Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

M.A. Wachowicz
Camino Frances 2007

Dzień -4-


Jest sobota 15 IX, budzi nas ogólny dzwonek . To nasz hospitalero wzywa do dalszej wędrówki. Włosi wylatują błyskawicznie, zresztą większość. Mycie , pakowanie, zakładamy prawie wszystkie rzeczy na siebie. Jest potwornie zimno i wilgotno. Pranie wrzucamy do reklamówki po sandałach firmy Bata. Adam wspaniałomyślnie obiecuje nad nią opiekę. Wychodzimy przed schronisko, zjadamy śniadanie, popijamy zimnym mlekiem i sokami. Brr... nie do pomyślenia w Polsce. Jest szaro i mglisto. Nagle spostrzegamy z daleka (bardzo rozległy teren koło refugio) ruszający wóz konny i dwoje pielgrzymów wsiadających . Nocowali na polu przed schroniskiem, a teraz znikają nam we mgle. Rozczulamy się, staramy się uwiecznić aparatem ten fakt, ale jest po prostu za ciemno. Spotkaliśmy również chłopaka z psem i chyba też nocował w namiocie. Adam poprawia nam humor opowieścią z umywalni (uwaga- rano była lodowata woda). Podczas mycia zobaczył w lustrze wpadającego przez drzwi saloonowe faceta w rajtuzach, który nieprzytomnie zaspany, błyskawicznie napełnił butelki i bidony wodą i jeszcze szybciej wybiegł. Oczywiście był to pielgrzym – cyklista. To jakiś wielki obłęd, wszyscy się spieszą, aby przelecieć kolejny etap. Punktualnie o godz.8 zostało zamknięte schronisko z moim kosturem w środku. Skierowaliśmy więc swoje kroki w kierunku Samos, a nie przez góry do Calvor. Przechodzimy pustą szeroką ulicą koło prywatnego refugio. Wyruszają rowerzyści. Za miasteczkiem na rozstaju dróg są bardzo dobrze oznaczone kierunki dwóch tras. W prawo właśnie do Calvor ostro pod górę, a w lewo razem z trasą dla rowerzystów pieszy szlak przez Samos do Saria. Robi się coraz jaśniej, słońce świeci nad górami, a my spragnieni ciepła wędrujemy niestety w cieniu skał.. Jest co podziwiać. Czerwone łupki skalne, fantazyjnie porozdzielane warstwami, w postaci ogromnych płyt, wysypujące się do potoku wartko płynącego w kamiennym korycie. Przy trasie miejsca postojowe , starannie wykonane ławeczki , stoliki, w upalny dzień chyba by nas skusiły, ale jest za zimno i za wcześnie na odpoczynek. W pewnym momencie oddalamy się od asfaltu i dalej wędrujemy za żółtymi znakami prastarym traktem . Skały się oddalają, a my przechodzimy wiejską drogą przez małe miejscowości i pólka uprawne. Napotykamy bardzo stary młyn, w którym urządzamy popas.

Jest już cieplej. Jemy resztę wczorajszych zakupów, rozpuszczamy czekoladę w proszku w zimnym mleku i podziwiamy dach młyna wykonany właśnie z łupków, ogromne młyńskie kamienie oraz inne ciekawe stare akcesoria. W Polsce też jest już mało takich ciekawych rzeczy w terenie. Tu nikt tego nie pilnuje, a jednak wszystko zostaje na swoim miejscu. Jeszcze parę zdjęć młyna, małej jaszczurki na mojej białej kurtce i ruszamy dalej. Droga wznosi się i opada. W starych kamiennych domach jak dawniej mieszkają ludzie.

Kwiatki w oknach, kolorowe ogródki, ale też samochody pod daszkami szopek. Widzieliśmy na górce malutki kościółek, przy nim malusieńki cmentarzyk, a zaraz obok na dole uprawne pola z warzywami. Wzdłuż trasy pełno jest kamiennych murków obrośniętych dużymi i słodkimi jeżynami, z namalowanymi na żółto znakami camino. Przekraczamy szosę i zagłębiamy się w wąwozy wydeptane przez pielgrzymów. Porośnięte drzewami dają cień. Spotykamy na tej trasie niewiele osób, nie jest zbyt popularna. Droga wznosi się i nagle widzimy w dole klasztor w Samos. Otoczony fosą sprawia niesamowite wrażenie. Ogromne, rozległe zabudowania . Robimy zdjęcia i jak na skrzydłach lecimy w dół. Jest jeszcze spory kawałek drogi do pokonania. Niestety zbliża się południe, klasztor jest zamknięty, również refugio, które się tam znajduje. W klasztorze podobno można się wyciszyć w wiekowych zakonnych celach, oczywiście za opłatą. Siadamy w barze, ale na chodniku pod parasolami, z widokiem na klasztor i rozkoszujemy się pierwszą tego dnia gorącą herbatą. Jeszcze pieczątki, wszyscy wc, szybko ponowne herbaty, bo sjesta, pomimo upału ruszamy dalej. W starym kamiennym wodopoju napełniamy butelki.. Szlakiem po chodniku idziemy w cieniu nielicznych drzewek i zaraz za miastem napotykamy oazę. Tu w cieniu wielkich drzew, na parkingu super urządzonym, przy potoku, robimy sobie postój. Obok stołu i ławek jest nawet miejsce do grillowania, ze specjalnym paleniskiem. Rozpalamy ogień (mamy kostki spirytusowe z czasów naszej młodości) i w menażce gotujemy potrawy, w specjalnym naczyńku (jw.) parzy się herbata, no i jeszcze deser. W tym czasie podjeżdża autokar z wycieczką Niemców. Przechodzą przez mostek na drugą stronę rzeczki, tam urządzają piknik z pełnym wyszynkiem (alkohol a jakże). Jest coraz weselej. Nasze pionierskie poczynania, wietrzące się buty i cały majdan wzbudzają zainteresowanie. Ciekawość sięga zenitu, gdy Asia myje menażki w potoku (oczywiście ekologicznie piaskiem). Niemcy przychodzą do nas z daniną. Dwie sympatyczne panie w średnim wieku i młodsza hiszpańska przewodniczka przyniosły nam wielkie tacki ze smakołykami. Był tam ser żółty, kromki bagietki, plastry szynki i melona. No i całe bagietki, bo dziś sobota i może być kłopot z zakupami. No i jeszcze butelki wina. Poczęstunek dla pielgrzymów. Wszyscy są pełni podziwu . Chwilę rozmawiamy we wszystkich możliwych językach. Dziękujemy uprzejmie, choć jedzenia mamy dość, ale nie wypada odmawiać. Z wina rezygnujemy, tłumaczymy, że będzie nam za ciężko. Entuzjastycznie żegnając się z nami (dostajemy jeszcze krem na bolące stopy!) Niemcy odjeżdżają w stronę Santiago de Compostela. Będą tam znacznie wcześniej przed nami. Zanim zdążyliśmy się spakować podjeżdża serwis i sprawnie sprząta pole biwakowe po wycieczce. Ruszamy dalej. Idziemy asfaltem, znaków coraz mniej, ale kierunek mamy dobry. Szlak chyba gdzieś odbił w bok, upał daje się we znaki. Zdejmujemy nasze ulubione buty, wieszamy z tyłu plecaków, i zakładamy sandały. Mijający nas stary Hiszpan kiwa głową z aprobatą. Buen Camino! Wszyscy lubią pielgrzymów. Zrobiło się późno, do Saria szliśmy już asfaltem. Było w sandałach przewiewniej , ale męcząco dla stóp. Przez Saria szlak długo prowadzi nas chodnikiem z muszlami, przechodzimy całe miasto, wreszcie stromymi i długimi schodami (taka ulica) wspinamy się do alberque municipale. Ale tu niespodzianka! Nie ma już wolnych miejsc. Tu wychodzi ta nieszczęsna sobota. Hiszpanie mogą camino "zaliczać" na raty – czyli właśnie w soboty-niedziele. Czy to sprawiedliwe? Ale na polskim szlaku może będzie tak samo. Sobota i niedziela to dla nas obcych pielgrzymów koszmar. Uwaga! Wielki tłum różnych wiekowo ludzi pędzi!!!! w stronę S d C. I na dodatek były to ostatnie dni wakacji. Otrzymują Compostelę po przejściu 100 km, a więc od Saria. Jesteśmy gotowi nocować nawet na podłodze w kuchni. Asia wyszukała niedaleko jeszcze dwa schroniska prywatne. W jednym z nich się zatrzymujemy. Jest prawie pusto, tylko kilka osób.

Duża czysta sala, piętrowe łóżka, eleganckie łazienki, ciepła woda, wyposażona kuchnia i przytulna duża jadalnia. Na zapleczu patio z ogródkiem, pralnia. Za 7€ to komfort. Mycie, pranie i kolacja ze zdobycznych wiktuałów kończy ten długi upalny dzień pełen wrażeń.

Dzień -5-


W nocy spadł deszcz i znowu zrobiło się chłodno i wilgotno. Jest niedziela. Spakowani wybieramy się na Mszę Św. ma być o 9-tej. Ktoś się pomylił, ma być o 11-tej. Już w końcu nie wiemy, co robić, czy czekać, czy ruszać w drogę. Zakładamy plecaki i.....okazuje się, że Asi kijki gdzieś się zapodziały. Szukamy. Wreszcie przypominamy sobie, że chyba zostały w municypalnym. Asia biegnie do refugio, ale już jest zamknięte. Co robić? Otwierają o 13-tej. Kijki widać przez okno, stoją. Wraca, ma telefon do hospitalery . Dzwoni, ale ten ich angielski. Do naszego alberque wraca również młody cyklista. Asia tłumaczy mu całą sytuację w kilku słowach po angielsku. Uprzejmy chłopak przejmuje telefon, ależ ten hiszpański jest bogaty, po dłuższej rozmowie załatwia nam możliwość odebrania kijków. Gracias, Buen Camino. Wracamy pod zamknięte municypalne. Po mokrej od deszczu wąskiej uliczce jadą dwaj pielgrzymi na koniach. Widok jak z bajki. Czekamy przy herbacie w barze. Wesoły właściciel mówi nam, że ten incydent z kijkami to żaden problem. Do Portmarin (następny etap) i tak jedzie furgonetka z bagażami ,więc kijki mogłyby też dojechać. Wyjaśniła się więc sprawa braku bagaży tych "latających pielgrzymów". Lekki plecaczek na plecy, a bagaże jadą. A my jak wielbłądy, ale co tam. Za to wszystko mamy pod ręką. Za chwilę jakiś pan otworzył schronisko, kijki powędrowały do zadowolonej właścicielki. Ruszyliśmy na szlak żegnani wesoło przez dużą już grupę zgromadzonych mieszkańców. Saria jest rozległym, dużym miastem. Stara zabytkowa część położona jest na wzgórzu, kamienne uliczki, stare domy, zabytki. Oglądamy kolejny stary kościół, oczywiście zamknięty, wieżę po fortecy z XV w. i duży kilkupoziomowy cmentarz. Szlak wspina się pod górę, przez tory kolejowe, mostki, las i wyprowadza nas na płaskowyż. Zupełnie wielkie puste pole, nadciągają chmury i wiatr. To Barbadelo, zamknięty kościółek poświęcony Santiago, zamknięte refugio i otwarty przenośny bar pod namiotem (sellos). Kupujemy wrzątek ? (ale makaronik z zupki zmiękł), herbaty i chwilę odpoczywamy schowani przed deszczem. Dalej wśród kamiennych murków porośniętych pysznymi jeżynami, alejami kasztanów jadalnych wędrujemy odliczając ubywające kilometry.

A wraz z nami cały tłum "niedzielnych" pielgrzymów, pędzących na wyścigi. Wiele młodzieży, nawet dzieci w specjalnych nosidełkach na plecach swoich rodziców, starsi. Przy ledwo sączącym się wodopoju zatrzymują się tylko nieliczni. W Morgade przyjemny bar na małej przełączce zachęca do odpoczynku. Zajmujemy stolik pod parasolem, wpisujemy się do księgi, zamawiamy sałatkę i bocadillos , pyszne soki owocowe. Wypogodziło się, ostre słońce bije w oczy i wieje lekki wiatr. Nie spieszy się nam, bo w następnej miejscowości (1,5km) planujemy nocleg. Zadowoleni docieramy do Ferreiros, a tu kolejna atrakcja. Pełno ludzi, samochodów, schronisko ma nadkomplet, hospitalera wyparowała. Uprzejma starsza pani odszukuje "babę". Okazuje się, że akurat we wsi trwa ciąg dalszy hucznego wesela. Za przerwanie atrakcji zostajemy surowo ukarani. Nie będzie noclegu, nie ma miejsca, nawet na podłodze. A jak chcemy to ona może nam zadzwonić po taxi, zanocujemy w niedalekim "casa", a rano nas przywiozą. Nie pomaga zwrócenie litościwej uwagi na mój halluks . Nie, to nie! Adios Amigo! Spadamy, wściekli nieprzytomnie, zwłaszcza, że nadciąga zdrowa burza. Zmieniamy buty na sandały, kupujemy zapobiegawczo dużą butelkę wody i "lecimy" do Portmarin. Burza przechodzi zawadzając nas bokiem. Peleryny na garbate grzbiety (dobrze że są obszerne) i gnamy ostro w dół. Nie wiemy co nas czeka, tłum się przewalił wcześniej, niewiele osób spotykamy. Mijamy Krzyż obłożony mnóstwem kamieni najróżniejszej wielkości. To symbole grzechów, które pielgrzymi zostawiają pod przydrożnymi krzyżami. Całą drogę wspominamy niemiłą hospitalerę, układam nawet piosenkę na ten temat. Na melodię refrenu "Żółtej łodzi podwodnej" Beatlesów. Cytuję: Hospitaaleeeraaleleeeraaaleraaaa niech ją chol....eraeraa....itd. Dzisiaj się tego bardzo wstydzę, ale wtedy bardzo nam to pomogło . Metodą japońską mogliśmy wykrzyczeć naszą krzywdę, odpuszczając "babie". W wiosce przy drodze stał stolik pod parasolem z napojami dla pielgrzymów , wzięliśmy 3 puszki i wodę za donativo. Wieczorem docieramy do Portmarin. Za potężnym mostem nad zalewem rozłożyło się na nowo miasto. Starą część np. zabytkowy kościół San Pedro przeniesiono kamień po kamieniu z lewego brzegu na prawy. Już się ściemnia, a do tego burza znów kołuje nad nami. Nie zdążyliśmy do kościoła, w municypalnym morze ludzi, brak miejsc, chociaż to kolos noclegowy ( na 130 osób). Skąd tyle osób, przecież w Saria i po drodze nie było ich tak wiele. Gwar, hałas. Ktoś znany z widzenia z poprzednich noclegów usiłuje nam pomóc, ale jest tylko jedno wolne łóżko.

Dziękujemy. Wędrujemy przez ładne nowe kamienne ulice, zrobione na stare, do alberge privado, na początek miasta, tuż przy wielkich stromych schodach, które skutecznie udało się nam wcześniej ominąć. Robi się ciemno, jest już wieczór no i do tego burza. Z ulgą zakwaterowujemy się. Ogromne nowe schronisko, 3 hale z piętrowymi łóżkami, nowoczesne łazienki, gorąca woda! Płatne 8 € , wyposażona kuchnia, pełno stołów i krzeseł w jadalni, Internet, TV, sporo osób, ale do kompletu jeszcze daleko, cała nasza sala była tylko w połowie zapełniona. Ładujemy baterie telefonów i aparatów. Po spokojnej kolacji, myciu (bez prania) układamy się do snu dziękując Opatrzności za opiekę. W nocy rozpętało się piekło, pioruny biły nieprzytomnie, a ogromna ulewa tłukła o blaszany dach. My bezpieczni w bardzo wygodnych, czystych łóżkach teraz błogosławiliśmy hospitalerę z Ferreiros.

Dzień -6-


Poniedziałek wstał leniwie i w schronisku i na dworze. Było ciemno i mokro, mżył deszcz, a z oddali słychać było oddalającą się burzę. Ludziom nie chciało się wychodzić z przytulnego domostwa. Powoli szykowano jedzenie (to Niemcy i Polacy), pito kawę, my herbatę i czekoladę. Wyszliśmy w tę niepogodę ubrani w peleryny. Robimy kilka zdjęć miasta oświetlonego latarniami ulicznymi, schodzimy do żelaznej kładki i dalej lasem znów pod górę. Ten niezbyt trudny odcinek drogi prowadzi dłuższy czas lasami, polami, nieraz wyłania się piękny widok na okolicę, ale przy tym zachmurzeniu niewiele można zobaczyć. Droga przecina asfalt, by znów odbić żwirowym traktem. Co rusz przechodzą przelotne deszczyki. Jemy jeżyny. W Gonzar dołączamy w barze do licznej grupy pielgrzymów. Zamawiamy bocadillos i oczywiście herbaty. Pada równo. Zadowoleni z przymusowego odpoczynku spokojnie jemy śniadanie. Nie ma już tak wiele osób jak wczoraj, jest za to wiele obcokrajowców, no i bez dużego bagażu. I nikt tak nie pędzi. Staramy się nie myśleć o noclegu, ale syndrom wczorajszego dnia pozostał. W Gonzar było alberque, ale zamknięte.

Po drodze spotykamy miłą grupkę męskiej młodzieży. Siedzą przed kolejnym kościółkiem i komentują : "ten też jest zamknięty". Śmiejemy się wszyscy. Pytają skąd jesteśmy. Oczywiście znają Polskę – wymieniają jakiś klub piłkarski. Do Hospital de la Cruz dotarliśmy o 12,40. Chcieliśmy tylko odpocząć przed zamkniętym alberge, ale że był już 1 facet w kolejce syndrom zadziałał – zostaliśmy. Punktualnie o 13,00 bardzo miła hospitalera otworzyła drzwi, wpisała nasze dane, przystawiła nam pieczęcie i zaczęliśmy hiszpańską sjestę po polsku. Mycie, duże pranie, które zaraz schło na sznurach przed domem, bo wyszło słabiutkie słońce i wiał spory wiatr. Schronisko jest za donativo, po kapitalnym remoncie, pozostał oryginalny drewniany dach z bali, nowe łóżka piętrowe, czysta pościel i mało ludzi, nawet nie mieliśmy kompletu noclegowiczów. Cucina w stylu włoskim, pomarańczowe mebelki, kuchnia z sensorami, ale brak wyposażenia. Nam to zupełnie nie przeszkadzało i po obiedzie( herbata) rozłożyliśmy się na trawniku. Odpoczynek był bardzo ciekawy. Za ogrodzeniem pasły się owieczki i koń, który koniecznie usiłował z nami nawiązać kontakt.

Chodziło mu o soczystą trawę z naszej strony płotu. Całe kępki wędrowały do zadowolonego pyska.(zdjęcia). Schronisko jest na skrzyżowaniu dróg, ale nocą zupełnie nam nie przeszkadzało, ruch był niewielki. W ogóle całe dłuuugie popołudnie i wieczór były nasze! Rozmowom , wspomnieniom i żartom nie było końca. Po kolacji-kabanosy!!! poszliśmy zadowoleni i już wypoczęci spać.