Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do San Nicolas del Real Camino


Rankiem w jadalni swoje kubki z kawą ustawiamy obok rozłożonej na stole karty papieru papieru. Leżą na niej kolorowe kamyki z imionami nocujących tu pielgrzymów. Dla jednych to sympatyczna pamiątka, dla zapominalskich – kamyk, symbolizujący grzechy, który należało zabrać spod swojego domu i zostawić pod krzyżem Cruz de Ferro, zaraz za Foncebadon.

Ktoś bierze kamyk do ręki, ogląda i odkłada na stół z ironicznym uśmiechem. To Mathias. Zrozumie, gdy dorośnie. Wiem, widziałem, ile krzątaniny i czasu kosztowało Helenę wywołanie uśmiechu na naszych twarzach. A ten uśmiechający się drwiąco trzydziestolatek? Ja zacząłem dorastać koło pięćdziesiątki, a więc on ma jeszcze dużo czasu. I tak go podziwiam. Gdyby ktoś dwadzieścia zim temu powiedziałby mi – pójdziesz na Camino, to na pewno nie zdążyłby już rzec ani słowa więcej – zszedłby nagle, „zabity na śmierć” moim rżeniem. Tak pośpiesznie zapisałem tę sytuację wieczorem. Po roku od tego zdarzenia mam więcej pytań, których nie zadałem Mathiasowi wówczas nie tylko dlatego, że spieszyłem się, bo Paweł nawoływał mnie z placyku przed schroniskiem. Droga uczy słuchania. I rozmowy, bez zadawania dociekliwych pytań. Mathiasa już nie spotkałem. Może był zwyczajnym turystą, bo pielgrzymi paszport umożliwia najtańsze wakacje w Hiszpanii – może: ale takie przypuszczenie odpada w przedbiegach, skoro nawet ja, Polak, wiem, w jaki sposób spędzić wakacje – na przykład - w Grecji, jeszcze taniej i przyjemniej: wałęsając się od wyspy do wyspy – swoistym łodziostopem – w zamian za pomoc rybakom. Może Mathias kontestował w ten sposób model życia obywateli kraju, z którego pochodził – bankierów już nie tylko Europy: przemieszczających się po świecie z klimatyzowanych śluz autokarowo – samolotowych do coraz bardziej ekskluzywnych hoteli, gdzie w zależności od ochoty, będę mogli pojeździć na nartach lub wygrzać się na plaży? Ale – jak podejrzewam - najpewniej zlazł z bloku startowego w dorosłość, gdy jego rówieśnicy pognali sprinterskim krokiem po stanowiska, awanse i apanaże…

Ty, Mathias, wybrałeś swoją drogę, zgodną z wiekową kwintesencją takiej sytuacji, prawdziwą – więc zapominaną i odkrywaną na nowo co parę lat: wolniej idziesz – dalej zajdziesz . Bo życie to nigdy nieukończony maraton, a nie – stumetrówka. Idąc swoim krokiem, będziesz mógł na mecie powiedzieć: w dobrych zawodach udział ja wziął i bieg żem ukończył. Sprinterzy strawią siły w staraniach o coraz lepszy samochód, rezydencję w reprezentacyjnej dzielnicy, a nade wszystko – o utrzymanie się na szczycie.

Marek pognał nim wstałem, nawet się nie pożegnał. Przypuszczam, że skoro obejrzał mnie sobie wczoraj, to doszedł do wniosku, że nie dotrzymam mu kroku. Cóż, mam prawie dwa razy tyle lat, co on, miał prawo tak sądzić. Tym bardziej, że wczoraj, w Villarmentero zatrzymałem się na czas o wiele dłuższy niż sam zamierzałem. Mógł przypuścić, że opadłem z sił. Tymczasem tam – podobnie jak w kilku wcześniej mijanych mieścinach - zauważyłem plac generała Franco, choć hiszpański parlament, zdominowany przez partię PSOE, tę samą, która w latach 30-tych tworzyła trzon republikańskiego rządu, uchwalił likwidację pomników dyktatora i związanych z jego osobą pamiątek. Nigdzie zaś nie dostrzegłem jakichkolwiek śladów związanych z osobą Dolores Ibarruri czy Jose Diaza, który już w 1936 r. zawiadamiał Komintern; w tych częściach kraju, które są w naszych rękach, kościół katolicki przestał istnieć. Czemu zwróciłem uwagę właśnie na nich? Dolores, generał Walter, no pasaran, faszystowska dyktatura - z tymi ogólnikami kojarzyła mi we wczesnej młodości wojna hiszpańska. Może dlatego pamięta się tutaj do dziś o dyktatorze, że w nieodległym Burgos, miał on swoją siedzibę podczas trzyletnich walk?

Sami Hiszpanie nie są jednomyślni w ocenie wojny domowej. Republikanie zniszczyli i sprofanowali w okresie kilku lat ponad 20 tysięcy świątyń. Nacjonaliści z Falangi, partii generała Franco, ścigali i sądzili republikanów aż do lat 70-tych ubiegłego stulecia. Bratobójcza wojna pochłonęła setki tysięcy ofiar, do dziś nie są znane dokładne liczby, co najdobitniej ilustruje jak silna była obustronna nienawiść. Przy neutralności zdecydowanej większości państw europejskich Hiszpanie wyrzynali się nawzajem, słono za to płacąc. Niemcy i Włosi nacjonalistom, a Związek Radziecki - republikanom nie pomagali bynajmniej ze względów ideologicznych. Uczynili sobie z Hiszpanii największy poligon w Europie. I nie strzelali do tarcz. Paweł powiedziałby zapewne, że to rewanż historii za wieloletnią rabunkową kolonizację i eksploatację przez Hiszpanów Ameryki Łacińskiej i Środkowej, a Niemcy i Rosjanie zagarnęli złoto zrabowane przez Hiszpanów Inkom i Aztekom cztery stulecia wcześniej.

Do Carrion de los Condes dochodzimy pozdrawiając grupki kobiet i mężczyzn wychodzących z miasta do pracy na okolicznych polach.

Wita nas Monasterio de Santa Klara, patronki mojej kuzynki. Do wąskich kościelnych drzwi zbliżają się dwie kobiety. Obserwujemy je z uwagą.

Kościół znajduje się w kompleksie klasztornym i dzieli nas od niego dobre 300 metrów. Nie mamy ochoty dymać tam na próżno, by po raz kolejny pocałować klamkę. Jednak staruszki wchodzą, a skoro kościół jest otwarty, to znak, że za chwilę odprawiona zostanie w nim msza św.

Ojciec wyszedł naprzeciw naszym potrzebom i oczekiwaniom, tak po prostu i dosłownie. Wewnątrz jest ksiądz, trzy staruszki, Paweł, ja i nasze dwa plecaki. Za drewnianą kratą, oddzielającą kościół od klauzury stoi kilkadziesiąt sióstr, klarysek. Jest cudny poranek. Półmrok kościelnej nawy iluminują pełgające po ścianach promyki słońca. W jednej chwili wnętrze staje się podbite światłem, prześwietlone, nasycone, radosne, beztroskie i jasne. Ma równocześnie ten przeczuwany klimat tajemnicy, zagadki, niedopowiedzenia; zupełnie jak na weneckich obrazach Francesca Guardiego.

I wtedy klaryski zaczynają śpiewać. Pieśni a capella brzmią fascynująco, może to one właśnie przydają temu miejscu piętna melancholii? Wygłos - niezakłócony pulsacją organowego akompaniamentu – nasyca to wnętrze i powraca echem. Pobrzmiewa wówczas jeszcze, gdy siostry zaczynają już kolejną pieśń. Śpiew klarysek jest we mnie do dziś i zawsze kojarzyć będzie mi się z tą miejscowością. Takiego wrażenia nie wywarła na mnie żadna z romańskich budowli, którymi słynie to królewskie miasto. Nawet portal kościoła Santiago, którego rzeźby są urodziwsze od tych, które oglądałem we Fromista.

Nie zastanawiam się, którą z dwóch dróg – już sam - ruszę dalej. Ta w lewo – prowadzi wzdłuż szosy i przez leżące przy niej wioski. Ta w prawo – to niemal 18 kilometrów szczerego pola. Bez namysłu skręcam w prawo, choć nie uzupełniłem zapasu wody. Sklepy są jeszcze zamknięte. Nie natrafiłem również na kran czy pompę opatrzoną napisem „Aqua potable”. Nie szkodzi - do picia mam dwie małe puszki z colą i piwem, chowane na taką sytuację, do jedzenia – dwa ułamki bagiety, tuńczyka w oleju, czekoladę i trzy nektarynki.

Idę polną drogą wśród pól i pastwisk. Swoim tempem. To ważne. Gonienie za kimś jest równie wyczerpujące jak dotrzymywanie kroku komuś, kto idzie znacznie wolniej. Irene z Hansem - mocno starsi ode mnie - sypiają długo, poranki spędzają w barach przy kawie i ciepłej bule, wyruszają późno, chodzą bardzo wolno, ale wytrwale i bez chwili postoju, codziennie po 20 – 25 kilometrów. Akuratny Gunnar mógłby się od nich uczyć systematyczności i konsekwencji. Prawa noga – prawy kijek, lewa noga – lewy kijek. Ociężale, z pochylonymi głowami. Ciężko unoszą stopy w ogromnych buciorach. Marsz z użyciem kijków mnie męczy, a sama perspektywa obucia stóp w takie monstra – wręcz przeraża. Podziwiam ich, a oni – mnie. Mówią, że nie zdecydowaliby się na marsz w sandałach i bez kijków. Na trasie nie posilają się, jedynie piją – bez przystawania – za pośrednictwem rurek. Myliłem się, przypisując im na początku typowo niemiecką żelazną konsekwencję. Są po prostu podatni na przeziębienia i - po wysiłku – potrzebują długiej regeneracji. Idą swoim tempem. Podobnie jak niewysoki Brian. Na chwilę zrównał się ze mną. Trzy słowa, kęs kanapki, łyk wody i pognał przed siebie tak szybko przebierając nogami, że zacząłem się zastanawiać czy zapląta sobie nogi na supeł i wywali, czy raczej uniesie w powietrze, bo i zaczął wymachiwać rękoma, przedłużonymi o kijki. Brian maszeruje w adidasach. Kijki trzyma lekko uniesione, niczym narciarz. I tylko niekiedy ruchem początkującego zjazdowca próbującego skręcić – zabija jeden z nich w ziemię. Częściej jednak – gdy idzie sam czyli najczęściej - po prostu beztrosko i chaotycznie sobie nimi macha. Bardzo wcześnie rozpoczyna codzienną marszrutę i bardzo szybko ją kończy – zwykle tuż po południu. Brian wie, że ja bardzo wcześnie zaczynam, przystaję równie często jak zbaczam i bardzo późno kończę marsz, podobnie jak i ja wiem – że on każdego ranka będzie mnie wyprzedzał.

Skręcam w prawo, żeby sprawdzić dokąd wiedzie wątła ścieżyna, wydeptana w wysokiej trawie. Prowadzi do miejsca, w którym ktoś niedawno palił ognisko. To moje marzenie: usypiać przy gasnącym ogniu. Na tej trasie na pewno go nie zrealizuję. Boję się - jest bardzo sucho. Za kilkanaście dni będę jechał autokarem na Finisterrę; dziesiątki kilometrów wzdłuż spalonych, umarłych lasów.

Droga jest długa, równa, prosta i monotonna To dobra zaprawa przed jutrem, gdy wyprawię się na via Trajana, pozbawioną w dodatku zacienionych miejsc, jak to, w którym właśnie odpoczywam.

Przed schroniskiem mieszczącym się u samego wejścia do Calzadilla de la Cueza Irene suszy włosy, Hans kupuje arbuza w objazdowym sklepiku na kółkach. Samochodowe sklepy objeżdżają maleńkie wioski, oferując produkty o niskiej trwałości, zwykle owoce i warzywa. Widziałem jednak i samochodową chłodnię, z której sprzedawano ryby. Znajomi zachęcają, bym zatrzymał się tu na noc. Jest jednak za wcześnie, za ładnie, mam za mało kilometrów w nogach, w głowie - za dużo do przemyślenia i - co równie istotne – okolica nie wydaje się być interesująca.

Mimo wczesnej pory kolejne kilometry przemierzam sam, wyprzedził mnie tylko belgijski rowerzysta i dwóch Hiszpanów, do których przysiadam się w Ledigos. Ulokowali się obok swoich rowerów na wiodących do baru schodkach. Jeden z nich przyjmuje oferowanego papierosa, ale wykrusza z niego tytoń. Napełnia papierek czymś, po co sięga do płaskiego blaszanego pudełka, odrywa ustnik, zapala, łyka dym i podaje mi. Podejrzewam, że to trawka, a buchanie zioła nie jest tym co mnie kręci czy jest w jakikolwiek sposób potrzebne do życia, więc grzecznie odmawiam.

Terradillos de Templarios kusi mnie swoją nazwą, związaną z zakonem. Zatrzymałbym się tu na noc, by – ze względu na wczesną jeszcze porę – połazikować po okolicy. Schronisko jest małe, czyste, z barem na miejscu, zatłoczone i bez wolnych miejsc. Zdarzyło mi się to po raz pierwszy i ostatni na całej trasie, nie licząc Burgos, no ale tam przecież dotarłem prawie o północy.

Dostaję propozycję noclegu na podłodze lub marszu do odległej o 6 kilometrów następnej miejscowości o jeszcze milszej nazwie: San Nicolas del Real Camino – mój syn ma na imię Mikołaj. Rezygnuję z podłogi. Ludzie – sowy do późna nie daliby mi usnąć, a ludzie – słowiki stratowaliby mnie jeszcze przed świtem.

W trakcie rekonesansu nie decyduję się jednak zostać w San Nicolas na noc. Nie ma ani kuchni, ani miejsca w którym mógłbym zagotować wodę. Nie lubię wychodzić na szlak bez uprzedniego wypicia kubka gorącej herbaty. Tu zaś jest tylko bar, czynny do późna, za to rankiem zamknięty na cztery spusty. Tuż po wyjściu na zewnątrz zmieniam jednak zdanie. Niebo zaciągnięte ciemnymi chmurami wróży rychły deszcz. Pojawiają się już ciężkie, na razie rzadkie krople.

Marek był pierwszą osobą, którą zobaczyłem po wejściu na piętro, gdzie znajdowały się sale sypialne. Ja zaś byłem chyba ostatnim człowiekiem, którego spodziewałby się tu ujrzeć.

- Jak przejdziesz ze mną jutro 38 kilometrów, to potem już do końca możemy iść w tempie 30 kilosów dziennie – powiedział.

- Dobra – zgodziłem się. - Możemy iść razem, o ile zdecydujesz się zrobić jutro 44 kilometry.

Do Reliegos


Wyruszamy – jak przypuszczałem - o suchym pysku. Do Sahagun, pierwszego miasteczka w kolejnej prowincji – Leon – dochodzimy zbyt wcześnie, by znaleźć jakikolwiek otwarty bar. Możemy próbować szczęścia na dworcu, uzbroić się w cierpliwość i wypatrywać jakiegoś barmana – rannego ptaszka albo po prostu pójść dalej, śladem Briana, który uśmiechnął się do nas, machnął kijkiem i znikł.

Śniadamy na skwerku, przy którym znajduje się pompa. Dysponujemy połówką bagiety, czterema kostkami czekolady i jedną serwetkę. Za to świeżej wody mamy do woli. W następnej miejscowości zaopatrujemy się w jedzenie na dwa dni. Nie mamy ochoty powtórzyć na jutrzejsze śniadanie menu z dzisiejszego poranka. Po raz pierwszy od początku wędrówki, ale i ostatni kupuję mokrą wędlinę – szynkę. Wkrótce zasmakuję w małych, silnie podwędzanych kiełbaskach, mocno przyprawionych, przypominających bardzo kiełbasę polską.

Zapowiada się dzień szczura. Jemy tuż po wyjściu ze sklepu, kontynuujemy na ryneczku, wypytując przy okazji przechodniów jak trafić na drogę, która znana jest pod trzema nazwami: Calzada de los Pelegrinos, Calzada Romana bądź Via Trajana. Wszyscy Hiszpanie, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać, używali jednak tej ostatniej nazwy. Ona też wypisana była na ręcznie wykonanym drogowskazie, ustawionym przy końcu miejscowości. Podjadamy na polach i w rzadkich laskach, przez które początkowo prowadzi dukt. Ucztujemy w cieniu, na ich skraju. Dalej widzimy patelnię, przeciętą w jednym tylko miejscu linią prostej, szerokiej drogi, zwężającej się w miarę zbliżania do majaczących na horyzoncie grafitowych szczytów i w końcu niknącą gdzieś u ich podnóża. Tam dziś chcemy dojść. To 24 kilometry odkrytej przestrzeni, bez jednego drzewa, bez jednej wioski i jakiegokolwiek zacienionego miejsca.

Rozmawiamy tylko chwilę po wstąpieniu na ten stary, wybudowany przez Rzymian trakt. Jego nazwa wskazuje, że powstał za panowania cesarza Trajana – prawie dwa tysiące lat temu Chociażby dlatego warto było pójść nim, a nie alternatywną drogą - standardowym szlakiem, poprowadzonym wzdłuż szosy i przechodzących przez liczne wioski.

Okazuje się, że istotnie wracamy do Polski tego samego dnia, tyle że z różnych miast. Marek leci z Bilbao, gdyż jeszcze przed wyjazdem przyobiecał sobie modlitwę w Limpias, leżącym w pobliżu tego miasta, gdzie znajduje się cudowny Krucyfiks, zwany również Chrystusem w Agonii, a przez Hiszpanów – El Santo Christo de Limpias, ja zaś - wykupiłem lot powrotny z Lizbony, by – w drodze do niej – pobyć w Fatimie.

Cisza wygasza rozmowę, uspokaja nas i wchłania. Jest tak wyrazista, że można rozróżnić pod stopami chrzęst poszczególnych kamyków. Gdyby nie majaczące gdzieś w oddali słupy linii wysokiego napięcia – miałbym duże trudności z przyporządkowanie tego krajobrazu określonemu czasowi. Droga jest równa, prosta, szeroka i twarda, pozbawiona dziur i kolein, choć od kilkudziesięciu lat częściej od obutych w sandały stóp ugniatają ją koła rolniczych ciągników. Gdy zrównujemy krok – szutr pod stopami unosi sięgające kolan obłoczki kurzu. Czarne paski sandałów nie kontrastują już z bielą stóp. Całe nogi oblepia jednolity, kremowy pył. Wyobrażam sobie maszerujący tędy legion lub choćby kohortę rzymskiej piechoty: narastający zgrzyt kamyków pod tysiącami stóp, szum rytmiki marszu przeradzający się w dudnienie, chrzęst broni i ekwipunku, unoszący się na kilka metrów w górę obłok kurzu, a wyżej chmary spłoszonego ptactwa. My jednak, niczym św. Marcin z Tours do swej ostatniej w życiu bitwy, kryjemy w pięściach różańce.

Góry w oddali zmieniły barwę, to najlepszy dowód że wciąż posuwamy się do przodu. Najpierw jednolicie grafitowe, lekko przymglone, teraz są ciemnobrązowe, a w ich jednolitym dotychczas masywie można już wyodrębnić poszczególne szczyty. Pojawiają się pierwsze ślady ingerencji człowieka: nasyp kolejowego toru, przejeżdżający pociąg, kanał z wygodnym dostępem do szybko płynącej i bardzo chłodnej wody. Długo moczymy w niej obolałe stopy, płosząc stadka drobnych ryb.

Droga kończy się uprawnym zagonem. Nie znajdujemy ani muszli, ani żółtej strzałki, ani pryzmy kamieni, które wskazałyby kierunek.

W prawo wije się droga typowo polna, ta w lewo, wiodąca w kierunku przejścia przez tory, sprawia wrażenie bardziej uczęszczanej. Dochodzimy nią do nowego szlaku do Reliegos. Wygracowana alejka wzdłuż szosy obsadzona jest młodymi drzewkami. Dołki wokół wszystkich pni wypełniane są właśnie wodą i wygląda to tak, jakby przy każdym drzewie znajdował się kranik, a wszystkie je odkręciła równocześnie czyjaś niewidzialna ręka. I niemiły dysonans – masy śmieci, zwłaszcza wokół miejsc wyznaczonych do odpoczynku.

Jak bliskie wydają się być teraz szczyty gór. Garnirowane obłokami cumulusów wyglądają zupełnie jak ciastka z bitą śmietaną, w tym przedwieczornym słońcu, eksponującym brąz zboczy i biel chmur.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »