Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Camino Norte 2007 - Camino czyli raj na ziemi

28 lipca 2007, sobota, dzień 11


Droga: z Santander główną ulicą, strzałki w chodniku, nawet gęsto. Droga zupełnie prosta. Po wyjściu w pole duża ziemna budowa (ciekawe, co tu będzie za rok...), za chwilę tunel pod autostradą. W kolejnej wiosce siedzę. Czas na śniadanie, ławka jest, woda w studni bardzo żelazna. Sobota, cisza, spokój. Jakieś samochody do pobliskich szklarni się kręcą. Wioska jak wymarła.

Po tej wiosce zaczęła się polna droga. Ścieżka kręci się po osiedlach i domkach - chwili bez cywilizacji prawie nie ma, za to kręcenia do bólu. Szczyt wszystkiego na tym odcinku jest za Boo de Pielagos. Ja sobie usiadłem na skraju wioski, akurat wyprzedziło mnie paru ludków. Z dala widzę, że oni na tory kolejowe się ładują. Potem z górki widać, że pociąg na nich trąbi. No, ładna droga! Ale oni do Mogro mieli ze 2 km tymi torami... Ja natomiast zrobiłem nieludzkie koło - pewno pod 10 km, w dodatku strzałek na lekarstwo. Stanąłem w Arce za przystankiem, bo cień - zdrzemnąłem się nawet. Potem w dół do rzeki, skoro ludzie z torbami chodzą, znaczy jest mercado - zaopatrzenie na niedzielę nabyłem. Tuż dalej w Oruna - zabytkowy most z XVI w. - jedyny w okolicy! - stąd całe to koło. Dla moich naiwnych naśladowców - zaraz za mostem market, cień, ławki - nic, tylko stawać.


Wskrobałem się na górę i widzę, co się dzieje - kółko mi się zamyka, jestem po drugiej stronie rzeki, za mną 2 godziny kołowania. No i drogowskaz na Regejada, a tymczasem szlak idzie w góry. Zjeżyłem się, poleciałem careterą. Pewno nadłożyłem niewiele albo nic, a patrząc po okolicy górek uniknąłem.

Przed Requejada strzałki nie wiadomo jak się pojawiły, zaraz na rondzie w lewo. Pytam gościa, czy nie lepiej główną, on mówi że tędy krócej do albergu. No to niespodzianka, bo u mnie pierwsze objawy słabości, a słonko grzeje. Zaczęła się wioska Mar - jest albergo, to mikroskopijne. W barze narada z panią, czy nie iść do następnego albo do Santillana del Mar. Początkowo plan by iść dalej, ostatecznie zostaję.

Alberg 6 osób (ale turystów nie ma!!!), brak kuchni, 4 e, klucz w barze Quin. Plan na jutro - wstać rano i w Santillana ucelować w Mszę św - musi być coś rano.

***

I tak Święty Jakub zweryfikuje nasze planowania i poprowadzi po swojemu. Cały ranek zachmurzenie, wydawało się, że chłodny dzień będzie, po tym moim kołowaniu słońce się pojawiło i postój południowy (który wyszedł od 14.30) był w słońcu. Znaczy znalazłem sobie minidrzewko na poboczu na wzniesieniu drogi (taka szeroka nowa droga pod górę na wjeździe do którejś wsi), cień był wystarczający. Od tego postoju (do 16tej) dobra godzina, ale pod koniec oznaki przegięcia, więc zwolniłem i specjalnie nie broniłem się przed tym albergiem. Do Santiago kiedyś dojdę. Jak Jakub pozwoli.

Z marszu: od południa coś boli na zewnątrz prawej stopy - wczoraj tam nie oglądałem, bo było dobrze, a tu pewno się urodził zupełnie ładny bąbelek. Jaki nie urok...

Dziś trochę spotkań z ludźmi. Rano dogonił mnie wyjątkowo rozmowny Niemiec - Marcel. Nawet miło razem się szło, tyle że ja musiałem posiedzieć i z Dawidem pogadać. On poleciał dalej. Za chwilę chyba 3 Hiszpanów włącznie z babką, co wczoraj Czeszki zostawiła. Tuż za nimi starsze małżeństwo - cała piątka poleciała tymi torami.

Teraz w albergu najpierw Belgijka w zielonej koszulce, potem wchodzi to starsze małżeństwo - okazuje się, że Włosi z Trento. Dobrze po angielsku nawijają, z Belgijką sobie pogadali. Ja coś tam z melodii wyłapuję. Jakby człowiek się długo między ludźmi obracał i musiał gadać, to pewno coś by się nauczył.

Oni poszli na jedzonko - zjem i ja i w końcu pranie dokończę.

***


A miało być tak pięknie i spokojnie... Ja sobie jadłem, zwaliły się wczorajsze Czeszki z gadatliwym Hiszpanem, potem dwie Niemki, a przed chwilą jeszcze Hiszpanka solo. Ciekawe, kto i gdzie się pomieści. Niemki załatwiły taxi (takie tutejsze) i gdzieś je powiozło, reszta się kłębi.

W księdze wpisów znalazłem dwie Włoszki - wiek z grubsza by się zgadzał. No to już są o jeden dzień do przodu. Niezłe babki.

Wczoraj i dziś niektórzy się dziwią, że ja spore kawałki chodzę. Okazuje się, że są i lepsi.

Dziś miało być tak porządnie, od rana i solidnie. Naprawdę liczyłem, że do południa uczciwy kawałek odwalę. No i niby się nie obijałem, a i tak słoneczko dopiekło, bąbelki swoje dodały i efekt jest średni. A na pewno daleki od ideału. Teraz spojrzałem na zieloną karteczkę - wyszłoby, że dziś 28 km. Więcej chyba byłoby ciężko.

Z kartki spisałem pozostałe albergi w Kantabrii. Albo tego przybywa, albo to się zmienia - co rusz inne informacje. Moi tu dzisiaj konsultowali swoje przewodniki - też nie było jedności. A co dopiero, jak się języka nie zna i na strzałki się liczy. Ale tak to na camino - zaufać.

Pozytywne jest to, że kolejne miejsca mają większą pojemność, są po 40 i do 60. Może da się coś złapać, nawet jak później się dojdzie.

Niektórzy układają się na dworze, Czeszki jedzonko kombinują, atmosfera się rozluźniła. Fotki zrobione, niektórzy adresy wymieniają. Jest 21sza, zbieram się powoli. Pranie nie wyschło. Piwo w barze tylko puszkowe. Ale jakoś leci.

Coś kolejny wieczór nie idealnie się czuję, ale może to słońce. Bąble się niby zasklepiają, to co bolało w drodze, to i samo pękło. Trzeba spać.

29 lipca, niedziela, dzień 12


No i proszę, przy Dniu Pańskim jakoś to leci, choć z Mszą na razie kłopot.

To dzisiejsze albergo to wg tablicy na drodze jest w miejscowości Mar, wg administracji Polanca, a najbliższe większe miasto to Requejada.

W nocy wściekle gorąco. Belgijka rano spała daleko na dworze, aż pod suszarką. Hiszpanka z Barcelony chrapała mocno, wyszła pierwsza. Tyle że z jej puszystością... przeskoczyłem błyskawicznie.

Droga: najpierw ładnie ostrzałkowana do Requejada - po prawej wielka fabryka Solvay. Przy fabryce z samego rana łapanka policyjna na całego - alkomaty w ruch i każde auto zatrzymują. Guardia Civil pracuje.


Potem droga schodzi w boczne polne, lekko faliście aż do Santillana del Mar. Wcześniej stanąłem przy ławce na zakręcie, ale jeść się zupełnie nie chciało. Przegoniłem Włochów, gdy usiadłem to oni mnie. Tak dziś już ze 3 razy - teraz, gdy piszę, też. Nieźle.

Santillana del Mar - sam jeden zabytek. Kolegiata piękna, Msza się kończyła, burak ochroniarz mnie nie wpuścił. Nie będę się kopał z koniem.

Miasteczko zachowane z dawnych wieków, kupa hoteli i to dobrych no i knajp, za miastem camping. Nie wiem, gdzie mi się strzałki zgubiły, ale droga dobra: od kolegiaty prosto do asfaltowej drogi i nią w prawo - drogowskazy na Comillas. Po prawej będzie camping, za 2 km Orena - my dalej główną drogą. Za jakie 4 km na wzniesieniu wielki wiadukt - tu odbijamy w lewo i za 1 km droga wyraźnie w prawo w dół (tu schodzimy się ze szlakiem) i w dole wioska Ciquenza. Piękny kościół, przy nim ławki, fuenta, cień.

O Mszę pytałem najpierw w małym kościółku przed Santillana - szkoda mi było czekać prawie godzinę. W Santillana właśnie się kończyła, a burak nie chciał mnie wpuścić. W Cobrenas mają być cystersi - liczę, że tam.

Na razie jeden postój na miniśniadanie (zupełnie nie chciało się jeść), potem na Dawida (na łuku głównej drogi za Santillana), teraz tu przy kościółku.

Właśnie Marcel mnie minął. Też wczoraj gonił dookoła te 10 km. Nocował pod Santillana (aha - tam jest to albergo, ale 300 m w bok, nie patrzyłem), dziś robi sobie prawie wolne.

Nogi dziś dość wyjątkowo idą (jak już się rozejdą, bo z tym bieda na początku), no i pogoda idealna - dalej chmurki i wręcz chłodno. Gonię, by to wykorzystać.

***

Niedziela się zrobiła, że hoho. Gdyby tak jeszcze ta Msza Św. ...

Od Ciquenza rzeczywiście tak ze 3 km do Cobreces. Trochę przez wieś, lekkie podejście, trochę głównej drogi (prawie aleja z fajnym cieniem) i już Cobreces, z tym, że tu jeszcze nieco błąkania po uliczkach. Szlak schodzi w dół (tu piękne miejsce na postój), i potem do góry do klasztoru. Kościół piękny, ale jakby lekko martwy. Klasztor okazały, ale za fortecę robi. Zakonnik na furcie miły, sello dał, ale z Mszą kłopot. Nie wiem, w czym oni mają problem, dogadać się nie umiem. Na wieczór w Comillas ma być parafia i Msza.


Przy wyjściu na drogę przy kościele zaraz po lewej jest tienda - nieduża, ale wszystko co potrzeba, nawet cola z lodówki. No to uzupełniłem zapasy i robię jak Pan Bóg przykazał porządną niedzielną sjestę. Co nieco zasłużyłem, a po drugie do Comillas ma być 7 km - przy dzisiejszych dobrych nogach to na jeden skok. Marcel miał tu nocować, ale też poleciał dalej, bo za wcześnie. Ciekawe, jaki tłum będzie w tym Comillas.

Poprzednim razem w którąś niedzielę podumało mi się "co ty tutaj robisz?" Dziś jakoś nie. W domu naprzeciwko odgłosy niedzielnego obiadku, ja właśnie wcisnąłem na siłę ile się dało pana i frankfurterka i wcale jakoś źle mi nie jest. Na niedzielne obiadki ma jeszcze przyjść czas.

Nogi też dziś niedzielne. Jak już się ruszy (z tym to zawsze bieda), to potem już gonią. Nowych bąbli jakoś na razie nie czuję, stare się goją, bo trochę swędzi. Pogoda właściwie idealna, dalej chmurki (chwilę było słońce), bryza od morza powoduje wręcz chłodek (leżę w polarze).

Więc niech już będzie niedzielna ta niedziela. Dalej jak do Comillas i tak nie pogonię, to i tak wyjdzie koło 26 km - na święto wystarczy. A jak tam się nic z Mszą nie uda - to ja naprawdę przestanę wierzyć w powszechność Kościoła.

***

Zobaczymy, czy się udało, ale jestem prawie szczęśliwy. Najpierw droga: od Cobreces jak się komu spieszy, niech idzie careterą - podobno koło 7 km. W połowie drogi też można na nią wskoczyć lub wyskoczyć. Camino idzie sobie bokiem, bardziej w cieniu, nawet spokojnie i ładnie, ale kręto i na pewno drogi nie skraca. Czy dużo dalej - nie wiem. Było z pełne 2 godziny. Za to widoki ładne.

Uwaga: w wiosce La Iglesia przed kościołem przy barze skręcamy w prawo i dalej droga już prowadzi. Tubylcy sami nie wiedzą, że mają camino, nie bardzo jest co pytać. Z prawej zostaje wielkie monasterio San Jose - w murze fuenta. W wiosce Concha (jak ładnie...) skręt w lewo i wkrótce widok na Comillas. Oczywiście ładnie. Na wejściu w lewo (są strzałki), prosto do centrum, tu najlepiej w pierwszą w prawo w górę i prosto wychodzi się na albergo. Do kościoła naprawdę blisko, tuż pod nim sklep, ostatnia Msza w niedzielę 20.30. W albergu ponad 20 miejsc, przyjmują TYLKO pielgrzymów (wycałowałem panią po rękach), w kuchni tylko mikrofala, nie mają naczyń. Nic nie jest doskonałe. Moje budynie idą dalej.

Ten popołudniowy kawałek w sumie nieco się dłużył, ale na dobrą sprawę wyszło, jak miało być. Może nieco późno się podniosłem. Dobrze, że nogi w miarę, po rozchodzeniu praktycznie można lecieć prawie bez hamowania.

W albergu jest Marcel i wczorajszy gaduła - Toni. Ten to ma gadane. Są dwie Austriaczki, ktoś jeszcze (rzeczy leżą, on pewno na plaży), w sumie cisza i fajnie. Oby tak dalej. Pomyłem się, poprałem, czas do kościoła, żeby nie na ostatnią chwilę. Obym się dogadał.

***

Nooooo....... Szef jest niepojęty. W życiu bym tego nie zaplanował!!! Kościół cudny, uderzają: wystrój sali koncertowej (z fortepianem), klimatyzacja, tłum ludzi na Mszy o 20.30. W dni powszednie tylko rano.

W zakrystii od razu ludzka rozmowa, na dodatek brodacz (okazało się że chyba diakon albo szafarz) mówi po rosyjsku!!! Zatkało. Proboszcz chyba młodszy ode mnie, nie ma nic przeciw. Celebruje młodzian z Madrytu, co ma jakiegoś księdza Polaka studenta u siebie w domu (tak wyłapałem). Świat jest mały.

Przeżycie Mszy Świętej oczywiście nieludzkie. Tym bardziej, jak dziś cały dzień za nią goniłem. Ale myślę, że było warto. Szef jest niesamowity.

Wbrew temu, co w ostatnich dniach, jest 21.40, a tu cisza prawie kompletna. Muszę zaraz lecieć się pakować, żeby potem na buraka nie robić. Na górze tylko 2 Austriaczki, ja i starsi Włosi. Na dole Marcel, Toni i facet z suczką, spotkany dziś na drodze (kawałeczek za tym małym zabytkowym kościółkiem). Spokojna, cicha sunia. Więcej ludzi nie widzę.

Mam wrażenie, że coś mi ważnego wyszło: większość moich bąbli to skutek starszych skarpet, długich czarnych. Tak sobie składam, że raczej w te dni, w które w nich szedłem, coś wyskakiwało. Od dziś idą w rolę rezerwowych. Oki, idę się pozbierać, potem dopiszę, żeby tylko wejść na górę i nie hałasować.

Porządek wieczoru się ustalił na dobre. Śpiwór na wyrko, ubranie na poręczy (dziś mam do dyspozycji dwie), butelka z piciem pod ręką. Latarka pod poduszką, koło niej pokrowiec na śpiwór (rano będzie szybciej), buty i mata na dole. Rano co na mnie to wrzucam, śpiwór w rękę i na dół, w jadalni czy na korytarzu zwijanie wszystkiego. Jeszcze kibelek (jelita pracują, codziennie rano wszystko jak na zawołanie), posypanie talkiem (nie daj Boże zapomnieć!), i właściwie ruszamy. Zwykle ze wszystkim wystarcza 15 minut. Jak kolejki do kibelka nie ma i nie trzeba się dobudzać za mocno.

Kończy się powoli Kantabria - nie wiem, czy jeszcze 1 nocleg się załapię, potem Asturia. W sumie nawet mi przypadł do gustu ten kraj, może i coś z tego, że barwy flagi mają biało-czerwone. Tylko pośrodku, jakieś godło dochodzi. Po Asturii tylko kawałek Lugo i już A Coruna. Hihihi jakoś tak blisko.

Wyszło na to, ze wczoraj był dzień psychola. Znaczy takiego mentalnego kryzysu. Jak porównam samopoczucie dzisiaj, to skoczyło z 6 kresek. Jak nogi w drodze nie bolą (bo przy ruszaniu to zawsze, na to nie widzę lekarstwa), to świat naprawdę nie jest taki zły. Góry póki co się skończyły (tam dalej chyba coś jeszcze załapiemy), więc spacer jest prawie idealny. No, o ile spacerem mamy nazwać dyganie prawie 30 km. Ale plecak trochę lżejszy, może jakoś będzie.

Marcel przyszedł, przegadaliśmy prawie godzinę. Nie ma to, jak niemiecki podszkolić. Spać.

30 lipca, poniedziałek, dzień 13


W nocy kolarz 2 razy mnie budził, bo nie mógł spać. Nieźle. Albo ja dziś wyjątkowo z tym chrapaniem dałem do wiwatu, albo on taki wrażliwy.

Wieczorem tak chodziłem koło telefonu i nic do głowy nie przyszło. Z rana przypomniałem sobie: Marta miała imieniny, miałem życzenia wysłać. Taka lekka skleroza.


Z rana wszyscy wstali mniej więcej razem. Włosi w swoim kącie światło zapalili i wystarczyło. Na dole też chłopy jakoś tak wstali. Zbieranie raczej leniwe, na drodze coś po 7ej.

Wyjście z miasta jedyną główną drogą na zachód, po może 3 km na parkingu na obszernym zakręcie skręcamy w lewo. Bardzo ładna, urozmaicona droga, włącznie z polem golfowym (jak dla mnie z rana darmowy prysznic pod zraszaczem).

Na przystanku przy większym skrzyżowaniu śniadanko i chodu dalej. Zaraz mnie Toni dogonił. Trochę on wariat, ale fajny człowiek. Ma przewodnik (wyrywa zeszłe kartki), pokazał, że idzie do Unquera. Chyba na dziś nic innego nie wyjdzie.

Do San Tomas dłuuuugi most, potem szlak w lewo, ale to pewno runda po mieście, do kościoła i zamku, bo miasto na wyspie. Więc ja przy przystanku, wzdłuż parku, z placu na prawo i główną drogą przez drugi most i w lewo do góry. Tak coś kleję, jakbyśmy to właśnie tu w 1994 przystanęli sobie pod palmami jadąc do SdC. Tak to miejsce mi pasuje.

Zatankowałem na podejściu w Agipie, usiadłem w starym zakolu szosy, trawa ładna. Nogi idą wręcz rewelacyjnie, żeby nie zapeszyć. Toni pokazywał, że szlak robi tu ze 2 pętelki, więc lepiej iść careterą. Na razie tak robię - do Unquera wg tablic mam 10 km. Dopiero 11ta, więc dzień może być całkiem miły. Ale następny alberg chyba daleko, więc możliwość kombinacji niewielka.

Rano wręcz chłodno, teraz jakoś duchota się robi, ale chmurki wciąż jak na zawołanie. Niedługo pójdę, żeby tej korzystnej pogody nie tracić.

***

Bez przygód drogi by nie było. Dobrze, że się Toni trafił, bo może bym zginął.

Od San Vincente leciałem careterą - nawet znośnie. Z boku zostało Serdio - podobno bardzo ładny nowy alberg. Toni tam i pieczątkę dostał. Przed Unquerą mała wioska z placem zabaw - tam fuenta i ławki, posiedziałem, nawet pospałem mocno. Stąd ruszyłem już szlakiem - zdecydowanie po górach, żeby nam się nie zapomniało, że Hiszpania to górski kraj. Zejście nawet bardzo górskie.

W Unquera ZAMKNIĘTY alberg. Niemiło nieco. Za mostem siadłem na jedzonko - leci Toni. Przysiadł się. Mówi, że za 1,5 km jest alberg. Był, ale juvenil, a w nim kolonia. Dalej. Toni co chwila z kimś gada (bez niego bieda). W La Franca dłuższe debaty, on chyba chciał gonić do Llanes (jeszcze 19 km), ale mówię, że to nierealne. Miła pani umieściła nas w budynku wiejskim, sala na pięterku, nawet styropian pod leżenie dostaliśmy. Fuenta obok, kąpieli nie było, ale małe co nieco w barze tak.


Na jutro jak nic wychodzi Llanes, bo potem 30 km znowu żadnego noclegu. Tak trochę cienko z tym tu na Norte. Ale taki urok tej drogi. Niewiele się tu wymyśli, niewiele innego da się planować.

Od mostu za Unquera jesteśmy w Asturii. Zdaje się, że strzałek będzie jeszcze mniej.

Zdaje się, że niechcący poszło dziś koło 35 km. Gdyby nie zamieszanie z noclegiem, byłby miły dzionek. Chłodek cały czas, wieczorkiem wręcz się zachmurzyło. Samopoczucie 9. Jeść mi się nie za bardzo chce, więc się nie zmuszam.

Toni się układa, zacznę też się zbierać.

W sumie głupi wieczór oczywiście. Na dworze jasno, 20ta dochodzi, gadać nie ma z kim, na spanie za wcześnie, co konieczne to porobione - leżę i piszę.

Jakoś tak stale mi wychodzi liczenie kilometrów. W środę, pojutrze, połowinki. Inaczej być nie chce. I dniami i kilometrami wypada. Średnio do przejścia zostało mi po 27 km. W sumie niewiele, spokojnie można więcej, ale jak tu z noclegami trafić?

Na najbliższe 3 dni sobie rozpisałem - wg danych Toniego żadnej alternatywy. Między Llanes a Ribadesello nic przez 30 km. Trzeba się dostosować i tyle. Też pokory uczy.

Z Finistery dawno zrezygnowałem. Miło by było, ale nie przeskoczysz. Może 1 dzień to bym jeszcze wyciął, ale na 3 to nie mam co liczyć. A Finisterra bez 3 dni - na nic.

Mój Toni mieszka w Brukseli - stąd te jego francuskie gadki. O 20tej doszedł jeszcze jeden lokator - Hiszpan z pieskiem. Całkiem fajnie nam się alberge tutaj robi. No, ale jak takie niespodzianki wyskakują na drodze, to trzeba się ratować.

Dochodzi 21sza, dzieci za oknem na razie spać nie pozwolą. Hiszpanie gwarzą, psica się posila, ja się tak miotam po macie. Leniwy wieczór.

31 lipca, wtorek, dzień 14


Oj, leniwo wczoraj było, ale z zaśnięciem problem. Chyba wszystkie bachory z okolicy zleciały się pod nasze okna. Oni nie potrafią normalnie mówić. Muszą krzyczeć.

Rano wstanie leniwe, dopiero po 7mej, ale wyspany jak rzadko. Gdyby jeszcze był kibelek...


Droga najpierw boczna asfaltowa, potem szlak odchodzi w lewo do lasu, wysokość i tak ta sama, co caretera, a spokojniej; potem wracamy na careterę i dwie wioski: Buelna - malutka i zaraz po niej Pendueles - tu szlak odchodzi w prawo do wsi, wyjątkowo sporo strzałek. Przy kościele cień i ławki, fuenty brak. Tu posiedziałem na śniadaniu, brewiarz, pisanie, teraz dalej. Nastawiam się na Llanes, bo dalej nocowania nie ma - zostało 10-12 km, a dopiero 9.30. Zobaczymy, nauczyłem się dnia nie chwalić.

***

Nie wiem, czy koło 15tej to już się da nieco pochwalić? Kasa co prawda znowu leci, ale źle nie jest.

Najpierw obowiązki: po moim postoju śniadaniowym w Pendueles z powrotem na careterę (prawie do samego Llanes). Po ok. 3 km wioska Vidiago - szlak zaraz w lewo, praktycznie równolegle do szosy, a spokojnie i w cieniu, po drodze 2 fuenty. Przy dużym parkingu z jakąś aulą (jest cień i fuenta) wracamy na careterę. Za 1 km po lewej camping, za 2 km San Roque - kompleks firm i warsztatów, jest bar i mała tienda. Za 2 km zbaczamy do Llanes. Na początku jest alberg w 2** hotelu Portillas - ciekawa sprawa, były komplet, więc niewiele wiem. Otoczenie ładne, budynki oczywiście zadbane, o miejsca dopytywałem się w jadalni z antycznym wiejskim klimatem. Aż mnie cena ciekawi, ale nie było tematu.

Przez całe miasto główną ulicą (co nie znaczy że prosto! hihi), gdy po prawej park z aleją platanów - w lewo do stacji FEVE. Alberg El Estation w zaułku po prawej. 15 e, duży salon (tylko mikrofala, brak naczyń), miejsc podobno koło 40 a i materace widziałem. Otwierają o 15tej, zapisałem się wcześniej.

Po wczorajszym prymitywie wypada dziś parę groszy odżałować. Pierwsze to poprałem rzeczy, żeby doschły. Sklepów multum, na jutro coś się nabędzie. Choć nie wiem, czy nie będzie trzeba - Ribesella też spore, a to jutro.

Dzień naprawdę wczasowy. Jeśli tak działa 19 km, to ja chyba jestem gotów na sporo więcej. Pozostałości bąbli intensywnie suszę, ale rozchodzenie ich to już nie godzina czy dwie, ale chwila. Oj, gdyby tu się dało coś z noclegami namieszać... A tak jestem skazany na to, co jest - też lekcja pokory.

Llanes to kolejne wczasowisko (jak coś takiego widzę, to od razu mi gorzej). Ciekawie być musi, skoro na zapleczu są góry po 2600 - Picos de Europa. Na razie były zasłonięte mniejszymi, ale na fotkach wygląda to naprawdę niczego sobie.

Toni właśnie doszedł i rozmawia z blondyną od Czeszek (w Santander mi zginęła). Ten ma gadane. Ale dobrze. Gdyby wczoraj się nie dogadał, to tylko plaża by została.

W normach dla albergu przeczytałem, że ze względu na odpoczynek w całym albergu obowiązuje cisza od 24tej. Hmmmm znając hiszpańskie dzieci.... A kręci się tu jakieś towarzystwo, kto wie, czy nie kolejna kolonia. Mają tego trochę.


Z planiku w recepcji wynika, że jesteśmy prawie na wysokości Leon, a do Ponferrady jakoś blisko. Na camino frances byłoby odliczanie dni do końca, tu jutro wypadają połowinki. I to te w kilometrach to tak koło obiadu. Fajnie wyszło.

Co prawda jest tu tylko mikrofala, ale kawę to chyba sobie zaraz zrobię. Jakaś szklanka jest, ja mam kubek metalowy, niech moje noszenie tej kawy jednak na coś się nada. Idę próbować.

Toni akurat zakończył mycie - biba na całego. On robi bocadille, ja zjadłem nektarynki i kawę piję. On poleca wino Xorojo (choroczo) z etykietą z korka. Ciekawe, czy takie znajdę.

***

Tośmy się tutaj zeszli niczego: jest Marcel, Belgijka, oboje Włosi - cała ekipa. Zobaczymy, jak długo razem, bo ja jutro mocno nastawiony na bieg do San Esteban, oni pewno te kilka km bliżej do Ribaczegośtam.

Marcel ma naprawdę fajny mały przewodnik z serii Outdoor - nawet jest taki bajer, że na dzień dzisiejszy inny wariant drogi - nie careterą, ale wzdłuż morza. Co prawda 2,5 km dłużej, ale o wiele ciekawiej. Dorwałem ten przewodnik i porównałem dalsze noclegi - jest optymistycznie. Raczej pasuje. Najlepsze: planowałem chyba na 3 różnych kartkach i spisach, w tym na rozpisce albergów - jak do tej pory ta rozpiska jak w mordę strzelił mi się zgadza. A i dalsze albergi jakby pasowały.

W OdT Marcel dostał wykaz wszystkich albergów w Asturii - zaraz tam lecę.


Przeszedłem się po wsi. Cudo, warto godzinę poświęcić. Port piękny, ciasny, przypływ działa. Uliczki urocze. Bazylikę Sta Ana znalazłem, Msza o 20tej. Nawet jakieś sznurówki wynalazłem, choć cienkie, dalekie od ideału na moje buty.

Toni się za telewizor zabrał, ja idę pobrewiarzyć, zabieram kasę i papiery i do miasta. Na razki.

Na tą chwilę (jest 21.30) zadowolenie 10. Mszę dali odprawić, wszelkie spisy albergów uaktualnione, na jutro jedzonko nabyte, właśnie zniszczyłem owocki, jeszcze czeka piwo na sen. Szaro widzę dzisiejsze spanie, bo pokój się zrobił chyba pełen, a na razie siedzę tu sam. Wieczorne życie kwitnie, niektórzy dopiero do miasta ruszają. Ktoś tu kolację rozkręca, Toni z Belgijką gadają przy drugim stole. O, właśnie wszedł pan z pieskiem (on Aragończyk, rejon Saragossy) i laska od Czeszek - może się powoli poschodzą. Ale na rychłe spanie nie liczę. Taki urok życia tutaj. Te tradycje na camino frances jednak są żywsze. No, ale prawdziwych pielgrzymów to ja w tej chałupie widzę nas paru. A jak to między wronami...

Miasteczko zrobiło mi się prawie cudne. Taki swoisty klimat ma. Port szczególnie ciekawy, a pływy w nim ogromne. Jak wchodziłem - łodzie stały na suchym dnie. Po południu - pełno wody. Teraz - znowu ubyło prawie metr (zapamiętałem poziom). W wodzie pełno ryb (i to sporych), a z nabrzeża kąpią się tubylcy. Pełnia życia.

Marcel wziął mi spis albergów (nie wyrobiłem się do OdT, miło z jego strony), sam nabyłem sznurówki (nieco cienkie) i zeszyt (ten obecny się kończy). I baterie w aparacie zaświeciły na czerwono - widać, że połowinki na całego. Wszystko odnawiamy.

Tu koło mnie biba na całego się rozkłada, a ja jednak pójdę spakować plecak. Niech na mnie nikt nie czeka - nie lubię tego jednak.

***

Jest 21.55, u mnie wszystko gotowe. Mogę wejść choćby i po ciemku, portki tylko zrzuca, śpiwór rozłożony, latarka pod poduszką - pełen klar. Rano też w sumie dopracowane. Prania jutro sporo do zawinięcia, ale to na wierzch idzie. Plecak przy samym wyjściu, ubranie i pokrowiec na śpiwór na poręczy wyrka - parę ruchów i mnie nie ma. Reszta szykowania może być na korytarzu, lub - tak jak tu - w salonie.

Naprawdę ciekawy ten alberg - większość budynku dworca zajmuje. Dworzec czynny, a jakże. Pociągi chodzą. Przy peronie od popołudnia stoi coś jakby nieco starego i to nawet długie. Albo objazdówka albo ciekawostka. Pasażerowie na pewno w mieście. Na noc wrócą.

Nie zdążyłem o następnych albergach: z tego, co widać, to na konkretne wydatki muszę się w Gijon nastawić. Wyboru tam raczej nie ma, trzeba płacić. Poza tym całkiem sporo albergów donativo. Bardzo a bardzo mi się to podoba. Urok trasy nadmorskiej jest taki, że jak jest plaża blisko, to i turyści muszą się zjawić - więc i biznes noclegowy kwitnie. Im atrakcyjniejsze miejsce - tym bardziej. Z pielgrzymami średnio się to zgadza. Jak uciekniemy na prowincję - zostaniemy sami. To i albergi inaczej wyglądają i inny w nich duch.

Wyboru wielkiego nie będzie, z etapami niewiele się zakombinuje - może jutro usiądę i obliczę, jak mogę dojść. Pewno i tak na styk. A może nie warto za wcześnie? Póki co i tak idę, jak mogę, a właściwie dokąd mogę. Możliwości kombinacji niewiele.

Belgijka jest lepsza ode mnie. Plecak ma całkiem spakowany i wyniosła do recepcji. Rano od razu w nogi.

Odebrałem i wysłałem smsy, nic się nie dzieje. No i bardzo dobrze.

Oczywiście cały czas idę razem ze Szczecińską PP. Dziś minęła mnie kawa w kapitularzu w Bierzwniku. Nie można mieć wszystkiego i zawsze. W ciągu dnia patrzę na zegarek i myślę, w którym miejscu trasy oni są. No a jutro oczywiście intencja za Ojczyznę - inaczej być nie może. Może i patriotyczne piosenki uda się pośpiewać? Nie będę pisał na siłę, spać się na razie nie chce (za mało kilometrów?), posiedzę na dworze. Dobranoc.

1 sierpnia 2007, środa, dzień 15


Zadowolenie spadło do 7, ale chwila i już jest lepiej. Ale najpierw o drodze, bo zapomnę.

Z Llanes wyjście jedyną główną ulicą. Na rogatkach po prawej duży parking - skręcamy w lewo i zaraz za torem w prawo. W pierwszej wiosce Poo przy kościele w lewo, potem plątaniną uliczek na wschód - byle przejść wiaduktem nad torami i dalej logicznie. W polu krzyżówka Y przy zielonej bramie - idziemy w lewo za tory. Potem nad autostradą, tuż za nią w prawo, zaraz tunelem pod autostradą, wkrótce Celorio. Kierunek morze, szlak wzdłuż plaży (tu nareszcie obfitość strzałek, wcześniej można mocno zwątpić w swoją orientację w terenie). Za miastem na wiejskiej asfaltówce kierunek Posadas. Droga mocno kołuje, za to ładna. Jak kto znajdzie prostszą - będzie happy.

Zaczęło boleć ścięgno na wierzchu prawej stopy. Śniadanie na trawie na brzegu rzek, po drugiej stronie biały kościół z cmentarzem. Jest miło i miło.

Wyszedłem 6.45 prawie ostatni z ekipy, po drodze tylko Hiszpanka od Czeszek (powiedzmy chłopczyca) w barze kawę zamawiała. Poleciało wszystko. Smacznego.


To moje śniadanie jest tuż za Barro (widać tablicę). Dziś będzie ciepło. Trzeba się ruszać.

Obchodzimy rozlewisko rzeki, zaraz za mostkiem przy białej kapliczce w lewo w górę. Odtąd bardzo przyjemny marsz, prawie po równym, urozmaicona droga i cień. Bardzo korzystnie.

Po 45 min plaża San Al... idziemy zostawiając ją po prawej. Po przejściu pod autostradą zejście w lewo - zaczyna się Naves. Od razu na początku trawa, ławki, cień, fuenta. Potem we wsi fuenta, brak tam trawy. Dalej podobnie miła droga - za 1 godzinę Nueva. Tuż za przejazdem plac zabaw, fuenta, cień, ławki.

Idzie się zupełnie miło, tyle że dziś się nie obijam, wiec nie ma tego luzu. Droga zupełnie fajna, prawie stale w cieniu. Nie za wiele asfaltu, więc ścięgno jakoś się trzyma. Wiadomo - dla ścięgien asfalt to zabójstwo.

Zachmurzyło się - jest krótko po 11tej, ale nie sądzę, by się zebrało na padanie. To takie górskie chmurki jakieś. No i pięknie, można w dzień coś jeszcze ujść. Do połowinek coraz bliżej.

No i pyknęła połowa. Hura. Toastu nie było.

Z Nueva wężykiem przez całe miasteczko - właściwie jedyna droga. Na wylocie za mostkiem MYLNA strzałka w lewo - trzeba prosto do góry na Ribadesella. Kawałek główną drogą i Pineres: w prawo pod autostradą i zaraz w lewo. Tu strzałka do albergu - nie skręcałem. Na końcu wsi nieoznakowane skrzyżowanie przy czerwonym domu szlak idzie w prawo do kościoła na wzgórzu. Ja poszedłem prosto -też da się dojść białą żwirówką. Po zejściu ze wzgórza dochodzimy do torów kolejowych - tu asfaltem w prawo wzdłuż wysokiego muru po prawej. Wkrótce skręt w lewo w dół - wąski asfalt. Strzałek umiarkowanie wiele.


Wioski nieoznakowane - chyba jestem w Toriello. Pan mówi, że do Ribadesella koło 5 km. Na obiad i posiedzenie dojdę. Zmieniam zeszyt na nowy.

***

W taką pogodę i z taką formą to coś można zawalczyć - jest 13ta, a ja mam koło 22-24 km. Może ciut więcej. Zachmurzyło się nawet dość, wiatr też mocniejszy, ale nie wiem, czy to nie kwestia bryzy i kondensacji na stokach. Na moje oko pasuje.

Wypracowałem picie. Z nocy zostało nieco Fanty - jak dochodzę do fuenty to leję trochę Fanty do mojej butelki i uzupełniam wodą. Piję głównie na początku postoju, żeby na drogę się nie obciążać. Z fanty nieco smaku jest, woda daje wodę.

Tak w sumie to pewno z 5 l w ciągu dnia przepuszczam. Zdaje się, że już nawet pot nie śmierdzi. Sama woda.

W Ribadesella plan: średni obiadek, posiedzenie dłużej, zakupy już na jutro i pod wieczór nie za wielki kawałek do San Esteban. Plan optymistyczny. Jak realizacja - ano przed zachodem słońca niczego nie chwalmy.

***

Oj, nie chwalmy, bo różnie bywa. Kilometry w sumie rano jakoś poszły, o ile to ranem można nazwać. Jak usiadłem na sjestę w Ribadesella, to była 15ta. Wcale nie tak wcześnie. Inna rzecz, że prawie 30 w nogach i bez biegu. Taki uczciwy marsz.

Droga: od tego ostatniego postoju prosta dróżka dwiema koleinami, łagodnie się wijąca. W jednym miejscu skrzyżowanie lekko wątpliwe - idziemy w prawo, na horyzoncie widać domki. Za tymi domkami w dół, zaczyna się Ribadesella, ale to od stadionu jeszcze z 1 km. Centrum zaczyna się dość nagle. Droga prosta: jest jeden most, więc przez niego i potem główna droga na Gijon. Strzałek zero zupełne. Asfalt, ale nie szeroki, kręto i po górach, chwilami uwaga na auta. Po 2-3 km stacja benzynowa i supermarket, fuent brak. Do San Esteban dobra godzina od mostu, alberg w prawo od kościoła, obszerne zabudowanie. Luźno, przestronnie, bo to były klasztor, 4 e, kuchni nie ma, chłopy pojechali busem 1 km do baru.

Zaraz za moim południowym przystankiem goniłem Marcela z jakimś dziadkiem (przeskoczyli mnie), ale gadać tym razem nie miałem ochoty. Duch jakby lekko siadł, trochę zmęczenie doszło. W Ribadesella nie widać marketu (oczywiście ja głupi nie spytałem), znalazłem jakiegoś SPARa, nieco sporo zapłaciłem, potem na straganach (multum tego na głównej ulicy) pan i pomidory. W OdT upewniłem się co do drogi i bum na ławkę na bulwarze. Pielgrzym jestem, no nie? Skarpety też pościągałem.

Otwieram karton... kupiłem litr śmietany!!! Trochę mniej dziwne, że drożej wyszło. Próbowałem z bułą... na dłuższą metę to się nie da. Jak tam było 32% tłuszczu, to ileż tego wejdzie? Swoją drogą u nas chyba nie widziałem śmietany UHT, w dodatku 1 l karton.

***

Odleżałem nieco, ale i chłód się zrobił i nogi mówiły o konieczności konkretnego odpoczynku. Prawa zaczęła nawalać. Bąbel pod spodem jakoś dał się czuć, odruchowe ratowanie naciąga ścięgno w stopie, siłą rzeczy chód się zaburza - ścięgno pod kolanem też daje się odczuć.

Po ruszeniu z postoju czuć to wszystko jak licho. Ruszam niespiesznie, bo 5 km na cały wieczór - konieczności biegu nie ma. Oczywiście strzałek zero. Dziadki mówili, że cały czas careterą - może nie zginę. Drewniana kładka sprowadza na drugi brzeg rzeki - głupio się wracać - dopytuję co chwila i następnym mostkiem przechodzę na lewą.

Droga zaczyna iść do góry, po rondzie i markecie (ja zakupy już mam) robi się wąsko i kręto. Na lewych zakrętach mocno uważam, na jednym chowam się w rów. Strzałki nie widzę ani jednej. Idzie się wrednie, prawe kolano zaczyna uciekać. Zadowolenie spada do 6.

O 17tej godzina W. Oczywiście staję (pobocze akurat szerokie), hymn, modlitwa. Tu się to jednak inaczej przeżywa. Jak daleko od domu, słowa Hymnu mają inne znaczenie. W Ribadesella była jakaś impra, chyba kajakowa. Na moście flagi różnych państw - biało-czerwona pierwsza. Też tak miło.

Krótko po 17tej majaczy wieżyczka iglesii. Na tablicy San Esteban. Ulga, ale po co te nerwy? Szkoda komuś grama żółtej farby? Może tu przyjadę kiedyś ze sprayem i porobię trochę flechy.


Pani bardzo miła, Polaków tu miewają, ale autobusami. Schronisko obszerne a proste, 4 e, stale ta sama ekipa: Toni, chłopczyca z czarniawym Ablem i ja. Doszedł pucołowaty, rano pierwszy raz widziany, jeden rowerzysta i strasznie brodaty Francuz wracający z SdC. Ciekawe, gdzie Marcel, Belgijka i Włosi? Może w Ribadesella co znaleźli, ale tam na pewno drożej. Dalej to nie poszli. A może i jeszcze dojdą, bo bardzo późno to nie jest.

Przed chwilą przerywałem pisanie, bo zaczęło padać. Nie żaden wielki deszcz, ale na tutaj to i tak mała sensacja. Oczywiście nadzieja, że rano będzie oki. A zrywałem się, żeby pranie przewiesić.

Wczoraj przyszedł mi do głowy chytry plan, by pojutrze Gijon przeskoczyć. Wymagałoby to etapu 50 km. Dziś nogi przywróciły mnie do świata - patrzmy realnie. Nie w tym klimacie, nie z tym garbem. Spokojnie. A swoją drogą siadam do mapek. Zaznaczę albergi i zbędne papiery (wraz z pierwszym zeszytem) idą na dno plecaka.

Jednak nas tu przybywa. Doszedł Aragończyk z pieskiem, a przed chwilą też Belgijka. Dalej nieco pada.

Przejrzałem albergi i wychodzi, że jest dobrze. Tak na normalnie to wychodzi, że 15go mogę być w Monte del Gozo. To zdaje się taka wersja optymalna, na dodatek właściwie wszystkie etapy wyglądają na zabezpieczone w albergi. Dwa wyjątki: gdyby pojutrze zdrowie było naprawdę cudowne, przeskoczenie Gijon mi się marzy. Byłoby to naprawdę lekkim szaleństwem (a może i nie lekkim), ale kto wie? Z wersją podskoczenia w samym Gijon przez centrum autobusem... kto wie. Ale tak mocno na to się nie nastawiam. Drugie miejsce to pod samym SdC - chyba 3 dni przed - gdyby jednego dnia strzelił 40 - zarabiam 1 dzień. I to już wcale nie jest niemożliwe. Za wiele na razie nie ma co planować. Ważne, że noclegi się widzą jako tako i tego się trzymajmy. A Gijon o tyle mi nie pasuje, że tam albergu żadnego nie ma i coś drogiego wypadnie łapać.

Spróbuję coś zjeść i nogę naproxenem potraktować.

Odpracowałem smsy i telefon do mamy. Złych wiadomości jakoś nie słychać.

Ciekawe, jak długo nam się stałe towarzystwo jeszcze utrzyma. W sumie nie zdziwiłbym się, gdyby do Arzua. Ostatecznie wielu alternatyw noclegowych nie ma.

Wczoraj Aragończyk pytał Toniego jak się rozumiemy. Ano po prostu. Toni nawet jak po hiszpańsku mówi to powoli i połowa na migi, żebym przynajmniej wiedział, o czym mowa. A ten jak szwargocze to jak karabin maszynowy, ani słowa się nie wyłapie.

Opatrzyłem nogi, jak umiałem, pozostaje czekać do rana. W sumie rano to zwykle jest oki, najwyżej potem coś wychodzi. Zatem jutro kolejny dzień prawdy. Nie jest strasznie daleko, więc okaże się, do czego moje nogi się nadają.

2 sierpnia, czwartek, dzień 16


Jakoś powoli się drepta, a teraz powoli w pięknym cieniu się leży.

Droga: w San Esteban boczna droga od kościoła w dół, zaraz na górce w lewo i po muszelkach do przodu. Jest zasada: muszla wskazuje kierunek swoim krótszym, tępym końcem. Rano droga niezwykle urozmaicona i ładna. Przez lasy, wioski po plażę. Za plażą odcinek w trawach i krzakach, zaś dziś ranek wyjątkowo mokry. Pranie nic nie wyschło, rosa na potęgę. Portki od razu mokre, buty za chwilę. Gdy droga schodzi do asfaltu - gdzieś wkrótce odbija w prawo - ja nie znalazłem i poszedłem careterą, przypuszczalnie na jedno wyszło. Szlak wychodzi na plażę La Espasa. Tu na drogę (bo most jedyny) i zaraz wężykiem w bok. Jak mi zaraz szlak wrócił na drogę, to się zeźliłem na takie zwiedzanie Asturii i jej podwórek - poszedłem prosto do Colungi. Szlak oczywiście wężykiem obok.

Do Colungi wejście prościutkie, nie za długie. Z tyłu obok kościoła śliczny mały park, ławki, fuenta, supermarket uliczkę obok 30 m w dół.

Rano wstawanie leniwe, wszyscy grzecznie spali. Chłopczyca się tylko kręciła. Próbowałem po cichu zejść z górnego wyrka - średnio wyszło. Chyba zrobiłem generalną pobudkę. I tak bywa. Zbieranie jeszcze bardziej leniwe, na drodze chyba 7.45. Stopy zupełnie w porządku, ścięgno w stopie w miarę, kolano od rana ma tendencję do kiwania się. No to idę jak najspokojniej, bez skoków.

Przy przejściu na asfalt siadam na śniadanie. Słabo wchodzi. Paczkę wiedeńskich kiełbasek z trudem dopycham. Mijają mnie Toni i Aragończyk, ja wstaję. Nie za daleko doganiam ich - dyskutują ostro, Toni wyraźnie złapał kogoś do dyskusji. Stopniowo zostają z tyłu. Długa wioska z góry na dół, w niej 2 fuenty. Tankuję i tuptam dalej. Naprzeciw minął mnie pielgrzym z całym pociągiem za sobą: na sobie uprząż, na niej wózek z plecakiem, coś wielkiego kolistego pod spodem, z tyłu pudło dla psa na kółkach. Całość łomocze i grzechocze, pies biegnie obok. Gość cały radosny, tupta pewno od SdC. Miły.


Jest ławka przy skrzyżowaniu małym - siadam na Dawida. Średnio wyszło, bo słońce wyszło. Toni przebiega obok - widać dysputa skończona. Słońce nie da odpocząć - idę dalej. Przy plaży dołącza szlak - próbuję na niego, ale już nadłożenie pierwszego kółka studzi mój zapał. Na dziś drogowskazy do Colunga są jasne i droga prosta.

W Colunga nos prowadzi mnie do parku - już wiem, gdzie odpocznę. Zaraz nos wskazuje Arbola - już wiem gdzie kupię. Koszmarna kolejka, ale może dam radę. Przy zakupach kłopot: na nic nie mam ochoty. Pamiętając wczorajszą śmietanę uważam po 3 razy. Kasa - jestem drugi. Miło. Tyle, że obsługa panie przede mną to było z 5 min. Tu się nikomu nie spieszy, rozmowa z klientem chyba ważniejsza od sprzedawania. Kolejka urosła.

Tup tup do parku, kolano wymaga odpoczynku. Sprawdzam dzień - do albergu zostało 12 km - na 2 spokojne etapy. Do wieczora jakoś powinno być.

Spać się nie da, bo policja obok kieruje ruchem - najwyraźniej głównie przy pomocy gwizdków. Ale cienia nieco jest, ławka jak najbardziej. Leżę.

Oczywiście tak bardzo długo to się nie poleży. Jak nie chłodek to upałek, mięśnie stygną. Policjanci gwiżdżą - warunki do odpoczynku średnie.

Posiliłem się, natankowałem do syta i po 13 tej chodu. Droga: w OdT na rynku mały kibelek. Droga przez miasto jedna - albo główna na Gijon albo deptak - dalej i tak się schodzą. Na końcu miasta uliczka w lewo lekko w dół i niebawem na skrzyżowaniu Y w lewo - cały czas do wieczora są strzałki i muszle. Pół godziny płasko, potem koło godziny nie za ostre, ale uporczywe podejście; może zmęczyć. Z górki widoczki niczego sobie, droga w sumie spokojna i miła. Potem zejście, mniej asfaltu, bardziej leśne i polne, kawałek i ostrzej. Wioski nieopisane, identyfikacja trudna. Po przejściu pod autostradą niebawem Sebrago - alberg za 100 m, tuż przy szlaku po prawej. 14 miejsc, kuchenka elektryczna, łazienki w normie, suszenie na płocie, donativo. Sklepu ani baru nie ma, koło 20tej ma być sklep obwoźny. Dobrze jest czasem gadać z Hiszpanami.


Ruszyłem sobie zupełnie na spokojnie, wręcz wlokąc się. Stopy zupełnie oki, kolano się dalej wygłupia. Lepiej nie obciążać. Asfalt szeroki, ruch znikomy - przyjemny popołudniowy spacer. Słonko się schowało. Fuenty żadnej po drodze, więc postój na trawiastym poboczu za wsią. Pół godziny leżenia i idę z nastawieniem, że do końca. Podejście nieco się dłuży, chwilami nawet mocne, ale człapię sobie bez wysiłku wielkiego. Widoczki z góry niby nic porywającego, ale dla mnie wynagradzają wszystko. Warto chwilami podelektować się tym, co nas spotyka. Zdaje się, że po powrocie do domu to te właśnie momenty będą robiły za całą kwintesencję wędrowania.

Jak się jest tu, to się żyje następnym noclegiem, tym, że fuenty nie widać, że się droga dłuży, albo kto tak szlak przez wioski powywijał. Wieczorami jest satysfakcja, że następny materac czeka, że jest co zjeść i ludkowie miło się uśmiechają. Po powrocie do domu zostaną fotki, widoczki - kawałek świata jednak w nogach i te właśnie pejzaże warto zapamiętywać.

Na razie najmilej było rankiem za Pobena. Tamten spacer ścieżką po klifie pobił wszystko. Trochę niesamowita była plaża za Santona, parę innych miejsc też ładnych - przeprawa łódką pierwszego dnia, widok Santander, inne. Mam nadzieję, że jeszcze odrobina świata przede mną. Przecież dopiero co połowę przekroczyłem.

Kolano wybiło mi z głowy szalone pomysły z bieganiem przez Gijon. Pójdziemy sobie po Bożemu, spokojnie. Tak to sobie we łbie poukładałem, zresztą już poprzednim razem: cytując św. Pawła dany mi został oścień dla ciała, aby mnie policzkował. Gdyby nic zupełnie nie doskwierało, nie byłaby to pielgrzymka. Na stopach druga podeszwa się wyrobiła, bąble wyglądają na suche i zarośnięte świeżą skórą, plecak coraz mniej waży i zupełnie dobrze leży - mało co i nie byłoby na co narzekać. Pogoda idealna do marszu, bryza po południu idealnie chłodzi, albergi się rozstawiają jak na zawołanie - taki marsz to prawie bajka. No to żeby nie było bajecznie - niech trochę ścięgna dadzą się odczuć.

Stopę wczoraj i dziś rano smarowałem naproxenem i chyba jest idealnie. Dziś spróbowałem tego samego z kolanem. Właściwie to nie jest kolano tylko ścięgno poniżej, nieco z boku. Jestem prawie pewien, że to od odruchowego skrzywiania nogi przy poprzednich bąblach. W normalnych warunkach 1 dzień leżenia i jesteśmy w normie. Tu trzeba będzie radzić inaczej. Gór na razie nie ma, spróbuję oszczędzać i chodzić równo.

***

Alberg się robi pusty. Oczywiście jest chłopczyca, musiała być niewiele przede mną (doszedłem 16.30). Toni śpi, ten to pewno znowu leciał prawie bez przystanków. Wieczorem będzie gadał. Na jednym wyrku spał jakiś przecudny (w sensie: cudak) pielgrzym z sandałami w krzyże. Wstał, pogadał, poszedł - wyro dla mnie. Dobrze, bo osobno stoi i na wprost wyjścia. Jak się rano da cicho wstać, to wybywam bez komplikacji. Jest para z Austrii, ale zniknęli. Ci to się namaszerowali dzisiaj: z La Isla mieli może z 15 km. Mądry jestem, bo podglądam książkę pielgrzymów. Leży sobie na stole w przedsionku, obok sello, obok puszka na donativo - proszę sobie radzić. Samo życie albergowe.

Lada chwila pewno dojdzie czarniawy Abel, potem Aragończyk z suczką, bliżej wieczora Belgijka. Zajrzeli dwaj rowerzyści, ale chyba się nie spodobało - polecieli dalej. Chłopczyca na dworze nadaje przez telefon. Ależ oni trajkoczą. Wątpię, czy gdybym nawet uczył się tego języka, to czy bym pojął ten terkot. Pojedyncze słowa dają się odróżnić. No, może z melodii języka coś się wyłapie.

Trajkotanie chyba budzi Toniego. Idę bawić się naproxenem, powoli czas na nieszpory. Pranie się suszy, miły spokojny wieczór.

No to się zrobił prawie bal Murzynów. Udało się elektryczną kuchenkę odpalić, mój kubek okazał się wcale nie taki malutki - wciągnąłem chińską zupkę, a potem budyń. Trochę daleko te specjały musiałem nieść, ale akurat one wiele nie ważą. Jeszcze przede mną deser z brzoskwinek... czego jeszcze chcieć od pielgrzymkowej kuchni?

Moi właśnie wracają z zakupów - ciężarówka miała być o 20, jest 20.35, opóźnienie chyba w normie. Coś nakupili, pewno będzie posiedzenie. Stół na dworze, ciepło, miło.

Spojrzałem w książkę meldunkową - o jeden dzień przede mną są dwie Polki. Też nocowały wczoraj w La Isla, wiec nie za bardzo gonią. Kto wie, czy nie przeskoczę. Moje dwie Włoszki też dalej tylko o 1 dzień z przodu. Mówiły coś o powrocie 20go, więc mają czas i to z zapasem. Jeszcze małżeństwo Polaków parę dni z przodu - dalej księga nie sięga.

Spojrzałem do chłopczycy do przewodnika - okazuje się, że jutro chyba najbardziej górski dzień z pozostałych. Najpierw Villamayor, po nim rozejście się Norte i Camino Primitivo, a potem dość ostra góra na 400 m czy ponad. No i potem jeszcze nieco mniejsza poprawka. Będzie co iść. O żadnym ściganiu czy biegu przez Gijon mowy nie ma. Trochę mnie kłopocze brak albergu w Gijon - są tylko jakieś pensjonaty, spróbuję z moimi zagadnąć, może podpowiedzą, co zrobić, bo szukanie czegoś po mieście bez znajomości hiszpańskiego - ciekawie to widzę. Nie wszędzie się trafią fajne panie jak w barze w Santander.

Potem któregoś dnia profil wyglądał jak piła - cały dzień skoki w górę i w dół, ale to już nie takie wielkie i nie na raz. Potem będzie jeszcze wejście na ponad 700 m, ale to znów rozłożone na pół dnia czy nawet więcej. Takie spokojne podejścia to wręcz mogą się nie liczyć. A jutro przypomnimy sobie trasy z Kraju Basków.

Sms tylko jeden przyszedł - nowa wiadomość w poczcie głosowej. Zapomniałem jej wyłączyć i teraz kłopot. Jak do niej dzwonię, to każą podać kod dostępu czy tam inny numer. Jasne, że nie znam albo nie pamiętam. A wiadomości niech sobie poleżą. Jakby coś bardzo ważnego, to chyba wszyscy potrzebujący wiedzą, jak mnie szukać.

Dziś chcę zadzwonić do Alojza.

No i zadzwoniłem. Wszystko ok., tylko mi się bp Błażej dobijał. To niekoniecznie musi być dobre, no nie? Oddzwoniłem od razu - sprawa już nieaktualna. Nawet tu człowiekowi spokoju nie dają...