M.A. Wachowicz
Camino del Norte 2008
| « Poprzednia strona | Dzień 3 i 4 | Następna strona » |
Dzień 3 - sobota 10 maja 2008
Wczesnym rankiem Holendrzy wystrzelili z alberque, a za nimi, czule nas żegnając, Irma. Spokojnie zjedliśmy ranny posiłek i opuściliśmy schronisko zamykając starannie drzwi na klucz. Ołowiane chmury wisiały nad miastem i okolicą, a my skierowaliśmy się w stronę siedziby sławnej „Policja Local”. Spojrzeliśmy na zabytkową katedrę ostatni raz i w dole uliczki ujrzeliśmy biegnącego Holendra. Oczywiście, o tak wczesnej porze nikt w sobotę w Hiszpanii nie wstaje oprócz pielgrzymów. Musiał zadzwonić i czekać, aby zaspany młody chłopak mógł dojechać i w zamian za klucze oddać paszporty. A polskie przysłowie mówi: co nagle to po diable, można było z nami zjeść śniadanie. Oboje poszli szybko na drogę, postukując kijkami trekkingowymi o kamienne chodniki ulic wiekowego miasta. Już wysoko w górach spojrzeliśmy po raz ostatni na leżące w dolinie miasto z górującymi dwiema wieżami katedry. Wśród zabudowań zginęło nam nasze alberque. Asfaltowa szosa prowadzi nas przez łąki i lasy, a przy drodze zobaczyłam mnóstwo czerwonych malutkich poziomek. Były słodkie i aromatyczne. Zebrałam garść dla Adama. Zjadł z przyjemnością. Nie wytrzymam, żeby po tylu latach małżeństwa karmić faceta poziomkami? Ależ to Camino ma wpływ na ludzi. Pozdrawia nas starszy Hiszpan. Czeka na transport do pracy, a my nie spiesząc się wędrujemy z podziwem patrząc na kilkumetrowe żarnowce, przepięknie kwitnące o tej porze roku na żółto. Ruch jest niewielki, mijają nas nieliczne samochody, a droga wije się pod górę, przekraczając spadające w dół doliny kolejne trzy strumienie. W samym dnie doliny słyszymy rwący potok, ale nie widać go poprzez zarośla. Na przeciwległym zboczu stoją zabudowania jak gdyby przyrośnięte do skał. Podchodzimy coraz wyżej. Mijamy mały cmentarzyk w San Vincente, rozrzucone domki ukryte w opadającym w dół zboczu. Docieramy do Lousada. Stoi tu kilka gospodarstw wiejskich wtulonych w zbocze. Na polu wśród plastikowych beli nie wiedzieć z czym, stoi tradycyjny strach na wróble. Małe poletka wydarte skałom - to galisyjska wieś. Drogą pod górę idzie stara kobieta, a może tak spracowana, podpiera się kosturkiem kołysząc się na boki. Pozdrawiamy się wzajemnie. Camino, si camino. Chce mi oddać swój kij, ale grzecznie dziękuję. Chyba wejdę na tę przełęcz bez dodatkowej pomocy. Opuszczamy asfalt i wchodzimy na kamienistą drogę. No i zaczęły się schody! Ostre kamienie pomieszane z rozmytą gliną skutecznie opóźniały podejście. Nawet nie patrzyliśmy na mokre, upaprane na żółto-brązowo spodnie i buty. Wąska droga skręcała w lewo. Za nami zjeżdżał traktor. Teraz będzie bal. Schodzimy na dość stromy stok, aby umożliwić mu przejazd. Zaraz zaczniemy się ześlizgiwać. Wiotkie trawy nie dawały praktycznie żadnego oparcia. Uff, przejechał na szczęście i szybko wskoczyliśmy w żółte koleiny. Woda płynęła już wzdłuż drogi, a nie stokiem w dół. Okazało się, że jest tam jeszcze mostek pod którym płynie kolejny wartki strumień. Weszliśmy w las. Latem musi tu być pięknie i na pewno sucho. Z plątaniny drzew i zarośli wyłonił się jak widmo spalony ogromny młyn. Tak do końca to nie wiemy jakie było przeznaczenie tej monumentalnej budowli, ale resztki pogiętych stalowych części i bliskość strumienia mogły o tym świadczyć. Droga zakosami pnie się w górę. Kijek mógłby się nam jednak przydać. Mijamy opuszczone gospodarstwo . Zza żerdzi ogrodzenia wystają stare narzędzia. Powyżej w zaroślach stoi wrak furgonetki. Cała ta sceneria w ciągle padającym deszczu sprawia przygnębiające wrażenie. Kończy się las, a droga powyżej łąki trawersuje na przełęcz. I stał się cud. Nagle przestało padać i po prostu wyszło słońce. Przystajemy, aby choć trochę ogrzać się w promieniach i rozkoszować się przepięknym widokiem na góry i dolinę z której przyszliśmy. W lepszych humorach zdobywamy przełęcz Alto da Xesta. Udało się nam zrobić nawet wspólne zdjęcie. Był to najwyższy punkt, bo jak zauważył Adam, linia przesyłowa prądu też na wszystkie strony opadała. W nagrodę zjadamy jakieś słodkości i ruszamy dalej. Góry wciąż dymią, co oznacza tylko jedno, zaczyna znowu padać. Wkoło kwitną żółte pola. Nie są to jednak tradycyjne żarnowce, jednak o podobnych kwiatach i kolczastych gałązkach. Podobne widziałam jesienią ubiegłego roku w okolicach O Cebreiro, były jednak mniejsze. W dole na skrzyżowaniu dróg asfaltowych okrążamy duży kościół. Jak zwykle zamknięty. Może latem jest inaczej. Szlak skręca w lewo i prowadzi wzdłuż szosy asfaltowej. Drobne drzewka nie dają żadnego schronienia ani przed deszczem, ani pewnie w upał przed słońcem. Rozmoczona gruntówka daje nam do wiwatu. Trzeba omijać ogromne kałuże, albo brnąć przez breję. Ciągle pada i zaczyna do tego wiać. Przekraczamy szosę i idziemy dalej starym asfaltem. Z daleka widać miejscowość. Pelerynę mam w rozsypce, na szczęście mamy zapasowe. Wokoło nieliczne zagrody i pastwiska z patrzącymi na nas krowami - że też ci ludzie nie maja co robić, wędrować w taką pogodę! Droga coraz bardziej nam się dłuży. W końcu docieramy do Gontan. Szeroka ulica prowadzi nas do centrum miasteczka. Mijamy mały kościółek i przy rynku mamy nasze alberque. W progu wita nas uśmiechnięty Holender.
![]() |
![]() |
| Nawet we mgle widoki są piękne | Albergue w Gontan |
Prowadzi nas do schowka z pralnią i suszarnią. Zostawiamy mokre peleryny i wracamy. Hospitalero będzie o 16-tej, tu jest super elegancko i nowocześnie – słyszymy. Chodźcie na górę, zarezerwowaliśmy wam miejsca. Śmiejemy się, bo nikogo więcej nie ma, jest sucho i przyjemnie ciepło. Duża sala poprzedzielana jest ściankami tak, że robią się małe pokoiki po 4 łóżka. Mogą przenocować 24 osoby, są dwie łazienki, a na dole wyposażona kuchnia. Gorący prysznic przywraca nas do życia. Zajmujemy dalszą przegródkę, aby nie narzucać się naszym miłym towarzyszom noclegowym. Suszymy buty i spodnie. Będą brudne, choć jutro niedziela, ale boimy się, że nie wyschną. Zresztą i tak będzie padało. Wyprane osobiste rzeczy rozwieszamy na krawędziach łóżek. Nocujemy sami, nikt do nas nie dołączył. Bardzo fajny młody hospitalero podjechał punktualnie. Meldujemy się, cieszy się, wspomina Ks. Darka, który wędrował wiosną. Pytamy o kościół. Jest sobota, a jutro może być różnie. Wszystko zamknięte kościół i sklepy, bo jest sabado i FIESTA. Wszyscy się bawią. Faktycznie na rynku przed naszym schroniskiem są już występy. Różne zespoły grają, tańczą i śpiewają. Rezygnujemy z dalszych rozmów na tematy religijne. W końcu jest sabado i fiesta! Litościwy hospitalero zawozi mnie i Holendrów do marketu po zakupy. Do tego prywatnym samochodem. Sam też kupił przy okazji piwo. Znowu pada. Zjadamy pyszną kolację i owoce na deser. Jeszcze herbatka i słodycze. Występy się skończyły. Coś tam jeszcze majstrują na placu, podjeżdżają ciężarowe samochody, zaczyna warczeć agregat, montują wielką scenę i namiot. Obok widać rozłożone kramy i strzelnice. Nasz Holender poleciał zobaczyć co się dzieje – będzie wieczorem dyskoteka. Super, nigdy nie widziałam hiszpańskiej fiesty. Gadamy z hospitalero, jest Internet, piszę wiadomość na stronę Camino. Jeszcze jedna herbatka. Holendrzy mają wino do kolacji. Na razie jesteśmy na lekki dystans. Wpisujemy się do księgi i opracowujemy jutrzejszą trasę, inne wpisy świadczyły o tym, że jest super. Robi się ciemno i pada deszcz. Szykujemy się do snu, a na placu jest coraz głośniej i weselej. Właśnie parę kroków od alberque rozpoczęła się dyskoteka. Dosłownie walą całe tłumy ludzi, zwłaszcza młodzieży. Nasz opiekun wychodzi razem z towarzyszącym mu kolegą. A my pakujemy się do łóżek. Okna nie musimy otwierać, jest SUPER akustycznie GŁOŚNO. Skaczemy na łóżkach w rytm muzyki. Lecą przeboje stare i nowe w lokalnym wykonaniu. Zasypiamy wstrząsani basami głośników. No, to jest hiszpańska fiesta. I tak do 5 rano, a potem to już tylko do świtu warczał agregat. Montażyści zwijali cały majdan. Rano nie było śladu po imprezie. Zaspani mówimy sobie dzień dobry. Holender pyta czy nie przeszkadzała mi muzyka. Wesoło odpowiadam: muzyka absolutnie nie, ale ten agregat prądotwórczy tak. Kupił żart, ale ten agregat naprawdę mi przeszkadzał w czasie snu. Adam nagrał jakiś przebój telefonem .
Dzień 4 - niedziela 11 maja 2008
Rano jest mglisto i mży. Śniadanie w jadalni na parterze, pakowanie, o 8,40 wychodzimy oczywiście w pelerynach. Na rynku mijamy halę targową bydła z długimi korytami –poidłami, miasteczko puste po nocnej fieście. Przechodzimy przez Abadin, szlak gdzieś zniknął, ale wzdłuż szosy wiedzie nas nieco węższa dróżka, też asfaltowa. Poranna mgła opada, nie kropi już. Mijamy kilka miejscowości po prawej stronie. Kierunkowskaz w prawo z szosy wyprowadza nas pod kościół Sta Maria - średniowieczny oryginalny i odrestaurowany. Niestety jest zamknięty. Wracamy na asfalt. Nigdzie nie ma znaków z muszlami. W oddali mijamy kolejny, tym razem duży kościół, ale też jest zamknięty. Przyzwoita prosta droga asfaltowa prowadzi aż po horyzont. Cisza, mija nas tylko kilka samochodów. Z boku dołącza budowa autostrady. Dochodzimy do szosy. Nasza dróżka urywa się, a gdy chcemy iść dalej głównym asfaltem wyrasta przed nami starszy mężczyzna w białej koszuli i z kosturkiem. Niby to pielgrzym, niby mieszkaniec, a może specjalny wysłannik po nas i bardzo zdecydowanie, nawet nie zdążyliśmy zapytać, pokazuje, aby iść za nim. Przekraczamy szosę i wchodzimy na niewidoczną wcześniej drogę. Opowiada nam, że pielgrzymował do Santiago, pokazuje nam kierunek. Miał tu niedaleko dom, ale teraz budują nową autostradę i wszystko jest rozkopane. Niedaleko w Castromajor jest duży kościół, ale przeszliśmy bokiem. Kluczymy za przewodnikiem jakby oddalając się od kierunku na Santiago, nawet chcemy zawrócić, ale za kolejnym zakrętem trafiamy do Castomaior. Tu są wyraźne strzałki-muszle na bocznej drodze, a nasz przewodnik nagle znika w swoim kierunku – może po następnych pielgrzymów?
![]() |
![]() |
| Taka kładka to sama przyjemność | Może słońce na dłużej? |
Szlak przecięty jest budowaną autovia, wszędzie glina, mokro, nasze słupki milowe zostały przysypane zwałami ziemi, ale brniemy według dotychczasowego azymutu i odnajdujemy ścieżkę. Kilka domków, zamkniety bar i przeprawa przez rzekę. Ponte Vella de Martińian. Z tajemniczego lasu wyłania się stary most. Obok uroczysko. Piękne miejsce na odpoczynek. Kamienne ławy i stoły zapraszają na posiłek. Jest nawet kamienny grill.
![]() |
![]() |
| Martińian | Cmentarz |
Trochę bałaganu zostawili po sobie poprzedni goście, ale z puszki po konserwie robimy kuchenkę i na kostkach spirytusowych (wieki mają, ale działają) gotujemy wodę. Czas szybko mija, więc ruszamy. Drobne potoczki przekraczamy wprost po kamieniach. Na skrzyżowaniach dróg stoją kamienne krzyże, by pielgrzymi się nie zagubili. Docieramy do Goiriz. Tuż przy drodze widać stary, zabytkowy, neogotycki cmentarz, z charakterystycznymi krzyżami. Po drugiej stronie iglesia de Santiago, a nad dzwonnicą bocianie gniazdo, oczywiście z mieszkańcami. Jest jeszcze stara kamienna studnia dla spragnionych pielgrzymów, chwilkę asfaltem i w prawo w szlak-dróżkę, luźne zabudowania , dochodzimy do przedmieścia przemysłowego Vilalba, gdzie pierwszym obiektem jest czarny (może nowoczesny w wyglądzie) kloc albergue. Jest godz. 15,30 i już tylko 124 km do Jakuba.
Jak zwykle witają nas Holendrzy. Jest jeszcze młodszy od nas Belg, który powraca z Santiago i ma klasyczny ekwipunek: długi kostur z tykwą na końcu, nowiutki bukłak na wodę – jak się później domyśliliśmy nabył je w Santiago. Będzie nocował w jednej sypialni z Holendrami, my w drugiej (a są 44 miejsca + konie).
Wszystko dosłownie lepi sie od brudu i kurzu, jak tu się rozpakować. Szukam jakiegoś mopa i ścierek. Przłączają się nasi towarzysze. Po godzinie cięzkiej pracy można odetchnąć świeżym powietrzem. Przygotowujemy w czystej kuchni posiłek. Nikt tu chyba przez całą zimę nie sprzatał. Zadowoleni mamy propozycję, aby było gratis, ale poważny hospitalero (chyba znowu policja local) kasuje od nas po 3 E. Niech tam, a miała być niedziela. Wychodzimy na rekonesans. Jest ciepło i świeci słóńce. Dzielnica jest typowo przemysłowa. Wszędzie tylko firmy, zakłady i fabryczki. wszystko zamknięte, jakaś restauracja nie zachęcała, a do miasta minimum 2 km.
Wieczór spędzamy w albergue. My na szczęście mamy trochę jedzenia i jedliśmy obfity posiłek w ciagu dnia. Dzielimy kisiele i potrawkę z ryżu waniliowego, częstujemy Belga rozpuszczalną czekoladą. Są gazety i sudoku.
Na jutro zapowiadają znowu przelotne opady. Zasypiamy po 22.
| « Poprzednia strona | Dzień 3 i 4 | Następna strona » |





