M.A. Wachowicz
Camino del Norte 2008
| « Poprzednia strona | Dzień 5 i 6 | Następna strona » |
Dzień 5 - poniedziałek 12 maja 2008
Rano galisyjska mgła, przez którą usiłuje przedzierać się słońce. Trafiamy po omacku na dużą kładkę nad rondem, wchodzimy do centrum Vilalba. Ruch jest niewielki chociaż już 8 rano. Ulice miasta jeszcze śpią. Przez okno baru widzimy Holendrów, są na śniadaniu. Idziemy do centrum. Może będzie jakiś otwarty kościół. W porannej mgle widać Iglesia de Santa Maria, zamkniety. Obok Torre de Andrade, czyli stara wieża z XV wieku, obecnie parador czyli ekskluzywny hotel. Nie ma co marzyć o wejściu. I tak niewiele widać we mgle.Jemy pyszne śniadanie w centrum i robimy zakupy w markecie Gadis, dużo i tanio, no i ktoś to musi nosić. Dzielimy sprawiedliwie. Po znakach w jezdni i wzdłuz pozostałosci kamiennych murów miasta wkraczamy znowu na Camino. Mgła powoli zaczyna opadać. Chce się żyć. Z piórkiem we włosach i śpiewem na ustach “Hej, idę w las” wędrujemy drogami, a raczej bezdrożami Terra Cha. Płaska częśc drogi pielgrzymkowej prowadzi przez małe miejscowości, koło rozrzuconych domków, nawet przez środek gospodarstw rolnych. Niektóre są bardzo zaniedbane, inne to już rezydencje, a jeszcze inne po prostu na sprzedaż. Przechodzimy przez drewniany most z kamiennymi filarami. A dalej ogromne przestrzenie i przepiękne widoki. Neogotycki cmentarz w Alba. I staranne słupki Drogi Jakubowej, tylko 114 km do celu. Na 112 km bar Alejandro z pysznymi zimnymi sokami owocowymi i gorąco dyskutujacymi Hiszpanami. Szlak przechodzi przez asfalt na prawo. Znów małe miejscowosci z charakterystycznymi domkami. Była nawet woda z murków. Przekraczamy rzekę Saa przez stary rzymski most Ponte Rodriques. Współczesnośc nie narusza starych szlaków, przechodzimy pod nowo wybudowaną autostradą. Wszędzie mokro, nie ma gdzie odpocząć, więc postój robimy po prostu na przystanku autobusowym (są!, pod daszkiem, z ławeczką, nie zdewstowane). Uszczuplamy zapsy żywności, zmieniamy buty na sandały i ruszamy w drogę.
![]() |
![]() |
| Most rzymski (szeroki na 1 rydwan) | Krzyż z dwustronnymi rzeźbami |
Baamonde w/g miłych dziewczyn jadących samochodem jest za parę kilometrów. Zadowoleni wędrujemy w pełnym słońcu asfaltem z nadzieją na szybkie dotarcie do albergue. Ale to nasze Camino nie może być zwyczajnie i prosto. Znowu budowa autostrady, szlak skręca w lewo i zatacza spory łuk, aby ominąć rozkopane skrzyżowania, estakady i mosty. Brniemy w roboczym piachu, znowu słupki giną, a my idziemy na wyczucie. Minęło sporo czasu zanim dotarliśmy na miejsce noclegu. Albergue znajduje sie przy głównej ulicy miasteczka. Wielki szyld, informacje w ogromnej witrynie i ... znajomi Holendrzy witają nas. Zarezerwowali nam 8-mio łóżkowy apartament na parterze, sami zajęli podobny obok, tuż przy łazience.
Przestronny hall przechodzi w wielką jadalnię z kominkiem i miejscami do wypoczynku,a na piętrze ogromna sala z łóżkami. Niestety nie ma tu kuchni, więc po myciu i praniu (jeszcze parę chwil słońca, ale nie wszystko wyschło) wyruszamy na rekonesans. Jest tu kościół z XIV w. Santiago de Baamonde. Na placu przed kościołem Kalwaria Trzech Krzyży (w/g nas to chyba Golgota), z dwustronną rzeźbą Krzyża Chrystusowego, który z tyłu ma figurę Maryi. Za ogrodzeniem stoi wielkie drzewo podobno stuletnie.Wszędzie kwitną polne kwiaty wśród soczystej zieleni. Nie widać mieszkańców ani pielgrzymów. Szukając marketu wypatrujemy mieszkańca z zakupami, ale taki wyszedł z „autoserwisu”, co nas zniechęciło, podeszliśmy bliżej pod wystawę – a to znaczyło samoobsługa, w środku pełny market. Uf, i kolejne 12E. Obładowani wracamy. Przybywa hospitalera, bardzo miła pani w średnim wieku, meldujemy się, 3E, ankieta i chwila rozmowy. Pytamy o kościoły, czemu zamknięte itp.? Rozkłada bezradnie ręce, tak teraz jest w katolickiej Hiszpanii. Opowiadamy o Polsce, o szlaku Św. Jakuba reaktywowanym w naszym kraju, no i o pogodzie na którą nikt z nas nie ma wpływu. Poleca nam odwiedzić hacjendę Victora Corral Castro. Oryginalny dom z kamienia stoi za wielkim kamiennym murem na końcu ulicy za kościołem. Otacza go ogród pełen róż i innych kwiatów. Pomiędzy roślinnością stoją różnej wielkości rzeźby. Wielka kamienna krowa karmi małego kamiennego cielaczka, z zakamarków wyglądają zwierzątka i domowe i leśne, a na drzewach siedzą ptaki. W środku ogrodu stoi wielka figura Św. Jakuba w kapeluszu i z kosturem. Zachodzące słońce kładzie wielkie cienie na przystrzyżone trawniki, co daje atmosferę niesamowitej tajemniczosci. Chwilę czekamy i powitani czule przez gospodarza dostępujemy zaszczytu i przekraczamy progi tego oryginalnego domu. Victor przygląda się nam badawczo jakby starał się zapamiętać nasze twarze. To galisyjski rzeźbiarz i malarz, a jego prace zdobią wiele gmachów Hiszpanii. Nieobca jest mu poezja, choć nie mogliśmy docenić wierszy oprawionych w ramki i wiszących wśród innych prac.Opowiada nam o sobie, swojej pracy, która jest jego życiową pasją. Z ciekawością ogłądamy eksponaty wystawione na parterze domu i pracownię, w której tworzy swoje dzieła. Podziwiamy Jana Pawła II i Matkę Teresę, a także miniaturki, które mozna dojrzeć przez szkło powiekszające. Jeszcze chwila i na pewno zaczęlibyśmy rzeźbić w kamieniu zarażeni pasją gospodarza. Robi się póżno, więc żegnamy się i w podniosłym nastroju opuszczamy to artystyczne domostwo. Wracając oszołomieni mijamy restaurację, w której mielismy zjeść obiad. Szukamy miłego baru, jest ich kilka, ale lądujemy przy schronisku. Są tam nasi Holendrzy, piją czerwone wino, na apetyt przed obiadem. My zamawiamy herbaty, bocadillos i przysiadamy się. Wreszcie się poznajemy bliżej, opowiadamy o sobie wzajemnie, a nawet robimy wspólne zdjęcie. Wieczór miło upływa. Wybierają się na obiad, a nam się już nie chce wracać. Jeszcze kupuję napoje w sklepie na jutrzejszy dzień i zasypiamy pełni wrazeń w wygodnym apartamencie.
Dzień 6 - wtorek 13 maja 2008
Wstajemy o 7,30, mycie w gorącej wodzie ale śniadanie jemy na zimno – pożywne, gęste mleko smakowe i kanapki. Na zewnątrz kropi, ruszamy w pelerynach, zamykamy alberge, a klucz oddajemy w barze. Nasi Holendrzy wyszli oczywiście przed nami.
![]() |
![]() |
| Bardzo stary kościół | Nad Rio Parga |
Mijamy kościół i przystrzyżony trawnik w napis Baamonde. Świetny pomysł. Pada standardowo. Idziemy szosą ponad 2 km, na szczęście mało samochodów i za bardzo nie chlapią. Nasze Camino odbija w lewo przez tory kolejowe, po których suną dość nowoczesne pojazdy. Przekraczamy rzekę: Rio Parga. Na moście pozdrawiają nas pracownicy hydrologii. Mierzą poziom wody. Mijamy ledwo widoczny wśród zarośli i deszczu kamienny kościół większy od typowych wiejskich. To dawny erem San Alberte. Idealne miejsce na odpoczynek dla pielgrzymów, blisko wody, wśród drzew, z pitną wodą, ale dzisiaj nie dla nas. Leje, niby przelotnie, a my wędrujemy dalej kamienistymi drogami, przez błoto, bagna, trochę asfaltów; kolejne wsie i od nowa błota. Bus-stop – to jedyny ratunek na suchy odpoczynek.
![]() |
![]() |
| Bus stop – zawsze to chwila relaksu | Miraz - potrójna dzwonnica |
Pozbywamy się ciężkich wiktuałów, najpierw oczywiście owoce i soki. Aż 4 razy był mocniejszy deszcz, co nie robiło na nas wrażenia, ale były i momenty bez deszczu. Widoków oszałamiających nie było, ale ciekawe skały porośnięte żółtymi żarnowcami, w szczerym polu drewniany horreó z kamiennymi schodami. W pewnej malutkiej miejscowości widzieliśmy podwórko koło domu – był to ogromny ale naprawdę ogromny głaz , okalał go płot w budowie, podmurówka i słupki już stały, a na środku dla porównania ktoś dowcipnie położył kamień wielkości cegły. Ciekawostka przyrodnicza. Niektóre domy, starannie odnowione, miały nawet znaki Camino. Zrobiło się przyjemnie. Mieliśmy też trudności techniczne z pokonaniem szlaku. W pewnym miejscu oprócz nielicznych pielgrzymów szlak przemierzały często krowy. Wydeptały niezły wąwozik ze stromym poboczem, porośniętym jeżynami. W środku głębokie błoto nie do pokonania, nawet w pełnych butach. Czepiając się tych jeżyn, z chyboczącymi plecakami jakimś cudem przeczołgaliśmy się przez tę ścieżkę zdrowia „suchą nogą”. Jak później się dowiedzieliśmy niektórym niestety się nie udało.
Może nie bez przerwy, ale również rozmawialiśmy. Zaczynając jakiś temat padło „...dzisiaj myślałem.....” i tu chwilka przerwy i śmiech. W końcu Homo Sapiens, każdemu może się przydarzyć.
W Seixon de Abaixo, na kolejnym przystanku autobusowym prawie przysnęliśmy, znowu lało. Przejechał obok nas kompletnie przemoczony rowerzysta. Musiałam jeszcze zobaczyć romański kościół z XII w. i ruszyliśmy dalej już samym asfaltem, choć szlak gdzieś chyba kluczył. Zresztą pewności nie mamy. Wyprzedza nas pierwszy pieszy pielgrzym w mocnej długiej pelerynie. To starszy Hiszpan, idzie szybkim krokiem. Czemu niektórzy są wypoczęci? Mamy mieszane uczucia. Zaraz zresztą kończymy dzisiejszą wędrówkę. Przed 14,oo docieramy do Miraz, refugio angielskie nieco cofnięte, ładnie odnowione. Zostaliśmy przyjemnie powitani, wpis i donativo (po 3E), choć wyraźnie niekoniecznie. Holendrzy już odsypiają. Przemoczonych spodni nie mamy odwagi prać, buty wystawiliśmy do suszenia na powietrzu – akurat wyszło słońce i świeciło do samego zachodu, więc na murku schły sobie wszystkie buty polskie, niemieckie, hiszpańskie i holenderskie. Dobija prawie komplet pielgrzymów (Niemiec Fabian, Bułgar Plemen). Plemen zna nawet nieźle polski język, więc gadamy. Mieszka w Monachium i pracuje razem z Polakami. Pokazujemy sobie wzajemnie zdjęcia ze szlaku. Słowiańska dusza, fotografował nawet kwiaty. Mamy podobne, więc nasza wędrówka została potwierdzona. Niektórzy mają aparaty, ale nic nie zrobili. Może nie mają takiej potrzeby. Dzisiaj było tylko 16 km, choć ciężko szło się w deszczu. W nagrodę idziemy na spacer po wsi, wokół ładnego jak zwykle kamiennego kościółka z 3 dzwonami robimy zdjęcia. To kościół pod wezwaniem Św. Jakuba, obok jak zwykle niewielki cmentarz. SMS-y, w barze herbata, bo nic więcej nie było, o czym uprzedzały przewodniki. Troskliwe hospitalery nakarmiły tych, co szli bez zapasów. Ryż z dżemem nasycił naszych Holendrów, choć wczoraj uprzedzaliśmy, że nie ma po drodze i w Miraz baru ani sklepu. Nie wierzyli. W jadalni rozmowy w wielu językach, Holendrzy – mieli swój sprzęt do domina i pasjansa, ale metody gry jakieś wyjątkowo proste, kilka rundek przećwiczyliśmy ze śmiechem. Pełna integracja, coraz więcej o sobie wiemy, choć niezobowiązująco.
![]() |
![]() |
| Hospitalery Angielki i my w Miraz | Ławeczka pod daszkiem = przystanek |
Wreszcie dotarł SMS od Tomka (zięcia), okazuje się, że nasze SMS-y dochodzą regularnie, a od nich nic; ten defekt trwa do dziś, ale wtedy po kilku dniach niepokoju nareszcie się uspokoiliśmy.
Od hospitalery – Angielki dowiedzieliśmy się historii tego refugia i prawie jej życiorysu - Walijka, nauczycielka, dorosłe dzieci w Australii. Też przeszła Camino, więc zna potrzeby pielgrzymów. To kolejne refugio, w którym spotykamy się z życzliwym, rodzinnym przyjęciem. Jeszcze wspólne foto i wpisy do księgi pamiątkowej, przy czym poprosiliśmy o korektę wg stylu Oxford/Cambridge. Nowe schronisko posiada nawet bibliotekę i słowniki m.in. angielski. Po 21 w łóżkach, nocą wielu chrapało dokuczliwie, abyśmy nie zapomnieli, że inni też tam czasem nocują.
| « Poprzednia strona | Dzień 5 i 6 | Następna strona » |







