Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

M.A. Wachowicz
Camino del Norte 2008

Dzień 7 – środa 14 maja 2008


Wstajemy przed 7,oo, mycie, idziemy na śniadanie – a tu już gotowe zastawione stoły. Rzucili się pielgrzymi na ten bonus, a my może zbyt skromnie wyjęliśmy własne jedzenie, spróbowaliśmy tylko dżemu.  Pielgrzymi połknęli co się dało i w nogi; do sprzątania ze stołów po nich zostaliśmy chwilę dłużej, pożegnaliśmy się na spokojnie i serdecznie. O 8 ruszamy, pod górę, śliczne widoki w wychodzącym zza gór słońcu, wokół całe pola żółtych kwiatów. Na pierwszym rozwidleniu ustawione na milowym słupku 2 całkiem znośne buty trekkingowe. Z bocznej drogi wracają prawie biegiem Holendrzy – chcieli skrótu, którego nie było, wracają na szlak i znikają nam. Słychać jeszcze dłuższą chwilę stukanie kijków. Długo szlak prowadzi przez połacie kamienne - wygładzone jak posadzka, ze strzałkami malowanymi wprost na nich; widać kamieniołomy, z których wycinane są wielkie bloki skalne. Długotrwałe opady deszczu wypełniły kamienne doły i utworzyły małe urokliwe jeziorka.

Camino iście kamieniste Wzdłuż lasów eukaliptusowych

Docieramy do drogi asfaltowej prowadzącej przez wsie, na przystanku pijemy wodę z witaminami, jakieś słodycze. Mijają nas pielgrzymi – tyle że nie są tak wytrawni jak należy – dojechali tu taxi. Już nie ma błota, z grani widać Travesa. Podziwiamy piękne górskie widoki, mijamy łąki i pastwiska z pasącym się bydłem. W Marcela latem podobno jest otwarty bar „Na pół drogi”. Pojawiają się eukaliptusowe lasy, wysokie, prościutkie, z liśćmi o charakterystycznym zapachu.

Zupka zagotowała się szybko, łyżka szybciej Fabian i Plemen

Koniec Corteporcos. Na razie nie pada. Na polance przy szosie gotujemy!  2 x pomidorowa, jemy słodycze, ale zaczyna kropić, więc od 13,00 z marszowym śpiewem ze starego harcerskiego repertuaru  wędrujemy szosą ok. 7 km, bez żadnych znaków.  Mży coraz mocniej, mijamy jezioro stworzone przez 2 zakonników i docieramy o 15,30 do Sobrado dos Monxes; pozostało 62km. Błądzimy po dziedzińcu klasztornym – Monasterio de Santa Maria, którego początek datuje się na Xw. Od 1960 roku benedyktyni zasiedlili opuszczony klasztor i skutecznie go odnawiają. Robimy  liczne foto tego bardzo misternie wykończonego kościoła; ale wszystko jak zwykle jest pozamykane. W barze przy głównym placu czekamy na otwarcie refugio – rozgrzewają nas herbaty z bocadillos. O 16 zakonnik(?) otwiera klasztor – a tam już spora gromadka odsypia. Prysznic, przebieramy  suche skarpety i koszule i (choć nadal mży) idziemy do miasteczka, w supermercado zakupy, w panaderii chleb, ciastko. Na wylocie trasy jest polecany bar, tam mimo jeszcze wczesnej jak na Hiszpanię pory i pustej sali uprosiliśmy coś do jedzenia – dość szybko zaserwowali nam pełny, smaczny obiad. Przeczekując ulewny deszcz zamawiamy jeszcze 4 herbaty, wysyłamy SMS-y do synowej i zięcia, wracamy po 19 do monasteru, a inni właśnie wybierają się na posiłek. Układamy się na przyległych parterach łóżek, niespokojnie czekamy na odpowiedzi z domów, wreszcie są. Po 22 gaszą światła. Dzisiaj nocuje sporo osób, chyba szli inną trasą, może Primitivo, są również rowerzyści.

Monaster Sobrado dos Monxes Malutki fragment elewacji

Dzień 8 – czwartek 15 maja 2008


O świcie mycie – w zimnej wodzie, w kuchni nie ma gazu (butli na końcu wężyka); pijemy zimne mleko, pakujemy się, o 8,00 już na szlaku. Mży, trochę foto i filmu. Mijają nas pielgrzymi, którzy jedli śniadanie w mieście oraz pojawiają się nowi, ci chyba dojechali – mają czyściutkie spodnie i buty, raźnie wymachują kolorowymi kijkami trekingowymi. Robimy kilka skrótów szlaku, większość asfaltem. Droga bez większych problemów, jednak idziemy jakby coraz wolniej. Przy szosie pasie się biały koń, z białą grzywą i strzyże uszami. Wygląda zupełnie jak koń Jakuba w zwycięskiej walce z maurami pod Clavijo.

Wokół kwitnące łąki Wrzosy w maju - u nas dopiero we wrześniu

Na skraju miasta przy płocie budowy siadamy na krótki odpoczynek, idziemy środkiem Boimorto ładnie i starannie utrzymanej miejscowości. Następny postój na przystanku w lesie. Świeci słońce, ale na horyzoncie pojawiają się czarne chmury. Cieszymy się, że burza mija nas bokiem. Od 13,oo słońce grzeje prawie po hiszpańsku, więc  rozbieramy się nieco z wierzchu. W Oviso słupek 41,6 km, znów pada, a gdy docieramy do Arzua -  wręcz leje. W centrum próbujemy chować się pod drzewami, rozdzielamy się w poszukiwaniu “języka”, różnymi drogami docieramy do alberge, które jest przy drodze francuskiej, 2 ulice w lewo od szlaku norte. Godzina 15, pozostało 37 km. Rozlokowaliśmy się, prysznic, pranie z długim wyczekiwaniem w kolejce chętnych do suszarki, resztę na sznury. Idziemy do miasta po zakupy: mleko, sery, soki, kinder bueno. W albergue jemy na sucho, bo kuchnia nieczynna. Przy ogólnym stole w hallu jedliśmy posiłek w towarzystwie Wrocławianina. Jak mówił, szedł i jechał od Pirenejów. Na herbaty poszliśmy na róg do baru, jeszcze po pieczywo. Prania nie przeschły z oczywistych powodów (pada), a my trochę rozpaleni kładziemy się ok. 20,oo. Po 23 doszedł pierwszy SMS od córki nadany przez internet, wreszcie spokojniej zasypiamy. Niestety cywilizacyjne problemy nas nie omijają nawet na camino.