M.A. Wachowicz
Camino del Norte 2008
| « Poprzednia strona | Dzień 11 i 12 | Następna strona » |
Dzień 11 – niedziela 18 maja 2008
Budzimy się po 7, Holendrzy ruszają z całym bagażem w dalszą drogę (do Fisterry), my jemy śniadanie, zostawiamy spakowane plecaki przy łóżkach i całkiem swobodnie idziemy do Santiago; po drodze chleb, owoce. Inni pielgrzymi dopytują o nowe albergue San Lazaro, ale nikt nie potrafił wskazać. Musi gdzieś być w tej okolicy, bo w którymś schronisku widzieliśmy ogłoszenie.
![]() |
![]() |
| Święty Jakub – doprowadził! | Widok z drugiej strony miasta |
Po 11 wchodzimy do katedry, nie ma już miejsc siedzących, podchodzimy dość blisko środka, skąd można dobrze filmować. Przed rozpoczęciem mszy z udziałem kilku biskupów, w tym niemieckiego pielgrzymującego, zakonnica wyczytuje i wita tych co dotarli i zameldowli się do wczoraj. Sporo tego, z różnych krajów, różnymi drogami. Jesteśmy i my “dos Polonia de Ribadeo” czyli: dwoje Polaków od Ribadeo. Mała to satysfakcja, ale w następne dni nikogo z Polski nie wyczytano. Oczywiście mamy nagrania, zdjęcia. Msza była bardzo uroczysta. Przed jej zakończeniem ośmiu “strażników dymu” rozpala wielką kadzielnicę; znamy ten rytuał, wiec na chłodno śledzimy te wszystkie czynności: dowodzący akcją niby symbolicznie rozkołysał botafumeiro wiszące na linie grubości ręki przewleczonej przez krążek pod samym sklepieniem katedry, a potem zgodną siłą rytmicznie pociągając wprawili je w niesamowity rozkołys. Latało całym transeptem, że trudno było wiernym nadążyć oczami, pozostawała smuga dymu, a słychać było tylko skrzypienie krążka. Kadzielnica powoli zmniejsza bujanie, aż w końcowym ruchu główny zakonnik wprawnie ją chwyta, jak konia w galopie, zatrzymuje bujanie. Wtedy dopiero emocje wiernych wyrażają się brawami. A kadzielnica zostaje podczepiona na masywnym drągu-nosidle i wyniesiona. Z głośników komunikat, aby wychodzić już z katedry – bo zamykają o 13,20(?). Krążymy więc po uliczkach, mży; kupujemy pamiątki, coś podjadamy. W albergue u Manuela zmieniamy pokój, dochodzą sympatyczni “pokutniki”- małżeństwo z Czech. Gotujemy makaron do mocarelli, parówek i sosu. Na prędce komponujemy sałatkę i odpoczywamy. Po 18 w centralnym barze dosiadamy się do internetu, wysyłamy wiadomości do przyjaciół, sprawdzamy, czy aby lotu powrotnego nie odwołano, piszemy widokówki. W kolejnym deszczu przebiegamy do naszego pawilonu na własną herbatę, prysznic, a o 22 do spania.
Dzień 12 – poniedziałek 19 maja 2008
Spokojnie wstajemy, śniadanie. Znów zostawiamy plecaki, Czesi też, ruszamy na zwiedzanie Santiago. W pełnym słońcu obchodzimy centrum od lewej (południa), trafiamy na Seminario Menor polecane w przewodnikach, z przeciwległego wzgórza widzimy katedrę z nad domów, wspinamy się do niej ok. południa, zwiedzamy boczne kaplice, drzewo Jesego, filmujemy, choć i tak wszystkiego się nie uchwyci, ale będzie nam to przywoływało przed oczy nastrój całej pielgrzymki, tak wzniosły jak i spokojny zarazem.
W sklepikach ostatnie pamiątki dla rodziny, za resztę drobnych pijemy herbatę, liczymy czy nam wystarczy jutro na autobus do lotniska, i ... tu nie mamy żadnej rezerwy, a może coś wypadnie kupić na lotnisku lub w samolocie? Zagadujemy kelnera o bankomat, zrozumiał nasz hiszpański i wyraźnie z uśmiechem po polsku udzielił wskazówek – to Dominik, po iberystyce, teraz tak pracuje.
Santiago de Compostela, maj 2008, piękny nastrój, tylko gotówka się kończy. Ale mamy kartę i są bankomaty; napisy hiszpańskie całkiem obce, układ klawiszy coś podobny do naszych, starannie wykonujemy tradycyjne czynności – a maszynę zatkało, długo nic, kilka piknięć i wypluło samą kartę BEZ GOTÓWKI. Trudno ryzykować kolejny raz aby nie zabrało nam na wiele dni „całego majątku”. Szukamy banku z ludzką obsługą, ale są już pozamykane, tylko można wejść do przedsionka z bankomatem. Próbujemy na sucho, może w języku angielskim – też znacznie więcej tekstów (może pytań) do wyboru niż u nas; nie ma zrozumiałych na całym świecie akcept, yes, si, tylko klawisze w różnych kolorach. Zastanawiamy się chyba za długo – znów wypluło kartę!
Widzimy wewnątrz banku jakąś panią, kiwamy jej rozpaczliwie i, o dziwo, otwiera drzwi. Nie wtargnęliśmy do środka, tylko prawie ją przyciągnęliśmy pod bankomat, odstawiła szczotkę i gestykulując oburącz tłumaczyła to, co dla niej oczywiste. Ponawiamy procedury, przechodzimy w maszynie na hiszpański, jednak po kolejnej porcji tekstów w rodzaju „ czy wpłata, czy wypłata, czy tylko sprawdzić saldo, a w jakich nominałach, czy z wydrukiem, a czy na pewno…..” – czas się znów kończy, słychać pikanie (to już 3 podejście!!) - Hiszpanka „rzutem palca” w któryś (chyba właściwy) klawisz zakończyła bitwę. Szum liczarki, oddało kartę i …EURO. Nasza ulga to nic w porównaniu z wielką dumą tej skromnej pracownicy banku. Muchas gracias!
Te pieniądze i tak prawie w całości dowiźliśmy do domu, ale wtedy już bez obaw w dobrych humorach kupujemy zapasy na drogę powrotną; z odpoczynkami na skwerkach w cieniu, powracamy do alberge. Tradycyjnie prysznic, gotujemy obiadek, jemy z Niemkami, kazały pozdrowić Ilonę i Adelę poznane kiedyś w Zakopanem. Norweżki szły od Triacastela i bardzo się cieszyły, że spotkały aż dwoje Polaków. Wysyłamy SMSy, rozmawiamy już w łóżkach z Czechami –Józef i Wera z Pragi, wymianiamy się e-adresami. Czesi rano wyruszają na Fisterrę.
Po powrocie dostaliśmy od nich maila, że dotarli nawet do Muxii.
![]() |
![]() |
| Spacerkiem po Santiago | Norte z lotu ptaka |
| « Poprzednia strona | Dzień 11 i 12 | Następna strona » |



