Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do Granon


Nie udało mi się nikogo namówić na odbicie od głównej drogi i marsz w kierunku szczytów, wychylających się spoza mgieł. To dodatkowe trzydzieści pięć kilometrów.

Idę poboczem jezdni. Sprzyja mi mały ruch. Kieruję się po części niezbyt dokładną mapą, po części przydrożnymi tablicami. Do cysterskiego klasztoru w Canas, wzniesionego w XIII wieku, dochodzę nim zdążyłem się rozgrzać. Ogromny parking przylegający do klasztornych murów jest puściuteńki. Poznani przedwczoraj Węgrzy próbują namówić mnie, by 1,5 godziny, dzielące nas od otwarcia kościoła i muzeum znajdującego się w klasztornym kompleksie, przeczekać w pobliskiej knajpce. Pewnie bym tak zrobił, gdyby zgodzili się ruszyć później ze mną w góry. Jednak nie decydują się na to.

Przysiadamy na fajkę pokoju przy figurach Nuestra Senora de Valvameros, patronki prowincji Rioja oraz św. Dominga de Silos, który urodził się w Canas właśnie, w 1000 roku.

Wkrótce wyruszam do Berceo skrajem jezdni. Nie mogę przestać oglądać się za siebie. Przez chwilkę nawet idę tyłem. Każdy metr w górę poszerza panoramę. Z wijącej się zakosami pod górę szosy otwiera się pyszny widok na Azofrę i wzgórza za nią, wzdłuż których biegnie obecnie pielgrzymia ścieżka. Widzę również wzniesienia oddzielające mnie od Najera. Na pobliskim skrzyżowaniu okazuje się, że do miasta tego jest stąd jedynie 17 km. Mogłem więc już wczoraj zejść z obecnego szlaku i wzdłuż drogi ruszyć w kierunku gór. Zapewne po południu nie byłoby na drodze tyle autokarów, co teraz. Wiozą turystów do miejsc, gdzie szoruję per pedes – do klasztorów Yuso i Suso, znajdujących się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Berceo to długa i wąska mieścina, rozłożona po obu stronach drogi. Kuszą przydrożne knajpki i „piscina municipana” – basen miejski. Za cenę rezygnacji z odpoczynku udaje mi się dotrzeć do klasztoru Yuso przed magiczną godziną trzynastą, a więc początkiem sjesty. Miasteczko San Millan nazwę swą zawdzięcza świętemu, który w VI w. założył tu wspólnotę zakonną. Dowiaduję się, że klasztor zwiedzać można tylko w zorganizowanych grupach. Następna wejdzie dopiero po południu. Błagalne gesty, pielgrzymi paszport, widok plecaka skłaniają jednak kasjerkę do sprzedania mi biletu. Strażnik doprowadza mnie do hiszpańskiej grupy, która przed kwadransem rozpoczęła zwiedzanie. Rozumiem piąte przez dziesiąte, bo przewodnik wali castillano z szybkością karabinu maszynowego. Oglądam pochodzące z X wieku ogromne, wykonane z drewna i skóry okładki „Glosas Emilianas” – najstarszych zabytków języka kastylijskiego, a na ekranie - poszczególne karty inkunabułu. Intryguje mnie mnogość obrazów nawiązujących do bitwy pod Najera, stanowiącej epizod wieloletniej wojny domowej, toczącej się w XIV wieku o władzę na królestwem Kastylii i Leonu. Plecak ciąży niemiłosiernie. Nie zdążyłem wstawić go do jakiejś przechowalni, a jedyny i króciutki dzisiejszy popas miałem rankiem w Canas.

Po wyjściu z klasztoru nie przysiadam przy którymś z zacienionych stolików, przytulonych do pobliskiej knajpki, gdzie jedynym widokiem jest mur, placyk bądź twarze sąsiednich gości. Wybieram wzgórek, z którego widać położone w dole zabudowania klasztorne. Jest miło, choć siedzę na piasku. Po opuszczeniu chłodnych, klimatyzowanych wnętrz wygrzewam się w słonku i czynię remanent przedpołudnia.

Trochę żal, że w drodze do Canas nie zboczyłem do leżącej po prawej wioseczki jak z obrazka, zlokalizowanej na wzniesieniu tak małym jak osada, otoczona setkami hektarów pól.

Żal, że przebiegłem przez Canas, żal , że zrezygnowałem z popluskania się a basenie w Berceo.

Żal, że nie mogę na dzień lub dwa pójść w góry, łysym upłazem, który z odległości kilkunastu kilometrów wziąłem za leśną przecinkę.

Pozostaje pomodlić się, by po przejściu na emeryturę, starczyło sił, aby nie czynić takich wyborów, a po prostu pójść tam, gdzie zechcę.

A może tak właśnie ma być? Niezerwane owoce zawsze smakują najlepiej. Ta tęsknota i żal pozostaną we mnie na zawsze i wyeksponują w pamięci takie niebyłe sytuacje. Rzeczywistość wcale nie musiałaby okazać się taka słodka. W wioseczce mógłbym dostać w mordę, podczas kąpieli w basenie - przeziębić się, a w górach zwichnąć nogę.

Uśmiechając się do takich przemyśliwań zbiegam do Berceo szukając jakiejś drogi w lewo, którą mógłbym zejść do Santo Domingo de la Calzada. I nici. Muszę wrócić aż do skrzyżowania pod Canas. Przyspieszam. Jest już dobrze po południu. Do Granon, gdzie zamierzam spędzić noc mam jeszcze dobrze ponad 20 km. Nie wiem nawet czy owe „dobrze” oznacza 3 czy też 8 kilometrów więcej.

Nie przywiązuję zbytniej wagi do odległości podawanych w przewodnikach, bo są one nieprecyzyjne i niejednoznaczne. Niekiedy jest to liczba kilometrów między tablicami z nazwami miejscowości, czasem – od konkretnego schroniska – do następnego.

Marsz. Koronka do Bożego Miłosierdzia. Szczęściem szosa jest pusta. Sjesta wymiotła z niej wszystkie autokary. Marsz. Nabranie wody z ujęcia opatrzonego napisem „aqua potable” w przydrożnej wiosce. Schłodzenie stóp pod pompą. Marsz prawie do 18,00 pod katedrę w Santo Domingo de la Calzada.

Chwila, którą zamierzałem trwać w modlitwie przy grobie św. Dominga, benedyktyna, co przed tysiącem lat spędził życie na budowie dróg, mostów i szpitali dla pielgrzymów, urosła do 20 minut. Kolejne 40 trawię na pogawędce z napotkanym człowiekiem. Żebrakiem, pielgrzymem, hippisem na emeryturze? Siedział na placyku przed katedrą, oparty o plecak, z puszka piwa na podorędziu, w dłoni trzymał sznurek, pełniący funkcję smyczy dla niewielkiego, drzemiącego obok psiaka, obok kapelusz z kilkoma monetami w środku. Chcę zostawić przy nim swój plecak i w którejś z wąskich uliczek, gdzie trudno byłoby mi przeciskać się z zakurzonym tobołem, znaleźć bar, bo mam ochotę na coś bardzo zimnego. W odpowiedzi podaje mi wygrzebaną z czeluści plecaka puszkę piwa. Siadam obok niego, nie zwracając uwagi na co najmniej mocno zniesmaczone spojrzenia mijających nas turystów czy pielgrzymów, ale już czystych, sytych, zażywających wieczornej przechadzki.

Johann przyszedł tu z Niemiec. Też był w Yuso, dobrze zna Gdańsk, w którym urodził się i mieszkał przed wojną jego ojciec. To nie problem – odpowiada na pytanie czy ma już zaklepany nocleg. Psiak szedł za nim, więc go przygarnął przed paroma dniami. Wędrują razem, tyle że wolno, bo zwierzak nie dość, że młody i mały, to najpewniej i chory, bo szybko się męczy… I nagle, po tej krótkiej wymianie mało znaczących w zasadzie informacji, zaczyna opowiadać tonem skarżącego się dziecka o próżni, w której znalazł się, gdy rozsypało się w jednej chwili jego uporządkowane, dostatnie i ciepłe życie. Przerwał równie nagle jak zaczął.

Chcę go zabrać do Granon, gdzie jeszcze wczorajszego wieczoru umówiłem się z Ulą, Martą i Krystianem na nocleg. Odmówił, wskazując na psa: obaj nie mają już siły. Musi jutro znaleźć weterynarza, by przebadał zwierzątko. Odchodzę z niewyraźną miną, bo szczerze mówiąc, brałem go trochę za włóczęgę, trochę narkomana, trochę za istotę rodem z bajki new age.

Do Granon jest raptem 6 km, godzinka dobrego marszu. Jednak zaraz po wyjściu z Santo Domingo skręcam nie tam gdzie trzeba. Szczęściem już po kilkuset metrach orientuję się, że najprawdopodobniej źle idę. Wracam i odnajduję szlak, robiąc coraz szersze koła od ostatniego oznakowania – małej pryzmy kamieni. Przed Granon przysiadam by wypalić papierosa. Popatruję na urokliwą mieścinę na górce, odległą o nie więcej niż 800 m. Jakoś wstałem, nawet plecak podniosłem, ale nad każdym krokiem pracowałem z prawdziwą trudnością. Może to efekt długiej dzisiejszej trasy, skąpego jedzenia? Może to sprawka bąbla giganta, który wyskoczył na dużym palcu stopy już wczoraj i upomina się w ten sposób o swoje prawa, choć tak o niego dbałem ? Jego to właśnie odżywiałem dziś prawidłowo: moczyłem chłodną wodą pod każdą pompą, aż spasł się do rozmiarów laskowego orzecha. Zżymając się na siebie samego za zapalenie papierosa, w trakcie którego uszło ze mnie powietrze, dotarłem wreszcie do schroniska, tyle że tuż po mszy. Zdążyłem za to na wieczerzę i wieczorną modlitwę. Krystian wita mnie wylewnie. Daję mu niemieckojęzyczne foldery, wzięte dla niego w Yuso. Bardzo się polubiliśmy, często podkreśla, że jestem jego wielkim przyjacielem. Ja jestem bardziej oszczędny w gestach i słowach. To najpewniej kwestia resentymentów. Znam co prawda niemiecki, ale znam i rosyjski, i to nie dlatego, że w komunistycznej Polsce jego nauka była obowiązkowa. Trzeba znać język swoich wrogów – takie powiedzenie w mojej rodzinie było przekazywane z dziada na wnuka. No, ale przecież Krystian to... Krystian i cieszę się na jego widok, a jeszcze bardziej z tego, że doszedł w dobrej kondycji, ma przecież prawie 70 lat.

Gdzieś usłyszałem, że Camino to w istocie marsz, jedzenie, prysznic, przepierka, sen – i tak na przemian. Muszę podziękować Panu Bogu, że nie pokarał mnie powyższą konstatacją.

Modlitwa miała odbyć się w kościele, na niegdysiejszym chórze, gdzie dostać się było można schodami z kościelnej nawy lub korytarzykiem bezpośrednio ze schroniska, które zlokalizowana jest w starej dzwonnicy. O oznaczonej porze był tam tylko ksiądz, młody Hiszpan, znający kościół i Granon jak przysłowiową własną kieszeń, bo tu urodził się i dorastał. Po mszy zdążył przebrać się w szorty i koszulkę. Widząc tylko mnie i Urszulę zszedł pomodlić się przed ołtarzem. Zeszliśmy za nim. Obejrzałem się po chwili. U góry stała tylko Marina, dobry duch tego miejsca. Pokazałem palcami, że zaraz idziemy na górę. Kiwnęła głową i cofnęła się do schroniska, skąd dochodził aż do nas jęk gitary: „animals music” – jak ujął to później ksiądz na pożegnalnym wieczornym papierosie. Wkrótce zatrzeszczały deski na chórze. Marinie udało się zwabić Niemkę, Kanadyjczyka i koreańskie małżeństwo. Zapaliła świece. Rozdała nam kserokopie tekstów krótkich modlitw w różnych językach, były nawet czeskie i słoweńskie. Po chwili dotarł trochę spłoszony i zawstydzony Krystian. Usprawiedliwiająco wskazał na stopy o paznokciach podbiegniętymi krwią.

Obiecałem sobie, że o ile uda mi się wrócić raz jeszcze na dukty tej Drogi, to nie omieszkam zabrać ze sobą polskich modlitw i zostawiać je w podobnych miejscach. Granon nie było bowiem jedynym, gdzie spędziłem wspólnie z innymi kilka tak poruszających minut, że niemożliwym – przynajmniej dla mnie - jest oddanie ich sensu słowami, by nie ustrzec się pretensjonalnej minoderii.

Do Tosantos


Marsz pospieszny, wariacki. Jeszcze siedzi we mnie wczorajsza sytuacja, choć byłem tak zmęczony, że po krótkiej rozmowie z księdzem i pożegnalnym papierosie, wszedłem do sali, gdzie leżał mój śpiwór, klęknąłem i film mi się urwał. Najpewniej kładąc się już zasypiałem. Wstałem ostatni, dwa łyki kawy, kęs bagiety z dżemem. Bieg. Irytacja. Pewnie dlatego tak uciekam: u mnie co w myślach to i na twarzy. Nie trzeba mnie znać, żeby dostrzec, że jestem wściekły. A tego nie chcę. Tym bardziej, że silne wahania stanów emocjonalnych, zero dystansu i wyciszenia, cechują ludzi żyjących szybko, niewolników swojego niedoczasu, pomijających w tym codziennym szastaniu się w pogoni za rzeczami sprawy naprawdę ważne, fundamentalne, w rodzaju –ot – przystanięcia na chwilę z twarzą zwróconą ku słońcu z przymkniętymi powiekami.

Czuję, że jeszcze jestem w Gdańsku. Nawet teraz, idąc chłodnym rankiem, przy wtórze godzinek. W gruncie rzeczy to na siebie jestem zły, dlatego tak uciekam, bo przecież to człowiek sam dla siebie jest utrapieniem, jeżeli nie stać go na zgodę na samego siebie. A skoro nie jest sam dla siebie tak wielkoduszny - tym bardziej nie stać go na akceptację odmienności innych.

Krystiana miałem z głowy już na starcie, musiał dokładnie opatrzyć stopy. Rzekł, że dogoni nas w ciągu dnia. Ulę z Martą zostawiłem po czterech kilometrach, gdy zatrzymały się w przydrożnym schronisku, by podstemplować swoje paszporty.

Poniewczasie orientuję się, że minąłem Villoria de Rioja, miejsce urodzin i chrztu Santo Dominga de la Calzada. A tak chciałem w nim po prostu trochę pobyć. Pokarało mnie. Siadam na plecaku wśród ostów, wyglądając Uli z Martą. W najbliższej miejscowości czekamy na Krystiana i zgodnie dochodzimy do Tosantos.

Przed schroniskiem siedzi hospitallero i śpiewa Confitermini Domino. Wystukuje palcami rytm na stoliku. Dziękujcie Panu, bo jest dobry. Wbija pieczątki do naszych paszportów, ustawia skrzyneczkę na ofiary, wskazuje izby, jadalnię, łazienkę. Confitermini Domino – wielokrotnie śpiewa ten dwuwers. Klimat Taize.

Gregoriański chorał z magnetofonu towarzyszy naszej instalacji w izbach, praniu bielizny i koszulek, opatrywaniu ran. Dochodzi koreańskie małżeństwo i trójka Kanadyjczyków, z którymi nocowaliśmy w Granon.

Kolacja robi się sama, Manuel tylko zapytał, kto po swojemu doprawi sałatę. Zajęła się tym Ula. Ktoś zaczął obierać ziemniaki, inny – warzywa. Manuel śpiewa, nucę wraz z nim. Wskazuje półkę, na której leżą śpiewniki, Po chwili śpiewamy wszyscy. Wreszcie w kuchni robi się tłoczno. Oprawcy jarzyn zaczęli krzątać się: myć je, kroić, przekładać… Ulatniamy się z Krystianem po angielsku, obiecując sobie, że wieczorem umyjemy naczynia. Wdrapaliśmy się na wzniesienie ponad wioską, by obejrzeć wykuty w skale kościół. I ten był zamknięty – podobnie jak drugi, znajdujący się we wsi. Tyle, że jeszcze na zboczu zauważyła nas senora, przydyrdała i za stosowną opłatą wpuściła do środka.

Po kolacji, Manuel, poradził sobie z wędrowcami w stylu, którego Marina z Granon, mogłaby mu pozazdrościć. Nie przerywając śpiewu skinął, by pójść za nim, poprowadził wszystkich do dużej sali na poddaszu…

Znów nie było karteczek po polsku z fragmentami, modlitw, ewangelii, psalmów. Poniewczasie przyłapałem się na myśli, że mógłbym coś odręcznie sprokurować z pamięci.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »