Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

M.A. Wachowicz
Camino Frances 2007

Dzień -7-


Znów zaczął się kolejny dzień na camino – wtorek 18IX. Pobudka po 6-tej (nowe siły) i po 7,30 byliśmy już na szlaku. Było jeszcze całkiem ciemno. Wpadli na nas, wczoraj poznani fani futbolowego sportu, pomylili drogę. Bardzo się ucieszyli, że wiemy (wczoraj sprawdziła Asia kierunek wymarszu), w którą iść stronę. Migają słabe światełka latarki i odblaski na kurtkach. Mijamy jeszcze otwarte alberge w Ventas de Naron (pieczątek nie było) i w pobliskim bardzo miłym barze pijemy herbatę w szklankach (może to profanacja, ale była gorąca i duża). Bar jest bardzo ładnie położony. Tu należy wspomnieć o bezpieczeństwie na camino.

Dyskretną ochronę zaobserwowaliśmy kilkakrotnie. A to odwiedzający alberge policjant w Triacastela i Hospital de la Cruz, albo stojący na poboczu wóz policyjny (właśnie w tej miejscowości). Niby nic, ale od razu poczuliśmy się raźniej, prawdopodobnie zabezpieczają wolne datki. A poza tym, nigdy w drodze, pomimo, że nieraz byliśmy sami przez dłuższy czas nie czuliśmy się nieswojo. Wiele osób pielgrzymuje, samotnie przemierzając setki kilometrów i nikt raczej nie narzekał. Atmosfera i ogólna życzliwość nie pozwala myśleć o jakimkolwiek zagrożeniu w drodze. Powoli rozwidnia się, jest wietrznie i chłodno, czarne chmury wędrują po niebie. Do Palas de Rei dotarliśmy już o 11,30, a kilka osób już czekało na otwarcie. W barze na rynku (duży plac między ulicami), z Internetem, grupą starszych mężczyzn grających w karty przy stoliku, pijemy herbatę i jemy bocadillos.

Rozmawiamy z miłą dziewczyną w informacji turystycznej. Robimy zakupy w supermercado i... idziemy dalej przez San Xulian i Ponte Campana (możliwość noclegu w alberge privado -8 € , bar) . Do Casanova docieramy o 15,30. Po drodze spotykamy dyskutujące zawzięcie młode dziewczyny, kilka razy się mijamy. Biorą pieczątki i idą dalej do Melide. Nas wita dziarska hospitalera, lekkie zdziwienie na nasze polskie credenciale (po raz pierwszy i ostatni na camino), ale bez komentarzy , raczej widzimy zadowolenie w oczach. Schronisko jest stare, tylko wyremontowane łazienki, kuchnia w pełni wyposażona, proszki płyny, olej, przyprawy, są nawet patelnie. Na dole pralnia, suszarka, suszarki tradycyjne na zewnątrz.

A wszystko to, nawet stare rzeczy, pachną czystością, posprzątane na medal. Po zwyczajnych już czynnościach wychodzimy na dwór. Pranie schnie, ale z powodu silnego wiatru przenosimy się zaraz z trawnika na ławki przed schronisko, a potem do środka. Jest mało osób i spokój. W naszej sali (są dwie po 5 piętrowych łóżek) nocuje międzynarodowe towarzystwo, Węgrzy, a nawet nucący Filipińczyk, na stałe mieszkający w Szwajcarii. My po wczesnej kolacji odpoczywamy na łóżkach i zaraz zasypiamy. ..Jakieś nawoływania: Katerina! Czeka taxi!... i większość wybyła , chyba do baru w sąsiedniej miejscowości. Ot... pielgrzymi!... Budzi nas dzwonek telefonu i głośna rozmowa Filipińczyka z mamusią. Znów sen. Pobudka – większość wraca nocą, rozgrzana winem. Sala mała, okna zamknięte, Adam budzi się w środku nocy, za duszno. Schodzę z nim na parter, ktoś śpi na kanapce, tu panuje rześki chłód, pomagam mu się ułożyć na zestawionych fotelach i wracam na górę. O Matko! Zostawiam otwarte drzwi.

Dzień -8-


Wstajemy bardzo wcześnie, nie dało się spać. Asia nie wytrzymała, pierwsza złożyła śpiwór. Podobno ktoś strasznie chrapał, ja nie pamiętam, ale obudziłam się z grubą skarpetką przy uchu (czyste, wisiały na krawędzi łóżka). Obłęd! Spakowaliśmy się po rozsądnym śniadaniu (chyba jeszcze kabanosy i czekolada z mlekiem), zabraliśmy prawie suche pranie i prawie całe, zostały majtki męskie na suszarce. Przy tak okrojonym bagażu, to niepowetowana strata, dobrze, że mieliśmy więcej niż dwie zmiany bielizny. Jest kompletnie ciemno, ale odważnie wyruszamy z latarką. Co prawda nie czołówką, ale zawsze coś świeci. Podczepiają się pod nas Węgrzy. Idziemy dość głębokim jarem. Pilnie wypatrujemy znaków, ale i tak, o mały włos zabłądzilibyśmy. Szarzeje, Węgrzy wystrzeliwują do przodu, pewnie też mieli doświadczenia ze znalezieniem noclegu. Około 8-mej robi się widniej. Widać szlak i mijane miejscowości, kamienne kościółki z cmentarzami, stare domy. Niektóre z walącymi się dachami, jakby celowo nie naprawiane. No i oczywiście kamienne spichlerze o ażurowych ścianach, na wysokich stopach z wyrzuconą lekko na zewnątrz podstawą, aby nie wchodziły szkodniki – to hórreos ozdobione bardzo często krzyżami lub muszlami. Towarzyszą nam prawie od początku, są charakterystycznym elementem krajobrazu Galicji.

Bydło wychodzi na pastwiska, nad polami i licznymi tu wrzosowiskami wschodzi słońce. Przekraczamy rzymski most i wchodzimy do Furelos. Zabytkowy kościół z dwoma dzwonnicami (chyba bogatsze miasteczko) jest zamknięty. Tuż przy kościele znajduje się bar z dodatkową jadalnią pod płachtą namiotową. Wystrój jest bardzo oryginalny, pełno niespodziewanych ozdóbek, plakatów, świadczy to o wielkiej fantazji właściciela, który ochoczo podśpiewując (folklor hiszpański leci z głośnika) serwuje nam tortilla con patatos i herbaty. Połowę porcji z wielkiej patelni zjadają kolejni goście. Dostajemy sellos i śpiewająco ruszamy do bliskiego już Melide. W tym miasteczku jest kilka kościołów, wszystkie zamknięte; albo za wcześnie rano, albo sjesta, nie możemy jakoś trafić na otwarty kościół. Nie mamy szczęścia. Jest tu alberge podobno kombinat (130 miejsc), wiele barów, sklepy. Przy okrągłym placyku w miłej owocarni kupujemy soki, nektarynki i brzoskwinie, a zaraz obok pieczywo. Wędrujemy dalej i wreszcie ok. godz.11-tej doczekaliśmy się. W Boente przed białym kościołem pod wezwaniem Santiago wita nas autentyczny hiszpański!!! ksiądz. Buenos dias! What your name? to do Asi, która dotarła pierwsza. Buenos dias! Joanna. – Buenos dias! Huana. O, jest mama Marija, a tata? Adam dołącza do nas. O jest i padre, padre Adam, Buenos dias! Polonia! Juan Pablo II! Radości powitania nie ma końca, padamy co chwilę w ramiona księdza. Przypominam sobie o jeszcze jednym obrazku MB częstochowskiej z JP II. Entuzjazm jeszcze większy, nasz już znajomy ksiądz ze wzruszeniem przyjmuje obrazek i z czcią całuje. Żegnamy się i wchodzimy do otwartego!!! kościoła. Pięknie utrzymany stary kościół z cudowną figurą Św. Jakuba w czerwonych szatach. Przy wejściu dostajemy obrazki, wpisujemy się do księgi pielgrzymów, wrzucamy ofiary. Wychodzimy drugimi drzwiami żegnani przez panią kościelną. Od frontu nasz ksiądz wita kolejnych pielgrzymów. Tu należą się słowa podziękowania mojej znajomej Irenie Michałowskiej z Łęczycy, bo to ona z dobrego serca dała mi na drogę dwa obrazki. Całe szczęście-jeden został na początku naszej drogi , a drugi właśnie w Boente. Spokojnie dochodzimy do Ribadiso do Baixo, przechodząc kolejny rzymski most na kolejnej Rio.

W dawnym szpitalu dla pielgrzymów z XI w. urządzono w kilku nieźle zachowanych budynkach (jak oni to budowali?) alberge. Dobudowano tylko zaplecze, otwarte umywalnie i pralnie jak na kempingach, ale przyzwoicie i z ciepłą wodą. W jednym z zabytkowych budynków, czyżby po sali operacyjnej (ogromny kominek), urządzono jadalnię: stoły, ławy i warczący automat z napojami, a obok wielka kuchnia z tuzinem kuchenek. Do księgi wpisuje nas hospitalera (angielski), przystawia sellos i wędrujemy do starego szpitala na nocleg. W grubych średniowiecznych ścianach niewielkie okna z okiennicami. Zajmujemy sąsiednie prycze, nad moją Asia, a nad Adamem jakiś chłopak. Po przeciwnej stronie lokują się Belgowie. Drewniane schody prowadzą na górę, tam tez nocują pielgrzymi. Obrazek jak ze starych rycin. Czyżby tu miało straszyć nocą? Po myciu, praniu itp. pięknym popołudniem rozkładamy się nad rzeką przepływającą obok szpitala. Doskonałe rozwiązanie strategiczne ludzi średniowiecza. Rzeka nas uspokaja, cudownie odpoczywamy mając zapewniony nocleg i tak piękną okolicę w zasięgu wzroku. Asia zostaje na karimacie, a my idziemy na spacer. Czy to zwyżka kondycji, czy magia tego miejsca dodaje nam skrzydeł? Przechadzamy się po rzymskim moście i dalej koło baru, aż pod dalekie zabudowania. Wreszcie się rozgadaliśmy, dyskusji nie ma końca. Wracając fundujemy sobie lody w barze, nie zapominając o córce.

Ze szpitalem wiąże się zabawna historia. Mieliśmy codzienny kontakt SMS-owy na przemian z synową Karoliną i synem Alkiem. Tego dnia wysłaliśmy wiadomość do syna: "Trafiliśmy do szpitala XIw itd. Krótka zwięzła treść o naszym samopoczuciu. Syn speszony nie wiedział co powiedzieć Karolinie. Wreszcie wieczorem na pytanie o wieści z trasy, delikatnie wspomniał, że to jakiś dziwny SMS. "Szpital? Przecież i tak nic nie pomożemy, Czy coś się stało?" Na szczęście Karolina sprawdzała ze mną trasę w Internecie i podejrzana sprawa się wyjaśniła. Ale anegdotka krążyła dość długo po całej rodzinie i wśród znajomych. Kolację jemy w starej jadalni, na wymiętych ściereczkach-obrusikach, które z aprobatą podziwiają siedzące obok nas Niemki. W ogóle wzbudzamy podziw zasobami kuchenno-jadalnianymi, jak również rozmaitością jedzenia (kabanosy).W jadalni nocowali na podłodze z kamienia Niemcy i Węgrzy. Noc nadeszła nieubłagalnie. Świeciły gwiazdy. O 21 ku naszemu zdziwieniu, a następnie rozpaczy, Belgowie (starsza pani) starannie pozamykali okiennice i okna, włożyli zatyczki do uszu!, pobłażliwie uśmiechając się do nas i dając do zrozumienia, że jeden z panów strasznie chrapie, zgasili światło i poszli spać. Przewiew na szczęście był miedzy kamiennymi ścianami, ale te odgłosy, a przez zatyczki do uszu delikwenta nie pomogło nawet cmokanie.

Dzień -9-


Obudziliśmy się mimo woli o 6,10. Tylko u nas paliło się światło, a Belgowie głośno gadali i pakowali się. Chyba zapomnieli wyjąć zatyczki. Na górnych piętrach, ani w pokoju obok nikt się nie ruszał.. Poddaliśmy ich ostrej krytyce, żadnego wytłumaczenia! Nie można widzieć tylko czubek własnego nosa. Po śniadaniu w naszej jadalni, spakowani, po cichu (jeszcze śpią) wychodzimy. Jest blady świt, nie potrzebujemy latarek. Wędrujemy w chłodzie poranka przez przedmieścia Arzua. W tym i wielu innych miejscach po drodze widzieliśmy roboty na drogach , przebudowę kanalizacji, domów i ulic. Ta dawniej biedna Galicja, jest już obecnie zupełnie inna. Jest wcześnie, markety pozamykane. Nieopatrznie rozdzielamy się. Adam idzie szlakiem powoli , robi zdjęcia alberge, zabytkowych uliczek z podcieniami chroniącymi przed częstymi w Galicji deszczami. My z Asią szukamy sklepu. Kupujemy tylko 2 angielki w panaderii. Nie kupiliśmy owoców i mleka na jutro.

Szukamy drogi, miasto się kończy, asfaltem idzie młodzież, zawracamy do punktu rozejścia i gnamy za Adamem. Już za miastem dołączamy do niego. Nigdy więcej nie wolno się rozdzielać! Pojawiają się lasy eukaliptusowe, idzie się przyjemnie choć powoli słońce dogrzewa. Miejscami droga wydeptana przez wieki stopami pielgrzymów zagłębia się. Jest to nieprawdopodobne, ale my widzieliśmy jary w ten sposób powstałe na własne oczy. Nawet do 4 m głębokości, a drzewa na skraju takiego jaru rosną pod kątem. Spotykamy bardzo starego pielgrzyma. Idzie powoli, ale skutecznie. Miał tradycyjny, męski, czarny kapelusz na głowie, długą siwą brodę, płócienną torbę, a w ręku kostur. Może to był duch wiecznego pielgrzyma, a może stary człowiek chciał jeszcze raz przemierzyć szlak do Santiago. Spotkaliśmy go również rano następnego dnia. Na 29 kilometrze do celu, w Calle robimy postój w barze.

Zamówiliśmy omlet z ziemniakami, grzanki z marmoladą i herbaty. Odpoczywamy w cieniu na tarasie. Pobyt umila nam super muzyka, zawodziła jakaś kobieta. Pieśń tak się nam spodobała, że przez pewien odcinek drogi jeszcze ją chórem śpiewałyśmy, aż się nam zagubiła. Oczywiście zapomnieliśmy o wodzie. Słońce ostro przygrzewało i bardzo byliśmy spragnieni. Zrobiło się upalnie. Z trawiastej ściany wypływała woda, jakiś Hiszpan ją pił, namawiał mnie, ale nie odważyłam się. Być może było to źródło, ale nie podobne zupełnie do naszych wywierzysk. Obok płynęła łąką struga, a my w tej lodowatej wodzie wymoczyliśmy nogi i po raz kolejny w czasie camino założyliśmy sandały. Szlak dobił do głównej drogi, pojawiło się kilka domów i w ścianie jednego z nich był kran z wodą. Nasyciliśmy się, a była to aqua potable, bo się nie rozchorowaliśmy. Przed Santa Irene na skrzyżowaniu dróg jest kilka barów. Po przejściu na drugą stronę asfaltu opadliśmy w barze z miłą obsługą. Było tam pełno ludzi, dobrze więc trafiliśmy. Przeszliśmy na zaplecze do fajnego ogródka , ze stolikami pod baldachimem winorośli. Wypiliśmy morze napojów, kilka herbat i wodę mineralną, wszystko z lodem i zapłaciliśmy tylko 5€. Jacyś zagraniczni turyści przyglądali się nam z ciekawością, a zwłaszcza butom i plecakom. Siedzieliśmy tam dość długo, nawet poczęstowaliśmy się jabłkami, ale wzięliśmy je ze sobą. Planowaliśmy dojście do Arca. Po wyjściu z baru Adam chciał koniecznie jak najszybciej osiąść w alberge . Choć codziennie staraliśmy się uzupełniać ubytek elektrolitów, odezwało się serduszko (ach ci kochani zawałowcy). W Santa Irene prywatne alberge było już zapełnione , bo jest niewielkie. Uprzejma kobieta powiedziała nam, że za kilkanaście metrów jest alberge municipale, za donativo, więc doszliśmy i były jeszcze wolne miejsca o 16,30.

Jesteśmy pierwsi w ośmioosobowej sali, 4 łóżka piętrowe z własną łazienką. Powoli dobijają pielgrzymi, m.in. Kanadyjczyk, Francuz, który zaszywa spodnie. Proponuję mu napy, ale dziękuje. Na obiad zjedliśmy barszcz i jabłka prażone. Pycha. Dzisiaj nie pierzemy, jesteśmy już tak blisko. Leżymy na trawie w słońcu za domem i próbujemy rozgryźć nasz nowy aparat foto kupiony tuż przed wyjazdem. Dzwonimy do alberge Aquario w SdC i zamawiamy nocleg za dwa dni. Super, że tak można. Dochodzi 19-ta. Jest spokój, mimo, że obok przebiega szosa. Późnym wieczorem dobija do naszego pokoju mocno zdyszana hiszpańska para. Z rozmów wynika, że przelecieli dzisiaj czterdzieści parę kilometrów, a rekord w Internecie był już powyżej pięćdziesiątki. O tempora, o mores, albo cos w tym rodzaju. Może będzie w nocy cisza. Było nieźle, ale hiszpańską dziewczynę śpiącą nade mną obudziło czyjeś chrapanie, kręciła się , myślałam, że na mnie spadnie z tym łóżkiem. Chyba nad ranem hiszpańscy rekordziści wystrzelili z czołowymi latarkami, a my spokojnie spaliśmy dalej.