Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do Itero de la Vega


W pierwszej napotkanej miejscowości zatrzymuję się na kawę. Wyszedłem bowiem o świcie i suchym pysku. Posapuje lekki deszczyk. Nie może zdecydować się czy zamilknąć, czy też rozwrzeszczeć w ulewę. Dostaję wiadomość od Waldka, jest na Finisterrze, jutro wraca do Polski. Ula i Marta z drogi do Burgos pytają o bąbla. Odpowiadam, że nie nadążał i zgubił się gdzieś po drodze, bo istotnie wysechł na sosnową szczapę. Nie wiem co prawda, czy to akurat dlatego, czy po mojej akupunkturze i potraktowaniu zakupionym wczoraj specyfikiem, czy też może wskutek pobytu w pobliżu źródełka o cudownych – jak fama głosi – właściwościach. I jeszcze Basia. Była w Fatimie z dziewczyną poznaną za pośrednictwem internetu. Przedwczoraj wyszły z Sain Jean Pied de Port na trasę Camino. Dzisiaj Basia niesie dwa plecaki, bo koleżanka zaniemogła i ledwie człapie.

Za Hontanas tylko godzinę idę ścieżką wśród łąk, pól i ugorów. Potem już poboczem szosy, na szczęście mało uczęszczanej, która po pół godzinie przecina na dwie części ruiny klasztoru San Anton z XII wieku. Tuż za nimi porywający widok średniowiecznego miasta, oddalonego o kilka kilometrów. To Castrojeriz, określone w którymś z przewodników mianem „miasteczka, jakich wiele na trasie”. Autor tego sformułowania albo nigdy tu nie był, a frazę zerżnął z innego opracowania, albo jest zblazowanym estetą, albo nigdy nie był dzieckiem. Ta ostatnia możliwość jest najbardziej prawdopodobna. Oparty o pień przydrożnego drzewa pasę oczy obrazem niczym z bajkowej ilustracji: potężny zamek na szczycie wzgórza, oplecionego nitką drogi, trawersującej strome zbocza. U podnóża piętrzące się domostwa, kościelne wieże, bryły klasztorów. Zabudowa zajmuje również dolną część wzniesienia, a wokół pola i łąki, przecięte ocienionym drzewami duktem wiodącym do miasta. Aż dziw, że nie widać rycerza na koniu, szturmującego warownię, by uwolnić księżniczkę, więzioną przez złego czarnoksiężnika do spółki ze smokiem.

Bicie kościelnego dzwonu przywraca mnie do rzeczywistości: jest niedziela. Kościół, w którym za trzy kwadranse ma być odprawiona msza św. wskazuje kilkunastoletnia dziewczyna, stojąca przy wielkiej planszy z planem swojej miejscowości. Jest daleko, na przeciwległym skraju wąskiego miasteczka, przytulonego do wzgórza i drogi.

Ledwie zdążam. Nie tylko na mszę, ale i chrzest, którego świętowanie rozpoczyna się już na przykościelnym placu rozrzucaniem po ceremonii wśród zgromadzonych cukierków i drobnych monet. Jest i Paweł, który całe przedpołudnie spędził w muzeum i na zwiedzaniu miejscowości.

W przeciwieństwie do niego, wybieram – nawet w bogatej w zabytki okolicy – najwyżej trzy obiekty, którym chcę przyjrzeć się bliżej, by po kilku dniach nie dostać oczopląsu. Tutaj musi mi wystarczyć widok miasta spod klasztoru San Anton.

Wychodzimy razem, ale rychło tracę Pawła z oczu. Nie dostrzegam go wspinając się na garb, oddzielający Castrojeriz od Itero, ani ze szczytu wzniesienia, ani potem, gdy już maszeruję równiną płaskowyżu do pobliskiej wioski. A miał tylko zaczerpnąć wody i pomajstrować przy butach!

Postanawiam oczekiwanie na niego skrócić sobie dokładnym obejrzeniem mostu, jednego z najbardziej urokliwych, jakie widziałem na całej trasie. Przepływająca pod nim Pisuerga jest granicą obecnej prowincji Burgos. Drugi brzeg to już Palencia. Pospaceruję również po pobliskim Itero. Nie, nie, nie jestem tak wytrawnym tropicielem śladów przeszłości jak Paweł, ani Itero nie jest o rzut kamieniem, to tylko zabrakło mi papierosów. Plecak zostawiam na przechowanie u hospitallera, siedzącego na ławeczce przed budynkiem przydrożnego schroniska, znajdującego się w starej świątyni, nieopodal mostu. W Itero oglądam dwa kościoły. Jeden – jak zwykle zamknięty drugi tylko ogrodzony, bo zarośnięty i niszczejący. Przemierzam dwie uliczki na krzyż, gdzie znajdują się jednak 2 schroniska, 3 sklepy i z 5 barów. Ten, w którym kupiłem papierosy, miał jedną ścianę ugarnirowaną portretami, plakatami i popiersiami Che Guevary, nad barem plakat z trawką, opatrzony podpisem „Your Life” i flagę Kuby.

Funduję sobie wodny masaż, przechodząc obok pracujących na polach zrasaczy. Ucinam krótką pogawędkę z dziewczyną, siedzącą na jednej z mostowych przypór i wpatrującą się w zacienione łożysko rzeki. Była tam już wtedy, gdym zmierzał w kierunku wioski. Jeszcze nie wiem, po prostu idę - odpowiedziała na pytanie, dokąd zamierza dziś dojść. Postanawiam i ja jeszcze dzisiaj ruszyć dalej - sam, o ile nie spotkam Pawła.

Wszedłem do schroniska po plecak, który wstawił tam hospitallero i już tam pozostałem. Bardzo stary kościółek wyremontowało i zaadoptowało na potrzeby pielgrzymów Bractwo św. Jakuba z Perugii. Włosi również prowadzą i utrzymują to miejsce. Na jednej ze ścian dostrzegłem fotografię Jana Pawła II, przemierzającego odcinek Camino w krótkiej pielgrzymiej opończy. Zacząłem oglądać fotografie, dokumentujące postęp prac przy renowacji budowli. Nadszedł Paweł, czworo Hiszpanów, spędzających weekend na Camino, a zaraz za nimi - Juan Manuel, rodem z Wysp Kanaryjskich, który na wstępie ze śmiechem oznajmił gospodarzom, że jeśli nocleg jest „co łaska”, to on nie da ani centa.

Przed kolacją krótka wspólna modlitwa w miejscu, na którym przed wiekami znajdował się ołtarz, a potem prośba gospodarzy, starszych już ludzi, byśmy usiedli na znajdujących się tam krzesłach. Znikli. Pojawili się po chwili, w pielgrzymich opończach na ramionach, z miską wody i ręcznikiem. Myli, ocierali i całowali nasze stopy. Takim się małym poczuł jak bakteria.

Po roku od tego wydarzenia, rozmyślając nad jego istotą, odpowiedź znalazłem w wersetach św. Jana: ”Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał.” (J 13,16-20)… Na cóż, wobec takiej prostoty piękna, zda się nawet najbardziej finezyjny opis podarowanej mi sytuacji?

Wieczerzaliśmy w skupieniu, gwarząc mało wiele. Później Jose Manuel podstroił znalezioną gitarę. Hiszpanie śpiewali – zdaje się – coś w rodzaju naszych pieśni biesiadnych, bo młodzi i starsi bawili się przy tym setnie. Jedynie na początku siedzieliśmy z Pawłem niczym na tureckim kazaniu.

Był tam jeszcze Ktoś. Nie musiał mnożyć wina. Na stole stały dwa gąsiorki. Nietknięte. Niekiedy można upić się obecnością innych ludzi.

Do Villalcazar de Sirga


Mruczę godzinki. Jose Manuel trzyma się z tyłu. Zrównuje się ze mną, gdy kończę. Słońce grzeje łydki, kark i układa pod stopami nasze cienie. Gonimy je bezskuteczne acz bezustannie. Jose Manuel bieży niczym jeleń, ja tylko usiłuję dotrzymać mu kroku. Podejrzewam, że w swoim lekkim plecaku niesie niewiele więcej ponad eleganckie półbuty, długie spodnie i wizytową koszulę, w którym to ubiorze zasiadł do wczorajszej kolacji. Korzystając z pomocy Jose Manuela wzbogacam swój ubożuchny zasób hiszpańskich słów. Rewanżuję się ucząc go polskich liczebników. Pewnie niezbyt pochlebnie myśli o języku zostawionym mi w dziedzictwie przez praszczurów: cztery – marszczy się, pięć – boję się, że wypluje język, sześć – cała twarz drga niczym w konwulsjach choroby św. Wita...

Wybawia go idący z naprzeciwka staruszek. Od dwudziestu lat – powiada - wychodzi witać nadchodzących pielgrzymów. Pytam czy już kogoś dzisiaj spotkał. Wskazuje na mężczyznę, śniadającego w parku u wejścia do wioski, nieopodal studni, uruchomianej dużym kołem.

Rodak – okazało się. Długo kręcimy kołem zanim pojawia się strużka wody. Czerpana z bardzo dużej głębokości jest chłodna i wyborna w smaku: metaliczna gęsta i sycąca pragnienie. Pijąc ją tuż po utoczeniu mam takie wrażenie, jakby pod powierzchnią - gnieciona i tłamszona ruchami górotworu - znajdowała się w skondensowanej postaci i dopiero powietrze rozluźniało ją i uwalniało prześwietny aromat. W trakcie długotrwałej wędrówki jakoś nie zdarzyło mi się tęsknić za piwem, jogurtem, kawą czy gazowanym napojem. Zawsze towarzyszył mi apetyt na parę łyków takiej właśnie wody. Instruuję kolejnego zdezorientowanego w jaki sposób napełnić sobie bukłak, a Paweł konferuje z młodym, hiszpańskim księdzem na temat mszy i naszego w niej uczestnictwa. Ksiądz – Miguel – odprawi mszę we Formista o godz. 19, w kościele św. Martina. Wiktor – ów rodak – z lubością chłodzi wodą bardzo pokiereszowane stopy. Poratowuję go „iodadą”, która okiełznała mojego bąbla. Ma tę właściwość, że dezynfekuje i nie piecze – jak rodzima jodyna - a w dodatku: leczy. Z mojego bąbla pozostała mizerna mumia. Jose Manuel pobiegł. Szkoda. Zajęty Wiktorem zapomniałem prosić go o podyktowanie starej, skocznej pielgrzymiej piosenki, której uczył mnie w drodze. Wiktor musi zostać. Proponujemy, żeby do Formista dojechał autobusem, wybrał się do lekarza i dalszy marsz uzależnił od jego decyzji. Już w Polsce dowiedziałem się, że tego dnia doszedł jednak do Formista, a potem - nie tylko do Santiago, ale i do Finisterra, by swoją Drogę zakończyć w Muxii.

Idziemy z Pawłem wzdłuż kanału kastylijskiego. Szkoda, że możemy obejrzeć jedynie krótki jego odcinek. Za to chyba jeden z ciekawszych. Kanał liczy ponad 200 km długości, a jego budowa zakończona została w XVIII wieku. W miejscu, przez które idziemy, płynie on korytem wydrążonym w poprzednio usypanym nasypie. W Polsce znajduje się tylko jedno takie miejsce, na Kanale Elbląskim, łączącym Elbląg z Iławą. W taki sposób radzono sobie z pokonywaniem różnicy poziomów między działami wodnymi unikając budowy systemu śluz. To nie jedyny kanał, choć największy. Hiszpanie nie pozwolili rzecznej wodzie uchodzić bezkarnie. Zaprzęgli do pracy nawet najmniejsze strumyki. Utworzyli na ich drodze system kanałów i kanalików, okalających ziemie uprawne. Płynącą nimi wodę wykorzystują do zraszania swoich pół, nie tylko plantacji warzywnych. Niejednokrotnie widywałem zraszacze pracujące nad uprawami ziemniaków.

Nie dziwię się, że rekonkwista Półwyspu Iberyjskiego trwała tak długo. Górzysta Hiszpania z mnogością strug, potoków i rzek musiała wydawać się obytym z pustynią Arabom rajem na ziemi.

Dobrze się idzie z Pawłem. Pozornie niespiesznie, równym drobnym krokiem, za to niezwykle wydajnie i niemęcząco: z małą ilością zwykle króciutkich postojów. Paweł nadaje tempo: brał udział w 24-godzinnych marszach. Wie najlepiej zatem „jak robić, aby się nie narobić, a zarobić”. Zwolniliśmy, by przyjrzeć się polom, leżącym o 2 metry poniżej nasypu, po którym szliśmy, i wtedy dogonił nas Marek – ostatni Polak, którego spotkałem na szlaku. Następnego zobaczyłem dopiero w Santiago, tyle że był to pielgrzym autokarowy. Marek usłyszał o mnie od Urszuli i postanowił dogonić, gdy dowiedział się, że mi się spieszy i nomen omen – chcę wejść do Santiago w dniu, który on wcześniej sobie zaplanował, a – w dodatku – w tym samym dniu mamy wracać do Polski. Spacerujemy do samej Formisty. Marek, by mnie dogonić, szedł bardzo szybko przez dwa dni, a ostatnią prostą liczącą 2 km., przed końcem której nas dopadł, pokonał kłusem. Obawiał się zgubić nas w pobliskim miasteczku. Ma bardzo zdemolowane stopy. Coś między Krystianem a Wiktorem – oceniam, podając mu sprawdzone remedium: ową „iodadę”. Na placu przy św. Martinie spotykamy księdza Miguela. Nerwowo spaceruje rozmawiając z kimś przez telefon komórkowy. Kościół jest – okazuje się – zamieniony na muzeum. W mieście są jeszcze trzy inne, lecz Miguel nie wie, gdzie i kiedy odprawi mszę, bo nie może skontaktować się z miejscowym proboszczem. O tempora, o mores!

Snujemy się z Pawłem po romańskich nawach św. Martina. Ta rzadkiej urody świątynia kojarzy mi się z wnętrzem wspaniałej rezydencji, jednak – pustej, niezamieszkałej, a przez pozbawionej indywidualnego piętna, które murom nadaje ludzka obecność. Paweł odnosi zupełnie inne wrażenie:

- Już was Pan Bóg, Hiszpanie, rozliczy z tych świątyń zamienionych na muzea – posapuje łażąc między kolumnami.

Droga to miejsce, które zbliża ludzi do tego stopnia, że zwierzają się sobie ze spraw, których – z różnych powodów – często nie powierzają najbliższym. Wtedy rozumie się, że plecak nie jest ani jedynym, ani największym ciężarem, jaki niesie spotkany człowiek.

Zmierzamy do Poblacion de Campos w rytmie Tajemnicy Radosnej. Paweł skręca do wioski. Ogląda po drodze wszystkie warte uwagi obiekty. Obawiam się, że mimo dokumentacji fotograficznej nie dość, że nie zapamięta połowy, to pozostała część odłoży się w jego pamięci jako galimatias nie do ogarnięcia i uporządkowania.

To miejsce chcę jednak obejrzeć i ja, z uwagi na sygnalizowane w przewodnikach zachowane ślady obecności joannitów w tej miejscowości. Nazwa zakonu zachęca również Marka, który jest przeciwieństwem Pawła w stosunku do śladów przeszłości. Centrum jego uwagi stanowi Santiago. Inne miejsca mogłyby nie istnieć - jak powiada - ale mimo tego nie trzeba go było specjalnie namawiać do obejrzenia św. Martina.

Poblacion wita nas szczebiotem dzieciaków, popiskujących w zabawie na zacienionym placyku. Osobliwy widok. Zwykle w wioskach i miasteczkach dominują ludzie w podeszłym wieku. Rzadkością jest widok młodych, pracujących na polach. Zwykle – po ukończeniu szkół – już nie wracają do rodzinnych miejscowości, wiążąc swoją przyszłość z najbliższym dużym miastem. Tu musi być inaczej, trudno bowiem przypuszczać, by akurat tę miejscowość pomieszkiwali ludzie pokroju Sary i Abrahama.

Szpital, kaplica, mury, ruiny, kamienie. Kamienie anonimowe dla archeologicznego laika – może rzymskiego pochodzenia, może późniejsze, z okresu Wizygotów.

To miejsce czekają jednak tłuste lata, nie tylko w najbliższym czasie. I nie tylko ze względu na tyle mieszkających tu dzieciaków. Dotyczy to zresztą wszystkich miejscowości, leżących przy trakcie do Santiago, od czasu jego ponownej popularyzacji, spowodowanej wizytą Jana Pawła w tym miejscu, wpisaniu drogi na listę Europejskiego Dziedzictwa, powieścią „Pielgrzym”...

Jaki los czeka mieściny nie mające tak szczęśliwej lokalizacji? Zapewne ludzi wessają rozrastające się metropolie, opuszczone budynki będą niszczeć aż w końcu – zapadną w odkryte wykopaliska, szczątki murów poskładanych z anonimowych kamieni. Tak widzieć je będzie postronny przechodzień, dopóki nie zakryją nawet ruin rozrastające się krzewy ostu. Nie spieszymy się z opuszczeniem tego żyjącego jeszcze miejsca - w którym każdy niemal kamień ma dla tutejszych ludzi swoją historię, przeznaczenie i los.

- Trzecia! - znacząco rzecze Paweł, wskazując kijkiem na szlak.

Pakujemy zatem swoje myśli, zbieramy manele, wyciągamy różańce.

Przystaję w Villarmentero de Campos. Kościół św. Marcina z Tours, w którym znajdują się Jego relikwie, jest zamknięty na cztery spusty. Łudzę się, że tylko chwilowo, bo na stojącym nieopodal drzwi krzesełku dostrzegam rozpoczętą robótkę na drutach. To jednak pora sjesty, konstatuję po kwadransie oczekiwania i gonię za kumplami. Marek już siedzi w cieniu na końcu długiej prostej do Villacazar, Paweł znajduje się w połowie drogi. Medytuję nad żachnięciem się jednej ze znajomych: – Ach, ci średniowieczni święci, zostawał nim co drugi z żyjących! Co jednak sprawia, że wędruję śladami ich, a nie – na przykład – Ryszarda Lwie Serce, który do spółki z Robin Hoodem, był bohaterem moich lat dziecięcych? W potocznej świadomości do dziś funkcjonuje ów król jako monarcha bez skazy, a był w istocie zabijaką, który wsławił się zajęciem Cypru i obrabowaniem jego chrześcijańskich mieszkańców, podczas swojej wyprawy – o paradoksie - do Ziemi Świętej.

W Villacazar spotykamy dziewczynę, maszerującą w przeciwnym kierunku z dwoma butelkami wody pod pachą. To Helena, wolontariuszka z pobliskiego schroniska. Wyszła na szlak, gdy dowiedziała się że sąsiednie ma już komplet na dzisiejszy nocleg i odsyła pielgrzymów z kwitkiem. Helena niesie tym ludziom wodę i wieść, że u niej są jeszcze wolne miejsca. Przypomniała mi, że nie widzimy się po raz pierwszy. Byłem – okazało się – w Burgos na tej samej mszy co i ona, a tym łatwiej mnie zapamiętała, że jako jedyny miałem plecak, długie włosy, wiekowy skórzany kapelusz i charakterystyczne, czerwone okulary.

Wiemy już zatem, gdzie będziemy nocować. Nie zachęcamy się, by zrobić jeszcze dzisiaj te marne 5 kilometów, dzielące nas od Carrion de los Condes, tylko potulnie maszerujemy za Heleną. Przychodzi nam to tym łatwiej, że i tak jeszcze rankiem obiecaliśmy sobie zejść ze szlaku w tej miejscowości, by zobaczyć kościół, określany mianem jednego z najważniejszych w Hiszpanii.

Na pewno jest monumentalny, przynajmniej w stosunku do rozmiarów miejscowości, która jest maleńką mieścinką. Swoją drogą intryguje mnie, dlaczego wybudowano go właśnie tu, w miejscu które nigdy nie było metropolią. Szczęściem zdążamy na mszę. Jest czas na prysznic, kolację, pranie i spacer, który ma wcześniej zaplanowany cel.

Helena czyści przed schroniskiem przyniesione skądś owalne kamyki.

Rozmawialiśmy wcześniej z Pawłem wiele o swoich wyborach poczynionych w ciągu minionych trzydziestu paru lat życia na własny rachunek, bez ochronnego parasola rodziców. Miernie wypadł ten bilans. Uzgodniliśmy zatem, że wieczorem wrócimy do maturalnej klasy. Wypijemy butelkę wina, tak jak wówczas – przed laty - bywało, ukradkiem, w parku albo w krzakach. Chyba możemy to zrobić, skoro chodzimy szukając Ojca. Może nie osłoni nas swym parasolem, ale nie będzie chyba specjalnie zły, tym bardziej, że jutro rozstajemy się z Pawłem. Musi zwolnić. Żona doleci do Santiago dopiero 23 lipca. Ma więc jeszcze masę czasu na dotarcie do miasta. Ja z kolei muszę przyspieszyć. Ale to dopiero jutro. Dziś mamy przed sobą cały wieczór, nie tylko pogodny, ale i ciepły.

Zostawiamy Marka zajętego swoimi stopami. Helena w kuchni maluje kamyki różnokolorowymi farbami. Przysiadamy na ryneczku, naprzeciw kościoła, tuż obok rzeźby pielgrzyma, ale to tylko na chwilę. Resztę wieczoru spędzamy sącząc wino, pogadując i przyglądając się pracy hafciarek, siedzących w szeroko otwartym warsztacie.

Wracamy, gdy wszyscy już śpią. Jedynie Helena wciąż ślęczy przy kamykach – powleka je teraz lakierem bezbarwnym.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »