Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Anna Kowalczyk
Camino po raz drugi

Via de la Plata


23 sierpnia 2007 roku stojąc przed katedrą w Santiago de Compostela, po przejściu 785 km z Saint Jean Pied de Port we Francji, obiecałam sobie, że wrócę tu na pewno, również na piechotę, ale inną drogą.

Dróg do Santiago jest wiele. Chciałam wybrać taką, żeby nie pokrywała się z poprzednią. Takie są drogi z południa, czyli z Sewilli (Via de la Plata) i z Portugalii (Camino de Portugués).

Via de la Plata prowadzi starożytnym szlakiem, którym na północ podążali żołnierze rzymscy, władcy mauretańscy, a potem królowie hiszpańscy. Biegnie przez najgorętsze obszary Hiszpanii: Andaluzję, Kastylię – La Mancha, Extramadurę, potem Kastylię - Leon i Galicję. Teren prawie cały czas w większym lub mniejszym stopniu pofalowany i aż do Galicji stosunkowo słabo zaludniony. Wybrałam ten szlak, spodziewając się przede wszystkim niewielkiej ilości pielgrzymów (wśród polskich pątników zupełnie niepopularny) i to raczej Hiszpanów, a co za tym idzie by także wypróbować swój hiszpański.

13 sierpnia 2008 roku wsiadłam w Krakowie do samolotu. Kierunek oczywiście Hiszpania. Tym razem lecę (przez Londyn) na południe do Sewilli, gdzie rozpoczyna się Camino de la Plata znane też jako Via de la Plata. Nazwa nie pochodzi od srebra (la plata), ale od arabskiego słowa "al-balat" oznaczającego drogę cesarską, która prowadziła z Meridy do Astorgi.

Sewilla od pierwszych kroków dała mi "popalić".

Wyjście z samolotu przypominało wejście do pieca, I tak mnie "zamuliło", że nawet nie pomyślałam o poszukaniu na lotnisku informacji turystycznej, pewna że tutaj tak jak we wszystkich miejscowościach na trasie Camino Francés, słowo camino jest kluczem do wszystkiego. Nic bardziej błędnego. Po 2 godzinnym błądzeniu dotarłam w końcu do Biura Obsługi Pielgrzymów, gdzie zarejestrowałam swoje camino i kupiłam credencial – paszport pielgrzyma. Młoda osoba siedząca tam była kompletnie niezorientowana. Nie potrafiła odpowiedzieć na żadne pytanie dotyczące czy to drogi, czy schronisk. Nawet nie wiedziała, gdzie w Sewilli można przenocować najtaniej. Dobrze, że niektóre informacje ściągnęłam w Polsce z internetu. Przez następne ponad 2 godziny szukałam schroniska. Po prostu ludzie nie znali takiej ulicy. W końcu zlitował się nade mną sprzedawca w kiosku z gazetami i tak długo szukał na planie miasta aż znalazł.

Schronisko Młodzieżowe, pokoje 2 osobowe, w cenie noclegu śniadanie (cena jak na polskie warunki – hotelowa). Jestem w pokoju z Japonką. Jakoś dogadujemy się po hiszpańsku.

Po południu samotny spacerek w kierunku katedry i prosto na mszę św. Obejrzałam trochę ale zwiedzanie zostawiam na następny dzień.

Katedra ogromna, podobno powierzchniowo jedna z największych w Europie, tak że nawet potężny złocony ołtarz trochę się gubi, fantastyczne stalle. Można by tu chodzić całymi godzinami. Wieża katedry czyli Giralda to pozostałość minaretu, obecnie dzwonnica. Wnętrze dzwonnicy robi wrażenie. Na górę prowadzą nie schody, a łagodnie nachylone rampy, którymi swobodnie odbywa się ruch turystów w obie strony. Te rampy to nie pomysł współczesnych modernizatorów, ale średniowiecznych budowniczych. Po prostu na Giraldę wjeżdżało się ...konno. Przez mijane okna można podziwiać kunszt rzeźbiarski średniowiecznych mistrzów. Ze szczytu rozciąga się widok na miasto i stąd można podziwiać architekturę gotyckich dachów i przypór katedry.


Alkazar – niedaleko katedry siedziba władców zarówno mauretańskich jak i później królów hiszpańskich. Wielokrotnie przebudowywany, ale nadal daje wyobrażenie o swojej pierwotnej urodzie. Ściany w misternych arabeskach. Wędrówka po salach, dziedzińcach z fontannami i rosnącymi w ogromnych donicach kwiatami jest wytchnieniem dla zmęczonego upałem turysty.

Corrida – miejsce znane nam wszystkim z walk byków. Tutaj jeszcze muzeum, gdzie można poznać historię areny sewilskiej, zobaczyć stare stroje torreadorów, a nawet wypchane krowy (matki najlepszych byków). Na końcu kaplica.

Upał powalający z nóg. Na całe szczęście wszędzie, gdzie się da jest klimatyzacja.

Wieczorem w schronisku niespodzianka. W sąsiednim pokoju mieszkają dwie młode dziewczyny z Katowic, które pracowały miesiąc, a teraz za zarobione pieniądze zwiedzają Hiszpanię.

Camino zaczynam 15 sierpnia. Tutaj tak jak i u nas święto. Na szlak wyruszam dość późno, bo ok. 8.30. Puste ulice Sewilli i dalej też pusta droga. Nikogo. W jednym miejscu strzałki dla pieszych prowadzą przez coś co przypomina wysypisko śmieci (i też tak "pachnie"). Dla rowerzystów omijają ten teren i trochę naokoło prowadzą też w tym samym kierunku. Wybieram wariant dłuższy, ale mniej śmierdzący. Droga pusta, prosto na północ, żadnych ludzi. W Guillenie schronisko nieoznakowane. Szukałam przechodząc obok kilkakrotnie. Jest to chyba szatnia przy boisku, tylko wstawiono doń kilka piętrowych łóżek. Po ponad dwóch godzinach dociera Luis, Hiszpan z Alicante. W końcu mogę z kimś zamienić słowo. Ale najpierw idę zobaczyć miasteczko i… spotykam Polkę. Mieszka tu z synem od kilku lat i jestem pierwszą spotkaną rodaczką. Niestety idzie do pracy i nie możemy dłużej pogadać. Z Luisem nie pójdę dalej razem, bo planuje długie odcinki, po 40 km dziennie. Dziękuję, ale nie dla mnie przy tym upale. W nocy nieznośny upał, praktycznie nie ma okien, a drzwi wolimy nie zostawiać otwartych. Do tego za schroniskiem znajduje się basen i cały czas słyszę prawie nad głową przepompowywanie wody. Ledwo zasnęłam, ktoś się dobija. To George 66 letni Niemiec, który twierdzi, że zna hiszpański. Jak się okazało znał, ale było to prawie 30 lat temu. Po takim okresie tej wiedzy zostało mniej niż mało, ale pewności siebie miał aż nadto. Pomimo jego miernego hiszpańskiego i mojej nieznajomości niemieckiego, jakoś się dogadywaliśmy i przez ponad 2 tygodnie wędrowaliśmy tym samym tempem, więc niejako razem.

Plan dnia jest prosty. Wyjście rano między 7 a 8. Przed wyjściem wypijam kawę (jak się ma grzałkę to jest i coś gorącego) i zagryzam sucharkiem z serkiem topionym lub dżemem. Po drodze, jeśli trafiła się miejscowość, to w barze druga kawa albo coś zimnego w dużej ilości. Jeśli nie, to jedynie to, co się nosi na plecach. Kupno tuż przed wyjazdem 2 litrowego bukłaka na płyny, wkładanego do plecaka (nazywanego po angielsku camelbag), okazało się strzałem w dziesiątkę. Bywały dni, że przez 4-5 godzin marszu nie uświadczyło się cienia. Po dojściu do celu, najpierw bar i duuuużo picia, potem szukanie schroniska. Jeśli zamknięte, człowieka posiadającego klucz. Kąpiel, pranie wszystkiego co się miało na sobie i ...tu w końcu zrozumiałam po co i dlaczego jest sjesta. Po popołudniowej drzemce wyprawa do sklepu, ewentualnie baru, żeby coś zjeść.

W kolejne dni droga jest bardziej urozmaicona. Teren coraz bardziej pofalowany. Idziemy przez pastwiska nazywane la dehesa, winnice, plantacje oliwek. Mijamy dęby nazywane el roble, których owoce są głównym pożywieniem świń.

Pastwiska zamykane są solidnymi bramami. Nieraz trzeba sporo siły, by je otworzyć, a potem zamknąć. Pasą się czarne hiszpańskie świnie, krowy, kozy i jeszcze do kompletu owce. Taki "tłumek" naszych "braci mniejszych", ale sporych rozmiarów budzi respekt. Dość nieswojo czuję się wchodząc między pasące się zwierzęta, na całe szczęście one nie są zainteresowane bliższą znajomością.

Oznakowania też są różne. Od tradycyjnych żółtych strzałek, poprzez granitowe słupki z napisem Camino de Santiago i granitowe sześciany z wyrytym na wierzchu symbolem Camino de la Plata, bramą z Caparry.

Czasem mijają nas rowerzyści, głównie Hiszpanie, ale czasem i innych narodowości. Gdy idę sama, bo George idzie z reguły kawałek przede mną, zawsze się zatrzymują i pytają, czy wszystko w porządku i bardzo się dziwią, że jestem z Polski i sama. Kilka zdań i jadą dalej. Rowerzyści pokonują w ciągu dnia 80-100 km, a piesi 20-30, więc nie ma szans na kolejne spotkanie

W Almaden de la Plata wpadamy prosto na fiestę. Gaspacho, jakim tam nas poczęstowano, to było coś wspaniałego. Takiego nie jadłam nigdy potem. Największą atrakcją dla dzieci natomiast był agregat pianotwórczy. Pianę dzieci nazywały "śniegiem" (prawdziwego nie znają) i po krótkim czasie było jej po kolana. Dorośli, gdyby im nie było wstyd też by weszli pod jej strumień.

Monasterio - najważniejszy ośrodek produkcji Jamon de serano, czyli fantastycznej hiszpańskiej szynki. Nie można jej nie skosztować. Zamknięte schronisko i trzeba spać w hotelu. Do tego "dorwały" mnie tu początki grypy. Chyba z przegrzania. Przede mną jeden dzień odpoczynku.

W Villafranca de los Barros widzimy grupkę tancerek i pieśniarzy flamenco. Z ciekawości idziemy za nimi i docieramy do kościoła, gdzie uświetniają ślub. Po zakończeniu ceremonii, przed kościołem obsypywanie młodej pary nie tak jak u nas ryżem, czy drobnymi monetami, ale większymi confetti i serpentynami. Po chwili plac wygląda jak kolorowy śmietnik. Oczywiście jeszcze odpalanie petard, bez których nie obejdzie się żadne hiszpańskie święto.

W Meridzie bardzo dobrze zachowane ruiny rzymskie. Niestety nie udaję się nam zobaczyć Parku Archeologicznego ze wspaniałymi ruinami amfiteatru. Gdy tam dotarliśmy było już nieczynne. Wobec tego idziemy za miasto zobaczyć ruiny akweduktu. Robią wrażenie. Schronisko przesympatyczne, w którym "tłum", bo ok. 8 osób, z czego połowa to rowerzyści. Rano wychodzimy z jednym z Włochów, którego potem spotkamy w kolejnym schronisku.

Przed Cáceres, jedyne miejsce chłodu i cienia to przejście pod autostradą. Potem 1.5 godzinne przejście przez miasto do schroniska. Na zwiedzanie nie było już siły.

W następnym dniu spotykam 2 dziewczyny z Niemiec: Dorotę i Justynę. Ta druga urodziła się i dzieciństwo spędziła w Ozimku. W końcu mogłam z kimś porozmawiać. Wbrew pozorom oprócz spotkanego na pierwszym noclegu Luisa, Hiszpanów jak na lekarstwo.


Jako, że prawie cała trasa biegnie terenami pagórkowatymi i słabo zaludnionymi, po drodze oprócz pastwisk, co kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów miasteczka, które z dala wyglądają jak z bajki. Położone na wzgórzach wydają się, że są na wyciągnięcie ręki. A tu jeden pagórek, drugi,… kolejny i nieraz ponad godzinę dochodzi się. Niesamowite.

Najbardziej niewiarygodnie wyglądało Galisteo. Wydawało się, że to o rzut kamieniem. Na wzgórzu, otoczone potężnymi murami obronnymi. Gdyby nie kilka zupełnie nie pasujących domków przed murami można by pomyśleć, że nagle znaleźliśmy się w średniowieczu. Do tego miasteczka dochodziliśmy chyba 2 godziny. Niestety nigdzie ani słowa o historii, czy jakiegokolwiek opisu.

Caparra – potężne wykopaliska miasta z czasów rzymskich. Brama, najwyższy ich obiekt jest symbolem Via de la Plata i robi wrażenie. Tyle lat, a wygląda lepiej niż wiele późniejszych zabytków. Jako że Niemcy dali pokaz jak można chodzić "wolniej niż wolno" (24.5 km w 11 godz.) - postanowiłam przyśpieszyć. W następny dzień zrobiłam ponad 42 km, mijając dwa schroniska by w trzecim wpaść na ...kolejnego Niemca. Dzięki Bogu Antonio jest pochodzenia hiszpańskiego, mówi świetnie w tym języku i w końcu mogę poćwiczyć mój hiszpański. Niestety szliśmy razem tylko 2 dni.

Salamanka. Dla mnie to ponad połowa drogi. Mam "w nogach" 517 km, do Santiago "tylko" 483. Jedyne miasto w Hiszpanii, które kojarzy mi się z chłodem i deszczem. Jedyny dzień, gdy szłam cały czas w długich spodniach i koszuli polarowej, w bardzo zimnym (jak na Hiszpanię) i silnym wietrze. Za to przesympatyczne schronisko w centrum. Wybrałam się zwiedzać w moich tzw. "popołudniowych" sandałach, które na mokrym, granitowym bruku ślizgały się niemiłosiernie. Ale miasto warte było dokładniejszego obejrzenia.

Tak samo Salamanka kojarzy mi się z najkoszmarniejszym odcinkiem. Z powodu budowy nowych autostrad, kilka kilometrów za miastem camino po prostu ginie. Jedynym rozsądnym wyjściem było dostać się na drogę krajową N-630 prowadzącą z Sewilli do Astorgi i prawie 30km "przetuptać" poboczem. Tyle żeby się tam dostać zamiast okrążać ileś kilometrów skróciłam sobie drogę przechodząc pod inną szybkiego ruchu przepustem wodnym, na całe szczęście prawie suchym i o średnicy ok. 120 cm. Czasem dobrze być niskim. Pobocza są szerokie, tak że można iść spokojnie, ale asfalt jest solidnie czarny i żar walił od niego. Do tego jedynie można przysiąść na barierce. Natomiast kierowcy nie dziwili się samotnej pątniczce i pozdrawiali trąbiąc, migając światłami, czy też znanym nam dobrze znakiem V. To było miłe.

Zamora. Schronisko w zaadaptowanym starym budynku. I znów sporo pielgrzymów, bo ok. 15 z tego tylko 4 osoby pieszo. Sporo do zwiedzania. Kilka kościołów i katedra. Dla pielgrzymów wstęp wolny. W muzeum przy katedrze ogromna monstrancja procesyjna. Miała chyba z 2 m wysokości i była umieszczona na wielkim wozie. Wszystko pięknie zdobione i złocone.

W El Cubo de la Tierra del Vino (pomiędzy Salamanką i Zamorą) pojawił się pierwszy hiszpański pieszy pielgrzym. Milczący Juan Carlos, który nie dawał się wciągnąć w rozmowę. Może to była wina mojego nienajlepszego hiszpańskiego. W Zamorze w schronisku oprócz rowerzystów i wspomnianego Juana Carlosa, zjawiły się dwie katalonki (z Barcelony), też nie bardzo rozmowne.

W końcu mogę próbować rozmawiać po hiszpańsku. Idę z 2 Hiszpanami, jeden to ten spotkany w El Cubo, a drugiego spotkałam wczoraj, bask. Idziemy 2 dzień razem i jest sympatycznie. Biedni wyciągają nogi za mną. Ale dużo gadają. To SMS wysłany z drogi do Tabary. Młodsi o kilkanaście lat, ale ja przeszłam już ponad 600 km, a oni dopiero zaczęli, jeden w El Cubo, drugi w Zamorze. Do tego w solidnych turystycznych butach, które dały im trochę "popalić", ale mimo to patrzyli na moje, co prawda trekingowe, ale zawsze sandały z lekkim przerażeniem i chyba niedowierzaniem, że tyle przeszłam bez pęcherzy, czy otarć nie mając praktycznie drugich butów.

Spotykam coraz więcej rowerzystów, głównie Hiszpanów. Wieczorami siedzimy w barach na wspólnych kolacjach i gadamy, gadamy, gadamy. Hiszpanie, chcą mi jak najwięcej opowiedzieć o swoim kraju i co dla mnie jest szczególnie miłe, wszędzie chwalą się znajomością ze mną jako z Polką, "siostrzenicą Ojca Świętego Jana Pawła II"podkreślając, że idę z Sewilli i to sama.

Ostatnie 2 tygodnie idę z Javierem (baskiem z San Sebastian). Juan Carlos z powodu pokiereszowanych przez buty nóg musiał zostać w tyle. Javier, człowiek bardzo towarzyski, rozmawia po drodze ze wszystkimi spotykanymi ludźmi. Dzięki temu dowiaduję się, że Hiszpanie tą trasą pielgrzymują głównie w kwietniu-maju. Nie jest wtedy zbyt gorąco i wysuszone teraz słońcem łąki i pastwiska, są zielone i kwitnące. To wyjaśnia fakt braku ludzi na trasie. Idziemy długimi odcinkami, w większości ponad 30 km dziennie. Jesteśmy coraz bliżej Galicji.

Od Pueblo de Sanabria zaczynają się górki. Jednego dnia idziemy prawie cały czas powyżej 1000m n.p.m. W dole widać rzekę, potem zaporę i zbiornik wodny. Momentami pojawiają się chmurki, a my jesteśmy w słońcu nad nimi. W innym dniu znów solidne podejście, a na górze Rincón del Peregrino – przesympatyczne miejsce odpoczynku. Każdy wchodzący pielgrzym dostaje muszlę, na której tak jak w innych miejscach w księgach pamiątkowych, wpisuje się swoje imię, datę i kraj. Muszla jest potem wieszana. Całe sufity i ściany są obwieszone tymi nietypowymi pamiątkami.

Przed La Gudiña zaczyna się Galicja. Pojawiają się charakterystyczne dla tego regionu: cruceiro, czyli przydrożne kamienne krzyże z Chrystusem z jednej i Matką Bożą z drugiej strony, ażurowe spichlerze na słupach, teraz już częściowo zapełnione kukurydzą. Zmienia się też struktura zaludnienia. Dotychczas właściwie nie było wsi, tylko miasteczka i duże gospodarstwa rolne (finca). Teraz co krok przechodzimy przez przysiółki, kilka domów + zabudowania gospodarskie (bez sklepu czy baru).

Orense. Nie tylko katedra, ale i baseny z wodami termalnymi (za darmo). Javier moczy się, a ja zgrzytam zębami bo nie wzięłam kostiumu kąpielowego. Obsługa pilnuje i nie pozwala nawet zamoczyć nóg. To także kolejne przesympatyczne schronisko. Dosłownie kilka kroków od katedry, w zaadaptowanej części klasztoru franciszkanów.

Do zeszłego roku wszystkie schroniska galicyjskie były "donativo" czyli co łaska. Od tego, wprowadzono stałe opłaty 3 euro. Biorąc pod uwagę ceny niektórych schronisk we wcześniejszych prowincjach Hiszpanii, to niewiele. W większości schroniska są nowe lub niedawno remontowane. W tych nowych czasami są śmieszne rozwiązania. Np. w schronisku w Laxe nie ma żadnego wyłącznika światła. Po prostu po zmroku załącza się samo i świeci non stop a po 22 jest wyłączane ale… załącza się przy pomocy czujników ruchu. Jest to koszmarne w nocy, gdy np. śpiwór wysunie się poza obręb łóżka, nie mówiąc już o próbach dyskretnego wyjścia do łazienki. To już druga połowa września. Widać powoli zbliżającą się jesień. Robi się zdecydowanie chłodniej. Teraz śpiwór jest nieodzowny (przez pierwsze 2 tygodnie był zbędnym ciężarem w plecaku).

Jestem w Monasterio de Oseira. Schronisko w XVI wiecznym chyba refektarzu bez ciepłej wody i prysznica. Są tu cystersi. Ogromne opactwo. Brat, który pokazał nam, gdzie jest schronisko był bardzo zdziwiony, że rozpoznaję po habicie co to za zakon i coś na temat cystersów wiem. Odpowiedź, że przecież jestem katoliczką chyba trochę go zaskoczyła i od siebie dodał, a Javier mu przytaknął, i Polką. Wieczorem poszłam do klasztoru na modlitwę z pięknym śpiewem zakonników. Rano na mszę św. też z modlitwą i śpiewem. Nie było krótko, bo 1.5 godz. Potem zakonnicy zaprosili na śniadanie. Wyjście na trasę dopiero o 9.40. Po drodze "psia" przygoda. Hiszpanie delikatnie mówiąc nie dbają o swoje czworonogi. Psy są bardzo zaniedbane (nawet psy pasterskie) i biegają luzem. Nie są agresywne. Ale ten jeden był wyjątkowy. Cały czas, gdy rozmawiałam z właścicielką szczekał, podbiegał i demonstrował swoje niezadowolenie. Gdy odchodziłam i podniosłam rękę w geście pożegnania, psina chyba myśląc, że grożę jego pani, złapał mnie niezbyt przyjacielsko za drugą. Javier, gdy to zobaczył, wpadł w istny szał. Gdyby psiaka dorwał, chyba sam by go zagryzł. W czasie zamieszania pani i pies zniknęli. Oczywiście nikt, nic nie wiedział. Później dowiedzieliśmy się, że nie byłam pierwszą ofiarą, a do tego najbliższa apteka i lekarz są 10 km dalej. Pomimo mojego protestu Javier wezwał pogotowie. Do caminowych atrakcji dołączyła się przejażdżka karetką pogotowia, wizyta w szpitalu (a nawet dwóch, bo w Santiago musiałam iść na kontrolę), zastrzyk przeciwtężcowy i solidnie posklejana na całe szczęście nie szyta ręka. Było już niedaleko do celu i zabandażowana ręka wcale nie przeszkadzała w kontynuacji pielgrzymki. Jeszcze tylko 2 dni.

W schronisku, gdy kombinowałam jak sobie poradzić w łazience jedną ręką, jak z nieba pojawiły się dwie Polki. Panie zwiedzały Portugalię i przy okazji postanowiły przejść kawałek camino. Ruszyły z Orense z dość ciężkimi plecakami. W końcu zwiedzanie miast i piesze wędrowanie to dwie zupełnie różne sprawy, ale chęć przejścia chociażby kawałka camino była silniejsza.

W Puente Ulla robiąc zakupy w supermarkecie nagle słyszę dziwnie znane i zrozumiałe słowa. Stanęłam jak wryta, nastawiłam uszu i rzeczywiście, dwaj mężczyźni rozmawiają po polsku. Gdy się do nich odezwałam przez moment patrzeli na mnie jak na ducha. Panowie pracowali przy drążeniu tuneli i byli bardzo zdziwieni spotkaniem rodaczki w takiej małej mieścinie.

Niedziela 21 września. Ze schroniska w Outerio do Santiago de Compostela mamy tylko 16 km, a msza św. dla pielgrzymów jest w południe. Padający w nocy i rano deszcz trochę opóźnił nasze wyjście. Tak, że dobrze wyciągaliśmy nogi. Gdy zobaczyliśmy wieże katedry Javier wydał jakiś indiański okrzyk i w sumie po 3 godzinach drogi byliśmy już w Biurze Obsługi Pielgrzymów. Jeszcze tylko godzina w kolejce po Compostelę – potwierdzenie na piśmie dotarcia do grobu św. Jakuba – i wpadamy do katedry tuż przed rozpoczęciem mszy. Pierwsza rzecz, którą widzę to botafumeiro, czyli największa kadzielnica na świecie. Uruchamiana jest w czasie ważnych uroczystości kościelnych, w Roku Świętym (gdy dzień św. Jakuba przypada w niedzielę) na mszach dla pielgrzymów i gdy ktoś zapłaci (rzędu kilkuset euro). Nazwa pochodzi z języka galicyjskiego. Jest ona złączeniem słów botar (wyrzucać) i fume (dym). Obecna kadzielnica pochodzi z 1851 roku. Waży około 80 kilogramów i ma 160cm wysokości. Na kopule, dokładnie na przecięciu się obu osi kościoła zbudowanego na planie krzyża znajduje się mechanizm – koło, na którym jest zawieszona za pomocą liny. Porusza się wzdłuż krótszej osi krzyża. Może osiągnąć niemalże pułap transeptu. Potrzeba aż ośmiu mężczyzn, by ją rozhuśtać. Zatrzymanie też nie jest takie proste. Nawet, gdy już praktycznie się nie porusza, chwytający ją mężczyzna musi kilkakrotnie okręcić się, aby ją całkowicie zatrzymać. Rok temu byłam w katedrze na 3 mszach i nie widziałam jej ani razu (gdy nie jest używana w jej miejscu wisi wielka kula). Radość była ogromna. Ma się wrażenie widząc nad głową kadzielnicę w pozycji bez mała poziomej, że żar zaraz wysypie się na głowę. Niesamowite.

Po pożegnaniu się z Javierem i kontroli w szpitalu wróciłam do katedry, żeby w spokoju podziękować i pomodlić się przy grobie św. Jakuba. W katedrze widzę dziwną rzecz. Spowiadający się klęczy przed konfesjonałem twarzą do spowiadającego, a nie tak jak u nas, z boku. Dopiero na Monte do Gozo w schronisku przy Europejskim Centrum Pielgrzymowania ojciec Roman, polski saletyn prowadzący ten ośrodek, wyjaśnił mi, że to według galicyjskiego zwyczaju tak spowiadają się mężczyźni. Kobiety spowiadają się tak jak u nas, z boku konfesjonału.

Gościnność ojca Romana jest ogólnie znana wśród polskich pielgrzymów, tak że tutaj zawsze można spotkać rodaczkę czy rodaka.

Dzień odpoczynku i znów jak rok temu "spacerek" na Finisterę i Muxię. Tutaj już tłumy, ale między nimi dwie panie z Krakowa (Kasia i Henia) i Polak mieszkający w Niemczech (Wojtek). Trochę denerwują mnie pełne schroniska, kolejki pod prysznic czy wc, braki ciepłej wody, czy miejsca pod dachem (w Negreirze spałam w namiocie). To nie to co spokój i cisza Camino de la Plata. Prawie wszyscy idący na Finisterę to ludzie, którzy przeszli Camino Francés, jedynie jeden z Hiszpanów idzie z Walencji i ja z Sewilli. Inny Hiszpan na wiadomość, że jestem Polką, przyznaje, że był niedawno na wycieczce w Polsce. Zwiedzali Warszawę, Gdańsk, Kraków, Oświęcim ale to, co mu się najbardziej podobało to ...Puszcza Białowieska. Przyznał, że nie wiedział, że żubry żyją na wolności, a w ogóle tyle zwierząt w lasach (byli też w Tatrach) nie widział nigdy wcześniej. Całą Polskę określił jako zielony kraj. Fakt, przy spalonej słońcem Hiszpanii, zieleń u nas jest wszechobecna. Na Finisterze sporo ludzi pali tradycyjnie o zachodzie słońca część odzieży w której pielgrzymowali. Tu też dostaje się dyplom dotarcia do "końca świata", a na Muxi do końca camino.

Odcinek Finistera - Muxia nie jest zbyt popularny, a szkoda, bo Sanktuarium de la Virgen de la Barca położone nad samym oceanem jest warte obejrzenia. Gdy wracałam, z Muxi, w katedrze znów msza św. z botafumeiro, i niespodziewanie słyszę "Anka". Tego słowa nie wymówi żaden obcokrajowiec. To Justyna, która dotarła do Santiago dzień wcześniej. Ogromna radość z ponownego spotkania. Jeszcze tylko jeden dzień w gościnie u ojca Romana, jeszcze jedna msza św. z botafumeiro i przez Londyn do Krakowa samolotem.

Na pewno drugie camino jest łatwiejsze od pierwszego. Już mniej więcej wiadomo co należy, a czego absolutnie nie należy brać. W końcu cały "majdan" nosi się 5-6 tygodni na plecach. Ale też każde camino jest inne. Trudność tego polegała głównie na wysokich temperaturach, dużych odległościach od jednego schroniska do drugiego, a raczej od jednej do drugiej miejscowości, no i prawie kompletny brak ludzi. Ilość odzieży ograniczyłam do minimum, chociaż jedna bluzka, która rok wcześniej była bardzo potrzebna, teraz okazała się zbędna, a skarpety musiałam dokupić. Wydarłam dwie pary (rok wcześniej żadnej). Tzw. "śpioszek" czyli śpiworek z lekkiego materiału, był przez pierwsze dwa tygodnie niezbędny, a potem przydał się jako ocieplenie dość lekkiego śpiwora. Jedna para butów, trekingowych sandałów, była całkowicie wystarczalna. Drugą parę stanowiły b. lekkie sandałki, nazywane przeze mnie popołudniowymi, które można było używać pod prysznic. No i oczywiście najcięższym elementem plecaka była kosmetyczka. Bez kremów z wysokim filtrem nie dałoby się iść. Kupno nowego, mniejszego plecaka i camelbaku było świetnym pomysłem. Tak samo jak ścięcie włosów "na zapałkę".

Ta pielgrzymka była zupełnie inna niż poprzednia. Gdybym miała streścić ją w kilku słowach powiedziałabym: upał, prawie cała droga pod i z górki, i w większości prosto na północ, oznakowanie często pozostawiające wiele do życzenia, puste schroniska, spotkanie drugiego pielgrzyma jest świętem, cisza.

Na trasę wyruszyłam 15 sierpnia, w Santiago byłam 21 września, dzień odpoczynku i cztery dni do Muxii. Tym razem przeszłam do Santiago 1000 km plus "spacerek" nad ocean ok. 150 km.

Już wiem, że to o czym kiedyś czytałam - camino jest jak narkotyk i uzależnia - jest prawdą. W tym roku wybieram się ponownie, znów inną drogą.

Na tej mapce nie ma zaznaczonych szlaków z Portugalii

Anna Kowalczyk
Bytom, luty 2009r.

Spis treści

  • Via de la Plata

Komentarze

K. - 24.09.2011 22:06

Oj jest jak narkotyk. Ja za kilka dni wyruszam ponownie na szlak po 6 latach - wtedy frances, teraz del Norte. Wracam jako inny człowiek, z inną intencją i bagażem doświadczeń. Mam nadzieję do domu również przybyć odmieniona.

K. - 24.09.2011 22:05

Oj jest jak narkotyk. Ja za kilka dni wyruszam ponownie na szlak po 6 latach - wtedy frances, teraz del Norte. Wracam jako inny człowiek, z inną intencją i bagażem doświadczeń. Mam nadzieję do domu również przybyć odmieniona.

Agnieszka - 01.12.2009 14:31

Pani Anno, czy i ewentualnie jak można się z Panią skontaktować? Kilka pytań mam :) agskre@poczta.onet.pl

Zobacz wszystkie »