego trzeba na normalnej pielgrzymce. A przede wszystkim była cudna wiosna, piękna trasa, radość z marszu... I jak tu nie wyruszyć w coś konkretniejszego? Siedzieć w domu to chyba jednak nie dla mnie.

17 lipca 2007, wtorek, dzień 0


Zapiski zaczęły się nieco wcześniej, ale rozważne pakowanie jakoś nie chce stać się moją specjalnością. Lekka polka z tego wyszła, bo zacząłem układać rzeczy z dużym wyprzedzeniem, a jak przyszło do wyjazdu, to kanapki, kiełbasa i zeszyt zostały w domu, a baterie w aparacie okazały się wyczerpane. Ciekawe co jeszcze; na razie zauważyłem tyle.

Michał Nikodem był po mnie o 0.30, dowiózł mnie do Gorzowa. Upał akurat straszny, noc duszna do bólu. Zajechał stary Mercedes, jeszcze nigdy nie jechałem czymś, co tak kiwało na boki. Za granicą drzemka (ostatecznie to było po 3ciej...), pobudka w Berlinie. Jeden z pasażerów na Schoenefeld - tam w Mercu zaczęło coś stukać, coś prawie, jakby miał się zacierać. Zaraz za lotniskiem pstryk... fotka z radaru. A potem autobanę zamknęli i dobre pól godziny lataliśmy po Berlinie, żeby Tegel znaleźć. Ja w miarę spokojnie, ale chłopak obok miał odlot 6.05. Dojechaliśmy po 5tej. Przy odprawie pani zrobiła mi jakiś problem. Coś było o pieniądzach, ale po angielsku to ja pani nie pojąłem. Karty pokładowe dała. Na starcie opóźnienie, ciężko wyczuć czemu. Zaraz po starcie zasnąłem, więc lot minął. Widoki miejscami okrutne. A naładowane baterie były na dnie plecaka, zaś te w aparacie padły na lotnisku. Jedna fotka poszła. Europa z góry


W Madrycie lotnisko ogromne. Był czas, to pochodziłem, włącznie z jazdą podziemnym tramwajem do drugiego terminalu. Robi wrażenie. Gdzieś wymknąłem się poza zamkniętą strefę i ponownie przez bramki musiałem iść. Bez problemów.

Mój lot opóźniony - zaszedłem do McDonaldsa bo najtaniej. Ładnie kazali sobie poczekać, choć w sumie i tak nie za bardzo miało mi się gdzie spieszyć. Samolot niewielki; chyba CRJ 900, było tam gdzieś (nieco podobny w typie do MD 90, ale mniejszy). Pasażerów może ze 30tu. Ledwo się wznieśliśmy, już prawie zaraz schodzenie w dół. Zarypiaste podejście do Irun - miałem wrażenie, że zawadzamy o maszty łódek. Cudo, wszyscy w oknach.

Na lotnisku błyskawicznie, plecak nie zginął. Do Irun na piechotę, może z pól godziny (pas startowy kończy się prawie w mieście). Droga logicznie prowadzi. W OdT pani mówi, żeby nie iść do Asociacion, tylko do albergu - pokazuje drogę.

Alberg sprawia miłe wrażenie, Felix bardzo miły. Na początek credential dostałem, miła i przychylna rozmowa z hospitalero. Market na rogu, więc zakupy szybko. O 19tej Msza Święta - kościół przedziwnie schowany wśród bloków, chyba pod galerią handlową, ciężko znaleźć. Potem lekki spacer, kupno zeszytu (czyli cuaderno) i do albergu. Kolację zjadłem, woda ciepła, choć łazienka mała, teraz pewno padnę.

Jeszcze jakoś do mnie nie może dotrzeć, że jestem na camino. Jak się wyjdzie, to może dotrze. Na razie cywilizacja w pełni. Jutro pustawa okolica, ale potem plaże i San Sebastian, więc też nie pusto. Dobrze, że o chleb nie muszę się martwić.

To drugie wyjście na camino jest inne. Ledwo wszedłem do albergu, już jestem u siebie. Towarzystwa nie poznałem, bo się mijaliśmy, dopiero wrócili z hiszpańskiego winka.

Nocy poprzedniej prawie nie było, więc powoli dryfuję do wyrka. Nie wiem, czy dadzą pospać, ale oczka się kleją. Na pisanie czas będzie. Spróbuję do mamy zadzwonić, niech info będzie.

18 lipca 2007, środa, dzień 1


Pierwszy dzień tak naprawdę na pielgrzymce, bo w drodze. Siedzę w południe na głazie. Cudownie jest wiedzieć, że przez miesiąc przede mną takie życie: łąki, pola, drogi, głazy. Jak daleko jest szkoła i inne problemy. Cudo.

Obiecałem poznaniakom, że spróbuję przewodnik redagować, więc na gorąco notatki o trasie. Do sanktuarium MB Guadelupe wg mundicamino miało być 2,2 km - szedłem 1,5h, z czego pół godz. ostro. Kościół na głucho, pieczątki nie będzie.


Woda podobno nie do picia - ja piłem i żyję. Parę fotek na miasto i do góry. Pól godziny ostrego podejścia - jest mokro, więc koszmarnie ślisko. Na górze łagodne zbocza i całkiem miły spacer. Tylko czemu w butach mokro. Po godzinie punkt widokowy i parking na Mont Jaizkibel. Niemiec z busa poczęstował kawą - niezłą, bo ciepła, ale lura. Śniadanko na murku i dalej. Kawałek mocniej do góry, potem uciążliwe obejście stacji radiowej (kamienie i wertepy), potem lekko w dół po trawach. Po 1,5h siedzę w siodełku przy małym parkingu. Buty kompletnie mokre, dam nogom chwilę odpocząć. Rano nieco popadało, tu wyżej rosa wciąż ogromna. Temperatura idealna, a podobno u nas się smażą. Hihihihi.

Dalej było już prawie sucho, pod wieczór buty prawie doszły do siebie. Od tej przełączki droga mocno zarośnięta paprociami. Przy ostatniej baszcie za czerwonymi znaczkami w prawo do asfaltu - tak okazało się lżej. Ostre zejście w dół - trud wynagradza cudny widok na port. Dwie wioski naprzeciw siebie - Pasajes chyba, najpierw San Juan, potem San Pedro. W San Juan sklepy małe, ale są i wszystko jest, także fuenta na ulicy. Potem promem-łódką na drugi brzeg. Stamtąd kierunek plaża, po drodze sporo ławek. Na końcu deptaka dość ostro w górę - od latarni niezły widok na wejście do portu. Mewy w ilościach ogromnych i z hałasem niewąskim.


Do San Sebastian droga urozmaicona, w samym mieście jak to w metropolii. W OdT dostaję planik miasta, do albergu trafiam bez problemu, tyle że ok. godziny dygania po samym mieście. Alberg obszerny, ludzie mili, sklep za rogiem, tyle że kuchni nie ma. Jedzonko na małym stoliku, potem pranie i suszenie.

Kościół Św. Sebastiana przedziwny, liturgia tym bardziej. Nie mogłem się dogadać, bo msza pogrzebowa, ale w końcu do koncelebry dali. Proboszcz ma chyba fioła na punkcie lampek i reflektorków (włączniki pod nogą i przy pulpicie i pod ołtarzem). Po Mszy spacer - plaża blisko, ale chłodno - 18 stopni. Małe piwo w barze i zbieram się na jutro.

No to walnąłem numer fajny. Moja piękna, nowo nabyta piżamka została w Irun. Na pierwszym noclegu! Wszystko przez tą ładną Niemkę, bo rano stała w kolejce przed łazienką i wszystko robiłem biegiem. Nauczka na zaś ładna. Teraz jedna koszulka będzie robiła za piżamkę (okazuje się, że i tak ciasnawa... jak ja ją zabrałem?), no i pewno dokupię na prowincji jakieś tanie portki.

Na drodze dziś parę razy mijałem fajnego Hiszpana, raz łysego w okularach, poza tym pusto. Rano wyszedłem chyba jako drugi. Tu w albergu byłem chyba trzeci, ludzie poschodzili się wieczorem. Niemki dobrze po 20tej. Zajęte może z 15 wyrek. Zobaczymy, jak dalej, ale robię się hiszpański: dumam nad dochodzeniem do albergów możliwie wcześnie. Na jutro napisali nam tu 30 km. Tak wychodzi z musu, bo do Orio jest jeszcze 13, więc bez sensu. Okazuje się, że dziś było 28, więc całkiem mocno, zwłaszcza jak na pierwszy dzień, no i te makabrycznie mokre buty. Pod wieczór ze dwa razy moje nogi powiedziały dość, plecy mnie bolą, ale w ogóle nie jest źle. Poprawiłem paski w plecaku, powinno być lepiej.

Niby doszedłem przed 17tą, a w sumie wieczoru mi zabrakło. Jakoś muszę podumać nad paskami do zaczepienia maty. Nieforemna ona nieco, a lepiej nawet mieć ją na zewnątrz - na postojach będzie pod ręką. Pasek mam, sprzączki też - trzeba podumać i zrobić. Dziś dnia zabrakło.

Właśnie bije 22ga, będą zamykać drzwi. Tu cisza o 22,30, więc jeszcze popiszę, kompleta i tyle.

Dziwne, że mi komórka sieci nie może znaleźć. Wczoraj w Irun bez problemu. Może tu żelbetowe mury, a może w tej szkole mają jakieś blokady. W sumie i tak nie będę nigdzie dzwonił, ale myślałem, że może ktoś jakiegoś smsa pośle.

Jutro z rana straszna góra. W sumie lepiej, że rano, bo potem byłoby gorzej. Na świeżo może damy radę. Potem już jakby z górki. Nieco się rozczarowałem na danych z mundicamino - profile mają takie b. mocno przybliżone. Dziś rano miało być 130 m, a wieczorem 180 - coś mi się wydaje, że było odwrotnie. Chociaż kto ich wie - to podejście za portem było konkretne. A jutro ponad 300... No, zobaczy się. Ostatecznie do Tatr to nam jeszcze nieco brakuje.

Wcześniej zapisałem, że cudownie jest mieć przed sobą cały miesiąc takiego życia. Ledwo wyszedłem, już cały się czuję tutaj. Ludzi mniej, niż na frances, ale nie wiem, czy nie konkretniejsi. Może mniej przypadkowych gości. Z moim Hiszpanem wieczorkiem pogadalim na schodach - czytał M. Kunderę. Wygląda na myślącego gościa.

Zobaczymy, jak dalej z planowaniem kilometrów. Na mundicamino rozpisali na 32 dni, plus chyba 2 do Santiago z Arzua. Wiadomo, że coś się przeskoczy, bo tam parę jest po 16. Na razie nic nie planuję do przodu, celuję w konkretne albergi, bo wyboru w sumie nie ma. Ciekawe, czy pod koniec nie będę miał po 20 km, żeby za wcześnie nie być. A celuje się chyba na 13go sierpnia. Ta zbieżność... Teraz maść na pupę (znowu...) i dobranoc.

19 lipca 2007, środa, dzień 2


Rano prawie euforia, potem zwątpienie, dalej nadzieja, a teraz robi się laba.

Wyjście z SS jak napisane. Po ok. 30min na parkingu nowe znaki - piszą, że nowy szlak i tak będzie lepiej iść. No to idę. Za kawałek stolik z wodą i sello. Kapitalny gringo (nie wiem, czy nie Niemiec) tłumaczy, jak iść. To on wyznakował ten nowy szlak - nie wchodzi się na szczyty, ale trawersem, bez dużych gór, no może ze 3 miejsca. Miły boczny asfalt, potem las. Dalej asfalt i kawałek ścieżki. W Orio na wejściu do miasta albergo - amigo przy stoliku radził, żeby tu się zostawić, na lekko iść do Zubaia, wrócić pociągiem na nocleg, a rano dojechać na trasę. Tak robię.


Za miastem piszą, że do Zubaia 4 km, ścieżka lasem pod górę. Siedzę na skraju, miasto pode mną, popiłem teraz leżę i dycham. Jest 13ta, a ja prawie na mecie. Cóż, inaczej nie wychodzi, tylko jutro do Deba - coś 23 km, a potem do Marquina - tam 25 km, góry i żadnego innego albergu. Bez głowy byłoby dziś gonić dalej. No to poleżymy, odpocznijmy, popatrzmy.

***

Oj poleżało się, a potem ciężko się szło. Znaczy jak zawsze najgorzej ruszyć, zwłaszcza jak człowiek rozleniwiony, a i motywacja taka sobie, skoro wiadomo, że to parę km, a do wieczora daleko.

Przed miastem camping i fuenta - odpoczywam tylko chwilę. Na poboczu jakiś obóz wędrowny (przechodzili koło mnie, gdy odpoczywałem, teraz oni kwitną tu). Zejście do miasta krótkie. Miasteczko wybitnie wczasowe. Na wejściu oczywiście gubię strzałki. Potem się okazuje, że strzałki kluczą po zabytkach, a i tak trzeba trzymać kierunek zachód, przechodzi się całe miasto na wskroś. Na końcu kościół Santa Maria del Real - oczywiście na głucho. Pieczątkę dostałem w OdT. Spokojnie do dworca, pociągiem powrót do Orio. Wróciłem akurat na sjestę - do 17tej miasto wymarłe, zatem pół godziny przymusowego siedzenia. Zakupy i 10 min wspinaczki do albergu. Jak to w prywatnym i płatnym - atmosfera taka sobie. Gospodarze starają się, ale jakby drętwo. Najechało Francuzów autami - nas pielgrzymów chyba stała trójka - czarny od Kundery i łysy w okularach.

Pojadłem, skosztowałem wina, wcześniej kąpiel; teraz ledwo minęła 19ta - co tu robić? Jak już się nogi rozejdą, to mocno liczę na to, że po sjeście odpali się jeszcze parę km, i takie dzionki po 20 km przejdą do historii. Na razie patrzę na nogi - pod palcami po wczorajszych moczeniach są zawiązki ładnych bąbli. Albo dojrzeją i będzie bieda, albo wyschną i będzie super poduszka. Jak się wyrobi, to potem amortyzację będzie robiło na medal. Póki co boli z umiarem, po każdym postoju rozchodzi się w parę minut, da się iść na równych nogach, więc ścięgien nie narusza. 2 lata temu problem się zrobił stąd, że bąble się zrobiły spore i odruchowo utykałem, zwłaszcza po ruszeniu. To wbrew woli i silniejsze ode mnie - skutek: ścięgna niczego sobie dostały. Oby teraz inaczej.

Przez ten odcinek bez albergu za Deba siłą rzeczy etapy się układają po te 20 km z hakiem. Na początek zupełnie znośnie, wręcz idealnie. Do tego jeszcze pogoda - 3ci dzień bez upału, z chmurkami. Dziś po południu rozpogodziło się, słonko wyjrzało, ale o 17tej było 24 stopnie - zupełnie znośnie. Przed chwilą dość nagle się zachmurzyło, dmuchnęło, teraz lekko kropi - ewakuacja prania nastąpiła w biegu.

Usiadłem w altanie - kuchni, bo spokojnie i bez ludzi, a tu córka gospodarzy do kolacji nakrywa, oczywiście z winem. 8 nakryć, więc tak połowa z nas rzuciła się na te 7 euro. Śniadanie jest za 3, takie ceny, nic nowego. Ja wyszedłem o wiele taniej na polskiej/chińskiej zupce i pasztecie z chlebkiem, zresztą sojowym. Niezły.

Schodzą się Francuzy - nie będę siedział nad głową, przeniosę się na stolik przy wejściu. Wypada kiedyś Rewię Rozrywki napocząć.

20 lipca 2007, piątek, dzień 3


Dwa lata temu już byliśmy razem, już biegliśmy do SdC. Ja tu na razie o biegu nie mam co marzyć.


Dziś z rana afera. Noc taka sobie, może to wino wczorajsze nie posłużyło. Budziłem się mnóstwo razy, zegarek sprawdzałem. Rano ktoś się kręcił... uchylił drzwi - na zegarek - 6.45. 20min do pociągu, lekki bieg. Pociąg pojechał, gdy dochodziłem, więc ze 3 min zabrakło. W tył zwrot - za 10 min był autobus. Rundka po Zarautz - szansy na chleb nie ma. Tu miasta budzą się o 9tej. Koło 8 w drogę - oczywiście pod górę. Koło ermitii zarzucam pokrowiec, kurtki mi się nie chce wyciągać i słusznie. Santa Barbara - parę domków po polach. Potem wioska na G... , szlak omija, ale można zboczyć do sklepu. Pan podpowiada drogę, znajduję SPARa. Za miastem śniadanko przy samym skrzyżowaniu. To mi się podoba. To lubię.

W Zumaia deptak - idę bulwarem, po drugiej stronie jakaś stocznia, przy nabrzeżu całkiem spory serwisowiec. Strzałki pokazują, gdzie OdT - biorę sello i siadam na ławce przy deptaku. Dogonił mnie Helmut - Niemiec poznany wczoraj w Orio.

Średni miałem ochotę z nim gadać, więc się zebrałem i w drogę. Za Zumaia dość ostro do góry, rozległe pola, miłe widoczki. Mijam wioskę Elloriaga - trzy domki, ale bar jest. Ostrzejsze zejście w dół, prawie przeskakuję przez dość ruchliwą drogę. Wkrótce na wzniesieniu strzałka 300 do albergu - nie będę z ciekawości aż tyle nadkładał. Wydaje mi się, że droga zatacza jakieś wielkie koło, ale za bardzo innego wyjścia nie widzę. Droga przez dość nagrzany las, na polanie robię dłuższy postój. Wkrótce zejście w dół do głównej szosy i zaraz parking z barem. Ciężarówek w czasie sjesty cała masa. Za chwilę ścieżka ucieka w prawo, najpierw spokojny las, potem ścieżka. Przed Itziar koło 1 km mocniej w górę. Wychodzę prawie na rondzie, rozglądam się po okolicy i łapię kierunek na miasteczko. Dość ładnie góruje nad drogą. Przy samej szosie widokowa restauracja, oczywiście mijam.

W miasteczku cisza i spokój, sjesta w najlepsze. W pobliżu kościoła zacieniony placyk z ławami pod ścianami - rozciągam się na dłużej. Fuenta po drugiej stronie drogi, pragnienie nie dokucza. Gdy ruszam dalej, okazuje się, że tuż za miastem przy cmentarzu jest ławka i cudny widok - na drugi raz tu zrobię postój.

Do Deba spokojne zejście, końcówka ostrzej. W samym mieście dobra pani mi pokazuje, że mogę zjechać w dół windą. Całkiem fajna alternatywa, winda okazuje się nawet dwuodcinkowa, ale drugi etap daruję sobie. W mieście zataczam małe kółko, ale trafiam do albergu przy parku, wpuszczają mnie do środka i można oddychać.

Postarałem się dziś odrobinę i w nagrodę siedzę sobie pierwszy w albergu, w perspektywie plaża i spoko wieczór.

Ranny deszczyk więcej straszył niż zmoczył. Szybko dał spokój. W sumie najbardziej zmęczyły poranne hece: bieg do pociągu, potem na busa, szukanie chleba i wyciąganie pałatki. Przy śniadaniu werwa była średnia. Potem już poszło, to poszło. Nastawiłem się na góry dość konkretnie, a nie było tragedii. Może i kondycja nieco się wyrabia. Najlepsze (i najdziwniejsze), że na razie nogi idą i z bąblami spokój. Na obu pod palcami są zawiązki, ale na razie to nie problem.

Koło południa stwierdziłem, że Stachanow to ja nie będę i zaległem na ładnej łączce, chyba nawet przysnąłem, więc potem ruszanie trudniejsze. Akurat też słońce wyszło i do Itziar podejście się do góry zrobiło, ale z dobrym nastawieniem - dałem radę. W Itziar miła ławka w cieniu, więc też odpoczynek no i reszta to już w dół - prawie wczasy.

Strzałki w mieście się gubią, na szczęście każdy powie, gdzie albergo. Dziadek z ulicy mnie wołał i otworzył - jestem dziś pierwszy. Albergo przedziwne - jeden pokój i łazienka, 8 miejsc, donativo, bez kuchni, po praniu można sobie powirować. Jakieś stowarzyszenie dziadków to prowadzi, szef już mnie odwiedził, hihi pytał czy dziś jeszcze idę dalej.

A dalej to jutro sobota i wspinaczka, a potem niedziela. Strasznie mnie kusi jutro dociągnąć do cystersów do Zenarruza. Do Markina jest 21.5 km wg tutejszych danych, a 23.5 wg mundicamino. Początek 4 km w normie, potem na czterech km na 332 i w dół na 212 i clou: na 6 kilometrach na 500 m i w dół. No to w sumie po 15 km będzie wiadomo, na czym stoimy.

Bardzo jestem nastawiony na ranne wstawanie, jak pogoda dopisze, to naprawdę te niecałe 30 km jest do zrobienia. Nawet po górach. W tym Zenarruza mnichy mają 8 miejsc - jest to nieco ryzykowne, ale jutro sobota, pojutrze niedziela - nic tylko u nich na Mszę liczyć, a może i na dwie. Tak ja tu sobie knuję i planuję... bez rannego wstania ani rusz, aniołkowie niech się postarają, a od czego tu staranie Szefa?

Helmut właśnie doszedł - jest 17.30, nie będę sam. A dziadek właśnie coś mi tu zaczął klarować nt. klucza do albergu i że trzeba iść do OdT. No to niech się Helmut myje, ja pójdę. Może jaki sklep załapię.

***

No to już wiem wszystko. Wchodząc do miasta należy zajść do OdT i dostaje się klucz. Wychodząc należy go zostawić i zatrzasnąć drzwi. Albergo jest gratis, ale można wrzucić jakieś donativo.

Helmut chyba godzinę oglądał mapy i przewodniki, poszedł w miasto. Przed chwilą doszedł kolejny znajomy, pucołowaty Hiszpan - prawie umiera i stęka. Przyszedł z Zarautz. Chyba ze mną nie jest aż tak źle, skoro właśnie się na plażę wybieram?

Grzech było nie spróbować... do piasku może ze 30 m. Woda nie za ciepła, więc dość szybko wyszedłem, ale fale fajne. Plaża nie tyle długa, co szeroka, ludzi w normie. W wodzie nawet niewielu. Inna rzecz, że to po 18tej.

Kolejny spokojny wieczorek, właściwie popołudnie, nie bardzo aż wiadomo, co robić. Zaraz spiszę następne albgergi i za krzyżówki się wezmę.

Nie bardzo chce mi się jeść. Na postoju - wiadomo - z rozsądku, bo inaczej nie pójdzie się. Potem praktycznie obiadokolacja, dziś troszkę serka i litr mleka. Na wieczór jakiś pomidorek. Brzuch się trzyma, na siłę nie będę się napychał.

Dzwony dzwonią porządnie, idę się rozejrzeć.

Uzbierało się nas czterech. Stękający poszedł w miasto, wcześniej opowiadał przez telefon, jaki to on bohater i jaki niesamowity dzień jutro go czeka. Nie mogę przypomnieć słówka, ale było coś o jakby ekstremalnym dniu.

Wieczorem dojechał Słoweniec na rowerze. Z Helmutem plotkują, a bardziej Słoweniec się chwali. Ciekawe, jak ze spaniem będzie.

Bałem się, że telefon mi coś nie łączy: pchnąłem go przez ręczne ustawianie sieci - wybrałem Amena i pokazuje Orange. Zadzwoniłem do Sławka, sms do Ani - działa, jak należy. Ufff. Głupio byłoby, gdyby był problem z kontaktem.

Wyszedłem chwilę na ławkę... zimnica!!! I kto mnie straszył upałami? O 21szej bez swetra nie wychodź. Zbieram się powoli (o ile mi dadzą), bardzo chciałbym juto ruszyć naprawdę rano.

21 lipca 2007, sobota, dzień 4


Wieczorem doszedł ktoś tam jeszcze, o 22giej rozgadali się na potęgę. Aż słówko rzekłem - pomogło. Nie wiem, czy potem tak cicho się kładli, czy ja tak dobrze zasnąłem.

Rano oczywiście małe odkładanie pobudki. Helmut wstał pierwszy. O 6,45 na drodze.

W mieście wzdłuż torów do ładnego mostu i na drugą stronę. Około pół godziny do góry, potem różnie. Ermitia Kalwaryjska po nieco ponad godzinie. Znajduję wodę za murkiem - niespecjalnie smakuje. Szukam miejsca na jedzonko - rozsiadam się w portyku przy kapliczce - dopiero na odejściu widzę, że tu zakazane jedzenie. Trudno. A smakowało fajnie, z widokiem dość ładnym na okolicę. Pod koniec jedzonka Helmut mnie doszedł, pokazałem mu gdzie woda, napił się i poszedł dalej.

Po jedzeniu jakby ciężej się szło - przysiadłem po godzinie w Olatz, odetchnięcie, poszukam wody. Przede mną teraz 6 km do Larruskain - na tym odcinku góra 500m - na te dni największe wyzwanie. Oby.

***

Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb. Albo inaczej - nie chwal dnia przed zachodem. Ta końcówka też była niczego sobie.

Kawałkami dziś marsz to była przyjemność, kawałkami doświadczenie. W sumie pewno znowu cały rok będę marzył, żeby tu stanąć (oj, zobaczymy, co za rok...), jak nie jest za ciężko, to marsz jest przyjemnością, a chwilami to się człowiek siebie pyta, co ty tutaj robisz. Chłodno, do domu daleko, a pełnia szczęścia, jak się wciągnie ciapatę i popije litrem mleka; pode mną trawa, nade mną cień, a w plecaku zakupy na niedzielę. Naprawdę to jest dobre, że tu tak niewiele człowiekowi potrzeba. Bardzo niewiele, a może jeszcze mniej.

No i bez najmniejszych wątpliwości jestem pielgrzymem. U nas to się bywa na pielgrzymce. Jedzie się gdzieś. Tu, żeby powiedzieć, kim jestem - proste: io pellegrino. I sprawa jasna. Pasuje.


Olatz to była taka rozciągnięta wioska w dolinie. Jak się schodziło do niej, to ładny widok na całą polanę. Dookoła góry. Ładnie. Postój przy małym białym kościółku, oczywiście zamkniętym na głucho. Naprzeciw bar, też pozamykany. Przed wejściem stolik - przy nim gadam z Dawidem; chmurki lekkie, nie wiem, czy na deszcz się nie zaniesie. Szukam wody - okazuje się, że w barze pani urzęduje, zagaduję przez okno, wodę dostaję i to schłodzoną.

Droga najpierw po płaskim, potem systematycznie w górę, ale dość szeroki asfalt. Pod koniec wyprzedzają mnie rowerzyści - cała ekipa. Dochodzę do nich na przełęczy. Oczywiście przepocony jestem dokumentnie, oczywiście na wodę zero szans, dobrze, że mam ze sobą. Kolarze spadają w dół - jak nic ekipa przełajowców. I motocykliści z tej samej branży hałasują. Wkrótce sobie pojechali - jak cicho i ładnie. Idę dalej, początkowo nieco w górę, potem tak po stoku. Na przełęczy dom, po lewej duża wiata ze źródłem wody. Przysiadam na paręnaście minut. Bardzo dobra woda, świetne miejsce na odpoczynek.

Dalej droga wiedzie drugą stroną tej doliny - obchodzi się ją prawie dookoła. Krajobraz po wyrębach, ale droga raczej lekko w dół. Mijam dom jakby z basenem ppoż, za chwilę drewniana ławka w cieniu. Zasiadam. Po odpoczynku spokojną drogą 1,5 godz do Markina. Droga w sam raz, ale na końcu ekstremalnie w dół (kto tę drogę wymyślił!?!). Po deszczu to tu musi być polka. W mieście na początku kościółek, chyba wesele się zbiera. Ciekawie, bo w sobotę w południe. Taki widać obyczaj. W mieście po strzałkach (raz pytam o drogę) trafiam pod alberg. Sjesta, więc zamknięty; niedaleko Eroski, kupuję wszystko na niedzielę, mleko na dziś i uwalam się na trawniku. Koło mnie jakaś para z dwoma wielkimi psami. Też do albergu???

Zobaczymy, jak tam u cystersów. Zostało do nich 8 km. Przed 16 tą można ruszyć. Helmut też się tam wybiera (doszedł do mnie spał po drodze, nawet nie obudził się, gdy przechodziłem). Idę po sello.

***

No i w sumie nie wiem: żałować, czy nie żałować, że w tym albergu nie zostałem. Wyjście z miasta takie sobie spokojne, wzdłuż szosy, a potem wzdłuż potoczku. Z daleka widzę, że Helmut goni za mną. Tempo mniej więcej równe mamy, więc idziemy każdy sobie. Za jakieś 45 min wioska z barami - dróżka robi łuk i wchodzi w las. Przysiadam na mały odpoczynek, Helmut za chwilę leci dalej. Mnie żołądek coś wysiada.... a papier toaletowy na dnie plecaka, oj duży błąd..... Więcej go nie powtórzę.

Po uwolnieniu się jest nieco lżej, ale samopoczucie takie lekko średnie. W dodatku droga zatacza nie wiadomo po co łuk i schodzi do Bolibar. Te kółka mnie moralnie wykańczają. Wioska nieco dziwna, bo na początku osiedle kolorowych bloków, a potem ściśle historyczne centrum z pomnikiem Simona Bolivara. Widać, że cała Ameryka koło tego chodzi.

Za pueblem w górę w las. Drogowskaz mówi, że 35 min do klasztoru - jakoś tak mi wyszło. Gdy go zobaczyłem - jakaś spora radość i nadzieja, że będzie miło. A tu w klasztorze - prawie same buraki. Gdyby nie padre superior, to bym stracił resztę sympatii dla cystersów. W kościele pusto, widać, że turystycznie. Z braciszkiem na podwórzu nie rozmowa, ojczulek w sklepiku robi za biznesmena, nie zakonnika - szukać superiora. Trochę długo mi zeszło, obszedłem wszystko dookoła, w końcu go mam. Na Mszę od razu się zgodził - aż go w mankiet wycałowałem. Pieczątkę przyniósł, na rano bez problemu się umówił. Na 8mą to chyba nie zaśpię?

Szukając go zalazłem do albergu - mały pokoik z boku, wyra piętrowe, młodziaki zalegają, brudne gary na progu. Spytałem o sello - dogonił mnie rechot naśmiewających się z frajera. Nie było wyjścia (padre w sklepie mówi że komplet i tyle), zszedłem 100 m - jest albergo privado za 12 euro. Tyle że nie co dzień niedziela, wyro duże, podłogi drewniane, łazienka jak należy. No, ale stolika nawet w pokoju nie ma, suszyć też nie wiadomo gdzie. Zszedłem na piwo, żeby to przy stole popisać - też tego piwa jakby niewielka porcja, a cena jak za większe. Ciągną na tych pielgrzymach, jak się da - alternatywy tu nie ma, las dookoła.

A ja cały zły dumam nad pojęciem pielgrzymowania. Przecież te albergi jak wół mają napisane i są robione dla pielgrzymów. Myślałem, że skoro cały dzień na szlaku spotkałem tylko Helmuta, to jakieś miejsce bez problemu trafimy. Oj naiwny, naiwny... Jakieś żłoby z plecakami wcześniej przybiegły i tyle. Po frytkach. A co to ma wspólnego z pielgrzymowaniem? Temat otwarty i na długo. No właśnie. Akurat przechodzą obok mnie ci, co zasiadali przy kolacji w Orio. Jak nic też robią za pielgrzymów. Tempo to by się nawet zgadzało, tylko kiedy i jak oni wędrują? Może nocami. I jak tu nie zatęsknić za porządnymi refugio na camino frances - tam, gdzie bez credencjalu ani rusz. Z drugiej strony jest tu parę tych albergów i to donativo - mam nadzieję, że dalej nie będzie wiele gorzej. No to może i wydatki noclegowe mi się wyrównają, bo oczywiście kasa przecieka jak choroba.


Nie wiem, co na ten temat (tzn. pielgrzymowania) sądzą właściciele i prowadzący schroniska, zwłaszcza te donativo. Może nie widzą problemu, może się cieszą, że chata pusta nie stoi. A ty człowieku leć z garbem cały dzień i wcale bez pewności, że głowę będzie gdzie skłonić.

Póki co plan jest jeden i bez alternatywy: co najmniej ze 3 dni nic tylko się trzymać stałych odległości, lecieć możliwie wcześnie i zajmować miejsce. Poprzednio sam się z tego śmiałem na frances, a teraz przejmuję wyrobione wzorce. Tyle, że tu nie ma alternatywy - odcinki są takie, że nie ma co szukać innych noclegów - bo ich nie ma! Jak dziś miał być, to wyszło jak jest. Są i plusy - Mszy jutro szukać nie muszę, odprawię rano, a do Guerniki zostanie mi może 16 km, a i jestem tu prawie najwyżej (jutro zatem z górki). Co prawda profile z mundicamino są co najmniej mało precyzyjne, ale na pewno wielkich szczytów jutro się nie przewiduje.

Te dzisiejsze góry to z jednej strony nie najgorzej poszły, a z drugiej po południu ledwo człapałem. Może i coś się wyjaśniło - żołądek swoje powiedział.

Z rana była polska konserwa (jeszcze) i pomidorki - one mi są pierwszym podejrzanym. W Markina była buła i litr mleka, potem nieco gazowanego - to drugi podejrzany. W każdym razie od Markiny tak raczej średnio goniłem, w końcu do lasu pogoniło. Aż tak trochę niezdrowo. Do klasztoru jakoś doszedłem. Teraz jeść się nie chce, więc nie wysilam się (stołu nie ma....), to małe piwo sączę przy tym pisaniu i na dziś będzie na tyle. Skoro i tak mnie za bardzo nie ciągnie, to nie będę się wysilał.

Dodzwoniłem się do Ewy, do Ściechowa nie. Myślałem, że p. Maria będzie w domu czekała na Alojza, a może że oni wcześnie dojadą. Na razie pudło. Spróbuję jeszcze przed spaniem.

Po raz kolejny upewniam się, że ta droga (przynajmniej jak dla mnie) to gigantyczna lekcja pokory. Od rana czy od wczoraj sobie marzyłem, jaki to dzisiejszy nocleg będzie - zostało w końcu jedno: Msze i dziś i jutro. I tak właściwie, to ta wersja była dokładnie z tej przyczyny - Msza na niedzielę. No i jest. A że moje wyobrażenia i plany inne - czas najwyższy przestać marzyć, a zacząć się poddawać. Mniej będzie rozczarowań, mniej nerwów, mniej szoków. Bądź wola Twoja i tyle. Jak będzie wola, żebym się przespał za 12 E to też się da. Jak trzeba będzie gdzie na trawie - też damy radę. Już się dziś rozglądałem. No, ale śmierdzieć przy niedzieli - trochę nie bardzo. Odłożymy tę wersję na kiedyś.

Na prawej nodze zalążek bąbla się powiększył i chyba dojrzał. Dalej nie przebijam, póki nie muszę. W marszu zupełnie nie ma z nim problemu, więc nie ruszam. Może się wchłonie, skoro etapy krótkie. Na prawym ramieniu coś jak potówki, na lewym odciśnięcie od plecaka. Też pewno się ułoży.

Stale myślę, czego się mogę pozbyć. Chyba Małego Księdza, bo waży sporo a przydatny zupełnie nie jest. I pewno dalej też noclegi głównie w miasteczkach, więc jakoś damy przy kościołach radę. Tu mniej takich minialbergów w miniwioskach bez kościoła - Msza na ogół realna, byle nieco wcześniej dojść.

Według rozpisanych etapów do SdC ma być 33 dni. Zacząłem się oswajać z myślą, że może nie pójdę na Finisterę. Musiałbym nadrobić dobre kilka dni, a na razie o tym mowy nie ma. Później może da się coś podgonić, na razie nie ma tematu. Finistery by było szkoda, ale może musi poczekać na ten następny raz? Przynajmniej w tym pełna pokora, niczego na dziś nie planuję.

Francuzi zdaje się w drugiej sali ucztują. W łazience jakiś ciemnoskóry mnie minął. Gdzieś na oknie buty się wietrzą, ale właścicieli nie widać. W moim pokoju jestem sam, choć gość pokazał, że jedno wyro zajęte. Może da się spać. Po wczorajszych "pielgrzymach" jestem dobrej myśli. Nie wiem, kto to doszedł koło 22ej, ale raczej nie wędrowiec. A Słoweniec nawet nie próbował udawać: robi rutę po Francji, ogląda Tour de France i tak jest mu taniej. A gaduła....

Może ja stary jestem, może taki pryncypialny, może niedzisiejszy, a może za wiele ta Droga dla mnie znaczy. Pewno to ostatnie. Ale mi trochę przeszło. Oki.

To, że ciąg dalszy camino nastąpi, było właściwie oczywiste już 2 lata temu, przed dojściem do Santiago. Kwestia kiedy, z kim, jaką trasą - otwarta, ale to, że na camino trzeba wrócić - to właściwie pewne.