Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

M.A. Wachowicz
Camino del Norte 2008

Tak szybko nam minęło te 200 km na Camino. Żal, że to się skończyło, ale… przecież już wolniej nie dało się iść.


Już po dojściu do Santiago we wrześniu ubiegłego roku i potem na krótkim odpoczynku na Fisterze, moje myśli wybiegały w przyszłość. Sądzę, że każdy z nas myślał podobnie. Ciągle we wspomnieniach wracaliśmy na Camino. Właściwie dlaczego nasza wędrówka trwała tak krótko? Musimy jeszcze raz wrócić. Z tym postanowieniem wracaliśmy z Hiszpanii do domu. Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią chodzić, no i na tych, którzy o tym nie wiedzą. My już o tym wiemy! Camino ciągnęło. Poza tym były pewne postanowienia i obietnice,  Święty Jakub dużo może.  Adam  tak gdzieś koło Nowego Roku zadecydował – wyruszamy w maju. --- Tym razem tylko we dwoje, 2 tygodnie, nie ma mowy dłużej, opracuj trasę, wyszykuj nas itp. Z wielkim zapałem wpadłam na strony internetowe. Wiedziałam jak to wszystko ma wyglądać. Ci którzy byli wiedzą o czym mówię. O „drodze” myśli się cały czas. Kawałek Camino Frances już był, teraz będzie Camino del Norte. W ubiegłym roku weszliśmy przypadkiem w posiadanie przewodnika po tej trasie w języku angielskim. Teraz już wiadomo kto nam go podsunął. Nie było to najnowsze wydanie, ale to nie miało żadnego znaczenia. Poszłabym  nawet tylko z samą mapą. Nieocenione jest forum. Ci co byli mogą dużo pomóc zwykłą radą. Skorzystaliśmy. Hiszpańska strona pomogła zorientować się w trasie, zweryfikować zdobyczny przewodnik, ustalić etapy, noclegi. Niestety na naszych stronach były jeszcze  tylko nazwy miejscowości i kilometry, ale i tak to wydrukowaliśmy. Była jeszcze bitwa o 100km,  ale to małżeńska sprawa. Decyzja zapadła: prawie 200 km od Ribadeo nad Atlantykiem.

Rozesłaliśmy wici po znajomych, że się wybieramy, ale ci co chcieli nie mogli w tym terminie. Buszowanie po stronach internetowych pozwoliło nam zorientować się w możliwości dojazdu do Hiszpanii i tam na miejscu. Ryanair  miał najkorzystniejszą ofertę. Lecimy przez Londyn do Santiago, tam wsiadamy w autobus, dojeżdżamy do Ribadeo, idziemy Camino Norte do Santiago i lecimy do kraju. Jest to najprostsze rozwiązanie i już sprawdzone. Cena przelotu ( udały się okazje) to 1080 zł na dwie osoby, w obie strony, z opłatą biura razem.  Bilety kupiliśmy w lutym.  Przy krótszych trasach nie warto lecieć przez Madryt, chyba, że chce się coś zwiedzić. My pobieżnie mamy to za sobą. Przejazd autobusem to ok. 33 E, też na 2 osoby. To śmieszne, ale w  marcu, zaraz po Wielkanocy, zaczęliśmy się pakować. W piwnicy naszego domu mamy taki pokój,  niedawno wyszykowany, gdzie zaczęliśmy rozkładać wszystko to co mogło się nam przydać na pieszej wędrówce.

Stos rzeczy rósł, aż przyszło opamiętanie. Wzorem ubiegłorocznym dużo rzeczy odłożyliśmy i zapakowaliśmy plecaki. Leżały tak miesiąc. Zważyliśmy je i rozpakowaliśmy. Były za ciężkie. Zaczęliśmy pakować się od początku. Zakładaliśmy, że nie będzie upałów, bo to maj, mrozu też chyba nie. Najcięższe ubrania i buty na siebie. Do plecaka zapas jedzenia: kabanosy, czekolada rozpuszczalna, zupki, słodycze. Gdy po zważeniu waga mieściła się w 9 kg, Adam dołożył kamerę, aparat i telefon. Damy radę.

Podróż


Wyspani, najedzeni i spokojni, bo przecież to nie pierwszy raz, zostaliśmy odwiezieni na lotnisko w Łodzi. Nie tak dawno otwarte lotnisko Lublinek jest po prostu niewielką halą . Trochę zaplecza, ruch niewielki, ale kilka samolotów dziennie tu ląduje. Wszystko sprawnie i szybciutko, a my już wiemy jak to ma wyglądać. Żegnamy się z dziećmi, odbieramy bilety i przechodzimy do odprawy. Szelki jak zwykle dzwonią, a do tego poproszono nas o zdjęcie butów. Dobrze, że nasze poczciwe staruszki były wywietrzone. Przejechały spokojnie przed monitorem. Wsiadamy do samolotu. Prawie wszyscy lecą tylko do Londynu, do pracy. Zajmujemy miejsca obok chłopaka siedzącego przy oknie. Robi się ciemno. Jeszcze guma do żucia i startujemy. Zagaduję sąsiada. Ma na imię Sławek i leci…do Santiago! Do tego po raz pierwszy samolotem. Znam ten ból. Rozgadaliśmy się, On o sobie, a my o Camino i tak przeszła nam cała podróż.

Na Stansted gubimy się. Sławek zapomniał odebrać bagaże i musiał się wrócić. Odszukał nas jednak i razem czekamy kilka godzin na lot do Santiago. Nad ranem robi się straszny młyn. Co chwilę ląduje i startuje nowy samolot. Tutaj nie każą zdejmować nam butów, chociaż niektórzy muszą zdjąć eleganckie kamasze do kontroli. Podsypiamy trochę w czasie lotu i na miejscu jesteśmy nawet wypoczęci. Autobusem Empresa dojeżdżamy do Dworca Autobusowego, mijając z radością znane z ubiegłego roku miejsca. Pan w informacji powiedział nam, że mamy autobus dopiero po południu. Idziemy do kasy. A tu radosna niespodzianka. O  13,45 odjeżdża  inny do Villalba,  tam chwilę poczekamy i już mamy połączenie do Ribadeo. Lecimy szybko coś przekąsić, Herbata i ogromne  bocadillos. Koło dworca jakieś zamieszanie. Manifestacja, idzie pochód z transparentami, skandują hasła. Niestety nie wiemy z jakiego powodu. Pogoda piękna, jest ciepło, ale nie upalnie. Mamy nadzieję, że to będzie piękna pielgrzymka.

Bez problemów dojeżdżamy do Villalba. Na dworcu pusto, czeka tylko jedna dziewczyna. Pięknie kwitną rododendrony. Tylko czemu się chmurzy? No i zrobiła się burza i do tego ulewa. Ale co tam, przecież stoimy pod dachem. Nadjeżdża autobus, napis Ribadeo – Lugo, szybko pakujemy plecaki do luków, wsiadamy, ale coś mnie tknęło, więc pytam kierowcę: do Ribadeo? No, no, no -zaraz będzie inny, ten jedzie z Ribadeo. Plecaki na chodnik i czekamy chwilkę na ten drugi, naprawdę jedzie w dobrym kierunku. Ulewa przechodzi w regularny deszczyk. Mijamy po drodze wiele  miejscowości, te większe  mają znajome nazwy - tędy przecież prowadzi nasze prawie wyuczone na pamięć camino. Rozpadało się na dobre. Do Ribadeo dojeżdżamy w deszczu. Szybko wyjmujemy plecaki z luków i chowamy się w budynku dworca. Wyjmujemy peleryny, ale to na nic. Burza i straszna ulewa zatrzymuje nas na dłużej. Ludzi sporo, nawet autobus nie odjeżdża z powodu okropnej pogody. No to pięknie się zaczyna, a maj jest przecież najpiękniejszym miesiącem w roku. Zastanawiamy się jaką przyjąć strategię. Po pierwsze nigdy tu nie byliśmy, po drugie nie wiemy w którą iść stronę, po trzecie alberque czy może hotel, a po czwarte to nigdy stąd chyba nie wyjdziemy – tak leje. Zaczyna się przejaśniać, a deszcz to już nie ulewa. Peleryny na ramiona i w drogę. Potem się coś wymyśli. Wychodzimy z dworca, idziemy szeroką ulicą i nagle widzimy drogowskazy. Jak św. Jakub tak chce, to może być alberque.

Port Ribadeo Most nad riasem pomiędzy Asturią i Galicją

 Mijamy kościółek i już widzimy wielką wodę. Ostatni rias Galicji. Gdzieś tam pod ciężkimi chmurami ukrył się Atlantyk, ale my wiemy, że tam jest. A rias to po prostu taki hiszpański fiord. Potężny, kilkuprzęsłowy most przerzucony nad szarymi wodami riasu łączy w tym miejscu Galicję z Asturią. Hiszpańska strona internetowa ma zamieszczone zdjęcia niektórych schronisk. I zupełnie jak na zdjęciu widzimy tuż za mostem, po naszej stronie riasu alberque. Dochodzi szósta, ale mamy fory, bo są ostatnie dwa miejsca. Niewielkie to schronisko, ma tylko12 łóżek, ale też malutką kuchenkę nieźle wyposażoną, gorący prysznic i przedsionek-werandę ze stolikami i krzesełkami. Czysto, miło i wreszcie sucho. Nie jesteśmy zbyt głodni, ale kolację zjadamy. Dobijają dwaj młodzi rowerzyści. Będą spać na podłodze na werandzie. Trochę nam głupio, bo my dopiero zaczynamy. Uspokajam swoje sumienie – daję karimaty. Chętnie przyjmują, zawsze to lepsze niż spanie w śpiworze na gołej podłodze. Wysyłamy telefonicznie sygnał rodzinie, że wszystko ok. i idziemy na spacer. Deszcz ustał, ale jest szaro i mokro. Kościół zamknięty, więc schodzimy do portu. Sporo łódek, jachty i kutry stoją  sklarowane, przycumowane do pomostów. Cisza, nikogo nie ma w pobliżu. Z daleka po drugiej stronie widzimy domy i latarnię morską na wyspie Pancha, którą z lądem łączy most. Ribadeo to nadmorska miejscowość letniskowa. Wyobrażam sobie tłumy wczasowiczów jak gorącym, letnim wieczorem przetaczają się przez nabrzeże w stronę portu, śmiech i gwar leci przez wodę. Naokoło skały wielkie, brązowe, lekko porośnięte trawami. W porcie mała restauracja z wielkim tarasem. Przytulona do stoku. Obok nasadzone agawy i pnące róże. Przygotowania do sezonu w toku. Widoki piękne, aż żal, że to nie lipiec. Wracamy. Za schroniskiem tereny spacerowe i punkt widokowy na molo powstałe z reszty starego mostu. W alberque przygotowania do snu. Mamy łóżka na piętrze. Z duszą na ramieniu, delikatnie (ja nigdy nie byłam chuda) wchodzę. Wszystko się trzęsie. Najwyżej pospadamy jak jabłka z drzewa. Współczuję tym, co pod nami. Starsze małżeństwo, chyba Holendrzy, jednakowe buty, sympatyczni. Wilgoć wszędzie, od wody i mokrych rzeczy porozwieszanych na krawędziach łóżek. Jest 21, a nie było hospitalera, nie mamy pieczątek. Ktoś gasi światło, ktoś zaczyna chrapać, normalna pielgrzymia noc. Rozmawiamy chwilę o minionym dniu, o szczęśliwej podróży, zaraz zaśniemy. Nagle budzą nas głośne rozmowy. Nie chce mi się nawet otworzyć oczu. Nie wstanę, choćby nie wiem co. To hospitalero. Adam zabiera credenciale i dowody osobiste i idzie po wpis, a nawet wypełnienie ankiety. Muszę jednak spojrzeć na hospitalera, bo przyszedł do sypialni odliczyć pielgrzymów. Ale do dzisiaj nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądał.