M.A. Wachowicz
Camino del Norte 2008
| « Poprzednia strona | Dzień 1 i 2 | Następna strona » |
Dzień 1 - czwartek 8 maja 2008
Bardzo wczesnym rankiem zrywają się Niemcy, średnio młoda grupa. Z mojego piętra widzę przepiękny widok przez drzwi balkonowe. Woda, oświetlone filary ogromnego mostu i różowy świt przebijający się przez chmury. W schronisku jest ciepło, więc nie chce mi się ruszyć. Holendrzy pod nami wstają. Czekamy aż wyjdą do łazienki, aby ich nie stresować moim staczaniem się z bujanego piętra. Uff, udało się. Według ubiegłorocznego schematu jemy porządne śniadanie, pakujemy się i wyruszamy. Karimaty zrolowane czekają na nas przy drzwiach. Gracias, adios! Wychodzimy przed schronisko i … wyciągamy aparat i kamerę. Świt i różowe chmury są jeszcze piękniejsze. Widok filmowy. Przechodzimy pod mostem nie chowając aparatu. W poprzek drogi wolniutko wędruje wielki ślimak z domkiem . Czy to przepowiednia naszej wędrówki ? My też podobnie wyglądamy z bagażami na plecach. Nie mamy pojęcia jak przebiega szlak. W czasie wczorajszej ulewy nie można było na nic zwrócić uwagi. Na wyczucie kierujemy się w stronę miasta. Idziemy pustymi ulicami. Czasem tylko mijają nas pojedyncze samochody. Ulice są szerokie, domy zadbane, pomalowane na różne kolory, podobno w stylu eklektycznym. Taka trochę hiszpańska Łódź. (oczywiście stara Piotrkowska). Mijamy biały kościół. Aparat cały czas w moich rękach. Przy kościele ogromnych rozmiarów kukły młodej pary. Takie to fikuśne, że robię Adamowi zdjęcie. Ciągle mnie pogania i przypomina o ślimaku przed alberque. Nie widzimy znaków camino, jest za to drogowskaz na stację kolejową. A tam piękna mapka na pół ściany i już wiemy wszystko. Robimy zdjęcie tej mapy. Wychodząc z dworca spotykamy Hiszpanki. Camino? No, no, si ,si i jest wreszcie słupek. Inny niż na Camino Frances. Jakby smuklejszy (złudzenie?), z żółtą muszlą na granatowym tle. A na złotym pasku pod muszlą kilometry jakie nam zostały do pokonania (chyba ok. 195). Ten styl na Norte będzie nam towarzyszył przez całą drogę. Przypominamy sobie, że w mieście widzieliśmy kierunkowskazy na punkt widokowy Santa Cruz. Po ok. 3 km jest kaplica, ale zamknięta i schody na zaplecze skąd powinien roztaczać się super widok. No i dwa „ horreirosy” złączone, jeden za drugim, na wysokich wspornikach, a pod nimi najzwyklejsza w świecie droga asfaltowa. To jakiś super zabytek, bo we wszystkich folderach widzieliśmy zdjęcia. A miejscowość to chyba Obe, ale żadnej tablicy nie zobaczyliśmy. Z daleka widać typowy hiszpański cmentarz ogrodzony murem. Podchodzimy pod górę. Widok przepiękny. Rias prezentuje się niesamowicie. Szaro-sina woda szerokimi zakolami wdziera się w ląd. Po drugiej stronie góry Asturii w lekkim zamgleniu. Widać nawet Ribadeo z którego tak niedawno wyruszyliśmy. Zza chmur wychodzi odrobina słońca. No i …to chyba Atlantyk, choć nie jest tak kolorowy jak w ubiegłym roku. Zlewa się z ołowianymi chmurami, które za chwilę zabiorą nam ten cudowny widok. Będziemy szli w głąb lądu.
![]() |
![]() |
| Ribadeo | Ostatnie spojrzenie na wielką wodę |
Pod murem cmentarnym kamienny stół i ławka. Może to za wcześnie na drugie śniadanie, ale zarządzamy, biorąc pod uwagę , że to ostatnie spojrzenie na ocean. Ruszamy dalej. Po lewej góry Asturii towarzyszą nam dłuższy czas, a przed nami soczysta galicyjska zieleń, która będzie z nami do końca wędrówki. Szlak przekracza drogę asfaltową i mamy tablicę – skończyło się Obe. Dalej juz według przewodnika mijamy małe miejscowości z nielicznymi domami. Wszędzie zielone łąki i pastwiska. Przekraczamy potok i podchodzimy pod górę. Ma tam być bar. I owszem jest, ale zamknięty. Ale jest i niespodzianka – otwarte WC. Na razie nie pada. Odpoczywamy na kamiennych ławkach przy kamiennych stołach. I tu uwaga: toczą się boje na forum o karimaty, a my wiemy swoje – sprawdzone – KARIMATY są niezbędne na Camino. Można na nich usiąść na każdym zimnym, mokrym, okropnym podłożu, a nawet się położyć. Jest jeden warunek - muszą być lekkie i najlepiej składane, bo zmieszczą się w każdą, nawet najmniejszą kieszeń plecaka. Chyba w A Ponte mijamy kościół Sta Maria. Kończy się asfalt. Podchodzimy ostro pod górę. Gonią nas chmury. Zakładamy nasze pelerynki przeciwdeszczowe. Nie są zbyt długie, ale chociaż plecaki nie zmokną. W ubiegłym roku nosiłam w plecaku pożyczoną od koleżanki porządną, wyprawową, długą pelerynę i nie była mi potrzebna. W tym roku nie wzięłam, choć mnie namawiała. Trudno, jakoś przetrwamy. Zwyczajny deszcz przechodzi w siekącą ulewę. Zupełnie jak w polskich Beskidach! Droga polna zamienia się w żółtą rwącą rzekę. Brniemy w błocie. Las nieco osłania nas od wiatru. Ale fajnie. Nikt nam nie uwierzy. Hiszpania w maju jak polski październik, a w kraju 24 stopnie ciepła. Pod górę jakoś weszliśmy, ale zejście w brudnym górskim potoku spływającym po drodze to dopiero cyrkowy numer. Za co spotkała nas taka kara? I olśnienie – zapomnieliśmy hasła „ Św. Jakubie prowadź!” Oczywiście zaraz przestało padać. Docieramy do asfaltu, pewnie kluczył sobie doliną, a my górą. Przy drodze stoi wielka mapa okolicy. Jest nawet zaznaczone refugio w Gondan. Schodzimy i w Villamarin Pequeno na skrzyżowaniu raczymy się wodą z nowego zdroju ulicznego, albo raczej drogowego. Okoliczne wzgórza zaczynają „dymić”. Nie jest nam zimno, chociaż buty i spodnie do kolan są mokre. W Villamarin Grande przy kościele kolejna aqua potable . Jeszcze tylko trochę kilometrów asfaltem, drogą wijącą się między zamglonymi polami i docieramy do Gondan. Znów zaczyna padać, a drogą jedzie panaderia i trąbi. Zupełnie jak u nas – piekarnia objazdowa. Ależ jesteśmy głodni. Przyspieszamy kroku. Nie widzieliśmy po drodze żadnego pielgrzyma, tylko kilka miejscowych osób. Pewnie będziemy spać na podłodze. Przyspieszamy, a do tego znowu zaczyna padać. Między zabudowaniami pojawia się człowiek. Z daleka ponagla nas, jak by chciał wołać „tempo, tempo…”. Kiwa do nas ręką, uśmiechamy się blado. Pewno wszystkie łóżka zajęte. Trudno. Pierwszy dzień był ciężki, ale właśnie finiszujemy. Obok jest refugio. Drzwi lekko uchylone. Adam wchodzi pierwszy. Żywej duszy. Pusto. Duża jadalnia z wyposażoną nowoczesną kuchnią, kominek, stoły i ławy drewniane. Super, nawet jeśli będziemy spali tutaj. Na zewnątrz schody prowadzą na piętro, a tam sala z kominkiem i 14 nowych pustych łóżek przykrytych foliami. Wydajemy z siebie dzikie okrzyki radości. Jesteśmy pierwsi i jak się później okazało jedyni. Z tyłu budynku dwie kabiny prysznicowe z bardzo gorącą wodą. Na podwórku rząd kabin WC, drzwi drewniane, ale wewnątrz przyzwoicie, nawet umywalki. Robi się ciemno, choć jest dopiero po czwartej, ale pada regularny deszcz, a chmury zasłoniły zupełnie niebo. Wyparzeni i przebrani w ciepłe polary robimy sobie ucztę. Zapasy się kurczą, ale w końcu jakiś sklep albo bar się trafi. Najedzeni pakujemy się w śpiwory, gadamy, wysyłamy sms-y i opracowujemy jutrzejszą wędrówkę. O 18 tej drzwi się otwierają. Zjawiła się hospitalera. Wita nas z radością. „Soy de Polonia”- zagajam. Wpisuje nas w swoją księgę, przystawia pieczątki . Grzecznie pytam: Quanto questa? – No questa! Na to ja- Donativos? No i słyszymy cudowne słowa: No questa, no donativos, gratis! Tego się nie spodziewaliśmy. Muchos gracias! Xunta de Galicia (organizator camino na terenie Galicji) jesteś wielka. Śmiejemy się w trójkę z naszej wielkiej radości. Jeszcze tylko kilka słów o pogodzie, ale uspokajamy hospitalerę, że takie nieprzewidywalne bywa Camino i my to rozumiemy. Żegnamy się jak starzy znajomi. Ach ci Hiszpanie, są tacy spontaniczni. Na barierkach suszą się porozkładane mokre rzeczy, a my zasypiamy w zagrzanych śpiworach przy odgłosach równo padającego deszczu. Dziś było Stanisława, imieniny mojego Taty. Nad ranem trochę było nam zimno. Jak to w górach.
Dzień 2 – piątek 9 maja 2008
Budzimy się zziębnięci, ale wypoczęci. Tyle godzin przespaliśmy. Spakowani, jemy śniadanie, wpisujemy się do księgi pielgrzymów ( w marcu nocowała Polka) i wychodzimy zostawiając przyjazne schronisko w należytym porządku. Tylko lekko mży i nawet jakby się przejaśniało. Mijamy kilka domów z pięknie przystrzyżonymi krzewami np. w kształcie dzbana. Jest chłodny ranek więc maszeruje się dobrze.
![]() |
![]() |
| Standard szlaku: horeiro, niby wieś | Wychodzimy z pustego Gondan |
Widoki miłe dla oka, wąski asfalcik, ruchu wcale. Wszędzie zielono. Nagle naprzeciw nas pędzi samochód i trąbi wyraźnie na nas. Uciekamy na pobocze lekko wystraszeni, ale już się śmiejemy i kiwamy na pożegnanie sympatycznej hospitalerze z Gondan. Następna miejscowość to O Corveiro w/g naszego przewodnika. Jest tam podobno bar i bardzo liczymy na choćby jedną pieczątkę w credencialu. Peleryny na grzbiety, bo zaczyna znowu kropić. Bar owszem jest, ale zamknięty. Rozglądam się czy kogoś nie widać na horyzoncie. W barze słychać dzwonek telefonu. Cisza. Telefon dzwoni cały czas. Z domu obok wychodzi starszy mężczyzna i zniecierpliwiony coś krzyczy, chyba do żony. Cała w nadziei stoję przy drzwiach baru. Pytam faceta: sellos? Si, si i widzę jak kobieta otwiera drzwi baru i biegnie odebrać telefon. Kończy zaraz rozmowę i stempluje nasze credencjale. Dziękuję, a jej mąż porozumiewawczo mruga do mnie. Czyżby Św. Jakub zlecił komuś zatelefonować i zbudzić tych gospodarzy? Dość długo trwała akcja „sellos” więc wybiegam uradowana na szosę. Patrzę, a bar nazywa się A`Curva i faktycznie jest na zakręcie. Ale fajnie. Droga pnie się w górę. Słyszymy cały czas odgłos dzwonu kościelnego. Na wzniesieniu, oczywiście w towarzystwie hiszpańskiego cmentarza, stoi kościół z nagranym dźwiękiem dzwonu, który rozchodzi się po całej okolicy. A widok z góry jest naprawdę piękny. Idziemy cały czas drogą asfaltową, peleryny wkładamy i zdejmujemy. Camino wśród lasów łagodnie opada, aż do starej miejscowości Lourenza`. Zejście do miasta, to praktycznie zjazd na butach przez nasiąkniętą deszczem łąkę, którą , żeby było śmieszniej, kończy bardzo stroma ścieżka asfaltowa, na szczęcie z metalową barierką asekuracyjną. Udało się nam pokonać tę ścieżkę zdrowia bez upadku. W Lourenza jest piękny monaster benedyktyński, kościół San Salwador z X wieku i muzeum sztuki sakralnej. Jest też podobno schronisko na 16 łóżek i restauracja. Idziemy starymi uliczkami. Kupuję chleb w panaderii. Nie ma znaków. Przez moment widzimy 2 wieże kościoła, to pewnie już blisko. Ulica się kończy. Pytamy o kościół przechodnia, ale nie wie, bo przyjechał tu do pracy. Jest szlak, Camino Norte, prowadzi nas stromo przez zarośla. Zupełne chaszcze, jakieś resztki murków ogrodzenia. Pewnie będzie ciekawe wejście do starego monasteru. Wychodzimy zmęczeni podejściem na otwartą przestrzeń. Nie wierzę własnym oczom. Za nami w otoczeniu drzew pozostały w dolinie dwie wieże kościoła. A miało być tyle zwiedzania i jeszcze odpoczynek. Robimy zdjęcie. Wyszło pięknie, jak w folderze. Pada, więc nie wracamy. Szkoda. Szlak wyprowadził nas z miasta bokiem. Zagłębiamy się w gęsty las. Jest bardzo mokro i bez przerwy siąpi deszcz. Dołem słyszymy szosę, a my leśnym traktem zdobywamy kolejne wzniesienie. Z lasu wychodzimy wprost do Arroxo. To kilka domów rozrzuconych po okolicznych polach. Szlak znowu gdzieś nam ginie. Krążymy po okolicy.
![]() |
![]() |
| W dole pozostała Lourenza | Brniemy według znaków |
Zza ekranów widać w dole ruchliwą drogę. Jest tablica z napisem „Salida Caminios”. Chyba budują autostradę i jest to wyjazd z budowy. Jedzie samochód, zatrzymuję kierowcę i pytam o camino i szlak. Nie jest zbyt zorientowany, a mój hiszpański to przecież kilka podstawowych zwrotów. Mogłaś się dziewczyno trochę przyłożyć, nie byłoby ci teraz wstyd. Pokazuję polską rozpiskę miejscowości . Aaaa…, już wszystko jasne. Tu leży Arroxo, tam San Pedro de la Torre, a tam Reguengo i San Pelayo , czy San Pao`, ręce fruwają nad głową i słowa też. A w ogóle to szosą do Mondońedo jest bardzo blisko. Gracias Amigo, ale my chcemy właśnie tylko Camino .Idziemy wzdłuż szosy. Jest malutki kościółek w San Pedro, kilka gospodarstw wiejskich, a po drugiej stronie ruchliwej drogi jest baaaar. Nazywa się A`Voltina. Pod szosą przejście, ale Polacy zawsze na skróty. Lawirujemy szczęśliwie między samochodami (plecaki!) i już siedzimy przy stolikach. Jest ciepło, sucho i bardzo miła obsługa serwuje nam herbatę w filiżankach i przepyszne rogaliki. Odpoczywamy. W barze jest sporo osób, choć to czas sjesty (13 ta).
Niestety przytulny azyl musimy opuścić - Camino woła. Znowu kropi, więc peleryny rozwiń i w drogę. Idziemy wzdłuż szosy, a potem ostro w lewo i w górę. Mijamy ciekawy, stary wodopój, woda leje się ze ściany porośniętej zielenią. Jest chłodno i jesteśmy po herbacie, nie musimy próbować. Jestem ciekawa, czy to na pewno aqua potable. Na skrzyżowaniu dróg stał słupek, niby taki sam, ale wyglądał na stary i do tego bez kilometrów. Kierunek pokazywał, więc idziemy, choć mamy wątpliwości. Kilkakrotnie przedtem, a i w następnych dniach nam się zdarzyło mijać takie słupki. Rozwidlenie, jedyny słupek, bez ilości kilometrów do celu i zawsze ładnych parę kilometrów więcej od deklarowanej ilości na danym etapie. Ale co tam, nieczęsto się jest w Hiszpanii. Takie nasze „Camino”. Na Camino Frances słupki są co pół kilometra, na Norte w Galicji kilometrami może nie być słupków, są zazwyczaj tylko na skrzyżowaniach dróg, a strzałka wskazuje kierunek
Patrząc stale pod nogi, szukając znaków którędy iść, wyrwało się w pewnym momencie: o, tu są „ludzkie odchody”! Na myśli były wyraźne ślady butów („od chodzenia”), i ten slogan pozostał na dalsze dni.
Przedzieramy się przez niesamowite chaszcze i wertepy. Wystające korzenie powalonych drzew straszą swoim niesamowitym wyglądem, a do tego żywego ducha. Droga ucichła, słyszymy tylko szeleszczące krople deszczu na plastiku peleryn i własne sapanie. Wąziutka ścieżka ginie w wysokiej trawie. Odchodzą od niej co jakiś czas odgałęzienia, ale nie próbujemy odbijać . Przypominam sobie zdobywanie harcerskich sprawności. „Trzy pióra” by pasowały. Przez ścieżkę przepływają małe strumyczki wody. Docieramy do zabudowań. Szlak prowadzi przez środek gospodarstwa. Stara stodoła z resztką wyburzałej słomy, obok stare narzędzia rolnicze. I super, tzw. rząd dla konia wiszący u powały ze starych desek. Czas się cofnął chyba o cały wiek. Ciekawostka – jednak ktoś tam mieszka, bo obok starego domu mieszkalnego są żywe kwiaty w donicach. Robimy zdjęcia. Warto było tu dotrzeć. Niedaleko cywilizacja. Są jeszcze budynki z walącymi się dachami, ale i nowe domy z fuksjami i pelargoniami. Oglądamy przez szybę wnętrze starego malutkiego kościółka. Oczywiście jest zamknięty. Wreszcie z kolejnego wzgórza rozpościera się widok na miasto. Stary horreó z dachem krytym łupkiem hiszpańskim i kamiennymi „zębami”, a obok w kolejnym domu otwarte okno pokoju gościnnego. Być może te parę euro za nocleg pozwoli starym ludziom podreperować domowy budżet. Schodzimy do miasta. To Mondońedo, dawne biskupstwo na pielgrzymkowym szlaku. Obecnie urokliwe miasteczko, gdzie na każdym kroku widać wiekową historię. Szlak prowadzi nas przez stary, kamienny średniowieczny most z herbem. Nie wiemy w której części miasta jest alberque. Pytamy starszego mieszkańca o drogę. Prosto, prosto i w lewo i jeszcze wiele słów. Zna Polskę z telewizji. Hasta luego! Widzimy piękną hacjendę w równie pięknym zadbanym ogrodzie. Coś mi się obiło o uszy i wzrok, że nasze noclegowisko też będzie w czymś takim. Drzwi zamknięte, jeszcze jest pora sjesty, ale telewizor głośno gra, więc pukamy. Otwiera nam pani w średnim wieku, a może starsza. Jest bardzo miła. Cierpliwie tłumaczy nam jak dojść , wreszcie momento, biegnie z kartką i wpisuje nam nazwę : pytajcie o Alcantar, tam jest wasze alberque. Uśmiechy i podziękowania. Powoli wychodzimy . Jak mogliśmy przypuszczać, że nasz nocleg będzie w starym, hiszpańskim pałacu. Mijamy nową część miasta, szerokie ulice przechodzą powoli w stare wąskie uliczki. Nagle wyrasta przed nami Katedra. Jest ogromna, że nie sposób ją objąć wzrokiem z zabudowanego domami placu. Odnowiona kamienna fasada pięknie się prezentuje wśród starych ulic. To bazylika z XIII w. Asuncion, zwana klęczącą katedrą. I coś w tym jest, bo sylwetka przypomina klęczącą postać.
![]() |
![]() |
| Dolna część katedry Mondońedo | Nie wzięliśmy kół od traktorów |
Pytamy w barze na rogu placu o schronisko dla pielgrzymów. Pełno tam mieszkańców i wszyscy na raz łącznie z barmanką, tłumaczą nam jak mamy dojść. Mater Dei! Teraz dopiero mamy mętlik w głowach. No i jeszcze ktoś wybiega za nami i krzyczy: Policja Local! i wskazuje w innym kierunku. Nic nie rozumiemy, biuro turystyczne zamknięte, obieramy tylko prawidłowy kierunek. Idziemy na wyczucie. Po drodze wstępuję do sklepu Tabaco a właściwie wielobranżowego. Miła pani cierpliwie tłumaczy. To już tak blisko. Jeszcze tylko dwie ulice, oczywiście pod górę i docieramy do wysokiego budynku na końcu ulicy. Ostatniej ulicy miasta, przynajmniej obecnie, bo naokoło budują się nowe domy. Deszcz zaczyna na nowo padać. Mijamy muzeum, jest : Alberque Municipal Antiquo Monasterio del Alcantar. Długi podjazd dla niepełnosprawnych i są drzwi wejściowe. Zamknięte. Jesteśmy w szoku. Zbieramy myśli co dalej robić. Ja tu zostaję, nie idę już nigdzie z tym ciężkim plecakiem Nagle dobiega do nas pani ze sklepu, trzyma telefon komórkowy przy uchu i przeprasza, że nas wprowadziła w błąd, a Policja Local już jedzie. Ki diabeł, nic z tego nie rozumiemy, ale za sekundę już przyjechał miły policjant i otworzył nam drzwi. Wpisujemy się do księgi, a władza lokalna przeprasza, zabiera mój dowód osobisty, daje nam klucz, a rano oddając klucz na POLICJA LOCAL dostaniemy dokument z powrotem. Takie procedury lokalne, chyba poza sezonem. Szczęśliwi, nie wierzymy własnym oczom, w schronisku są już znajomi Holendrzy z Ribadeo. Dotarli tu inną drogą, przez Trabada i nie ma nikogo więcej. Zajmujemy dwa łóżka obok siebie, mając do wyboru sale na dwóch piętrach, a sympatyczna Holenderka pokazuje nam eleganckie łazienki (po jednej na rodzinę) i praktyczne suszarki do rąk. Będzie można wysuszyć mokre ubranie, a zwłaszcza buty Adama. Nie widzę pralki, więc nasze ubłocone spodnie zostaną brudne. Zresztą jutro też będzie padało, bo góry dymią. Gorący prysznic zmywa z nas trudy wędrówki. Przebrani w czyste i suche rzeczy biegniemy do centrum. Zwiedzamy śliczną katedrę. Zabytkowa rozeta w fasadzie kościoła nastrojowo rozświetla wnętrze. Kościół jest pusty, więc pozwalamy sobie na robienie zdjęć i filmu. Ołtarz główny bije po oczach przepysznymi złoceniami, otacza nas surowość kamienia, budulca murów i bogactwo ołtarzy. W nawie bocznej widzimy cudowną figurę Matki Bożej, to Virgen Inglesa. Msza Św. będzie o 19-tej dla wiernych, a o 20-tej dla pielgrzymów. Dochodzi 18 i zaczyna znowu padać. Lecimy do sklepu po jedzenie oraz do biura informacji turystycznej. Miła pani, w tym kraju są chyba sami życzliwi ludzie, daje nam wszystkie potrzebne foldery i cenne informacje dotyczące drogi. Pokazujemy jej polskie strony internetowe i zapewniamy, że w naszym katolickim kraju też jest reaktywowana Droga Św. Jakuba. Jedyne suche rzeczy zaczynają przemakać, więc wracamy do schroniska. Holendrzy zaraz wybywają, a my robimy sobie extra obiadokolację. Przy polskim deserze z papierka otwierają się drzwi i młody policjant przyprowadza uśmiechniętą młodą Hiszpankę. Ma na imię Irma. W związku ze zmianą miejsca pracy w czasie urlopu, wybrała się na Camino, od Asturii do Santiago, potem leci do Madrytu. Leje całkiem regularnie i z tego powodu odwołujemy wizytę w kościele. Być może Św. Jakub dostał polecenie, abyśmy z Irmą spędzili wieczór w alberque. Opowiadamy o sobie, o Polsce, a ona o swoim życiu i kraju. Pokazuje nam trasę, którą przebyła. Podziwiamy i gratulujemy kondycji. Okazuje się, że większą część trasy przejechała autobusem i dalej też tak chce. Rano dojeżdża gdzieś autobusem i dalej pieszo do kolejnej miejscowości, gdzie jest nocleg. No, tak można od samej Francji i w dwa tygodnie. Ale i tak jest to fajna młoda osoba, a razem we troje posiłkując się mizerną znajomością języków, bawiliśmy się doskonale. Rozmówki, długopis, ręce i uśmiech były naszymi pomocami dydaktycznymi. Holendrzy wrócili ok.22-giej w szampańskich nastrojach. Hiszpańskie wieczorne obiady z winem potrafią rozweselić nawet największego ponuraka. Irma spała sama na ostatnim piętrze, a my z Holendrami w jednej sypialni. Nie znamy się bliżej, są bardzo sympatyczni i chyba w naszym wieku. Zostawiliśmy uchylone okno. Deszcz ukoił nas do snu.
| « Poprzednia strona | Dzień 1 i 2 | Następna strona » |







