Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do Burgos


Wstaliśmy wcześnie, ale Manuel jeszcze wcześniej przygotował dla nas śniadanie. Wychodzimy w mglisty poranek. Żegna nas takt wystukiwany palcami na stoliku i ciche nuty „Confitermini Domino”.

Dziękuję Ci, Panie za takich ludzi jak Manuel. Nieważne, jakim byłem wczoraj. Nie jestem w stanie tego zmienić. Nieważne – jakim chciałbym być jutro. Istotne, jakim jestem teraz, w tej chwili, która już zapada się w przeszłość, jednak nie w niebyt.

Dzień jakoś nie chce się obudzić. My też. Po kilku zaledwie kilometrach wędrowcy kolejno grzęzną w pierwszym napotkanym barze. Pachnie jedzenie, jest jasno, ciepło, przytulnie, kusząco. Kupuję tylko papierosy i wychodzę. Pozdrawiam dwóch siedemdziesięciolatków, którzy od wczoraj przy każdym spotkaniu próbują odzwyczaić mnie od palenia. Tym razem oferują batonik w zamian za wyrzucenie fajek do wskazanego kosza.

All the best – to już Koreańczycy, którzy na małym laptopie odpalili internet i deliberują nad dalszą trasą. Mam lekki plecak. Znacznie mniej rzeczy niż oni, a przecież i tak o wiele za dużo. To nie interior. Co krok to bar, miasteczko, wioska lub chociażby automat z napojami. Wystarczyłaby w zupełności jedna zmiana bielizny, zapasowa koszulka, sweter lub polar, śpiwór, peleryna, butelka z wodą, trochę pieniędzy. To i tak przeogromny materialny majątek wobec tego, z którym przyszedłem na świat, i z którym go opuszczę.

Doganiamy się, mijamy, niekiedy ścigamy, rywalizujemy, by ostatecznie spotkać na skraju San Juan de Ortega. Puste ławeczki, stojące w zacienionym miejscu nieopodal źródełka przekształcamy na lazaret. Ula zmienia opatrunek na nodze Marty, która wczoraj przewróciła się na szlaku, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji, poza bolesnymi skądinąd otarciami naskórka.

Staram się za pomocą otrzymanej od Uli igły namówić swojego bąbla do rezygnacji z mojego towarzystwa. Krystian z widoczną ulgą zdejmuje ciężkie buciory i wciska mi połowę swojej kanapki. Zupełnie nie czuję łaknienia. Wziąłem ze sobą 1,5 kg kabanosów, 10 zupek błyskawicznych oraz kilka saszetek z kawą i herbatą. Od początku niosę tę żelazną rację w stanie nienaruszonym. Ani mnie, ani nikogo nie są w stanie skusić suche pałeczki o bardzo ostrym smaku.

Dłuższą chwilę spędzamy w ciemnej krypcie, mieszczącej sarkofag ze szczątkami San Juana, patrona tej miejscowości: ucznia i kontynuatora działalności Santo Dominga. Próbujemy oświetlić ją z Krystianem swoimi czołowymi latarkami, ale szybko rezygnujemy i każdy z nas zajmuje się sprawami, z którymi tu przyszedł. Ostre błyski białego światła nie sprzyjały skupieniu.

Nie możemy rozstać się z tą miejscowością. Coś nas tu trzyma, choć Ula z Martą dawno już poszły w kierunku Ages, gdzie zamierzają zatrzymać się na noc. Zachodzimy do schroniska, mieszczącego się w przyklejonym do kościoła klasztorze. Krystian gwarzy z Hiszpankami, które poznał podczas swego poprzedniego pobytu w tym miasteczku, a ja przysiadam się do Gunnara, okupującego jedyny wolny stolik. Ten pięćdziesięciolatek, Bawarczyk, jest niewysoki, krępy, chodzi szlakiem wolno, z widocznym trudem, podpierając się dwoma kijkami, jakby wykonywał monotonną a morderczą pracę. Przypuszczam, że jest po jakiejś dłuższej chorobie lub poważnej kontuzji. Skoro jednak milczy na ten temat – głupio jest mi pytać. Belg, który wczoraj na widok poturbowanej Marty udzielił jej pierwszej pomocy i zdezynfekował ranę całym asortymentem przeróżnych medykamentów, na pytanie dlaczego posiada je w takiej ilości, podniósł koszulkę i pokazał ledwie co zabliźniającą się ranę na brzuchu, ze sterczącym sączkiem.

Krystian stanowi zupełne przeciwieństwo Gunnara: urodził się we Wrocławiu, ale od kilkudziesięciu lat mieszka na północy Niemiec, jest protestantem, o 20 lat starszym od swojego rodaka, wysokim i szczupłym. Przede wszystkim jednak Krystian ma mentalność trzpiota, franta, Gunnar zaś jest akuratny i uporządkowany. Oficjalnie nie znają się, ale głowy nie dałbym za to, że nic o sobie nie wiedzą, skoro maszerują znacznie dłużej ode mnie. Obaj wyruszyli z Saint Jean Pied de Port, gdzie zaczyna się najbardziej popularna obecnie droga do Santiago, zwana drogą francuską. Idą podobnym tempem.

Gdy już wspólnie raczymy się kawą, zauważam, że są uprzedzająco chłodni wobec siebie, choć przecież przedstawiłem ich sobie po imieniu, twardo „panują” sobie w każdej wypowiedzi. Zastanawiam się jak to zmienić: Bóg jest jeden - mówię – niepodzielny. Krystian zamyślił się, Gunnar skwapliwie przytaknął. To ludzie dzielą sobie Boga na czworo – kontynuuję, ale z mniejszym już animuszem. Nieco brakuje mi słów, a nieco i mina rzednie, bo już obaj zupełnie zamilkli. Nie będę rozmawiał tylko z jednym. Drugi poczyta to pewnie za ostentacyjne lekceważenie jego osoby. Nie gadam więc nic i ja. Zamieniam tylko parę uwag ze znajomymi Kanadyjczykami, pozdrawiam Węgrów, wrzeszczę „hola” do pięciorga jeźdźców, przejeżdżających wolno tuż obok nas. Odpowiadają uśmiechając się. Przymykam oczy, wystawiając twarz do słońca. Coraz ciszej szczękają podkowy na bruku uliczki. „Konno, konno, konno, tak przez dzień, tak przez noc, znów przez dzień” – żegnam ich po niemiecku zapamiętanymi zdaniami „Pieśni o miłości i śmierci korneta Krzysztofa Rilke”. Te słowa wywołały skutek zupełnie nieoczekiwany. Krystian z Gunnarem zaczęli zawzięcie ze sobą szwargotać w tempie i z werwą iście hiszpańską, tak nagle, jak nagle przed kilkoma minutami zamilkli. Proszę ich, by mówili wolniej, bo nic z tego nie rozumiem, a oni usiłują dociec – jak się zorientowałem – o to, czy znam Rilkego, czy tak sobie coś palnąłem, prosząc mnie zarazem o potwierdzenie swoich domniemywań. He, he – ich wzajemną rezerwę zniosły nie moje pseudoteologiczne wywody, a cytat z austriackiego poety. W końcu wszyscy trzej rozmawiamy jak dobrzy przyjaciele. Niekiedy tylko Krystian uspokaja Gunnara z szelmowskim uśmiechem: adagio, piano, pianissimo, prosząc go w ten sposób, by ten – ze względu na mnie - mówił i wolniej, i ciszej.

Żegnają się już w zgoła odmiennych nastrojach, ponieważ Gunnar wyruszy do Ages najwcześniej za godzinę, a my z Krystianem i tak zdecydowaliśmy minąć tę miejscowość. Ruszamy pogwarzając leniwie. Ożywiamy się dopiero w sosnowym lasku, który daje nam cień i spiekotę mniejszą od tej, której doświadczaliśmy na otwartej przestrzeni. Bóg jest w ciszy, takiej jak ta – mówi nagle Krystian. Zapamiętał jednak to, co mówiłem niedawno przy stoliku – On jest na tych drogach, za każdym drzewem, obok nas, w nas. Tutaj spotyka się Europa, nie w Brukseli czy w Sztrassburgu...

I już dochodzimy do Ages. Umawiamy się na spotkanie w Atapuerca. Skręcam do wioski, by pożegnać się z Ulą i Martą, a Krystian przyspiesza, chcąc dogonić dwie Włoszki. No nie – prawie biegnie! Krzyczę więc, by w stopniu umiarkowanym integrował się z nimi. Odwraca się, gestami pokazując czesanie się i poprawianie krawata. Wiadomo – Krystian.

W Ages bawię znacznie dłużej niż zamierzałem. Spisuję sobie z posiadanych przez Martę rozmówek hiszpańskich kilkadziesiąt słów i zwrotów, robimy kilka zdjęć, coś pijemy. Czas jednak iść dalej. W ciągu 5 dni przeszedłem w linii prostej ok. 100 km, zamiast zakładanych 150. Mam o 7 dni czasu mniej niż Ula i Marta na dojście do Santiago. Muszę przyspieszyć.

Siedzę na wzgórzu nad Atapuerca, z którego widać doskonale nie tylko tę miejscowość, ale i Ages, a za nim San Juan. Coraz niższe słońce i wydłużające się cienie drzew zwiastują późną godzinę. Zwykle o tej porze ustalam trasę na następny dzień. Teraz, pogryzając bagietę z serem, zastanawiam się czy wrócić do wioski, w której nie widziałem Krystiana, czy też dojść jeszcze dzisiaj do Burgos. To niewiele ponad 20 kilometrów, ale zbliża się wieczór. Z dwóch prowadzących do tego miasta dróg wybieram nieco dłuższą, ale wiodącą przez wioski, gdzie będę mógł uzupełnić wodę, której pozostało mi ledwie kilka łyków. Zakładam plecak i spoglądam w dół. Droga pusta, jestem podobnie jak wczoraj ostatnim dzisiejszym wędrowcem. No, ale przecież ostatni będą pierwszymi, pocieszam się przewrotnie i ruszam do góry. Gdzieś znajdę nocleg, a jeśli nie – mam przecież śpiwór, polar i samopomującą matę, z której nie miałem jeszcze okazji na tej trasie korzystać. Potok posłuży mi za łazienkę. A może i uda mi się zgubić w końcu po pociemku tego upartego drania - bąbla, który tylekroć przekłuwany i wyciskany, odradza się po paru kilometrach niczym przysłowiowy feniks z popiołów.

Industrialne przemieścia Burgos zdają się nie mieć końca. W śródmieściu grzęznę na dobre. Na głównej ulicy odbywa się wielka parada z okazji imienin Piotra i Pawła, obchodzonych tutaj bardzo hucznie. Przebijam się chodnikiem oblepionym tłumem gapiów. Do schroniska za rzeką docieram dobrze po 23,00. Hospitallero nawet nie śpi, ale cóż z tego, skoro brak miejsc. W centrum rozpoczęła się kanonada fajerwerków. Myję się pod pompą, nucąc fragmenty „Muzyki ogni sztucznych” Haendla. Usiłuję usnąć pod przysłowiową gruszą na macie rozłożonej między dwoma namiotami. Wieje silny wiatr, odczuwalny nawet tu, między wysokimi drzewami parku, w którym zlokalizowane jest schronisko. Czuję na twarzy parę kropel deszczu. Naciągam kaptur na głowę, zmieniam repertuar i odpływam pomrukując „Muzykę na wodzie”.

Do Hornillos del Camino


Po parku biega dwóch młodych Hiszpanów. To jednak nie jest poranny rozruch. Ktoś w środku nocy, z ganku domku w którym spali, podsowiecił ich rowery. Z sąsiedniego namiotu słyszę tubalne „dzień dobry” w ojczystej mowie. Paweł. Szybciutko zwija i pakuje swój świetny namiot, ważący niespełna kilogram, o uniwersalnych masztach, które w czasie marszu pełnią rolę kijków. Ofiarowuje mi plan miasta, które zwiedził wczoraj i wychodzi w kierunku Castrojeriz.

Jeszcze palą się zapalone wieczorem latarnie. Muszę zostać w Burgos co najmniej do 10,00 , bo o tej godzinie otwierają apteki. Bąbel utył w nocy, ale pobolewa mnie – o paradoksie – druga noga. Wczoraj schodziłem z gór w firmowych sandałach, które kupiłem w akcie rozpaczy, bo nie dostałem takich, jakie poszukiwałem. „W tym roku obowiązuje inny design” – wyniośle poinformowała mnie sprzedawczyni. Wziąłem ze sobą też drugą parę – spełniały wszystkie wymogi stawiane obuwiu na trasę, którą przyszło mi w tym roku przemierzać. Nie ufałem jednak zbytnio ich trwałości, bo kosztowały grosze. Dzisiaj w nich maszeruję, ale muszę je oszczędzać. Tak zwane „trekkingowe” sandały „trendy” za horrendalną kwotę doskonale nadają się do zdobywania sopockiego szczytu ulicy Monte Cassino, ale nie do długotrwałej wędrówki po szutrze mesety czy hiszpańskich pagórkach.

Przykatedralny plac zalegają sterty śmieci, pozostałych po wczorajszej fieście: plastikowe butelki i szklane flaszki, opakowania po papierosach, sokach i żywności, resztki jedzenia. Jeszcze nigdy i nigdzie nie widziałem tylu odpadów, pozostawionych wprost na ulicy. To cechuje wszystkich południowców, nie tylko Hiszpanów: rzucanie niedopałków i odpadków wprost pod restauracyjne czy barowe stoliki. Ten nawyk, powszechny w małych miejscowościach, coraz rzadziej spotykany jest jednak w dużych miastach i miejscach często odwiedzanych przez turystów. Ale to czysty pragmatyzm. Restauratorzy obawiają się, by zaśmiecone wnętrza nie płoszyły cudzoziemskiej klienteli. Za dwie godziny będzie tu czysto, jednak ekipy sprzątające jeszcze nie zaczęły pracy – za wcześnie.

Zdecydowana większość zabytkowych budowli w całej Hiszpanii – nie tylko w Burgos – pochodzi z XVI i XVII wieku. Uzmysławia to, jak ogromne musiały być przychody Hiszpanii, uzyskiwane wskutek okupacji i eksploatacji ziem oraz ludów obu Ameryk. Jedna z zachowanych miejskich bram - Arco de Santa Maria - pozwala wyobrazić sobie urodę niegdysiejszej stolicy królestwa Kastylii.

Na placu przybywa turystów i pielgrzymów z plecakami, skracających sobie czas oczekiwania na otwarcie muzeum robieniem fotek, wertowaniem przewodników, paleniem papierosów. Z wnętrza Katedry dobiega śpiew. Dzisiaj dopisuje mi szczęście – w jednej z kaplic rozpoczyna się właśnie msza św. Uczestniczy w niej kilkanaście osób w starszym wieku, jedna dziewczyna, dwoje turystów. Staję przy drzwiach. Ksiądz chyba mówi coś na mój temat, bo odwracają się, uśmiechają, a po mszy – pozdrawiają i żegnają uściskiem dłoni. Ksiądz dopytuje się skąd pochodzę, ile dni jestem w drodze, wskazuje najbliższą aptekę, błogosławi znakiem krzyża. Plac i okoliczne kawiarenki zapełnione są już tłumem poziewujących jeszcze turystów. Opatrzony morzem dobrych życzeń wskakuję do baru na drożdżówkę i kawę. Korzystanie z barów jest bezsprzecznie wygodne dla ciała, za to mordercze dla mojej kieszeni, którą trudno nazwać zasobną.

Wreszcie 10,00. Pokazuję farmaceutce przyczynę swego strapienia i plecak, prosząc o maksymalnie lekki zestaw leków. Dostaję niewielką buteleczkę „Povidona iodada” w żółtym kartoniku, trochę jednorazowych opatrunków, a gratis - kilka dobrych rad. Niefrasobliwie pytam starszego księdza, z trudem forsującego przy pomocy laseczki uliczne przejście, o najbliższy sklep. Przyjrzał mi się, pomedytował, po czym kazał iść za sobą. Poszedłem, trochę wstydząc się, a trochę łajając sam siebie. Przechodziliśmy przez jakieś bramy i podwórka, mijając parę sklepów, w okolicach których staruszek lekceważąco machał ręką i laseczką wskazywał kierunek dalszej drogi… Za równowartość dzisiejszego śniadania kupiłem żywność wystarczającą na dwa dni.

Miasto opuszczam ponownie jako ostatni, w porze, o której z przeciwnego kierunku wchodzą do niego kolejni wędrowcy na najbliższy nocleg. Nie przewiduję dzisiaj rekordowego przebiegu, nie tylko ze względu na wczorajszy wysiłek czy też późną porę – jest południe. Na prawej stopie otarcie do krwi, spowodowane przez krzywo wszyty pasek sandałka „trendy”, na lewej towarzysz bąbel, a w dodatku podbicia obu stóp bolą przy każdym kroku. Kroję ząbek czosnku i jego paski wkładam między stopy a sandały. To sposób rzymskich legionistów na poprawę krążenia i zmniejszenie dolegliwości.

Mimo wszystko jakoś doczłapuję do Hornillos, ale z całej tej drogi pamiętam tylko liczne przystanki i policyjną terenówkę, który wyprzedziła mnie na tej przeznaczonej dla pieszych trasie. Niejednemu dodaje zapewne taki widok poczucia pewności, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo ale i szybką pomoc w razie wypadku czy jakichś poważniejszych niedomagań.

Wreszcie wioska. Najmniej chyba wyrazista spośród tych, w których dotychczas przebywałem. Pozytywem jest sklep, którego tu podobno wcześniej nie było, negatywem – ceny, takie same jak w pobliskim barze, z którego nawołuje mnie jeden z jeźdźców, spotkanych w San Juan, nomen omen, o imieniu Juan właśnie. Musieli nadłożyć spory szmat drogi, by objechać Burgos. Częstują mnie cygarem, ale odmawiam, odgrywając scenkę, że to im – konnym - przystoją cygara, mnie zaś - ze względu na duży plecak - papierosy z wizerunkiem wielbłąda. Swoją drogą, pierwszy raz w życiu widziałem wtedy „na żywo” dziewczynę z lubością raczącą się cygarem.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »