Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

M.A. Wachowicz
Camino Frances 2007

Dzień -10-


Obudziliśmy się przed 8-mą, było już widno . Szybko wyszliśmy przed dom, bo alberge zaraz zamykali. Spokojnie zjedliśmy śniadanie na ławkach (Adam zdążył zagrzać wodę, wiec była czekolada). Nagle zobaczyliśmy biegnącego z powrotem Francuza, zostawił na ławce wielki kamień. Szczęśliwy, że go odnalazł (grzechy) poszedł znów szlakiem. A my ruszyliśmy za nim. Droga miała być krótka (20,4 km do celu), ale okazała się bardzo męcząca . Szlak przecina doliny rzeczne, to w górę, to w dół. Są to niewielkie wzniesienia, ale jest ich kilka. Trzeba się porządnie nachodzić, aby przez ten kawałek przebrnąć. Do tego wysiadł nam najpierw jeden, a potem drugi aparat. Szliśmy bardzo niezadowoleni. Został nam tylko telefon do robienia zdjęć. Szliśmy przez ogromne, spalone połacie lasów obserwując przylatujące na pobliskie lotnisko samoloty.

W San Paio zatrzymaliśmy się w restauracji po prawej stronie drogi. Nazywała się Casa Porta de Santiago. Zjedliśmy tosty z marmoladą i ..... naładowaliśmy baterie aparatów. Ruszył jeden, odetchnęliśmy z ulgą. W restauracji spotkaliśmy naszego Francuza pilnującego kamienia. Ma na imię Cyryl i jest z Bordeaux. Pielgrzymuje po raz drugi, wcześniej był na camino w czerwcu. Spotkał tylko jedną Polkę.

Też planuje dojść do Monte do Gozo. Zaraz była Labacolla (lotnisko), ale znów trzeba było przekroczyć rzeczkę, a potem przez różne zakłady, stację TV w San Marcos, ulicami za znakami muszli w płytach chodnikowych i znów w słońcu , dotarliśmy na wzgórze Monte do Gozo. Sukces! Do celu podobno tylko 4,5 km.

Mijamy mały, ale stary, zabytkowy kościółek San Marco. O dziwo nie zauważyliśmy cmentarza grzebalnego, był tylko duży plac przy kościele, czyli po polsku cmentarz. W tym miejscu odbyło się spotkanie Jana Pawła II z młodzieżą, na camino, tak blisko celu. Na pamiątkę na szczycie wzgórza postawiono pomnik, a niżej, aż do dna dolinki powstało gigantyczne alberge, za donativo, dla 1600 pielgrzymów w kilkunastu pawilonach, w betonowo-szarym kolorze, równiutko postawionych wzdłuż szerokiej wewnętrznej ulicy. Cyrylowi przypominał ten wielki turystyczny kombinat koszary wojskowe. Za noclegowymi pawilonami jest wielki "rynek". Pralnie, sklepy, bary, restauracje , amfiteatr, jeziorko, informacja turystyczna i gigantyczny parking. Dostaliśmy osobny pokój na 8 osób, byliśmy sami, bo to końcówka sezonu i mieliśmy do swojej dyspozycji nawet klucz. W pawilonie porządna łazienka , kuchnia. Zjedliśmy obiad, poszliśmy zrobić pranie i suszenie (płatne automaty). Mieliśmy trochę czasu na dokładne zwiedzanie "rynku". Prawie wszystko było zamknięte. Wyobrażaliśmy sobie jaki tu musi być tłum w czasie lata. Potem pokonując wielkie schody wróciliśmy do pokoju. Baterie aparatów się ładowały, co nas bardzo uradowało. Adam w kuchni gotując wodę na herbatę poznał Danutę z Wrocławia (oczywiście najpierw język migowy). Bardzo zabawne są takie spotkania. Po kolacji znów pod górę do kościoła na Mszę Św. Było tylko kilka osób w tym surowym malutkim kościele. Tuż po Mszy Św. ksiądz zapytał nas po kolei: " Where are you from?.... and you? Było tam kilka osób z Niemiec, Francji, USA (Kalifornia) , a nasza trójka zgodnie odpowiedziała POLONIA!!!, a za nami znów Polonia - to był głos Danuty. Ale to było nie takie zwyczajne zapytanie, bo hiszpański ksiądz (znał kilka miejscowych pań) był Murzynem. Nietaktem byłoby pytanie ...and you? Rozbawieni sytuacją i szczęśliwi, że udało nam się dotrzeć do tego monumentalnego miejsca, udaliśmy się, razem z Danutą na przechadzkę. Doszliśmy poprzez okoliczne pagórki do miejsca, gdzie stoi ogromny pomnik dwóch pielgrzymów, z kosturami, tykwami, w typowych strojach wędrowców. Patrzą w stronę katedry w Santiago de Compostela , nawet ją wskazują. I my poprzez ostre jeszcze promienie słońca chylącego się ku zachodowi dojrzeliśmy te wieże. Obfotografowaliśmy to miejsce, pomnik, widoki i siebie nawzajem. Rano podobno też jest piękny widok katedry oświetlonej przez wschodzące słońce. W podniosłej atmosferze bliskości celu wracamy do alberge. Pijąc herbatę w jadalni z widokiem na zachodzące słońce, zaczęły się wieczorne rozmowy Polaków. Nadrabiamy z Danutą towarzyskie znajomości. Przy sąsiednim stoliku siedzi nasz znajomy Cyryl . I cóż robi? Cierpliwie szyje swoje wyprane już jedyne spodnie, aby porządnie wyglądać w Santiago, a potem z zapałem coś notuje w swoim credencialu. Nie możemy się rozstać, jeszcze ostatnie słowa na korytarzu i rozchodzimy się do pokoi. Rano ostatni etap pieszo. W nocy rodzinne chrapanie zupełnie nam nie przeszkadzało, oczywiście jeśli było. Nikt się nie skarżył.

Dzień -11-


22. IX. 2007 sobota. Do Santiago wyszliśmy w mżawce, przydały się znowu peleryny. Mieliśmy szczęście, że wczoraj udał nam się spacer po okolicy. Dziś mało co widać obok nas, nie mówiąc już o oglądaniu wież ze wzgórza. Ale taka nieprzewidywalna jest pogoda w Galicji. Cyryl wyszedł pierwszy, a Danuta po nas. Wczoraj w informacji dostaliśmy mapę i tylko dzięki niej nie wpadliśmy w panikę. Okazało się, że droga nie jest już tak super oznakowana, nie było słupków, żółtych strzałek, ani muszli Jakubowach. Niby oczywisty kierunek, ale na potwierdzenie powinny być jakieś znaki. Przechodziliśmy obok Aquario, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, ale było za wcześnie. Prawdę mówiąc ucieszyło mnie to, bo chciałam jak prawdziwy pielgrzym dojść z plecakiem do katedry (co pozostali wypominają mi do dziś). Na szczęście mżawka ustała. Dość męcząco klucząc ulicami dotarliśmy do starej części miasta. Na skrzyżowaniu są kierunkowskazy: Porta do Camino i Catedral. Po drodze wodopój z odpowiednią wysokością do umycia stóp. Idziemy wąskimi uliczkami, katedry nie widać, aż do samego końca. Podziwiając ogromne budynki , w których dziś znajdują się seminaria, paradory (najdroższe hotele), biblioteka i różne ważne urzędy dochodzimy do katedry. Po środku wielkiego kamiennego placu jest oznaczony punkt "O"(zero). Dotarliśmy do celu. Trzeba wysoko zadzierać głowę, żeby ogarnąć wzrokiem całą fasadę katedry z figurą św. Jakuba w towarzystwie swoich dwóch uczniów.

Pojawia się Danuta, robimy zdjęcia . Jest kilka drzwi do kościoła, pomimo skrzętnych notatek spisywanych przed wyjazdem (nie braliśmy przewodnika) udaje się nam wejść dopiero za trzecim razem. Obeszliśmy kościół dookoła i trafiliśmy wprost pod ołtarz główny z ogromnym złotym posągiem Jakuba. Dzięki Ci Panie ! A Tobie Jakubie , dziękujemy, że opiekowałeś się nami w drodze. Wszak codziennie rano przed wyruszeniem w drogę mówiliśmy; Św. Jakubie prowadź! Raz zapomnieliśmy i zabłądziliśmy, poprawne hasło pomogło nam odnaleźć dobrą drogę. Mamy trochę wolnego czasu, jest niewiele osób w kościele. Zwiedzamy katedrę, przechodzimy za posągiem Św. Jakuba, obejmujemy, schodzimy do podziemi , gdzie stoi srebrna trumna, z wielkim przejęciem podziwiamy Santa Porta, czyli Święte Drzwi, otwierane tylko w Roku Jakubowym (gdy 25 VII przypada w niedzielę). Było podniośle, nawet "Barka" po hiszpańsku. Niedługo południe. Biegniemy do kancelarii po Compostele. Cyryl właśnie odebrał. Stajemy w kolejce, ciągnie się przez całe schody z parteru na piętro, tam znajduje się wielka sala , stanowiska, komputery. Jakiś chłopak sprawdza nasze credenciale, wpisy, przystawia sellos i szczęśliwi odbieramy certyfikat , wpisują nas na listę "Bractwa Jakubowego".(za donativo 1-2 €). Pakujemy dokument do specjalnych tub (1€) i opuszczamy siedzibę . Na dworze pełne słońce, to chyba nagroda. Idziemy na bułeczki z herbatą i kawą do pobliskiej kawiarni. Wyciągamy z plecaków skrzętnie pilnowane kamienie, przyniesione z własnego podwórka (grzechy) i umieszczamy je w spoinach muru budynku sąsiadującego z katedrą. Tzn. Adam i ja, bo Asia nie może znaleźć swojego. Dochodzi 12-ta, zaczyna się Msza Św. dla pielgrzymów. W katedrze tłum, pełno ludzi, ale pielgrzymów chyba niewielu. Większość to turyści czekający na atrakcje. Aparaty i kamery przygotowane, miejsca siedzące zajęte. Weszłam inną stroną, szukam swojej rodziny, są w bocznej nawie, plecaki teraz przeszkadzają. Wyczytują nazwiska pielgrzymów, niestety na nasze jeszcze za wcześnie. W bocznych nawach telebimy. Widzimy z bliska ołtarz, zaczyna się msza. Jest bardzo uroczyście, wielu księży i nawet biskup. Nie znamy niestety hiszpańskiego. Śpiewa chór. Nagle pod koniec mszy robi się ruch, wszyscy siedzący wstają, po kościele rozchodzi się falą szmer głosów. Widzimy 8 zakonników ubranych w brązowe, długie habity, przewiązane białymi sznurami. Z góry na grubej linie zjeżdża złota kadzielnica. Jest nieco mniejsza i mniej ozdobna od tej najbardziej zabytkowej. Biskup zapala kadzidło. Mnisi okręcają botafumeiro, jesteśmy blisko, więc od razu czujemy charakterystyczny zapach. Kadzielnica zaczyna się obracać i wirować, mnisi podciągają ją sznurami do góry i nagle botafumeiro leci wzdłuż naszej, bocznej nawy, obracając się wśród kłębów dymu.

Niesamowite wrażenie. Kadzielnica dosłownie przelatuje kilkakrotnie nad naszymi głowami. Nawet my reagujemy spontanicznie, wyciągamy aparaty, robimy kilka zdjęć i krótki film, aby podzielić się tą chwilą z rodziną i przyjaciółmi po powrocie do kraju. W dawnych czasach w ten sposób oczyszczano powietrze wśród pielgrzymów nocujących pod dachem katedry, dziś to raczej forma nagrody dla tych , którzy przybyli do Santiago, niewątpliwie atrakcja turystyczna miasta. Na chwilę zapada cisza. Otrzymujemy błogosławieństwo z rąk biskupa, kilka słów do wiernych i prawdopodobnie specjalnych gości. I niespodzianka. Za chwilę przy ołtarzu gromadzi się chór, który radośnie rozpoczyna koncert . Wszyscy się cieszą, chwilę słuchamy występu, a potem z grupami turystów powoli opuszczamy tę ogromną świątynię. Niewiele jest osób z muszlami Jakubowami i plecakami. Ruszamy do refugio Aquario. Mamy spory kawałek do przejścia. Wstępujemy jeszcze do seminarium franciszkańskiego, pytamy o noclegi, ale w czasie roku szkolnego jest to nieaktualne. Kupujemy po drodze jedzenie. W Aquario jest rzeczywiście specyficzna atmosfera, pod sufitem wiszą wschodnie dywany, z głośnika płynie dziwna muzyka. Podobno jest to w stylu ery Wodnika, ale ja tego nie czuję. Hospitalero jest miły, jest tu czysto i wszystko co potrzeba, ale ten klimat. Myjemy się, rozpakowujemy, potem robimy obiad, wreszcie odpoczynek. Adam i Asia drzemią na łóżkach, a ja przeglądam nasze zapiski. Ta muzyka zaczyna mnie męczyć, okropność. Budzę towarzystwo, ubieramy się w elegantsze (?) ubrania i wychodzimy. Co za ulga! Po drodze wstępujemy do Centrum Handlowego (taka duża galeria). Nagradzamy się strasznie wielkim ciastkiem z kremem i znaną trasą dochodzimy do centrum starego miasta. Przechadzamy się po pięknej starówce, robimy mnóstwo zdjęć, kupujemy pamiątki, w kawiarence na placu przed katedrą piszemy pocztówki. Jest chłodniej, słońce chowa się za wieże kościoła. Przed schodami jakieś popisy kuglarzy. Jeszcze raz odwiedzamy katedrę, staramy się wszystko dokładnie zobaczyć, schodzimy do grobu, przechodzimy za figurą, tym razem żegnamy się z Jakubem (dostajemy obrazki od pana pilnującego) i zadowoleni opuszczamy to miejsce, które od 11 wieków nawiedzają pielgrzymi. Z pamiątkami i zakupami żywnościowymi wracamy do alberge. Jest trochę pielgrzymów, sama młodzież, hałas zagłusza muzykę. Jemy kolację, pytamy hospitalera o dojazd na Fisterrę, Cyryl z Danusią mieli tam jechać po południu. Idziemy spać, na niezbyt wygodnych łóżkach. Do późnej nocy rozbawione międzynarodowe towarzystwo hałasuje, śmiechom i żartom nie ma końca. Wszyscy są szczęśliwi.

Dzień -12-


Pobudka dopiero o 7-mej rano. Wstajemy i po szybkim śniadaniu idziemy na dworzec autobusowy. Nie jest daleko, ale plecaki ciążą, a i pogoda niezbyt zachęcająca, tak jak wczoraj pochmurno, mgła. Dobrze, że nie pada. Kupiliśmy bilety, autobus zapełnił się turystami i o 9,00 odjechaliśmy do Fisterry. Jechaliśmy ok. 2 godzin. Mgła za Santiago opadła i wyszło słońce. Oglądaliśmy widoki przez okna, a pod koniec podróży piękne zatoki, łódki, morze i plaże nasączone wodą , był odpływ. Dotarliśmy do Fisterry w pięknym słońcu i wpadliśmy od razu na Cyryla, który szykował się do odjazdu do Francji. Serdecznie się przywitaliśmy jak starzy przyjaciele. Cyryl poprzedniego dnia wieczorem poszedł na plażę, nie miał czym rozpalić ogniska, a nie chciał przyłączyć się do nieznajomych, więc zdjął swoje pielgrzymie ciuchy, zawinął w nie niesiony przez camino kamień, wszedł daleko do Atlantyku i wyrzucił, jak się domyślamy, całe swoje poprzednie życie. Nie wiemy czy mu się to udało - zostawił sobie stare buty. Może powinien i je wyrzucić. Życzymy Ci drogi pielgrzymie wszystkiego najlepszego . Zaczęliśmy nasz pobyt oczywiście od herbaty i tostów z dżemem, na tarasie z widokiem na zatokę i port. W alberge mogą nocować tylko ci, którzy doszli pieszo, więc załatwiliśmy sobie pokój 3-osobowy w pobliskim hotelu (10€ od osoby). Warunki przyzwoite, łazienka, wygodne łóżka, tylko widok z okna nieciekawy, ale nam to nie przeszkadzało. Rozpakowaliśmy się, wzięliśmy prowiant i poszliśmy na plażę. Słońce paliło, była zimna woda, wiał równie zimny wiatr, więc zebraliśmy co ładniejsze muszle i poszliśmy na spacer po okolicy. Zrobiła się z tego dość długa wędrówka. Mieliśmy mapkę szlaków turystycznych przylądka . Zdobyliśmy nadmorskie wzgórze z Krzyżem pokutnym (choć mapka trochę nas zmyliła), znaleźliśmy szlak ze słupkami Camino do Muxii i wróciliśmy do hotelu spieczeni słońcem i przewiani zimnym wiatrem .

Na obiad pielgrzyma poszliśmy wieczorem do knajpy portowej, raczej luksusowa, pełno w niej ostatnich w tym sezonie turystów,. Za 10€ od osoby dwa dania, deser i napój. Nieprzytomnie objedzeni wróciliśmy na nocleg do hotelu. Pokój był z telewizorem i dowiedzieliśmy się co się dzieje na świecie, a nawet jaka będzie pogoda jutro. Asię bolały nogi, ale był ratunek - niemiecki krem do stóp.

Spałybyśmy z Asią dłużej, gdyby nie pobudka "Padre Adama". Cóż za nietakt! O 9 rano! Na hotelowe śniadanie zeszliśmy o 9,30 były tosty z dżemem i herbata. Ubrani w peleryny i polary, a nawet niektórzy kurtki poszliśmy na ostatni odcinek camino: z Fisterry na "Finis Terrae" , czyli koniec ziemi. Szlak był oznaczony betonowymi słupkami ze znakiem muszli, kilometry ubywały. Zajęło nam to godzinę, nie spiesząc się wchodziliśmy asfaltem pod górę. Opadająca mgła zasłoniła nam dosłownie cały horyzont. Co jakiś czas ukazywały się pod urwiskami spienione fale oceanu. Latarnia wyłoniła nam się z mlecznych oparów w ostatniej chwili. Obok był parking, otwarte kramy, skuleni sprzedawcy i niewielu turystów. Ostatni słupek miał wyryty kilometr "O". Doszliśmy do końca drogi, nawet nieco dalej, aż nad samą ledwie widoczną przepaść. Można było jednak zauważyć wokół kotłującą wodę na skałach. Prawdziwe Costa da Morte, czyli Wybrzeże Śmierci. To już dalej nie da się iść na zachód? Koniec Świata! Asia wyrzuciła swój kamień w otchłań. Mgła zaczęła lekko ustępować. (?)

Na wysokim poszarpanym brzegu stoi wielka kratownica (termin budowlany) z przyrządami radiolokacyjnymi, czyli po prostu buczki, a na niej: czego tam nie było, koszule, majtki, spodnie, chusty, buty. Ten różnobarwny sklep zaopatrzyliśmy w moje skarpetki (był zapas w torbie-plecaczku) i chustkę Adama. Ślady po ogniskach świadczą, że ktoś to utylizuje za pielgrzymów. Na skale przyśrubowany jest naturalnej wielkości mosiężny odlew buta pielgrzymkowego. Został tylko jeden, bo na pocztówce były widoczne dwa. Zrobiliśmy sobie zdjęcia okolicznościowe, również z butem i ruszyliśmy w drogę powrotną, ale inną trasą, przez Święte Kamienie- Pedras Santas na szczycie wzniesienia Monte Facho (podobno przywracają płodność).

Mgła opadała na dobre. Stąd ukazały się nam wreszcie piękne widoki, fale bijące o brzeg, XIX wieczna latarnia. Woda sięgała linii horyzontu, zobaczyliśmy Atlantyk w całej okazałości. Zadowoleni, owiani wiatrem i tą niespotykaną wolnością (podobne uczucie jak w naszych Tatrach na grani) wracaliśmy do naszej spokojnej przystani.

Przez chwilę podziwialiśmy z góry Fisterrę, to niewielkie letniskowe miasteczko i port rybacki, położone w przewężeniu przylądka, między spokojnymi wodami zatoki, a szalejącymi falami otwartego oceanu. W drodze spotkała nas niespodzianka. Chcieliśmy w zacisznym uroczysku ugotować zupę i herbatę, były kostki spirytusowe, 1,5 lita wody targanej przez wzgórza, ale ktoś zapomniał menażkę. Była więc tzw. zimna płyta na specjalnym placu dla turystów. Spotkaliśmy po drodze dwa kościoły, jeden w drodze do latarni, za miastem, kamienny i oczywiście z cmentarzem. Drugi w powrotnej drodze już w mieście, no i też zamknięty. Pogoda się popsuła, a może my wyprzedziliśmy opadającą mgłę. Zmoczeni (moja peleryna pofrunęła) zakotwiczyliśmy w hotelu. I tu odbyła się właśnie nasza pierwsza sjesta. Zasnęliśmy. Po południu słońce wyszło zdrowo, więc poszliśmy do miasta i do portu na herbatę, napisaliśmy kolejne pocztówki, były zdjęcia, potem zakupy w markecie m.in. spirytus do użytku zewnętrznego, dużo owoców, soki i obładowani jedzeniem oraz naszymi ulubionymi ubraniami pielgrzymkowymi poszliśmy na plażę od strony otwartego oceanu. Nie boję się wody, utrzymuję się na powierzchni, ogólnie lubię się kąpać, skakać na fale, ale ten ogrom "powalił mnie na kolana".

Fale załamywane wiatrem, kotłująca woda, zapadający się pod nogami piach skutecznie powstrzymały naszą szarżę na ocean. Skończyło się na zamoczeniu nóg. Nie mogłam jednak tego tak zostawić, rytuał pielgrzyma nakazuje obmycie się w oceanie. Jako przedstawicielka rodziny wskoczyłam do wody, zamoczyłam się i jeszcze szybciej uciekłam, ze strachu przed ryczącą falą i z powodu lodowatej wody. Było dość ciepło, ale wiał silny wiatr. Adam ugotował na skrawkach hiszpańskiej szynki pyszny biały barszcz. Zgromadziliśmy trochę wilgotnego chrustu, z pomocą zapałek i spirytusu rozpaliliśmy ognisko na skałach. Słońce chyliło się ku zachodowi, a my czując się jak średniowieczni pielgrzymi spaliliśmy nasze ulubione ubrania wędrowców. Było pełno radości i okrzyków przy każdej części garderoby, co uwieczniliśmy na zdjęciach i okolicznościowym filmiku. Na pustą plażę zaczęli schodzić się ludzie. Ognisko zgasło, morze zaczęło się cofać, słońce powoli chowało się w oceanie. Po urokliwym zachodzie słońca wróciliśmy do cywilizacji. Przebrani w odpowiednie stroje wyszliśmy " na miasto". O dziwo, wiele sklepów było otwartych, trafiliśmy na odpowiednie i tanie karty pamięci do aparatów, a nawet sympatyczny właściciel przegrał poprzednie foto na płytę CD. Wylądowaliśmy na herbacie i słodkościach w naszej portowej restauracji, z widokiem na zatokę i łodzie w porcie.

Rano obudził nas szum reklamówek. To Padre Adam przewracał torby w poszukiwaniu jedzenia, aż znalazł bułkę z dżemem. Nie pozostało mi nic innego, jak wybrać się na zakupy. Nasz tani market (wyprzedaż posezonowa) był jeszcze zamknięty. Poszłam więc przed siebie krętymi uliczkami. A tu malutka panaderia , w środku starszy pan właściciel zachęca do zakupów. Po prostu takie chwile bywają tylko na filmach. Dzwonek przy drzwiach, staromodna mała wystawa, a półki uginają się od chleba, bagietek, różnych bułeczek. Były też pieczone pierogi z nadzieniem mięsnym i z tuńczyka – tradycyjny wypiek Galicji.. No i pełno słodkich bułek. Zupełnie nie wiedziałam co wybrać. Zaczęłam standardowo od bagietek, (oczywiście dobrze, że są palce u rąk), no i po kilka rodzajów tych przysmaków. Dołączył do mnie Adam i razem poszliśmy na spacer po Fisterze. Było chłodno, ale słońce zaczęło już wychodzić. Na skwerku z widokiem na port i zatokę siedziała zamyślona Danuta. Przyszła pieszo w rekordowym tempie i nocowała w alberge. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie, pożegnaliśmy się, właśnie odjeżdżała do Madrytu. Wróciliśmy po Asię do hotelu i zapakowani, z torbami i karimatami poszliśmy na plażę, aby wakacyjnie spędzić ten ostatni dzień na wybrzeżu. Najpierw zaliczyliśmy plażę nad zatoką, ale wcale nie było tam zacisznie, a do tego było mokro. Nigdzie nie mogliśmy napić się herbaty. Wróciliśmy miastem do centrum. Tam trafiliśmy małą kafejkę rodem z PRL-u z bardzo miłą starszą panią. Miała tam całą kolekcję muszli Jakubowach, oczywiście na sprzedaż. Mamy swoje muszle i sporo zebranych na plaży. Trafiliśmy w końcu na plażę nad ocean. Wiało równie mocno, słońce paliło, ale my rozkoszowaliśmy się ciepłem hiszpańskiej jesieni. Pożegnalna kolacja z tradycyjnymi przysmakami Galicji, jamon, pulpo z puszki, tudzież owoce regionalne i wino odbyła się na hotelowych łóżkach.

Rano odjechaliśmy autobusem do A Coruńa. To miasto zw. Szklanym miastem-Ciudad de Cristal (dużo przeszklonych budynków i starych i nowych) ma bardzo bogatą historię. Do tego portu przypłynął Juliusz Cezar, stąd odpłynęła armada Filipa II . Oblecieliśmy całą zabytkową starówkę, udało się nam zobaczyć kilka naprawdę starych otwartych kościołów. Przejechaliśmy zabytkowym tramwajem wzdłuż wybrzeża, koło działającej, najstarszej na świecie latarni morskiej Torre de Hercules. Wpadliśmy do "La Bombilla" na najlepsze i najtańsze w całej okolicy tapas i raciones. Urokiem tego małego lokaliku, w ciasnym zaułku, były walające się po podłodze serwetki i resztki jedzenia , co podobno świadczy o jego popularności. Na rynku przed ratuszem była wystawa rzeźb Mitoraja. Jeszcze zakupy na jutrzejszy dzień podróży i powrót do zatłoczonego hoteliku. Nie było ciepłej wody, był hałas i dym papierosowy w całym lokalu! Dobrze, że ta noc wreszcie się skończyła. Koło południa następnego dnia odlecieliśmy samolotem Iberii. Madryt powitał nas sjestą, wolno docierały do nas bagaże. Oddaliśmy plecaki do przechowalni i ruszyliśmy na kolejne spotkanie z historią, tym razem bardziej współczesną. Pomocne okazało się metro. Kupując bilet jednodniowy objechaliśmy całe stare centrum Madrytu, wysiadając w kilku ważnych miejscach. Niestety nie zdążyliśmy zaliczyć żadnego z atrakcyjnych madryckich muzeów. Pałac Królewski i ogrody podziwialiśmy o zachodzie słońca . Jeszcze spacer po uliczkach starego centrum, kulinarne zakupy w Museo Jamon (cały lokal zawieszony szynkami). Chcieliśmy kupić kilka prezentów dla najbliższych, dom handlowy miał być czynny całą noc, ale zamknięto go o 20,00. Nie wiemy, czy po sezonie tak pracuje, czy zamknięto go z powodu meczu piłkarskiego rozgrywanego tego wieczoru. Było mało ludzi na ulicach, a policja obstawiała strategiczne punkty (m.in. fontannę), w których zbierali się kibice. Około północy wróciliśmy metrem na lotnisko, odebraliśmy bagaże i przez kilka godzin czekaliśmy na pierwszy samolot do Polski. Na szczęście trafił nam się stolik, przy którym mogliśmy wygodnie zjeść nocną kolację, napić się w każdej chwili herbaty, pograć w okręty, a nawet się zdrzemnąć. Inni tego luksusu już nie mieli, wiele osób spało na podłodze. Nad ranem był już spory tłok. Ustawiliśmy się w kolejce do bramki. W strefie bezcłowej kupiliśmy kilka prezentów. Wypiliśmy czekoladę z automatu i wsiedliśmy do samolotu. Lot wcale się nam nie dłużył, bo go po prostu przespaliśmy.

A teraz kilka słów refleksji na zakończenie...


Byliśmy po raz pierwszy na camino. Nie oczekiwaliśmy, że nasze życie musi się zmienić po powrocie, choć myślę, że wiele osób na to liczy. Niestety nie przeszliśmy z wielu powodów całego szlaku. Byliśmy za to we troje, a rodzina to siła, nawet jeśli była to tylko część rodziny. Cieszyliśmy się więc z możliwości "bycia razem", chociaż w jakimś sensie każdy pielgrzym idzie sam. Mógł być czas na modlitwę, rozmyślania, można przemyśleć całe swoje dotychczasowe życie. Myśli się o najbliższych, rodzinie, przyjaciołach, a nawet wspomina się zmarłych. Każdy z nas walczył ze swoimi słabościami fizycznymi, bo wysiłek niekiedy jest wielki. Pogoda była czasem upalnie letnia, a kilka razy typowo jesienna. Można też uporać się z życiowymi problemami, które nie omijają niestety żadnego z nas. Po drodze wędruje wiele osób. Zatroskanie widać nieraz na poważnych twarzach, bywają przed trudnymi wyborami drogi życiowej. Jest też wiele osób ciekawych drogi, turystów zaliczających jeden odcinek trasy. Wszyscy jednak są życzliwie nastawieni do współtowarzyszy wędrówki. Bariera językowa w tak wielkiej masie ludzi ogranicza znacznie możliwość kontaktów. Ma to swoje dobre strony, bo nie każdy akurat może potrzebować bliskości drugiego człowieka. Czy staliśmy się nowymi ludźmi? W pewnym sensie tak. Stykając się z tak wielkim bogactwem historycznym, tak inną kulturą , tradycjami kultywowanymi przez wieki nie można być obojętnym. Pielgrzymem jest się przez całe swoje życie, ale po przejściu choć części camino, stajemy się świadomi swojego pielgrzymowania. Po powrocie chcieliśmy w jakiś sposób podkreślić swoje przejście i być zauważanym przez tych, którzy znają camino. Adam zaprojektował i namalował znaki camino na naszych samochodach. Niby taki drobiazg, a jednak jadąc już tak nie pomstuję na innych kierowców -"Bractwo Jakubowe zobowiązuje".

Buen Camino
Maryla