Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do La Virgen del Camino


Moje sandałki nabyte za 39,99 złociszy mają już podeszwy twarde jak deski. Wzdycham oby wytrzymały. I one, i stopy. Jednostajny, ostry ból podbić narasta z każdym krokiem. Pierwszy i ostatni raz łykam środek przeciwbólowy. Zapadam w Tajemnicę Światła i jestem w niej przez 4 godziny, aż do rozległych przedmieści Leon.

Cieszę się Drogą. Chciałem jej tak bardzo, że powziąłem postanowienie zwolnienia się z pracy w przypadku nieotrzymania trzytygodniowego urlopu, bo mój pracodawca daje tyle urlopu, ile chce i kiedy chce. Zwykle nie więcej niż 10 dni roboczych. Wniosek o urlop jednak złożyłem, bo decyzja zwolnienia się z pracy, nie jest – zwłaszcza dla 50-latka – postanowieniem łatwym. I dostałem ten urlop, całe 20 dni roboczych. Mało tego – wszyscy dostali w tym roku tyle urlopu, o ile wnioskowali, i to w dodatku w wybranym przez siebie terminie. Normalny cud! Może pracodawcę skłoniły do tego przypadki osób mdlejących przed komputerem, może go natchnął Duch Święty? Oby i jedno, i drugie. Urlopu starczyło na wyruszenie z Logrono, o ile chciałem iść w swoim tempie, pojechać na Finisterra, którą obserwowałem wcześniej tylko z morza, i zajrzeć do Fatimy.

Dlaczego zaś postanowiłem wybrać się w drogę i to właśnie: w tę drogę? Przed kilku laty pojechałem nad Jeziorak, do Benka, gdzie od lat od kwietnia po listopada spędzam wolne dni. Było ciepłe, lipcowe popołudnie. Znajomi, którzy przebywali tu już trzeci tydzień, okupowali zacienioną część pomostu. Nie opalali się, nie łowili ryb, nie rozmawiali, nie spali – po prostu leżeli. Przywitałem się z nimi, pokręciłem, zacząłem coś mówić...

- Dopiero przyjechałeś – stwierdził Tolek.

- Tak. A jak poznałeś?

- Bo ciągle jeszcze jesteś w Gdańsku – powiedział na pozór bez sensu.

Tak jak ludzie, którzy podejmują głodówkę, by oczyścić swój organizm – postanowiłem wybrać się w samotną drogę, by odkurzyć swoje myśli, przekartkować je i uporządkować – dokładnie tak, jak konserwuje się co pewien czas domowy księgozbiór.

Wchodzimy do miasta w porze sjesty, więc zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym parku. Lepiej przeczekać upał wylegując się na trawie pod drzewem, niż siedzieć na placu rozgrzanym jak dno kotła.

Zabytki sakralne w dużych miastach tym różnią się od tych, zlokalizowanych w wioskach czy mieścinach, że są otwarte przez cały dzień, wyjąwszy – oczywiście - godziny sjesty. W katedrze od 1063 r. spoczywają relikwie św. Izydora, żyjącego na przełomie VI – VII wieku. Postać to może dziś nieco zapomniana, lecz jakże nietuzinkowa, skoro współcześni twierdzili, że Platonowi dorównywał polotem, Arystotelesowi - wiedzą, Cyceronowi - wymową, Orygenesowi - erudycją, św. Augustynowi - nauką, a św. Grzegorzowi I Wielkiemu – świętością. Może właśnie dlatego został obwołany patronem Internetu? Z wielością zalet św. Izydora korespondują monumentalne witraże tej świątyni.

Z Leon wychodzimy na chybił – trafił bardzo późnym popołudniem.

Według książeczki Marka najbliższe schronisko spotkamy po 13 km, w świetle moich notatek - po 23. Wiele jednak informacji, zawartych w przewodnikach dezaktualizuje się w przeciągu roku. Otwierane są nowe bary i sklepy w miejscach, w których ich wcześniej nie było. Przy trasie ustawiane są nawet automaty z napojami. Schroniska pojawiają się jak grzyby po deszczu, nawet w malutkich wioskach. Niektóre są przenoszone lub zamykane.

Marek miał rację. W La Virgen del Camino jest nowe schronisko.

U dominikanów. Nie musimy klepać dzisiaj jeszcze dodatkowych 10 kilometrów. Cieszy nas to tym bardziej, że zaczyna zmierzchać.

Do Santibanez


Około południa szlak wyludnia się. Piesi i rowerzyści zapadają w krzakach na polegiwanie. To długodystansowcy. Ci zwykle wychodzą wcześnie. Tuż przed 11,00 a więc zamknięciem sklepów, dokonują zakupów, po czym zatrzymują się, jak ci, których właśnie minęliśmy, na długi, kilkugodzinny popas, obiad i drzemkę, po czym kontynuują marsz. Sprinterzy - ludzie przebywający dziennie krótkie odcinki - też wychodzą wcześniutko, a teraz są już najpewniej w okolicach schronisk, w których zamierzają nocować.

Siadamy i my. Buntują się Marka stopy. Bezskutecznie grzebie w plecaku szukając jakiegoś przyrządu do przebicia bąbla i wreszcie znajduje – spławik z bardzo ostrą antenką.

Na punkcie łowienia ryb ma jeszcze większego hyzia ode mnie. Nie tylko zabrał ze sobą – okazuje się – kołowrotek, wędkę i pudełko ze spławikami, haczykami, błystkami, ciężarkami, to i zadał sobie trud przeróbki składanego wędziska, by mieściło się w plecaku. Kusi mnie, żeby je wypróbować w potoku, nad którym siedzimy. Zbyt wiele czasu zajęłoby jednak znalezienie jakiegoś głębszego miejsca. Nie wiem poza tym, czy nie jest tu potrzebne jakieś zezwolenie.

Schodzę pod mostek, na którym Marek opatruje swoje stopy. Odczekuję dobrą chwilę przed zamoczeniem rozgrzanych i wysuszonych nóg w chłodnej wodzie. Bąbel, którego nabawiłem się w ten sposób, zbyt mocno dał mi się we znaki, bym miał ten sam błąd powtórzyć po raz wtóry. Rozmyślam o zmarłych rodzicach.

Na sąsiednim kamieniu, tuż, może pół metra ode mnie przysiada duża, niebieska ważka. Po chwili przylatuje druga. Nie płoszy ich moje masowanie stóp ani – tym bardziej – donośne głosy dobiegające z mostku. Marek rozmawia z trzema Włoszkami. Przychodzi mu to tym łatwiej, że pracował we Włoszech, opanował ten język i porozumiewanie się nim nawet z Hiszpanami przychodzi mu z łatwością. Wstaję. Ważek nie spłoszyły moje ruchy, ale po wejściu na mostek zobaczyłem pusty kamień.

Dziewczyny zostawiają nam torbę kandyzowanych orzeszków. Ciekaw jestem, ile musiały ich kupić, skoro jedzą je od rana i jeszcze z pół kilograma zostało. Nie oddaliły się jednak daleko. Ruszyliśmy po kwadransie, a po kolejnym dopędziliśmy je. Szły z widocznym trudem. Chcą jak najszybciej dostać się do Orbigo. Planują tam nie tylko przenocować, ale i zasięgnąć porady lekarskiej.

Zatrzymujemy się jednak wspólnie w ogródku pierwszego napotkanego baru. Dziewczyny konferują z Markiem na temat najlepszych specyfików, neutralizujących dolegliwości poranionych stóp. Składam nasze plecaki w jednym miejscu. Wór Marka jest chyba dwukrotnie cięższy od mojego plecaka. Nic w tym jednak dziwnego, skoro niesie nie tylko kompletny arsenał wędkarski, ale i miniaturową edycję Pisma św., aparat fotograficzny i wiele jeszcze innych mniej lub bardziej użytecznych rzeczy. Dźwiga jednak je i doniesie. Ma bicepsy grubości moich ud, więc targanie tego – dla mnie iście syzyfowego - ciężaru, nie przychodzi mu z trudnością.

Wielu jednak nie tak silnych fizycznie ludzi zabiera nadmiar rzeczy, które nie są im niezbędne lub takich, bez których spokojnie mogą się obejść. Po kilku dniach zostawiają je więc w schroniskach, wysyłają do Santiago, by odebrać je po zakończeniu wędrówki, albo do domu. To już chyba odruch warunkowy – zamiłowanie do otaczania się mnogością rzeczy, bibelotów, cudeniek. Podobnie postępują w sklepach. Nie są w stanie zjeść na kolację i śniadanie nabytych w tym celu produktów. Pozostawiają w schroniskach lodówki wyładowane po brzegi ledwie napoczętymi specjałami. Nigdy do nich nie zaglądałem, bo od dłuższego już czasu jadam wtedy tylko, gdy czuję głód, a nie dlatego, że „nadeszła pora posiłku”. Dlatego, będąc w Drodze, kupuję taką żywność, która nie zepsuje mi się w trakcie kilkugodzinnego kitwaszenia się w plecaku.

Tajemnicę zawartości lodówkowego sezamu zdradził mi Johann. Wraz z psem nasycają się drobną cząstką tego, co tam znajdują.

O tych ludziach, którzy wyszli na trasę, bez wcześniejszego, koniecznego treningu, przypominają buty, niekiedy w bardzo dobrym stanie, zostawione na szlaku dla innych. Kupili obuwie na rozmiar swoich stóp, nawykłych do naciskania pedału gazu, sprzęgła i hamulca w samochodzie. Po kilku dniach intensywnego marszu, nawet jeśli mogli go dalej kontynuować – to nie w tych butach. W takich warunkach stopy powiększają się znacznie – bywa, że i o 2 numery. Tego faktu wielu nie bierze pod uwagę, stąd mają tyle bąbli, otarć i ran na stopach.

Wszedłem do wnętrza złożyć zamówienie. Barmanka rozmawiała nieopodal z koleżanką. Widziała mnie, ale do baru zbliżyła się po dłuższej chwili, wówczas, gdy podszedł tubylec, i to jego obsłużyła pierwszego. Tylko dwukrotnie spotkałem się później z podobnie demonstracyjnym zachowaniem, którego przyczyn nie potrafiłem sobie wytłumaczyć. Owszem, wyglądałem na obcego. Nie miałem jednak wypisanej na twarzy narodowości i wyznania, więc te względy nie wchodziły w grę. Szlakiem do Santiago chodzą ludzie różnych ras, narodowości, wyznań. Bezwyznaniowych kosmopolitów też spotyka się wcale często. Kobietka albo – po prostu – nie lubiła „cudzych”, albo – co pewniejsze - była tak leniwa, że mówiła sobie: skoro jest spragniony, to poczeka, aż mi się zechce zrobić mu kawy. Zerwanie się na widok swojaka zaś leżało w jej własnym interesie, by on nie potraktował jej równie ostentacyjnie, gdy ona kiedyś zjawi się przed nim jako petentka.

Marek zdezynfekował rany jodyną i susząc stopy wertuje książeczkę Lucyny Szomburg o Camino, która jest dla niego nie tyle wyrocznią, co prześlicznym wspomnieniem. Jego 9-letnia córeczka, gdy dowiedziała się, że tata idzie na Camino, znalazła tę książkę i kupiła mu ją za zaskórniaki otrzymane od rodziny z okazji swej Pierwszej Komunii.

Zakłada świeże opatrunki i postanawia jednak iść dalej: najpierw do śródmieścia, a potem się zobaczy. Wchodzimy tam imponującym mostem, zbudowanym jeszcze przez Rzymian. Trudno nam go opuścić. Długość mostu i szerokość koryta świadczą o tym, jak potrafi wezbrać ta rzeka, która teraz, w pełni skwarnego lata, miejscami skórczyła się do kilku warkoczy strumyków. W jednym z nich brodzi wędkarz, łowiący pstrągi na sztuczną muchę, czy też raczej – wypoczywający. Wiemy, że jest za wcześnie, szanse na brania będzie miał pod wieczór, a mimo to obserwujemy go dobry kwadrans. Popatrujemy na puste pole namiotowe za rzeką. Zamieniamy parę słów. Z Brianem, oczywiście. Już wypoczęty i odświeżony wraca ze sklepu, zostaje tu na noc. Nie udaje mu się skusić nas zakupionymi smakołykami. Zdopingował nas za to do zakończenia postoju, trzeciego już na odcinku ledwie kilku kilometrów.

Polami dochodzimy do szosy, wzdłuż której biegnie mocno zarośnięta, a więc mało uczęszczana ścieżka. Widocznie większość idących wybiera alternatywną drogę, nas jednak skierowano na tę właśnie. Marek z każdym kilometrem odżywa, mi zaś dla odmiany idzie się coraz trudniej. Zatrzymujemy się na nocleg w Santibanez, miejscu nie cieszącym się dobrą opinią wśród tych, którzy je odwiedzili. Nie mamy jednak wyboru. Od południa więcej czasu spędziliśmy na byczeniu się niż na marszu. Do najbliższego campingu mamy 7 km., do schroniska zaś – 10. Zresztą już zmierzcha. Prywatne schronisko jest - oględnie mówiąc - nieciekawe. Właściciel w stanie z lekka wskazującym uwija się po kuchni, przyrządzając kolację zamówioną przez tych, którzy przyszli tu wcześniej od nas. Oferujemy mu zapłatę taką jak za miejsca w pokoju, lecz spać chcemy na swoich karimatach w ogródku, nieopodal znajdujących się tam pryszniców dla pielgrzymów. Nie wyraża zgody: albo śpimy na łóżkach, albo mamy sobie szukać noclegu gdzie indziej. Ta propozycja przychodzi mu tym łatwiej, bo dobrze wie, iż od owego najbliższego „gdzie indziej” dzieli nas ładnych parę kilometrów. Zostajemy więc. Tyle, że zagospodarowujemy dwie ławki znajdujące się w ogrodzie. Do wnętrza wejdziemy tuż przed snem. Nie mamy specjalnych wymagań odnośnie noclegu, nie jesteśmy zarazem zwolennikami maksymy, że tym lepiej, im gorzej. Szczyt ekskluzywności to czyste łóżko w wywietrzonym pokoju, dostęp do kuchni i łazienki z bieżącą wodą. W zdecydowanej większości miejsc, w których nocowaliśmy tak właśnie było, wyjąwszy to jedno.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »