Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

M.A. Wachowicz
Camino Frances 2007

Wstęp


- Nie napiszesz tego do czerwca, jesteś dopiero przy 3 dniu wspomnień, kończy się kwiecień, a w maju znów lecimy. – Zdążę, tylko ten komputer, stale coś mi "wyskakuje"!, jak to zmienić?, po co te czerwone podkreślenia? - A spróbuj inaczej napisać "rześki" – o...samo wyszło! Tak powstawało to dzieło.

 

W maju tego roku (jest teraz AD 2008) wyruszamy na nasze drugie Camino, tym razem Norte, a ubiegłoroczne jeszcze nie opisane. Za chwilę wszystko się wymiesza i nici z konkretnych wspomnień. Do ubiegłorocznego (wrzesień 2007) przygotowywaliśmy się bardzo krótko, choć w marzeniach był od kilku lat, przynajmniej moich. Na pielgrzymce do Częstochowy ks. kierownik opowiadał swoje wspomnienia z camino , wcześniej był "Pielgrzym" Paulo Coelho - i tak się zaczęły rozmowy, że chciałabym, że jeszcze może mogłabym , że byłoby cudownie na okrągłe 60-te urodziny itp. Całe lato pracowałam – emeryt na zastępstwie, zbliżał się koniec sierpnia i obiecana sobie pielgrzymka do Częstochowy.

Aśka – moja córka wpadła do nas z miną konspiratora i wielkim skoroszytem pt. "Nowa kuchnia polska". -Nie idziesz, nie zdążysz? Przeczytaj sobie. -Co? Przepisy?, impreza dopiero w październiku . -Zajrzyj ! No i olśniło mnie: lecimy do Hiszpanii = Camino!!! Bo w skoroszycie pamiętniki, wydruki trasy Camino Frances, czyli drogi francuskiej z Internetu , polskie Credenciale , poradniki. -Przeczytajcie z tatą i pakujcie się, jadę z wami. Totalna zagłada, prawie nic nie mamy. Nie mamy nawet plecaków, jakieś turystyczne drobiazgi z młodości własnej , a potem dzieci. Nikt już tych rzeczy nie używa , ale w domu są. Do tego kompletnie nie mamy czasu, bo wyjazd już na początku września. A więc zakupy – byle nie dać się zwariować. Plecaki kupiliśmy, mamy jednakowe poj. 35 l, a więc małe .Ubrania , przybory, prowiant, mnóstwo drobiazgów, wszystko może się przydać. To się nie zmieści. Na szczęście znajomy Ojciec franciszkanin ( Opatrzność Boska , że Go znamy) dał nam doskonałą radę: zapakujcie się , a potem wyjmijcie wszystko i weźcie tyko połowę , ale i tak było ponad 11 kg na każde plecy. Z łódzką pielgrzymką poszłam tylko do Pabianic, ale na 26 sierpnia na odpust pojechaliśmy razem z Adamem samochodem. Potem się przeziębiłam. Nastąpiło przystopowanie przygotowań, bo Asia miała do załatwienia trochę spraw, a i biletów na samolot też nie było w tym terminie. W końcu załatwiliśmy rejsowy lot z Warszawy do Madrytu na 12 IX .

Dzień -1-


Spakowani i cali w emocjach dojechaliśmy w ostatniej chwili do stolicy, przywiózł naszą pielgrzymkową trojkę Tomek – mąż Asi. Lotnisko Okęcie , kto był, to wie jak wygląda i jak funkcjonuje. Oczywiście zabrali nam napoje, mieliśmy w bagażu podręcznym. Ten fakt jeszcze potem zagra. Ale kijki trekkingowe, składane Asi poleciały bez problemu , jako osobny bagaż , nawet bez opakowania i dopłaty. Ten fakt również będzie miał ciąg dalszy. Przy bramkach ogromne zamieszanie, ciągle jakieś zmiany wyjść do samolotów. Uff, wyszliśmy do autobusu , jedziemy, fotka przy trapie i siedzimy.

Przy oknie młoda polka, mieszka z mamą na stałe w Hiszpanii, ja i Adam, a po drugiej stronie Asia. Bagaż podręczny wyczyszczony z napojów, została resztka kanapki z lotniska, jakieś batoniki i 3 godziny lotu. Za nami siedzi wycieczka rosyjsko-języczna. Hałas niemiłosierny. Jeszcze instrukcje miłych hiszpanek z niewielką znajomością języka polskiego i startujemy. My pierwszy raz . Trzymamy się za ręce jak młodzi i zakochani , ale co tam, może dolecimy. Dolecieliśmy. W czasie lotu popełniliśmy jak się nam wtedy wydawało przestępstwo gospodarcze – czekolada na gorąco i dwie herbaty, do tego resztki kanapek i te kaloryczne batoniki. Niestety od tego momentu trzeba się przestawić na "€". Na lotnisku w Madrycie ciepło, nasze polary grzeją chociaż jest już prawie 8 wieczór. Czekamy na nasze plecaki, już jadą, są nawet kijki, trochę to trwało. Wsiadamy do autobusu, który zawozi nas na terminal 4 (lotnisko nazywa się Barajas) - z terminalu 1 międzynarodowego. Ta jedynka taka sobie, a czwórka lokalna czym może zachwycić? Przeżyliśmy szok – 4-ka to dopiero lotnisko.

Stal, szkło, kilka poziomów, rozmach , sklepy, bary, miasteczko. Częściowo pozamykane, ale to przecież prawie noc. Nadajemy bagaże, bez żadnego tłoku, sprawnie. No i problem z kijkami. Tak nie mogą lecieć lokalną Iberią (nie ma stosownej instrukcji, więc nie wolno), choć z Polski mogły Air Europą. Cóż więc robimy, nie wydamy przecież 10 €. Mała korekta bagażu i kijki na oczach celniczki powędrowały do plecaka Asi. Nie ma kijków, nie ma sprawy, plecak przyjęty. Teraz mamy trochę czasu. Szukamy Mc Donalda, żeby coś zjeść. Mignął nam jakiś kierunkowskaz, ciągi ruchomych chodników, windy. Przysiadamy w barze, najwyżej będzie drożej. Oczywiście herbaty, kanapki i jakieś ciastka. Wszystko pyszne. Trafiamy do naszej bramki i tam po drodze był Mc Donald. Jeszcze kontrola, Adamowi dzwoni, wszystko co tylko możliwe zdjął , a to były szelki. Śmiesznie. Kupujemy wodę z automatu i nikt nam jej nie zabiera. Wsiadamy do samolotu. Sama skóra, czysto i elegancko. Przed północą będziemy w A Coruńa , lot trwa tylko godzinę. Wszystko spakowane do podręcznego bagażu, oczywiście aparat też. Pasy zapięte, a tu taki piękny widok – małe miasto, ale z 2000-letnią historią, pięknie oświetlone. Zawracamy nad morzem i stąd podchodzimy do lądowania, a nie da się tego powtórzyć. Na lotnisku tempo błyskawiczne, wszyscy się spieszą, lotnisko niestety zamykają na noc. Chcieliśmy tam przetrwać do rana. Zmiana planów. Pani w informacji daje nam mapkę, pokazuje gdzie dworzec autobusowy, oczywiście w nocy zamknięty, autobusy z lotniska też dopiero rano, ostatnia taksówka jeszcze stoi. Zastanawiamy się co robić. Do dworca jakieś 6-7 km, noc, ale co tam., piękna noc, więc "Święty Jakubie prowadź". Podziwiamy widoki, wszystko pięknie oświetlone, ulice, podmiejskie domki. No i ta roślinność, wysokie trawy, jak w jakimś buszu, zielone trawniki zraszane automatycznie. Idziemy. Jest tu nawet szlak camino, ale dla nas stąd za krótko, nie będzie przepisowej ilości kilometrów. Rozstaje dróg. Przystajemy. Adam się zatrzymuje, zdejmuje plecak, szuka czegoś długo. To był chyba szok po locie. Nic nie pomaga, żadne perswazje, że to nie jest odpowiedni moment na szukanie czegokolwiek w plecaku, za chwilę wszystko poginie wyrzucone z plecaka na chodnik. Cierpliwie czekamy. Wreszcie jest Aspargin , nerwowo rozgryziony, coś tam jeszcze, ale niestety nie ma wody do popicia. Tragedia. Wreszcie opanowanie sytuacji, chyba jabłkiem.

Dzień -2-


Wędrujemy dalej wzdłuż trasy autobusu z lotniska do miasta, ulicami, w poprzek autostrady, nieliczne samochody nas mijają, no i ta ostatnia taksówka. Na przystankach komunikacji podmiejskiej robimy postoje. Chyba nauczymy się na pamięć rozkładu jazdy , no i nazw mijanych osiedli. Jemy kanapki, jabłka i pomidory. Brak nam tylko wody. Gapowe, na lotnisku były przecież automaty. Wreszcie w mieście Asia wypatrzyła wodopój. Chyba aqua potable, jest nam wszystko jedno, pijemy. Co za rozkosz. Ludzi mało na ulicach, ciepło. To już miasto. Odpoczywamy na ławce koło sklepu. Docieramy do dworca. Żywej duszy.

Po drugiej stronie ulicy jest mały skwer. Rozkładamy się dyskretnie w cieniu na ławkach i po kolei zasypiamy. Jakoś nie mogę zasnąć. Nad ranem robi się strasznie zimno, wszystko już założyliśmy polary, kurtki, kaptury. Pełno wilgoci od roślin i chyba od morza. Wegetacja, ale chociaż siedzimy. Około 6 tej otwierają dworzec, wpadamy do środka. Ciepło. Ale i tak wszystko pozamykane. Drzemiemy. Kasy otwierają o 8 mej, autobus do Pedrafita o Cebreiro odjeżdża o 9 tej. Kupujemy bilety ok. 40 € na trzy osoby i idziemy na śniadanie do baru dworcowego – 6 herbat i 3 świeżutkie rogale. Wstaje słońce, a my pakujemy plecaki do luku, prosimy uprzejmego kierowcę , aby nam nie pozwolił przegapić naszego miejsca wysiadania, zajmujemy miejsca numerowane , i punktualnie ruszamy. Widoki ciekawe dla nas, ale podsypiamy co jakiś czas. W autobusie na trasie miejsca się powoli zapełniają, jedni wsiadają, inni wysiadają. Jest to firma o nazwie "Alsa", czysto i sympatycznie. Po drodze jest nieco dłuższy postój w Lugo. Piękne, stare miasto z murami z czasów rzymskich. Uliczki wąziutkie na 1 rower i pieszego, a autobus pędzi jakby to była autostrada. Za krótko, widzimy tylko trochę miasta przez szyby. Do luków bagażowych dochodzą rowery pielgrzymów – cyklistów ( trzeba przejechać min. 200 km szlaku). Pięknie świecące słońce znika w narastającej mgle. Gdzieniegdzie wyrastają skały. Autostrada przecina wzgórza, przelatujemy po wiszących mostach i pniemy się w górę, mamy dotrzeć na przełęcz. Wreszcie kierowca daje nam znak (sami po znakach na ziemi i w niebie –godz. 11,20 się domyślamy), wysiadamy pozdrawiani przez podróżującego księdza –staruszka "Buen Camino". Odtąd to stare pozdrowienie i hiszpańskie "Hola!" (czytaj: "Ola") towarzyszyło nam cały czas. Słońce już grzeje, plecaki jeszcze nie ciążą, humory dopisują, nieznane czeka. Piedrafita O Cebreiro (Pietra = kamień, chyba od spadających kamieni z gór) to mała miejscowość leżąca tuż przy drodze. Kupujemy muszle , w panaderii bagietki i bułki , oczywiście foto, no i w górę, kierowca mówił, że będzie jakiś 1 km do O Cebreiro - nasz punkt wyjściowy na camino.

Że będzie jakiś kilometr zgadzamy się, ale jeszcze nie wiemy, że to znacznie więcej. Wszyscy mówią o doświadczeniu w drodze, znakach itp. Teraz wiemy, że to po prostu była nasza droga. Za domkami rozstaje – stromy żleb ostro w górę i w prawo asfalt z oznaczonym szlakiem. Idziemy w prawo, czy słusznie? Dotąd nie wiemy. Może ta stromizna to był jednak 1 km ? Asfaltem biegnie szlak rowerzystów, mijają nas , nie bez wysiłku, tu też pniemy się w górę, tylko serpentynami. Radość na zmęczonych twarzach, im też ciężko, a my mamy za to plecaki coraz cięższe. Mgła została na dole, widoki coraz piękniejsze, no i czujemy słońce. Pot spływa po czołach i plecach. Za żywopłotem oaza, zieleń, woda , chłód, odpoczynek. Myjemy się, przebieramy, jemy, wodę do picia mamy własną, jednym słowem rozkosz w czasie tej długiej podróży do punktu wyjścia. Ale trzeba ruszać dalej. Wychodzimy z cienia na słońce. Góra jeszcze daleko nad nami, ciągle pocieszamy się, że to tylko ostatni zakręt. Gorąco niemiłosiernie. Rowerzyści też przystają, pchają rowery pod górę. Adam staje pod jedynym drzewem, odgraża się, że zje zaraz wszystkie kabanosy. Siadamy przy szosie na chwilę, ale czas ucieka. Wreszcie droga wchodzi na przełęcz, widzimy autobus, a miały nie dojeżdżać ! Ale to autokar wycieczkowy, innego dojazdu nie ma. Cudowny wiatr, piękne widoki , ale nie czas na to. Po drodze kościół, zabytkowe domy, bar. Szukamy refuggio.

Pytamy w barze o noclegi, 30 € , podziękowania, a gdzie refugio municipale ? Gracias, muchos gracias! Trafiamy bezbłędnie, w Internecie widziałam zdjęcie, to na pewno to . Dzięki Ci Panie! Na pewno przeżyjemy! W refugio miła hospitalera , energiczna pani ogląda bardzo dokładnie nasze polskie Credenciale . Mieliśmy pierwsze sellos z zaprzyjaźnionego klasztoru oo.franciszkanów, w którym często bywamy, było pięknie napisane "początek pielgrzymki" i dwie służbowe pieczęcie, tyle, że po polsku. Chyba z ciekawości pani poprosiła nas dodatkowo o paszporty, a może taka jest procedura na camino. Z wielką radością rzuciliśmy się do wskazanej sali po drodze zdejmując nasze górskie buty i ustawiając równiutko przed drzwiami. Moje różniły się nieco od innych, były po prostu mało zużyte i tylko nieco zakurzone. Zajęliśmy łóżka na górze, obok siebie. Zaraz się rozpakowaliśmy, potem mycie, łazienki na dole, duże, czyste, prysznice, ciepła woda. Schronisko jest po remoncie, chyba są nowe piętrowe łóżka, nie zużyte powleczenia, wygodnie. Szukamy kuchni, na szczęście jest na wprost sypialni. Kuchnia elektryczna , nowoczesna , przyciski sensorowe, szafki kuchenne jak w salonie meblowym...ale nie ma garnków. Wszyscy do barów, jest ich tu kilka. Ale my mamy kubki, menażkę, sztućce, a nawet ściereczkę, która robi wrażenie obrusiku i do tego całkiem nie pognieciona, na razie. Nastąpiła wiec uczta obiadowa z dwóch dań, z deserem i po polsku z herbatą (bez kabanosów). Po tej ogromnej porcji jedzenia karimaty w dłoń i na sjestę, obok budynku, z pięknym widokiem na całą okolicę. Oczywiście przeglądamy trasę, robimy zdjęcia , wspominamy naszą podróż do tego miejsca i odpoczywamy. Radość ogólna, tak niewiele ludziom potrzeba do szczęścia. Powoli robi się wieczór, zakładamy cieplejsze ubrania, bierzemy atrybuty pielgrzymie: credenciale, muszle i idziemy do kościoła na Mszę Św. o godz. 20 tej. W starym kościółku pamiętającym czasy cudu (IX w.) z cudowną figurą Santa Maria la Real zostaliśmy poświęceni , dostaliśmy sello i piękny obrazek . My zrewanżowaliśmy się równie pięknym obrazkiem z MB Częstochowską, który został przyklejony na ścianie w przedsionku przez panią kościelną, wśród wielu innych , ale nam się wydawało, że był najładniejszy. Ta stara miejscowość powstała dla pielgrzymów całe wieki temu, ten klimat czuje się oglądając kamienne domy, stary kościółek, pallozas – domy kryte strzechą pochodzące z czasów celtyckich, kamienne uliczki. Wydaje się, że zza węgła jakiegoś domu wyjdzie postać w długiej pelerynie, niosąc tykwę na wodę, niewielką sakwę na skromne rzeczy i podpierając się ogromnym kosturem. To już historia, choć postawa "marszowa" niektórych pielgrzymów bywa zbliżona. Ale są też odpustowe kramiki w domach i na zewnątrz, można kupić tutaj pamiątki i te tandetne i oryginalne. Oglądamy i nic nie kupujemy, są przecież jeszcze do noszenia kabanosy! Wracamy , coś do picia i spać. Pod nami lokują się Francuzi. Śpimy snem sprawiedliwego, niestety do czasu. Ogromna sala, dużo łóżek i dużo zmęczonych ludzi. Jakaś dziewczyna zaczyna delikatnie cmokać, to podobno pomaga na tzw. chrapaczy. Tym razem nic z tego. Powoli budzi się wiele osób, oczywiście prócz tych co chrapią. Francuzi pod nami trzęsą łóżkami, zaraz chyba pospadamy. Robi się wesoło, ale o dziwo to pomaga. Znów zasypiamy, w pół śnie słyszymy jakieś telefony, głosy, ruch i znów jest cisza. Błogo.

Dzień -3-


Budzimy się w prawie pustej sali, ale za to wyspani. Jest już 14 IX (piątek) dochodzi ósma. Jemy porządne śniadanie, w kuchni jest jeszcze kilka osób, dwa starsze małżeństwa, chyba Niemcy. Spotkaliśmy ich wczoraj w kościele. Mają mizerne plecaczki. Pakujemy się szybko i wychodzimy. Jest jeszcze przed wschodem, chłodno. Podchodzimy ostro pod górę, szukamy znaków, wreszcie są żółte strzałki. Niemcy idą asfaltem, my górskim traktem, żółta glinka wchodzi na buty. W górze nieco wyżej ponad naszą ścieżką widzimy krzyż, ale nie dochodzimy, idziemy dalej. Nagle robi się jasno, to słońce wyszło zza góry. Piękny widok i do tego cieplej. Trochę lasu, jakieś doły, krzaki i dochodzimy do szerokiej drogi. Co tu będzie? Czyżby asfalt? Znaki widzimy. Ostre zejście w dół, dobrze, że sucho ,bo byłby zjazd i dochodzimy do Linares. Kilka domków, sklep, woda. Przechodzimy między domami, czy to jedna pokazowa zagroda?, a w środku mały kamienny kościółek z cmentarzem. Na trasie będziemy oglądać podobne prawie w każdej miejscowości. No i hiszpańskie krowy pojedynczo i w grupach. Ślady ich obecności, znaczone tzw. plackami są wszędzie. Dobrze, że to wrzesień., latem podobno jest super zapachowo. Nikt tego nie sprząta, chyba taki trend, bo przed drzwiami obory stały chodaki do wewnętrznego użytku. Mały odpoczynek na schodach koło kościółka i ruszamy dalej. Idziemy pod górę ścieżką wzdłuż asfaltu. Pieszych mało, wszyscy wyszli dużo wcześniej. Pniemy się ostro na przełęcz – Alto de San Roque, słońce daje do wiwatu, ale wieje lekki wiatr. Na przełęczy sporo osób, obchodzimy w koło 3-metrową rzeźbę pielgrzyma (bardzo charakterystyczna) zmagającego się z wiatrem i deszczem. Oczywiście foto przy rzeźbie i dodatkowo przy słupku z ubywającymi –wreszcie! kilometrami.

Dalej wędrujemy do Hospital de la Condesa, kilka chałupek, ale z kamienia, widzimy z daleka ludzi czekających przy refugio, w barze dostajemy pieczątki, jest oczywiście charakterystyczny kościółek z cmentarzem, może nieco większy, wchodzimy między domy i szukamy strzałek. Są jeżyny, jakaś ścieżka sprowadza nas w dół, zza kamiennego płotu spogląda na mnie piaskowego koloru krowa . Widzę lekkie zdziwienie w wielkich oczach, ale nie zrozumiałam spojrzenia i schodzimy ciągle w dół. Nagle droga się zwęża, a nawet kończy. Jesteśmy na dnie jaru. Przedzieramy się na skróty przez gęste krzaki na górę. Niepotrzebna strata sił i do tego nerwy. Górą idą pielgrzymi, jesteśmy znów na szlaku. Ze złości robimy postój. Jemy, pijemy, znikają nawet kaloryczne batoniki. Będzie lżej i nie będą topić się od upału (prawda jakie słuszne tłumaczenie).Ścieżka odbija od asfaltu, którym jadą rowerzyści. Z oddali słyszymy śpiew. Zbliża się i oczom naszym ukazuje się dziewczę w nieokreślonym wieku, z plecaczkiem, w wianku splecionym z ziół na głowie. Idzie i sobie śpiewa jakąś nieznaną nam piosnkę. Sielanka. A my wciąż łączymy się z drogą asfaltową , to rozdzielamy. Trochę w dół i znów w górę, stromym podejściem docieramy do przełęczy Alto do Poio. A tu restauracja, stoliki z kolorowymi parasolami. Wpisujemy się do księgi pielgrzymów. Pierwsi Polacy od ponad miesiąca i to aż trójka. Idziemy teraz przez otwarty teren, przestrzenie, cisza i spokój, znaki już nas nie mylą, ciągle nam towarzyszą strzałki i co 0,5 km słupek z ubywającą liczbą kilometrów. W koło pastwiska i łąki poprzedzielane kamiennymi murkami, to charakterystyczny widok Galicji . Zielona jest u nich ta jesień.

Świadczą o niej tylko ogromne kępy kwitnących wrzosów, większych niż nasze. W Fonfria widzimy z daleka stare pallozas, chyba jest tam bar, a tuż na szlaku między zabudowaniami nowe refugio, bar (WC) i wielkie stoły z ławkami na zewnątrz. W Biduelo pod parasolami odpoczywają pielgrzymi, my wchodzimy do kamiennego domu, po schodach w dół, a za barem miła Hiszpanka przystawia nam sello w credenciale i oferuje pokój za 30€ z "całą kompaniją. Gracias, Buen Camino, Adios! Za Biduelo robimy dłuższy postój. Asia się rozłożyła na karimacie w słońcu i się opala, a my w lekkim półcieniu. Mokre rzeczy (tzw. pranie) rozłożyliśmy na blaszanych płotkach. Wyschło szybko. Zapomniałam wspomnieć o kiju. Wielkim kosturze, który zostawił pod łóżkiem Francuz śpiący pode mną . Zabrałam go i muszę przyznać, że dzielnie służył mi przez cały ten etap. Zwłaszcza przy stromych podejściach, a i w zejściu się sprawdzał, bo dalej to było właśnie ciągle w dół i w dół , jakieś stodoły, zabudowania, domy i wreszcie pierwszy kontakt z mieszkańcem miejscowości , której nazwy nie pamiętam, malutka wioska. Widząc mój oryginalny, na wpół spróchniały kostur zaoferował mi kupno nowego zgrabnego kijka za okrągłe 2 €, dałam mu do zrozumienia, że dziękuję , opuścił na 1 € , potem za tę sumę mogłam kupić już 2 kijki. Przypomniałam sobie, że drobne mają moi towarzysze, nie mogę więc kupić. Pan zaoferował, że mi przyniesie do refugio. Uff, gracias, hasta luego! Odpuścił! Późnym popołudniem docieramy do Triacastela. Prawie nie ma pielgrzymów, tylko jedna para ściga się z nami do refugio, Są młodsi i mają mniejsze plecaki. Ale i tak mamy miejsca, jeszcze kilka łóżek było wolnych. Wpisujemy się do księgi meldunkowej. Hospitalero uprzejmy, prowadzi nas na pokoje, pokazuje umywalnie. Niestety nie mamy razem pokoju. Schodzimy po schodach czując przebyte kilometry. Sale są 4-osobowe , my dobijamy do jakiejś pary, to Włosi, chyba w średnim wieku. Asia w pobliżu, będziemy czuwać, zwłaszcza, że drzwi są saloonowe. Rozkładamy śpiwory, piżamy. A potem to normalka – mycie, ciepła woda, trzeba tylko umiejętnie manewrować. Asia określiła tą czynność, jako " walkę z kurkami na dwie ręce". Przepierka, nawet spora, pranie wieszamy na sznurach za refugio, przydają się noski do bielizny. Wyjście "na miasto". Na ostatnich nogach idziemy do "supermecado", ogołacamy półki. Kupujemy mleko, twarożki, jogurty, pieczywo i obładowani wychodzimy. Na rogu ulicy jest przystanek autobusowy z wiatą do siedzenia. Z radością siadamy, wspominając nasze nocne doświadczenia z A Coruńa , pijemy z apetytem wybrane specjały. Śmiechy, żarty i fotka telefonem Asi, przesłana zaraz do Tomka. Ja pochłaniam cały litr mleka i...lecę do sklepu po następne. W super humorach wracamy. Nie ma kuchni, więc wynosimy wszystkie zapasy "na zimno" na trawnik i znowu zaczynamy ucztę. A potem spóźniona sjesta. Padamy. Robi się zimno, słońce zaszło, pranie nie wyschło, buty w zmienionym kolorze (wszystkie żółte, już się nie różnią i trzeba uważać , aby się nie pomylić) wietrzą się na parapecie, przed snem je wystawiamy przed drzwiami pokoju. W pobliżu płynie potok, robi się wilgotno i zimno (5º C w nocy). Wracamy do pokoju. Na stoliczku leży przewodnik z trasą w 4 językach. Pozwalamy sobie zajrzeć, nawet robimy zdjęcie mapki. Jutro pójdziemy prawdopodobnie trasą przez Samos. Ja zajmuję dolne łóżko, Adam na górze. Zapinam śpiwór i " Dobranoc" cała moja rodzino. Włosi wracają późnym wieczorem. Asię męczą nocne zmory, miała koszmarny sen z Sonią (pies syberian husky) w kominku własnego domu, napad bandytów itp. Czyżby obfity i późny posiłek?