Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Z Logrono


„…idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”
(Mk, 6,7-13)

Jest 3,oo nad ranem. Autokar, z którego wysiedliśmy, odjechał z dworca zanim zdołaliśmy założyć plecaki. Uwozi moją chustkę na głowę, którą zostawiłem na fotelu. Ona znajdzie się w Santiago jeszcze dzisiaj. W jakiej kondycji i kiedy ja tam dotrę? Chustę ktoś sobie zabierze albo wyrzuci ją kierowca autobusu po skończonym kursie. Kto, kiedy i gdzie zabierze mnie bądź porzuci na mojej ostatniej stacji z rachunkiem, którego nie będę mógł opłacić już niczym? Takie pytanie zadałem sobie jeszcze w samolocie relacji Kraków – Barcelona. Jawiło mi się ono co prawda już wcześniej. Postępowałem z nim jednak dotychczas dokładnie tak samo jak z pustym opakowaniem po papierosach lub z puszką po piwie. Jeszcze nie wiem, że będzie mi ono towarzyszyć każdego dnia Drogi.

Błąkamy się po pustych uliczkach Logrono. Nie dość, że ciemno, choć oko wykol, to i o drogę do schroniska nie ma kogo zapytać. Przypuszczam, że nasz autokar szybciej znajdzie się w Santiago de Compostela niż my na szlaku, prowadzącym w kierunku grobu św. Jakuba, bo po dotarciu do schroniska czeka nas jeszcze pobranie paszportów, przepakowanie plecaków, umycie się. Uprzejmy Hiszpan, wracający z nocnej balangi, nie tylko podprowadza nas na miejsce, ale i dość hałaśliwie stara się dobudzić, śpiącego jeszcze hospitallera.

Ula i Marta warują u klamki. Kładę się na kamiennej ławeczce, by rozprostować kości po dwóch ostatnich nocach spędzonych w samolotowych i autobusowych fotelach, tudzież po wczorajszej całodziennej bieganinie po Barcelonie. Zdrzemnąłem się wśród egipskich ciemności, obudziłem po kilkunastu minutach za białego dnia. Nie ma tu naszych malowniczych świtów, rankiem jasno robi się w ciągu kwadransa, wieczorem zaś noc zapada równie rychło.

Zaczyna się ruch, pojawiają się pierwsi wędrowcy. Po kilkunastu odpowiedziach na pozdrowienia mijających mnie pielgrzymów w rodzaju: „hola”, „buen camino” czy „all the best” szybciutko zmywam się z ławeczki. Już następnego dnia utwierdzę się w przekonaniu, że najwięcej ludzi spotykać będę na szlaku właśnie rano, gdy dogoniać mnie będą idący szybciej lub ja będę mijał tych, którym niespieszno. Około południa sytuacja zaczyna się stabilizować: część kończy już wędrówkę i zbacza do schronisk, część zapada na południowy popas w zacienionych miejscach.

Teraz jest jeszcze bardzo rano. Kierunek wędrówki wskazują muszle wtopione w chodnikowe płyty, a dalej, poza centrum, żółte strzałki namalowane na krawężnikach. Zaczynam różaniec. Zwiastowanie – jak zapowiedź nowego dnia. Miasto budzi się do swoich spraw. Tężeje ruch na ulicach. Idę alejką wśród rzadkich lasków. Ula z Martą zostały, muszą „dostroić plecaki” i jakoś przystosować się do marszu. Każda z nich ma plecak cięższy od mojego, dodatkową torby tudzież po parze kijków. Wolny od takich kłopotów, mam za to własne przyzwyczajenia.

- Po co ci dwie karimaty? Całą drogę zamierzasz posuwać w sandałkach?

To najczęstsze pytania, których słuchać będę niemal każdego dnia drogi. I jakoś nie przekona adwersarzy moje tłumaczenie, że lubię spać wygodnie, dlatego mam jedną normalną karimatkę, a drugą – matę samo pompującą, bo liczę się z noclegami pod gołym niebem. Arii na temat sandałów nie potrafię wygłosić. I nie ma chyba takiej potrzeby, skoro używane są przez ludzi od tysięcy lat, kiedy to nikt nie słyszał o tych wszystkich survivalach, trekkingowych butach, nordic walkingach i kosmicznych technologiach.

Moje idealne sandały mają podeszwy z bardzo twardego kauczuku, głęboko perforowane, jak w niegdysiejszych butach turystycznych, zwanych „traktorami”. Spód również nie jest - nie może być – płaski. Dostosowany do kształtu stopy wygina się lekko w pobliżu palców i pięty. Wewnętrzna strona podeszwy ma również sieć nieregularnych rowków i wypiętrza się łukowało w okolicach śródstopia. Ma ponadto formę kołyski, zapobiegającej ruchom stopy. Wszystkie paski wklejone między wewnętrzną i zewnętrzną stronę podeszwy są jeszcze dodatkowo wzmocnione szwem i podszyte od wewnątrz miękką tkaniną. Oczywistością są rzepy jako jedyne zapięcia i regulacje pasków, co też jest sztuką samą w sobie: trzeba zachować nieco luzu, by jednym, mocnym ruchem stopy pozbywać się niesfornych kamyków.

Przechodzę przez park. Wygracowane alejki, staw, wędkarze, pilnujący kilkunastu nieruchomych wędek, a pod mostkiem nieopodal – wygrzewające się stado dorodnych karpi. Retoryczne pytanie: dlaczego staruszkowie nudzą się na wysokim brzegu wśród dziesiątek wędzisk, skoro tu wystarczyłoby puścić spod krzaka skórkę chleba, by skusić rybę? Pierwsza z wielu szczególnych postaci Drogi: Marcellino - starzec w długą, srebrzystą brodą, siedzący w ocienionej altanie, gdzie częstuje pielgrzymów owocami, sygnuje ich paszporty pamiątkowym stemplem, gawędzi, udziela informacji.

Ze szczytu dość długiego podejścia oglądam się, lecz zamiast Uli i Marty widzę tylko industrialne przedmieścia Logrono, opuszczonego tak niedawno. Na przełączce irracjonalnie monumentalna figura byka, kojarzącego mi się nie wiedzieć czemu z koniem trojańskim. Schodzę ścieżką, trawersującą wzniesienie. To pierwsze z całej serii codziennych podejść i zejść. Jeszcze nie wiem, że taki charakter mieć będzie większa część Drogi.

Przecinam szosę, wzdłuż której do niedawna wiódł szlak. Równina, polna droga, winnice na południowych zboczach, ciepła cisza. Nostalgiczno – tęskna połowa dnia, bez jakichkolwiek odniesień do współczesności. Zapewne tak samo wyglądało to miejsce sto, dwieście i więcej lat temu. Jedynym dysonansem jest pomruk dochodzący z przebiegającej nieopodal autostrady, ale wystarczy unieść wzrok na wzgórza za nią, by znowu doświadczyć tego poczucia znalezienia się pośród wieczystego trwania, pozbawionego jakichkolwiek odniesień do wymyślonych przez człowieka kategorii w rodzaju przestrzeni i czasu.

Pozorna monotonia pól. Tego spokojnego widoku nie zakłóca agresywna pstrokacizna reklamowych plakatów. Nie dostrzegam na ścieżce jakichkolwiek śladów obecności innych ludzi: opakowań po jadle, plastikowych butelek, foliowych toreb. Zbaczam do ruin średniowiecznego schroniska, znajdującego się tuż przy ścieżce, którą dzisiaj prowadzi szlak. Łapię się na myśli, że niepotrzebny jest mi ten balast plecaka, wypełnionego stertą zbędnych w gruncie rzeczy fatałaszków. Nie tylko wtedy, ale i teraz wystarczyłby mi w zupełności ubiór, który mam na sobie, kapelusz i bukłak z wodą.

Wreszcie biel kościelnej wieży na wzgórzu, wyrastającej ponad dachy budynków znajdujących się na zboczach. To charakterystyczne posadowienie i zabudowa wielu tutejszych miejscowości. Ta nazywa się Navarette. Przysiadam w barze znajdującym się obok zamkniętego jeszcze schroniska. Paru pielgrzymów cosik pilnie czyta z grubych książczyn przy sąsiednim stoliku. Zapuszczając żurawia – widzę polskie litery, układające się w treść brewiarza. Mrukliwi albo zmęczeni. Nawet nie zdążyłem z nimi pogawędzić. Spieszyli się. Poszedłbym z ciekawości za nimi, ale obiecałem Uli i Marcie, że przez pierwsze dwa dni iść będziemy razem.

Do Azofry


Jest bardzo chłodno, założyłbym rękawiczki, gdybym je miał. Grzeję dłonie w kieszeniach polaru. Monotonna wygoda nowego szlaku, wiodącego równolegle do autostrady. Mam jednak wrażenie, że to przez wertepy i miejscowości rozłożone na zboczach niewysokich wzniesień widocznych po lewej – najpierw Ventosa, a za nią Alto de San Anton – prowadziła wcześniej ścieżka. Szkoda, że owczym pędem poszedłem za innymi. Jutro nie powtórzę tego błędu, za Azofrą odbiję w lewo, by zajrzeć do klasztorów w Canas i w San Millan de la Cogolla. Niegdyś często odwiedzane, ba, stanowiące nawet żelazny punkt Drogi, obecnie znajdują się poza głównym szlakiem czy też może: na jego peryferiach.

Najera. Sadowimy się na ławeczce nad rzeką. Kolejno zwiedzamy niewielkie stare miasto, całkowicie zasłonięte od strony rzeki pierzeją nowych budynków, w jednym z nich mieści się schronisko. Chciałem zobaczyć kościół, w którym pochowanych jest kilku hiszpańskich królów. Niestety, pocałowałem klamkę.

Wczoraj, w Navarette, w samo południe, drzwi do świątyni były otwarte. Niemałe wnętrze oświetlał płomyk jednej, jedynej świecy. Pełgając wydobywał z mroku złocenia barokowego ołtarza, odsłaniając na chwilę finezję rzeźb i ornamentów. Poszedłem do niego ponownie po kolacji na wieczorną mszę, którą odprawiał młody ksiądz. Jak okazało się wkrótce - otwarty kościół, wieczorna msza i młody ksiądz to zjawiska niecodzienne nawet na trasie Drogi. Zapewne dlatego w gazecie „El Camino”, wykładanej w niektórych schroniskach znajduje się informator o mszach odprawianych w miejscowościach, przez które biegnie szlak: od Leire Monasterio w Navarra aż po katedrę Świętego Jakuba w galicyjskim Santiago. Skrzętnie zaopatrzyłem się w egzemplarz.

Jutro będę musiał rozstać się z Ulą i Martą. Zachodzę do sklepu po pożegnalną butelkę wina, rodem z tej słynącej z niego krainy. Ula uprzedza, że lepiej kupić w Azofrze, gdzie będziemy nocować, bo i po co dodatkowo obciążać się flaszką. Jednak upieram się: tu będzie większy wybór - Azofra to wioseczka. Wybieram niedrogie a doskonałe Riocha Valdepalacios – jak się później okazało. Nie dlatego, że jestem kiperem. Sklepowe regały wypełnione były równymi rzędami butelek różnych gatunków, a tego akurat – ostały się jeno trzy. Wziąłem jedną z nich, przypuszczając, że musi być to wino wybitne, skoro cieszy się takim powodzeniem. I nie pomyliłem się.

Ula idzie z widocznym trudem, usiłując dotrzymać kroku, nie tyle Marcie, która żwawo wybiega do przodu, co mnie, choć zwalniam, starając się iść obok niej. Marta jest o ponad 40 lat młodsza. Ula tak jednak spakowała plecaki oraz ich dodatkowe torby, że jej sakwojaże są chyba dwukrotnie cięższe od tych, które niesie Marta. Zorientowałem się o tym już w Gdańsku na dworcu, przekonałem w Barcelonie, a upewniłem już w Navarette – podając im bagaże. Dlatego tuż przed Azofrą wyprzedziłem i ją, i Martę, by wywiedzieć się o lokalizację lepszego schroniska, bo w tej miejscowości miały znajdować się aż dwa, o czym poinformował mnie pielgrzym, którego dogoniłem. Rozpytywał wraz ze mną o małe schronisko, odnowione ponoć i przysposobione niedawno przez pielgrzymów niemieckich. On, Krystian, nigdy jeszcze tu nie nocował, choć pierwszy raz na Camino był 25 lat temu. Zapytałem go czy nie jest to przypadkiem miejsce „nur fur Deutsche”. Poniewczasie ugryzłem się w język, bo zaiste nie zamierzałem zrobić mu przykrości, raczej powiedzieć coś w jego języku, z którego nie pamiętałem wiele, bo uczyłem się go jeszcze w liceum, ponad trzydzieści lat wcześniej. Wyczuł chyba, na pewno pojął, że zrobiło mi się głupio, bo po cóż zaczął rozwodzić się na temat przymiotów pewnej Polki, będacej najlepszą przyjaciółką jego siostry. Zaraz potem dodał, że doskonale opanowałem „Camino Language”, jak na drugi dzień wędrowania. Ten język - zrozumiały dla wszystkich – to klasyczny wolapik: konglomerat mimiki, gestów i pojedynczych słów w różnych językach. Przypomniałem sobie pierwsze ćwiczenia w tymże wolapiku z dwoma Hiszpanami, spotkanymi dwa dni temu w labiryncie barcelońskiej starówki. Zrozumieli, skoro w parę minut wyprowadzili nas pod dworzec autobusowy, skąd za pół godziny odjeżdżał autokar do Logrono. Przy pożegnaniu okazało się, że jeden z nich studiuje medycynę w Białymstoku!

Schronisko, do którego skierowali nas tutejsi mieszkańcy, ma niewielkie dwuosobowe pokoiki, dużą kuchnię i mały basenik na patio, w którym można wymoczyć stopy. Krystian dostał lokum na piętrze, mnie zaś – pewnie przez nieuwagę – dokwaterowano do niczego sobie Francuzki, która spakowała się jednak i zmyła nim zdążyłem wrócić z łazienki.

W trakcie wieczornego spaceru odnajduję kościół, zamknięty na cztery spusty. Nawet odbywają się w nim msze w dni powszednie, tyle że o 11,00. Najprawdopodobniej to przy nim znajdowało się niegdyś schronisko, którego bezskutecznie poszukiwaliśmy z Krystianem. Dawniej miejsca nocnego odpoczynku pielgrzymów określało się mianem „hospital”, stąd wiele miejscowości przy szlaku ma ten wyraz w swojej nazwie. Do dzisiaj człowiek prowadzący takie schronisko to „hospitallero”. Ono samo jednak obecnie przez zwolenników językowej kalkomanii częściej określane jest mianem „refugia” (od łacińskiego refugium) lub albergue, co jest już określeniem nieco mylącym, bo we współczesnym języku hiszpańskim słowo to jest synonimem hotelu i hostelu.

Uzyskuję jednak profit z tego spaceru w postaci pogawędki z trojgiem Polaków, oczekujących na kolację w restauracyjce przy rynku. Szpakowaty wąsal w moim wieku to Paweł. Młode małżeństwo, dysponujące profesjonalną kamerą tudzież kilkoma opracowaniami i albumami poświęconymi hiszpańskiej sztuce sakralnej, przejechało Camino samochodem i właśnie wraca do Roncesvalles, by powtórnie przemierzyć szlak, tyle że już na rowerach. Przeglądając karty i ilustracje owych „cegieł” dochodzę do wniosku, że północna Europa nie wypracowała w zasadzie nic, co mogłoby stanowić opozycję czy alternatywę wobec dorobku cywilizacji śródziemnomorskiej, przynajmniej w sferze architektonicznej bryły. Może się chlubić – co najwyżej – iglicami gotyckich świątyń.
 

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »