Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ks. Dariusz Doburzyński
Camino Norte 2007 - Camino czyli raj na ziemi

3 sierpnia, piątek, dzień 17


Od czasu do czasu podaruj sobie odrobinę luksusu. Nawet jeśli to podarowanie wychodzi z konieczności.

Ale od początku. Dawno tak dobrze nie spałem. Jak walnąłem wieczorem (chyba jeszcze światła nawet nie zgasili), tak obudziłem się rano. Nawet dość wyraźnie coś mi się śniło.


Rano oczywiście ciężko dojść do siebie, ale i tak pierwszy wyszedłem. Im jakoś jeszcze bardziej się nie spieszyło. Toni mnie po drodze przeskoczył, w Villaviciosa dogoniłem. Droga wiejska, spokojna, urozamaicona, do Vv tak jak napisali - z 6 km będzie. W mieście rozchodzą się drogi: Norte i Primitivo. Toni czekał przy barze, chciał mnie kawą poić, ale ja chleba szukałem. On jeszcze nie wiedział, którą drogą iść - Primitivo jest podobno 2 dni krótsze i to go ciągnęło. Uścisnąłem dłoń i poszedłem. Ciekawe, czy tego wariata jeszcze spotkam.

W mieście ludzie mało szlak znają, choć miasto niby małe. W końcu mam strzałki - no to idę. Kawałek parkiem wzdłuż rzeki - to nawet ładne i miłe. Zaraz potem mleczarnia i opłotki - tknęło mnie i zapytałem czy dobrym szlakiem idę. Tak, dobrym, na Oviedo. Ale ja chcę na Gijon. Ale Camino jest na Oviedo. Skończyło się na rysowaniu mapek i wiadomości, że muszę wrócić do miasta. Fajnie.

Pan stanął na wysokości zadania i odpalił busa. Dowiózł mnie do miasta, wywiózł na 1szą krzyżówkę i pokazał, że tędy na Gijon, że mniej kilometrów i nie tak po górach jak główną. Za miastem usiadłem w cieniu drogowskazu na śniadanko. Tym sposobem na jedno miasteczko zeszła mi dobra godzina. Dlatego nie lubię miast.

Droga dalej najpierw wzdłuż rzeki, płasko. Za rondkiem (drogowskaz Gijon 28 km, coś mi qrcze zdecydowanie za dużo, ale idę...) ostro do góry. No tak, miało być pasmo górskie. Tymczasem na dobre odzywa się kolano. Właściwie nie wiem, czy to kolano, czy ścięgna, czy więzadła, czy co tam w nodze siedzi, ale to był podstawowy temat dnia dzisiejszego. Pod tą górę się wsiorbałem, trochę mokro na plecach, trochę aut po zakrętach lata, trochę od asfaltu bije. Postój w rowie za którąś wioską - wchodzi desperacja. Jak tak dalej pójdzie, to naprawdę ciężko dumać o dalszej drodze. Głupie myśli się pojawiają, dół się pogłębia jak choroba.

Wyciągam bandaż elastyczny. Nigdy nie owijałem kolana, z tym akurat nigdy nie było potrzeby. Powoli ruszam, bandaż głupio uwiera, ale krok za krokiem tuptam. Jeszcze późno nie jest, do wieczora może coś wyjdzie.

Kolejny kawałek podejścia i drogowskaz Gijon 15. No, to nieco optymizmu. Jest koło 13tej, nawet licząc wolne tempo jest szansa, że przed wieczorem Gijon zdobędę. Kolejny postój - wiata przystankowa. Wyciągam się na chwilę - działam jak automat - 30 min mija, budzę się, jest mi akurat chłodno, plecy nieco odpoczęły - ruszam.

Bandaż owinąłem inaczej - zupełnie nie pasuje. Ściągam w locie. Chyba głupio wyglądam z jedną długą drugą krótką nogawką. Tuptam bardzo powoli, modlitwa sama płynie. Ostatecznie dzisiaj piątek i do dla Mamy. W końcu skończyło się dreptanie, zaczęła się pielgrzymka prawdziwa. Za którąś wioską jeszcze mały postój - sporo tego dziś, ale koniecznie. Z odległości chyba 8 km z góry widok na Gijon. Ładne to, ale ja wiem, co mnie czeka. Już mnie boli.


Ostatni postój 5 km przed. Teraz to już trzeba dociągnąć. Przedmieścia zaczynają się szybko - będzie z 4 km. Tzn te kilometry to nie wiem, do którego miejsca liczone. Do centrum to na pewno nie. Wielką wieżę (chyba Uniwersytet Laboral) mijałem o 17.15. Do miasta lekkim wężykiem, bardziej siłą woli. OdT ma być w centrum, a droga wzdłuż plaży. Coś mi daleko plaża po prawej - odbijam do niej, wychodzę na deptak. Tu to dopiero tłum!!! Aż dziwne, że do wody jakoś wcale mnie nie ciągnie. Pytam o OdT - mówią, że cofnąć się do końca plaży. Ano to się kiwnąłem. Wracam. Mała budka, aż za mała, sello nie mają, bo to nie główne OdT!!! To jest w drugą stronę, na końcu plaży. Ojżesz by was....

Pani uczynna, daje kartkę z noclegami. Optymistycznie wygląda alberg juvenil. Na końcu miasta, ale jest bus. Pyta, czy zadzwonić. No, dobrze by było. Czy mam telefon? Nie. A co, ty pewno masz służbowy, ten co pod nosem leży. Dzwoni. Tam komplet. Inne adresy - w centrum.

No to i tak walę wzdłuż plaży. Taka korzyść, że noga nieco zapomniała o sobie i jakoś idzie. W głównym OdT jest sello i są miłe panie. Podpowiadają rezydencję w samym centrum. Po drodze zachodzę do hostali - komplety. Rezydencja ciężka do znalezienia. Wchodzę do baru i pytam. No, jestem na miejscu, ale mają komplet. Jest jakiś festiwal i kupa ludzi. Opadam.

Chłopak coś sobie przypomina. Sprawdza. Jest jeden pokój. No, widać czekał na mnie. Wiedziałem, że Św. Jakub coś wymyśli. Jakoś dziwnie byłem dziś spokojny, tylko nie wiedziałem, jak to będzie. No i inwencja Jakuba znów okazała się większa od wyobraźni.


Póki nogi chodzą - zakupy. Tu się nie kupi zwykłego mydła, są pakiety po 3. Żel pod prysznic też jakiś wielki (nosić trzeba). No i oczywiście w żadnym sklepie nikomu nigdy się nie spieszy. W domu 19.55, od razu kąpiel, Dawid i pisanie.

Przede mną internet (wliczony w cenę), a jutro śniadanie. Do Aviles 22 km, po dzisiejszym stać mnie na tą odrobinę luksusu i lenistwa (zwłaszcza za 34 e!!!).

***

No proszę, miejskie warunki tak rozbijają, że dopiero teraz (po 22ej) pranie zrobiłem! I tak nie wyschnie, będę nosił w dzień.

Ze spaniem dziś może być różnie, towarzystwo młodzieżowe dopiero zaczyna żyć, a drzwi nie za grube. Za oknem też gwar nie cichnie, ten festiwal to od muzyki Asturii jest - dopiero o tej porze życie tu kwitnie na dobre.

Do kolacji zaszalałem dziś i kupiłem cidre - tutejszy, regionalny napój, choć podobny i we Francji bywał. Niezły, zwłaszcza na pragnienie. Może i nieco na sen pomoże, bo jakieś 4 proc ma.

Internet działał strasznie wolno, więc głównie pocztę powysyłałem. Niech ci i owi wiedzą, co się ze mną dzieje. Nie najgorszy ten wynalazek, pod warunkiem, że jakoś działa.

Niewątpliwie głupio jest być wieczorem samemu i nie musieć o 22ej światła gasić ani plecaka wieczorem pakować. Szybko człowiek przywyka do camino i wszystko na nim jest proste. Z radością jutro wrócę do tego życia. Do Aviles podobno 22 km - zapowiada się zupełnie znośny dzień. Tylko go za wcześnie nie chwalić... Ale Jakub jakoś tam po swojemu poprowadzi. Dziś też prowadził.

Natura jest silniejsza.... jednak poszykowałem nieco. Pakowanie co prawda będzie spokojniejsze, ale niech wszystko leży w pobliżu swojego miejsca. Tylko śpiwór dziś w ogóle nie ruszany. A co, zapłaciłem, więc nie będę się bawił w rozwijanie.

Sidre naprawdę niezłe, jak chodzi o gaszenie pragnienia. Wieczorkiem to zwykle piję więcej niż mi się chce. Wiadomo, potu trochę się wylewa, więc lepiej pić na noc więcej, niż ma być za mało.

Gdy wszedłem w necie na forum caminowiczów, od razu potworny zgrzyt. Nie znam osobiście Włodka, nie wiem, co sobą reprezentuje,ale afera po raz kolejny jest na całego. Wyjątkowo niesmaczne. Szkoda, że nawet tutaj takie zgrzyty muszą dochodzić. A może właśnie powinny.

4 sierpnia, sobota, dzień 18


Kiedyś wpadła mi w ucho piosenka: każdy dzień jest zwycięstwem. Dla mnie dzisiaj każdy krok do przodu to sukces.

Droga: z Gijon z portu jedyny logiczny wylot na południowy zachód szeroką ulicą. Z lewej zostawiamy dworce kolejowe (z muzeum kolejnictwa) i logicznie wpadamy na szeroką aleję, Juan Carlos chyba. wyjście z GijonNieustająco do końca prosto, drogowskazy idą na Carefoura. Za nim dalej prosto, jak droga w prawo to my też i zaraz mam drogowskazy na Aviles. Na oko to idziemy na dymy i kominy, tory cały czas po lewej. Strzałki dopiero za miastem się pojawiają. Przy dojściu do hut/fabryk stacja paliw Repsol - tu schodzimy w lewo i za strzałkami zaraz jesteśmy w Poago. Strzałek i muszli sporo - podejście dość mocne asfaltem dobre 30 minut. Po lewej obudowana fuenta. U góry spokojna szutrówka, sporo cienia, płasko. Przed Santa Eulalia kawałek mocnego zejścia, na początku wioski po prawej fuenta w cieniu, potem we wsi przy kościele fuenta pod palmami.


Za wsią spokojna szeroka szutrówka wśród pól, cienia brak. Za wzgórkiem zaczyna się wioska - do niej tunelikiem pod drogą i pod górkę do kościoła. To musi być Tamon. Od kościoła asfaltem w prawo w dół. Niebawem po prawej fabryczka (przy niej bar) - NIE SKRĘCAMY w lewo w tunel pod autostradą - znaki mylne. Kawałek prosto i jest duże rondo - kierunek Aviles, strzałki pojawiają się dopiero na prostej; po prawej mijamy wielką fabrykę. W ogóle jakaś przemysłowa okolica się zrobiła.


Rano wstawanie absolutnie leniwe. Po takiej nocy... Wrogowi żadnemu nie życzę. Życie uliczne kwitło dokładnie całą noc. Jeśli oni tu tak codziennie... Jak się imprezy i śpiewy skończyły, to się zaczęło sprzątanie, a potem krzyki mew. W sumie najciszej to się zrobiło koło 7ej, jak wstawałem.

Śniadania nikt nie zaczął robić, obszedłem się smakiem. Specjalnie nie żałuję. Wyjście z miasta oczywiście na czuja. Generalny wizerunek na planikach wyłapałem, koniec języka działa - logiczne, szerokie ulice okazuje się że prowadzą.

Z nogami bardzo tak sobie. Oba kolana bolą. Więcej nie mówię.

Za miastem stacja paliw - staję po picie, bo nic do śniadania nie mam. Na rano cola będzie oki, do tego z lodówki. Zaraz na rondzie przyplątuje się duży czarny pies. Nie podoba mi się, ślina mu kapie, ale ten lezie za mną, a raczej przede mną. Na przystanku robię postój - ten na szczęście nie żebrze. Ale jak ruszam - ten dalej ze mną.

Dwoje rowerzystów kombinuje z drogą - przegapiają oczywiste strzałki. Potem tempo mają takie, że ja ich doganiam. Ciekawe, dokąd dotrą. Dość ostre podejście - jakoś daję radę, może te kolana aż nie tak bardzo mają znaczenie. Na górce zupełnie sensowny spacer prawie w cieniu, tyle że akurat dla mnie dziś przyjemnością to żadne chodzenie nie będzie.


Odcinek nieco się dłuży, domki jakoś powoli się pojawiają. Pies biegnie. Na początku wsi fuenta w cieniu w dół - zdecydowanie się kładę. Napojenie, Dawid, drzemka. Pies również śpi, ale potem chce się przymilić do mojej maty. Muszę potraktować butem.

Idą jacyś ludkowie, ruszam i ja. Wyrobił się system żelazny: czy jedzenie czy czytanie czy pisanie - pół godziny postoju i się robi chłodno, więc marsz dalej.

Przez Santa Eulalia średnio długo - wioska nieco rozrzucona. Za wsią udaje się przekonać psa, by sobie znalazł inne towarzystwo (trochę prośbą, trochę groźbą). Kolejny odcinek nie tak miły, bo i słońce wysoko i cienia brak. Zza górki widać modele latające RC. Jakiś akrobat i jakiś powolny dwupłat. Fajne. Musi, że za górką chłopaki mają lotnisko.

Zejście do wsi - kolana od razu mocniej dają. Przy kościele chłopak też pyta o drogę - tasujemy się potem parę razy. Jak jest cywilizacja, to droga się dłuży po wielokroć. Jak do tego nie wiadomo, gdzie strzałki - to już całkiem wszystko siada. A strzałki się pojawiają, jak już jesteśmy na prostej. A na rondzie - nie ma. Fajne.

Minęła 14ta, do Aviles dwa kawałki po ok. godzinie, może ciut więcej. Może damy radę. Bardzo bym chciał dziś spodnie przeprać - jutro niedziela, a na nich widać cały przekrój geologiczny mojej trasy. Najbardziej malownicza czerwona ziemia (to chyba z wczoraj). Płynu do prania mam w nadmiarze - żel wczoraj zakupiony jakiś wielki i ciężki., trzeba go zużyć szybko.

Ławkę na poleżenie znalazłem na przystanku. Okolica średnia, bo fabryczna, smrodek chemiczny się rozchodzi, ale cień jest. Wodę chwilę wcześniej wziąłem w barze. Ławka zakurzona, ale mata się przydaje. Oj, bez niej byłoby różnie.

Jak leżę, piszę, to wszystko jest oki. Teraz już w plecy zaczyna ciągnąć, więc za parę minut trzeba ruszać - znów pierwszy krok będzie zwycięstwem.

Nasi w tej chwili w Dobierzynie. Hmmmmmm. Ślinka leci. Smacznego. Ja łyknę kranówki.

Ta wioska z moim postojem na przystanku to była Tabaza. Z niej szerokim poboczem, ale spacer taki sobie bo odkryta patelnia - nie za daleko Trasona. W niej oczywiście zwiedzanie podwórek. Stamtąd ok. 4 km - ale zabudowania idą właściwie ciągłe. W samym Aviles lepiej trzymać się lewego chodnika. Z lewej wejdzie droga od autostrady, zaraz są estakady i przejazdy - trzymamy kierunek centrum. Za chwilę robi się szeroooooka ulica na 6 pasów - lekki łuk w lewo - tuż przed miniskwerkiem (cały czas po lewej) furtka w żółtym murze - wejście do albergu. Przed nim niewielki stary kamienny krzyż na cokole.

Miejsc dużo, ale gęsto, kuchni brak, pan wziął 3 e. Supermarket 50 m, centrum stare bardzo blisko. Schronisko całoroczne.

Oczywiście wieczorek był taki sobie. Stopy to zdaje się mam z grubsza odpracowane, ale te kolana... Chyba najgorsze jest, że nie wiem, z czym to się je i jak to działa. Ze ścięgnami z grubsza wiadomo, co robić, z bąbelkami tym bardziej. A takiego bólu jeszcze nie było, więc nie wiem co mnie na przyszłość czeka. Wczoraj i dziś doszedłem. Jedna pociecha, że Pan Jezus nigdy nie daje ponad siły. Jak tu dałem radę...

No i poza tym refleksja tak z około Godziny Miłosierdzia: ofiara musi być przyjęta. Skoro ma być dla Mamy, no to nogi muszą nieco poboleć. Zagrożenia dla marszu pewno nie ma, a dolegliwość jest. No to niech i tak będzie.

Po dojściu powitanie po polsku. Aż nie wierzyłem uszom, tym bardziej, że oczywiście doszedłem na rzęsach. Chłopak młody z jakąś Węgierką siedzieli. Parę słów i polecieli na plażę. Bywa. Póki nogi szły - sprawdzić kościoły i sklepy. Jutro niedziela. Tu Msze późno, a etap konkretny. Będę liczył na coś po drodze albo na końcu. No, chyba że Szef znowu coś wymyśli po swojemu. Zaopatrzenie nabyłem - jutro mogę ruszać. W końcu wyrzuciłem słoik po dżemie - ciągnąłem go z tydzień i nie mogłem skończyć. Plecak powoli zaczyna pasować.

Ważne: na ostatnim postoju wziąłem ibuprom. Podobno nie tylko przeciwbólowo ale i przeciwzapalnie działa. Jak tam ma się coś dziać - to niech będzie reakcja.

Gdy wracałem z zakupów, prawie jakby mniej bolało - a to smarowałem naproxenem. Może i to trzeba jeszcze spróbować. Bez obciążenia jest oczywiście lżej, ale co będzie jutro, z plecakiem, pod wieczór?

A i tak w sumie jestem dziwnie spokojny.

Jeszcze co do Aviles: Msze w najbliższym kościele (San Nicolas) w dni powszednie o 19.00, soboty 20.00, w niedziele ostatnia 18.30. Do kościoła bardzo powoli 10 minut drogi. Do San Tomaso (chyba katedra) prawie dwa razy dłużej.

***

Pod wieczór nieco się alberg zapełnił, ale nadmiaru na razie nie widzę. Tych łóżek naustawiane tyle, że jest się gdzie mieścić. A że duchota będzie w nocy, to już widać. Za to pranie schnie jak na zawołanie.

Na mieście o 17-18tej było wręcz pusto. Jak wymiotło. Teraz, przed 21szą trochę życia się pojawiło, ale jak na sobotę wieczór to nie ma szaleństwa. Szaleństwo to było wczoraj w Gijon. Mam nadzieję, że po tych wrażeniach z nocy to ja dziś będę spał jak niemowlę.

A przydałoby się, bo jutro jest co iść. Tu Msze późno, więc będę łapał po drodze lub wieczorem. Inaczej z tymi kilometrami się nie da.

Dziś wzięli już niedzielne czytania - oj, ruszają. O nowym człowieku. W takiej drodze to się zupełnie inaczej i wciąż na nowo odbiera. I tak być powinno. Ale wrażenie za każdym razem jest mocne, jak się to na nowo czyta.

Włączyłem telefon - przyszły Vianneyowe życzenia od Oli i Piotra Listwonia. Miło, że pamiętają. Zaraz do Nikodemów jakie pozdrowienia wyślę. Ależ tu duchota, chyba na dwór będę uciekał. Jeszcze się zdążę tu spocić.

Pojawił się Aragończyk z pieskiem. Może i reszta ekipy gdzieś blisko. Na dworze dalej gorąco. Pod wieczór w którejś farmacji widziałem 34 stC. Pewno trochę na słońcu, ale i tak ciepełko się czuje. Bryza coś tu dziś nie bardzo dochodzi, chmurki (zwykle zaciemniające) dziś wcale się nie pojawiły - ciepełko daje. Póki można się do cienia schować, to jeszcze. Ale spanie w duchocie to lekko szaro widzę.

Po dzisiejszych rannych zgadywaniach awansem wziąłem plan wyjścia z miasta. Kręcenie. Niby w miarę logicznie przez centrum, ale chyba tylko w miarę. Bez planiku pewno rano mogłoby być różnie.

Bardzo chciałbym naprawdę rano być w drodze. Jak zwykle jest to jedna wielka niewiadoma - nic tylko Aniołków prosić. Jak będzie po drodze - pomogą. Idę zbierać rzeczy, bo cisza może być naprawdę koło 22ej. No, chyba żeby nie. Moi sąsiedzi właśnie poszli w miasto. Na dworze gotowanie odchodzi. A ja tam jednak wolę o 22ej być cicho.

***

Właśnie jestem pozbierany - akurat 22.02., w tej chwili jakaś para rowerami dojechała. Kolacja leci na całego. Sala prawie pusta - wszystko w mieście, tylko śpiwory leżą.

Od Nikodemów jest pytanie gdzie mnie odebrać. Miło. Chciałem się za parę dni zwrócić - w sumie będzie łatwiej. Mój przylot przed 23cią, jak znam życie to opóźnienie, bagaże... Średnia przyjemność siedzieć do rana gdzie w Berlinie na dworcu. Jak to w środku nocy, ale gdzieś koło swojego wyrka. No, no, ja tu wracam... najpierw dojść! Coś koło 333 zostało. I 10 dni z kawałkiem. Na razie spać.

5 sierpnia, niedziela, dzień 19


Co tu dzisiaj pisać. Właściwie dzień w plecy i na straty. Ale widać i takie dni są potrzebne i takie doświadczenia pielgrzymka nieść musi.

Wstawanie bardzo dzielne, parę minut po 6 na nogach. Cały alberg oczywiście śpi, moi sąsiedzi przyszli może koło 4tej, może później. Zbieram się dość sprawnie i nawet po cichu, przed 6.30 w drogę.

No, z tą drogą to nieco mocno powiedziane. Kuśtykanie noga za nogą, właściwie przepychanie na siłę każdego kroku. Droga przez miasto oczywiście zupełnie bez znaków; bez planu otrzymanego wczoraj mowy nie ma, bym wyszedł. I tak się zgubiłem, musiałem okulary wyjmować, druk mały a tu jeszcze ciemno.

Miasto jeszcze żyje po nocy. Nie wiem, czy dopiero kończyli (ci w dyskotece to na pewno), czy po krótkim śnie ruszali na ciąg dalszy. W każdym razie noc chyba upojna.

Wyskrobuję się na nowe osiedle na górce, sił do przepychania brakuje. By wziąć ibuprom - najpierw mini śniadanie. Każdy kęs na siłę. Po ibupromie nic lepiej. W dodatku szlak... zawraca. Dokładnie w przeciwną stronę idę. Okazuje się, że skarpa bardzo wysoka i schodzę zaraz do miasteczka. Kościół w remoncie, rundka dookoła i wracamy na szlak. Jest mały skwer z ławkami, siadam. Upewniam się u dziewczyny - jestem w Salinas. Sprawdzam: 4 km szedłem ponad 2 godziny. Nieźle.

Sms do Oli - zaraz odzew. Też przypuszcza że to więzadła i każe zrobić dzień wolny. Właściwie to 37 km w takim stanie za nic do wieczora by się nie dało, więc chyba i tak to jedyne wyjście, ale czuję się usprawiedliwiony. Oczywiście jak zawsze nie do końca, ale ten jeden raz chyba trzeba włączyć logikę: jedyne wyjście.

Młodzież się zbiera do jakiegoś wyjazdu, aż 3 autobusy podjeżdżają. Leniwo im idzie, koło 10tej ruszają. Człapię dalej - teraz bardziej w kierunku dworca. Widzę kościół - Msza trwa. Gdybym nie siedział... Na dworcu też młodzież. Kierunek mi się zgadza, moje Soto de Luina niewiele im mówi, ale zdecydowanie jak jechać to pociągiem. Czekam.

Niedługo pociąg. Załadowany młodzieżą kompletnie. Konduktor mówi, że za 20 min następny. Czekam. Drzemka. Młodzież też czeka. Wsiadamy do następnego. Nie mam biletu, żadnego konduktora nie widzę. Po drodze przystanek - jakieś Soto - wysiadam, może choć bilet. Kasy nie ma, jest za to mapa - już coś wiem. Do mojego Soto jeszcze kawał. Za kilkanaście minut następny pociąg. Wsiadam, dalej bez biletu. Duża stacja Pravia - wszyscy wysiadają, ja pierwszy, bo plecak w drzwiach. Wyraźnie pociąg dalej nie jedzie. Oni na piknik pod miastem - jakaś duża impra i wcale nie lokalna. Ja chcę do miasta - a tu bramka. Trzeba sobie bilet kupić. Fajnie, dojechałem i żeby wyjść z dworca muszę mieć bilet. Dobre.

Pan tłumaczy kiedy mam pociąg i jak się bilety w automacie kupuje. Ostatnie drobne. Do miasta - jest kościół, Msza jak na zawołanie. Cura nie ma nic przeciw, nawet powoli odprawia. No to wiem, po co tu przyjechałem.

Do baru - nie tyle na piwo, co do toalety i pieniądze na drobne zamienić. Potem ławka przy dworcu autobusowym i posiłek. Wczoraj kupiona buła wyjątkowo miękka i dobra, ale już po 2 kęsach jestem pełen. Zupełnie do jedzenia nie ciągnie, jem bo muszę - na deser 2 ibupromy.

Mała drzemka i na dworzec. Inny pan pomaga kupić bilet - nie jest drogo. W tv w barze końcówka F1 - Kubica piąty. Pociąg trochę opóźniony, raczej pełny. Na moje kolano stanie nie bardzo pomaga, ale co zrobić.

Dobrze, że jest wyświetlacz, wiadomo kiedy wysiadać. Na stacji oczywiście pytanie w którą stronę. Nikogo nie ma, idę na czuja. W dół do wsi średnio spory kawałek wyraźnie w dół. W barze Ecu pani nie pyta, tylko każe sobie zrobić pieczątkę i wpisać się. Alberg nieco do góry i w prawo. Stara szkoła, budynek duży i stary. Wszystkie miejsca zajęte. W jakby jadalni para starszych Niemców, maty rozłożone. Składam się obok. Nogi do góry - to dziś hasło dnia. Na wyrko dziś nie zapracowałem.


Właściwie na temat albergowiczów - turystów to ja dziś nie powinienem głosu zabierać. Ale naprawdę jestem ciekaw, ilu tu przyszło na pielgrzymkę. Tak po mojemu to niewielu, ale na tym punkcie to ja raczej jestem zboczony.

Koło 18tej do naszej niby jadalni zwaliła się para wysokich z wczoraj - ci co dojechali o 22ej - dziewczyny nie sposób pomylić, śliczna blondynka (oczywiście farbowana). Kolarzy w ogóle jakoś tu dziś sporo.

Miałem nadzieję, że za Gijon turyści się skończą, zaczną się normalne albergi. Może morze jeszcze za blisko? Może, że to weekend? A może tak ma być już do końca, że sporo nas tu? Niech tam Jakub pracuje i jakiś kawałek kąta załatwia.

Na jutro na razie nic nie planuję. Po dzisiejszym dniu żadnego absolutnie ustalania. Wiadomo, że wstać trzeba rano. Co potem - Pan łaskaw.

Na rozpisce zostało 280 km, w kalendarzu zostało 10 dni. Tak jakby początek dłuższej końcówki.

Na dziś zadanie jedno: odpoczywać. Nogi mają nie pracować. Ale przy niedzieli na jakąś bocadillę chyba jednak pójdę. Do barku niedaleko, plecaka nosić nie będę. Nudne jest takie leżenie i nie męczenie się, ale to też jest jeden z elementów chodzenia.

Nasi dziś do Śremu - pewno akurat dochodzą. Ja dziś oczywiście za parafian no i jak to w tym dniu - o powołania. Z parafii szczególnie.


Przy niedzieli miałem ochotę spróbować tutejszych bocadillos. Jak na złość - w tym barze wyłącznie napoje. Za to z przegryzką - fistaszków pojadłem.

Oj, masa turystów się tu naleciała. To chyba to, że weekend i sierpień - tak jakoś tu mocno urlopowo jest. Jedna nadzieja, że się to potem porozchodzi, a może i rozjedzie - rowerzystów cała masa.

W barze był telewizor - Real grał z PSV towarzysko - Dudek znowu bronił. Widać mocno go Schuster próbuje. Coś tam nawet wyciągnął.

O nogach trudno cokolwiek powiedzieć przed nocą. Tzn. stopy jak najbardziej oki, teraz cały problem w kolanach. Spacer dziś po wsi w miarę, ale to przecież ani tempo, ani obciążenie ani zmęczenie, ani kilometry. Doszukuję się pociech: najpierw zaczęła boleć prawa, teraz ona już przestaje. Jak ta tendencja się zachowa - może być nieźle. Wstawanie jutro o 6 to niekoniecznie. Dziś pierwsze kroki były w mieście, więc przy światłach. Tu na prowincji szukać znaczków przy latarce - średnio mi się uśmiecha. Aż taki stachanowiec nie jestem. Aniołkowie zatem jutro mają pół godziny wolniejszy ranek. Ale i tak baaaardzo na nich liczę.

Wypróbowałem sposób na czas: krzyżówki. Sprawdzonym sposobem zabrałem Rewię Rozrywki - dziś była jak znalazł. Jedna porządna jolka i dobre pół godziny poleciało. Jak ma się do odleżenia ze 3 godziny - trzeba się ratować. Rewia jest wymięta i wygnieciona, ale czytelna. Da się.

Z pomocy naukowych najbardziej sprawiła się zielona karteczka z Bilbao. Przynajmniej kilometry są w miarę prawdziwe. I zawsze można pokazać palcem i zapytać o kolejne miejscowości. Dobre jest.

***

21.30 a alberg oczywiście pusty. Pod daszkiem Jose od pieska gawędzi z rowerzystą, moja para wysokich przystojnych usiadła na trawie - poza tym cisza. Znowu w nocy zaczną się złazić.

Oj, chyba kończę na dziś pisanie, bo się zgryźliwy robię. Dziś pod głowę brewiarz i polar. Powinno pasować.

6 sierpnia, poniedziałek, dzień 20


Wiele razy mówiłem, że ta Droga uczy pokory. Jak najbardziej.

Nogi od samego rana bardzo tak sobie. Do tego mokro. W nocy padało, przy wychodzeniu mżawka. Oddaję sprawiedliwość pielgrzymom: przed 7mą w schronisku pełen ruch, ja ruszałem 7.15, zaraz za mną całkiem spora grupa, przede mną też niejeden.

Z Soto de Luina główną drogą asfaltową pod górę. Za chwilę zejście w prawo w krzaki - niech idzie, kto lubi, wyprowadza na to samo skrzyżowanie co główna droga. Ja poszedłem znakami - od razu mokro i kłująco.

Skrzyżowanie przy cmentarzu - idziemy za strzałkami w lewo. Bardzo niebawem dwie muszle: ta w lewo nazwana Camino - idzie po górach. Ta po prostej to droga wzdłuż wybrzeża - wszyscy nią idą.

No, oczywiście ja poszedłem Camino. Dość długie i mocne podejście, potem krzaki żarnowca, cały czas pada, chwilami mocno. I te moje nogi. Stawać i tak nie było co. Stanąłem przy pierwszym domku - prawie 10ta była, niemal 3 godziny tuptania. Kompletnie nie wiem, gdzie szlak, gdzie ludzie, nogi dają. Pokazują jak iść do cywilizacji. Dochodzę do końca asfaltu, dalej nie jestem pewien. Śniadanie i dwa ibupromy. Jakieś auta asfaltem jeżdżą, spróbuję stopa do cywilizacji. Bez skutku. Nogi jakby lepsze. Idę. Na skrzyżowaniu - idę za strzałką. Skoro nogi niosą... Niebawem się odezwały normalnie. Znaczy boleśnie. Przede mną góra. Gość jedzie stareńkim Landroverem, stanął przy mnie. Pytam co i jak. Podwozi mnie do znajomego końca asfaltu, pokazuje jak do Ballota. Upewniam się, czy drogi nie zgubię. Mówi, że do ermitii jedna droga. Dalej asfalt ma być. Tuptam po mojemu.

Decyzja zapadła rano. Z widokami na Costa Verde dociera do mnie, że moje camino jakby na ten rok się kończy. Smutek.


Przy ermitii siadam na Dawida. Widok ładny, przestaje mi się spieszyć. Gdy się zbieram (bo zimno) mała mżawka na pożegnanie. Zejście długie i naprawdę strome. Nogi jeszcze wytrzymują. Jest Ballota, idę do miasta, kółko zataczam ładne. Pytam o dworzec, bo go nie widzę. Tak, kierunek ten. Zatoczyłem prawie pełne koło, a tor akurat tu szedł tunelem. Nie mogłem go widzieć.

Rozkład jazdy jakby mały, ale zgadza się: cywilizacja daleko, pociągów mało. Tym samym rejsem co wczoraj jadę do Luarca, przynajmniej zakupy zrobię.

W Luarca widok z okna piękny, ale droga do miasta boli. Oj, przekonują mnie kolana, że tak to nie damy rady. Zakupy na całego. Przynajmniej z głodu i pragnienia nie ginę póki co.

Dzwonię do O. Romana, za chwilę drugi raz. Nie odbierał - dodzwoniłem się wieczorem. W Luarca po posileniu się tuptanie do góry na dworzec. Powoli, ale poszło. Trochę ludków się kręci, zwłaszcza policja - chyba do każdego pociągu się pojawia. Fajnie noszą pistolety - odstają od pasa, pewnie gotowe do szybkiego użycia. I jakieś duże te giwery.

Z pociągiem ten kłopot, że ciężko mi sprawnie wsiąść i wysiąść. Wiadomo, że pierwsze kroki najtrudniejsze, a tu jeszcze i plecak i peron... Ale dałem radę. Pierwszy raz jadę na siedząco, za to naprzeciw niesłychanie nerwowego młodzieńca. Dłuższej podróży nie dałbym rady.


Wracam do Soto de Luina - bo alberg niekłopotliwy. Znaczy jakiekolwiek miejsce to zawsze się znajdzie, no i donativo. Od dworca do albergu dokładnie 30 minut. Porażka absolutna. To chyba tak na wszelki wypadek, gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości.

Oczywiście w sali komplet, idę do znajomej mi jadalni - jestem pierwszy i zajmuję mój kąt. Zaniedługo zjawia się hospitalero i lokuje tu całą ekipę kolarzy. W sumie widzę chyba 7 mat. Moja komórka słabo zasięg łapie, ale z dworu dzwonię na Monte del Gozo. O. Roman każe przyjeżdżać, jeszcze chce na dworzec lecieć. Jakoś dojdę - autobus 6tka gdzieś tam leci.


Smsy z powiadomieniem też poszły jakoś. No i Gosia się dodzwoniła - od wczoraj wie, no i pokwitowała odbiór decyzji.

Więcej nie ma co pisać. Szkoła pokory i tyle. No i dzień Przemienienia. Też pewno musiało być. Nie inaczej.

7 sierpnia 2007, wtorek, dzień 21


Moi kolarze przyszli 0.30, rano wstali przed 9tą. Ładnie. Reszta albergu wcześniej na nogach i w drogę. Jest i Marcel. Ciekawe, gdzie tak za mną został. A taki sportowiec.

Rano najpierw śniadanie, żeby ibuprom wziąć. Ostatnie 2 tabletki. Przed 9tą w drogę na stację. Tempo wiadome. Znowu prawie 30 minut.

W pociągu pustawo i wygodnie. Widać ładnie, droga się dłuży. W Ferrol do autobusów niedaleko, autobus za godzinę, więc przegryzka pod drzewem na parkingu.

Jazda godzinę z kawałkiem. W Santiago kłopot z orientacją, pani w informacji i plan pomagają. Przy samym przystanku market - zakupy, żeby być samowystarczalnym i za niedługo jest 6tka. Ja o Monte del Gozo - pan kierowca kręci głową, że coś nie. Wiem, że nie na górę jedzie, ale chociaż kierunek ten. Po drodze znajoma ścieżka, hotel, most, tablica. Ależ to blisko.


Jest drogowskaz na Monte, pan macha ręką. Tuptam do góry. Na skrzyżowaniu wątpliwość, czy nie pójdę na darmo. Są i tablice - jestem.

Pani Dorota wychodzi naprzeciw, widać uprzedzona o takim, co będzie kuśtykał. Cudowna zupa. O. Roman bardzo miły. Spowiedź, Msza Święta, kąpiel. Pani profesor z Krakowa upiera się na nacieranie Fastum i kompresy. Nie protestuję.

Pokoik miły. Zalegam. Co ma być, niech się dzieje.

Postanowienia dojrzewają, one będą owocem.

8 sierpnia, środa


Wstałem na Mszę o 8.30. Przy śniadaniu (oj, przeciągnęło się) Polacy z Paryża. Potem miejsce bez wiatru pod żywopłotem i krzyżówki.


Obiad w towarzystwie Katangi (Angola) i Juana (Kuba). Potem znów słonko pod drzewkiem. Słonko na nogi, cień na głowę. Z panią Agnieszką rozmowa o pielgrzymkach i szlaku cysterskim.

Przyjechał polski franciszkanin z Peru z parafianami - objazd polskim autobusem po całej Europie, 43 dni w drodze, część jeszcze 10 dni w Ziemi Świętej. Mocne.

Po kolacji net i - jak się okazuje - mecz Zagłębia Lubin w eliminacjach Ligi Mistrzów. Rozczarowanie. Długa rozmowa o różnościach, późno spać.

9 sierpnia, czwartek


Noga jakby lepiej. W kaplicy bolała. Przy śniadaniu pani Agnieszka chce mnie wysłać do lekarzy. A co oni zmienią?

O. Roman z Polakami gdzieś jadą. Ja do pokoju i leżeć. Nawet pospałem.

Obiad podany do pokoju. Kochana ta p. Dorota, taka szczera, otwarta kobieta.

Po południu dotarli Ślązacy, w tym trójka lekarzy. Chwilę wcześniej konsultacja z Olą, plus tu diagnoza - jak nic więzadła krzyżowe. Kolacja w licznym gronie (pomidorowa z ryżem), potem olofen od p. Doroty.

10 sierpnia, piątek. dłuuugi wieczór


Od razu noga lepiej. Sugestia czy fakt? Ale po kaplicy już mogę. Do południa grzecznie wyrko, tym bardziej, że upał się zrobił i mój pawilon to najchłodniejsze miejsce. Obiad z Katangą i Kubańczykiem - O. Roman gdzieś w świecie, Agnieszka na Finisterze. Po obiedzie spacer na górkę. Jednak z chodzeniem to jeszcze nie tak idealnie. Boli.


Pranie w końcu robię, potem mata w cień pod drzewem. Zjeżdża się kupa ludzi, jakieś autobusy. Będzie gęsto?

Oglądam kawałek meczu Wisła - Korona, proszą na kolację. Świętujemy wczorajsze imieniny Romana. Wypatrzyłem gitarę - robi się niesłychanie długi wieczór. Bardzo miło. Nogi bolą.

11 sierpnia, sobota


Po wieczornych śpiewach długie spanie i leniwy poranek. Śniadanie na wezwanie, bo potem Roman jedzie do pracy.

Po piątkowym spacerze teraz grzecznie siedzę w pokoju, Rewia Rozrywki dobiega końca - dawno takiego procentu rozwiązań nie miałem.

Po południu Marcel woła mnie na obiad, potem długo siedzimy i gadamy z Dorotą i Ryszardem. Piorę resztę rzeczy - wszystko jakieś inne będzie w plecaku. Chcę w końcu Mszę odprawić, ale Roman długo z pracy nie wraca. Wreszcie, gdy mnie wołają na kolację - akurat jest i Roman. Tym razem obwiązałem oba kolana - przy chodzeniu to jednak niezbędne.


Na kolacji (tym razem u Doroty i Rysia) jest i para Ślązaków, przed 23cią dojeżdżają Polacy - Wiesiek z żoną i kuzynką. On jest pilotem śmigłowca, gasi pożary pod Madrytem, ma tydzień wolnego. W Polsce przez lata latał w Świdwinie, zaś żona ze Szczyrzyca. Mały ten świat.

Znowu kłopot ze spaniem. Długo.

12 sierpnia, niedziela


Na śniadanie obudziła mnie p. Agnieszka, bo dziś każdy sam skrobie, a zaraz Roman jedzie i chata będzie zamknięta. Zdążyłem nawet zajrzeć na pocztę.

Do południa czytanie i polegiwanie, potem nawet drzemka. Coś po 14tej Roman przyszedł ciągnąć mnie na obiad. Byliśmy w centrum handlowym - w mieście pusto, cała absolutnie wiara na plaży.

Po sjeście zbieram się na spacer. Skoro jutro Finistera - trzeba cokolwiek się ruszyć. Bandaże na kolana, buty na nogi. Od razu coś mi te kolana słabo idą. Dochodzę do pomnika, tam kończę różaniec. Ruszam w dół - jest lekka tragedia.

O 20tej Msza - jest cały tłumek Polaków, w tym pallotyn z Krakowa z czwórką. Po Mszy miejscowi rozjeżdżają się, za to dochodzą Ślązacy (byli 2 dni nad morzem) i jest kolacja na 16 osób (w dużej jadalni). Doktor mnie bada - nic tylko odpoczynek. Oj, można czegoś dostać od przymusowego siedzenia. Wieczór u Romana - poczta, wino, chwila gadki. Jutro jadę do katedry.

30 października, wtorek, 2 miesiące po


Notatki w zeszycie urwały się; trochę czasu minęło, dopiszę to, co najważniejsze.

W poniedziałek katedra. Przed 11tą Roman podwiózł nas do miasta. Razem z Agnieszką spacer do Franciszkanów, na plac, potem już sam do katedry. Po compostelki ładna kolejka.... tym razem nie dla mnie. Msza jak zwykle tłumna. Trochę żal, trochę refleksja. Myślę, że pielgrzymka i tak owocna.

Gdy odchodzę od komunii - machają do mnie..... moje Włoszki!!! Potem przy zakrystii rozmawiamy chwilę. Tiziana i Regina są nauczycielkami. Fajne dziewczyny. Miło, że poznały i podeszły.

Po dziękczynieniu ruch koło ołtarza. Sąsiad stuka mnie w bok i mówi, że będą dymić. Rzeczywiście, uruchamiają kadzielnicę. Wrażenie jest niesamowite. Nie myślałem, że aż takie. No, jednak na jedną choćby atrakcję się tu załapałem.


We wtorek, 14go pojechałem na Finisterę. Rano była nikła nadzieja na ładną pogodę, po dojechaniu prysła. Aż w cały komplet deszczowy się ubierałem. Na sam cypel nie było co iść. Widoczność 10 m. Spacer od przystanku na cypel (w sumie 4 km) zajął 2 i pół godziny. Porażka całkowita. Na dobicie: od przystanku (tego pod Monte do Gozo) nie miałem serca wlec się pod górę - Romana nie było, Dorota wyciągnęła kierowcę od Krakusów. Bez komentarza.

Wracając w znajomym markecie przy przystanku nabyłem żyletki i żel do golenia. Pod wieczór Roman mógł stwierdzić: no, teraz to mi wyglądasz na polskiego proboszcza. Gdy wróciłem, moje rzeczy przeniesione do infirmerii. Właściwe miejsce jak dla mnie, prawda? Kolacja z pożegnaniem Agnieszki - poleciała nazajutrz rano.

15go, w uroczystość Wniebowzięcia pod wieczór zabrano mnie na wieś, do domku jednego z rodaków. Miły wieczór, chłopy ostro w piłkę grali. Myślałem, że na bramkę się nadam..... upokorzenie i ból. Nawet do tego się nie nadaję. Reszta wieczoru głównie w pozycji horyzontalnej.


W czwartek, 16go załapałem się na pielgrzymkową robotę, choć przy użyciu auta. Katanga miał za kilka dni prowadzić pielgrzymkę od O'Cebreiro do SdC, Roman chciał mu pokazać trasę. Ja na tylnym siedzeniu, była okazja nieco przypomnieć sobie stare kawałki. Okazało się, że któregoś dnia niewiedzący wybraliśmy drogę alternatywną; ominęło nas benedyktyńskie opactwo, za to wtedy mieliśmy cudowny pokaz mgieł w dolinie. Następnym razem trzeba będzie pójść dołem. Objazd zeszedł do dobrego popołudnia. Aha, z rana bardzo piękne jak na Hiszpanię zjawisko: na termometrze 8 st. C. Ciepłe kraje, co? No, ale to Galicja, poza tym to było w górkach pod O'Cebreiro.

Bilety miałem na 17go - rano Roman odwiózł na lotnisko. Odprawa sprawna, czekanie przy kawie, lot z małym opóźnieniem ale przy ładnej pogodzie - cały czas widoki przez okno. W Madrycie parę godzin czekania, był czas podziwiać ruch na płycie lotniska i odwiedzić znajomego MacDonaldsa. Lot do Berlina już po ciemku, miejsce przy przejściu, zatem bez widoków, tylko Berlin przy podejściu widoczny dość ładnie. Na lotnisku przymiliłem się do polskiego małżeństwa jadącego do kraju (rejestracja szczecińska na parkingu, ona czekała, on z opóźnieniem wracał z Amsterdamu), wysadzili mnie w Chojnie. Na rano byłem w domu, pan Sobczak dowiózł mnie z Jastrzębca z krzyżówki.

No a nogi... Na razie chodzę. Tyle.