Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do Rabanal del Camino


Nie nadkładamy prawie kilometra, by wrócić do głównej drogi, wzdłuż której tu przyszliśmy. Idziemy za strzałkami. Kierują nas one na nie ogrodzony majdan dużego gospodarstwa, gdzie wyleguje się kilka wielkich psów. Wiemy już, że spotkane pojedynczo na ulicy nawet nie zwróciłyby na nas uwagi. Jak jednak zareaguje ta wataha na widok obcych włażących na ich podwórko? To jedyna droga, a nie uśmiecha się nam, by wrócić skąd przyszliśmy. Uwalniają nas mężczyźni, którzy przyjechali autem do pracy w polu. Jeden z nich demonstracyjnie ruszył biegiem w kierunku sfory. Psiaki błyskawicznie dały dyla za róg odległej o dobre sto metrów stodoły.

Do baru w San Justo de la Vega zachodzimy tym chętniej, że coś ciepłego piliśmy ostatnio wczoraj po południu. W Santibanez nie dostaliśmy zgody na skorzystanie z kuchni. Zamawiamy kawę i pytamy barmankę o opinię na temat ostatniego schroniska. Tylko macha ręką i z dezaprobatą kręci głową. Goście słyszący naszą rozmowę uśmiechają się ironicznie.

Wszyscy z zainteresowaniem oglądają transmisję z gonitwy z bykami na ulicach któregoś z miast. Nie sądziłem wcześniej, że walki i gonitwy cieszą się aż takim zainteresowaniem. Zmieniłem zdanie już w Barcelonie. Przechodziliśmy z Ulą i Martą obok przypominającej colosseum areny, gdzie wkrótce miała zacząć się corrida. Tradycyjny kształt tej budowli zdawał się świadczyć, że ceremoniał walk z bykami zostawili Iberyjczykom w schedzie już Rzymianie. Puste do niedawna ulice i chodniki nagle zakorkowały się pojazdami i ludźmi. Bardzo wielu było wśród nich turystów. Nie przyszli tu w roli gapiów lecz widzów czy może raczej - uczestników widowiska, mającego charakter rytuału. Jedynie sześcioro Anglików w różnym wieku usiłowało przekrzyczeć uliczny jazgot, skandowaniem haseł sprzeciwu wobec corridy. Dwoje z nich trzymało ręcznie wykonane plakaty, niewielkie i mało czytelne. Nikt nie zwracał na nich uwagi, jedynie niektórzy z przechodzących najbliżej nich, znacząco pukali się w czoło, zdając się mówić: macie swoje walki psów i kogutów, to wara od naszych byków.

Nie wiem dlaczego uważałem Astorgę, o której już wcześniej wiele słyszałem, za duże miasto. Może dlatego tak sądziłem, bo prowadził przez nią starorzymski „Szlak Srebra” – droga, przecinającą Półwysep Iberyjski z północy na południe, zaczynająca w Sewilli, kończąca zaś w Gijon, leżącym nad Zatoką Biskajską; może dlatego – że w trakcie lektury informacji o obiektach godnych uwagi związanych z tym miastem, wynotowałem tak wiele osobliwości. Tymczasem obecna Astorga jest typowym miasteczkiem, w najlepszym rozumieniu tego słowa. Ma wyraziste centrum, o rozsądnych proporcjach, przytulne, takie „do ludzi”; pełne przepysznych obiektów z różnych epok. Pozbawiona jest przytłaczającego monumentalizmu, anonimowości i blichtru charakteryzujących współczesne metropolie. Natychmiast zaliczam ją do miejsc, w których mógłbym mieszkać i czuć się dobrze.

Swoim zwyczajem wybieram dwa obiekty, którym postanawiam przyjrzeć się bliżej: katedrę i Pałac Biskupi. Muzeum znajdujące się w pałacowych wnętrzach jest jeszcze zamknięte na cztery spusty. W katedrze odprawiana jest właśnie msza św., ale możemy obejść jej wnętrze już po kilku minutach. Msza trwa niewiele ponad dwadzieścia minut. Wielu może to razić, rodzić przypuszczenia o nonszalancję czy odrabianie pańszczyzny. To jednak ich cecha. Wszyscy Hiszpanie mówią bardzo szybko, tonem który wydaje się być pełnym irytacji. To jednak kwestia akcentu i wymowy, a nie podekscytowania czy stanu nerwów.

Wpatruję się w bryłę Pałacu i mimowolnie porównuję z barcelońską bazyliką Sagrada Familia. Obie wymyślone, narysowane przez Antonio Gaudiego konstrukcje dzielą ledwie trzy lata, a zarazem trzy epoki. Obie sprawiają wrażenie narysowanych właśnie, a nie zaprojektowanych. Budowa Sagrada Familia jest wciąż kontynuowana, nie tylko dlatego, że w okresie republiki niedokończona bazylika została częściowo zniszczona . Republikanie nie oszczędzili również pracowni nieżyjącego już wówczas Gaudiego. Przepadły plany architektoniczne świątyni, którą architekt w zasadzie miał tylko dokończyć, a skończyło się na tym, zamieszkał na placu budowy. Może dlatego właśnie, że najstarsze części świątyni już wymagają remontu, a najmłodsze – dopiero powstają, nie sprawia ona takiego wrażenia jak Pałac Biskupów, któremu teraz nie mogę się napatrzyć. Mam wrażenie, że jest on czymś, czego nie da się zmaterializować, a ujrzeć go można tylko w snach, tak pięknych, jak i niedosiężnych – bo po przebudzeniu nie dają się w jakikolwiek sposób zapisać. Ktoś o tym Pałacu powiedział efektownie, ale nie do końca trafnie, że można go pokochać albo znienawidzić. Na pewno jednak nie jest to budowla, obok której nie tylko nie można przejść obojętnie, ale i o niej zapomnieć. Gaudi miesza konwencje jak Paganini nuty.

Nie kompiluje jednak żadnego stylu czy mistrza. Nie można również określić tego co robił – twórczym rozwijaniem zamkniętych i skończonych w swej doskonałości stylów architektonicznych. Stylistyka Gaudiego to bezustanne wariacje, swoisty dialog - ale i polemika z kulturowym dziedzictwem pokoleń. Wyobraźnię dziecka w największym chyba stopniu kształtują pierwsze wysłuchiwane, a potem już samodzielnie czytane bajki. Dziecko nie wartościuje tak, jak to czynią dorośli, że coś jest piękne, a inne – okropne. Nawet tego nie potrafi, nie dysponuje bowiem odpowiednią skalą porównawczą. Dziecko dopiero kształtuje swój obraz i postrzeganie świata. Pomocne w tym są bajki.

Nieosadzone w określonej przestrzeni czasowej czy konkretnej rzeczywistości, formują i rozwijają wyobraźnię, czytelnika. Ona to nadaje bajce kształt ostateczny. Pałac Biskupi to właśnie pałac z takiej bajki; to pałac z moich dziecięcych o nim wyobrażeń.

Późno wychodzimy z Astorgi i tniemy jak przecinaki w tempie ponad 6 kilometrów na godzinę. W myślach połykam Tajemnicę Radosną. Nie śpiewam, chyba bym się zatchnął. Pawła najpierw zaintrygowała śpiewana odmiana różańca praktykowana na pielgrzymce z Suwałk do Wilna, a potem bardzo spodobała. Marek woli szept i myśli.

W Santa Catalina de Somoza znajdują się relikwie jej patrona, San Blasa. Kościółek jest – oczywiście – zamknięty. Pozostaje mi więc jedynie dotknięcie cegieł budowli i chwilowa wyprowadzka z rzeczywistości, co pragmatycy nazwaliby stanem euforycznym.

Główna uliczka jest tak wąska, że małe stoliki i krzesła ustawione pod ścianą budynku, w którym mieści się bar, zajmują połowę jej szerokości. Siedzący obok tutejsi mieszkańcy uśmiechają się do nas i zagadują. Odpowiadam im, że jestem Polakiem i mało rozumiem. Zdaje się to im jednak w niczym nie przeszkadzać a nawet dopingować do konwersacji, bo mówią jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Marek zamawia colę, ja piwo i przygotowujemy się do kolejnego skoku.

Chodzimy dzisiaj szybko, ponieważ jest bardzo ciepło a szlak wiedzie przez odkryty teren. Biegamy więc od cienia do cienia, czyli od baru do baru, na czym nie cierpią nasze nogi lecz kieszenie. Tylko pola - żadnego lasku, ani jednego cienia, najmniejszej strugi. To jeden z najcieplejszych dni na Camino, a więc i samotnej wędrówki. W czasie, gdy my siedzieliśmy w Astordze, inni szli, a teraz mają sjestę nawet w oddalonych nieco od szlaku, ale zacienionych miejscach. Minęliśmy jedynie dwoje Węgrów, i to tylko dlatego, że przystawali co kilkaset metrów na parę minut. Nie chcieli jednak ani wody, ani innej pomocy.

Następny popas, dłuższy, bo przypadający w porze największego żaru, robimy w El Ganso po czterdziestu minutach i kolejnych czterech kilometrach. Mamy ich w nogach dzisiaj już trzydzieści.

Jesteśmy jedynymi gośćmi knajpy pod nazwą Cowboy Bar. To jednak nie jest saloon, mimo mnóstwa rekwizytów. Widać i czuje się, że to tylko obojętna stylizacja, pozbawiona jakichkolwiek uzasadnień. Przypomniał mi się anarchio – komunizujący bar w Itero: ten kult Che Guevarry, kubańskie flagi, zdjęcia właściciela na Placu Czerwonym, przy mauzoleum Lenina. Tu nie ma ani takiego klimatu, ani żadnego innego, dlatego opuszczamy bar bez żalu, by zrobić kolejny skok.

Z dużą ulgą stajemy na nocleg w Rabanal. Wioska to jedna ulica i przydrożne zabudowania. Nie tylko jednak taka lokalizacja świadczy o tym, że pobudowano ją na szlaku Camino, jak wiele podobnych miejscowości. Są w niej również dwa czynne kościoły, klasztor, stary cmentarz, w przeszłości było również kilka szpitali dla pielgrzymów. Wieś jest bardzo długa, co sprawdziliśmy podczas spaceru na mszę po zainstalowaniu się w schronisku. Przy drodze wydzielone jest miejsce campingowe, na którym stoi kilka namiotów. Pobenedyktyński klasztor, po licznych przebudowach, a więc w stosunkowo dobrym stanie, zasiedlają niemieccy zakonnicy. Oni również zajmują się odbudową kościółka, z którego zostały jedynie mury zewnętrzne. W nawie trwają prawdopodobnie prace archeologiczne, gdyż znajduje się tam duży, ponad dwumetrowej głębokości wykop. Kościół jest otwarty i pusty. Prosty ołtarz, kilka rzędów ławek. Nikt nie pojawia się, mimo iż minęła już godzina, w której rozpocząć się miała msza św. Była – okazało się – w innym, nowszym kościele. Wracając do schroniska spostrzegliśmy kilka wychodzących z niego osób, a w chwilę później – księdza zamykającego bramę.

Do Ponferrady


O brzasku, na polu namiotowym nie ma już śladu po namiotach i ich właścicielach. Ponagla nas poranny chłód. Gnamy ku ławicy obłoków, okrywającej szczyty. Po godzinie wchodzimy w mgłę, ciężką, błądzącą i skraplającą się pośród wrzosów.

Wreszcie Foncebadon, wieś istniejąca od XII wieku kiedy to pustelnik Gaucelmo założył tu schronisko dla pielgrzymów. Schronisko jest tu i teraz. Jednak niewiele więcej. Wieś została opuszczona przed laty najpewniej wskutek surowego klimatu i trudnych warunków życia. Znajduje się ponad 1400 mnpm. Po starych, kamiennych domach pozostały jedynie rozpadające się ruiny.

Stąd już blisko do Krzyża. Cruz de Ferro to pierwszy z trzech kluczowych punktów Camino, drugim jest grób św. Jakuba w Santiago de Compostela, trzecim – Finisterra, najdalej na zachód wysunięty przylądek Hiszpanii. Pod Krzyżem zostawia się kamień niesiony od progu własnego domu. Tak bowiem zaczynało się tradycyjne Camino: pieszą wędrówką do Santiago i powrotem do domu również per pedes. Ów kamień miał dla tamtych ludzi znacznie większy ciężar gatunkowy niż dla współczesnych, docierających tu głównie samolotami i często zapominających o tej tradycji, o której swoimi malowanymi kamykami przypominała Helena z Villacazar. Pod Krzyżem spoczywają nie tylko kamienie, uosabiające to wszystko, co zakłóca wewnętrzną równowagę człowieka, a nazywane jest chorobą cywilizacji, stresem, syndromem nieprzystosowania. Kiedyś te dziwolągi nosiły proste miano: grzechu.

Krzyż jest również zapisem ludzkich dramatów. Jedni zostawiają tu krótkie modlitwy, podziękowania, prośby, drudzy – fotografie, jeszcze inni – różańce czy drobne przedmioty. Ja ujrzałem tam sens tej drogi i po prostu rozpłakałem się, chociaż daleko mi do neurastenii czy demonstracyjnej uczuciowości.

Do Manjarin szedłem powoli, patrząc pod stopy. Zwalniałem, ale jeszcze podświadomie. Nie ja jeden. Marek też nie wyrywał do przodu swoim zwyczajem, szedł obok mnie. Do rzeczywistości wróciliśmy na dźwięk dzwonka, którym Thomas z Manjarin wita każdego nadchodzącego pielgrzyma. Niektórzy nie rewanżują się nawet pozdrowieniem, nie patrzą, przechodzą bez słowa, uśmiechu, jakiejkolwiek reakcji. Czy nie znaleźli o Thomasie słowa w swoich przewodnikach, czy też wyczytali w nich, że to schronisko nie spełnia jakichś tam norm czy standardów? Trzeba to będzie sprawdzić. Swoją drogą przewodnikami w rodzimych językach dysponuje każda nacja, tylko nie Polacy, którzy ratują się wspomnieniami Lucyny Szomburg lub opisem trasy ściągniętym z Internetu. Najpewniej ma to związek z popularnością Camino. Ponoć wśród 150-tysięcznej rzeszy, która przemierzyła szlak w jubileuszowym, 2005 roku, było jedynie kilkuset Polaków. Może porządkowanie i udostępnianie kolejnych odcinków polskich szlaków Camino zmieni tę sytuację? Nie mamy więc przewodników, ale o Thomasie słyszeliśmy. Takich ludzi jak on określa się zwykle mianem dziwaków, delikatniej – oryginałów, a po prawdzie – takich, co to mają nierówno pod sufitem. To normalne – nie mieści się w utartych schematach postępowania. Mało tego – nie przestrzega procedur i zarządzeń, a to już dla każdej władzy grzech śmiertelny. Thomas zaś to po prostu taki dziedzic i kontynuator Gaucelma z pobliskiego Foncebadon. Nie ma u niego wygód. Żyje się jak przed wiekami: latryna, kąpiel w strumyku, ogień dający ciepło. Na dużym stole zbitym z desek stoją termosy z gorącą wodą, kawa, mleko, cukier, ciastka, koszyk na ofiary. Można zatrzymać się na noc albo po prostu ogrzać się przy ognisku – jak my. Jest jeszcze bardzo chłodno. Nawet Thomas, nawykły do tego surowego klimatu, bo żyje tu od lat, paraduje w grubym wełnianym swetrze i kamizeli. Ale korzysta również z osiągnięć techniki – podejrzewam. Kręcił się po obejściu, dzwonił na widok pielgrzymów, trochę rozmawiał, w końcu gdzieś sobie poszedł. W czasie jego nieobecności nie wyszedł zza zakrętu ani jeden wędrowiec. Chyba Thomas ma w środku telewizor i podgląd z kamery. Głupio było zapytać, więc tego nie zrobiłem. Zresztą musieliśmy iść dalej. Obiecałem sobie stanąć tu na noc, jeśli zdarzy się przejść ten szlak raz jeszcze. Marek nie czuł się tam chyba najlepiej, ale chciał odpocząć, bo dłuższy popas zaordynował już w następnej wiosce. Odpoczywaliśmy solennie: najpierw przy pompie, potem w barze.

Mgła znikła. Pewnie dlatego, że idziemy kamienistym wzniesieniem, już osuszonym przez słońce, ale zalesione szczyty, które widzimy po prawej, jeszcze parują. Nie możemy darować sobie zrobienia zdjęć w tym miejscu. Schodzimy w dół. Bardzo trudne dla mnie - prawie 15 kilometrowe - zejście z 1500 m npm na niespełna 600 mnpm do Molinaseca. Zabójczych jest właszcza kilka ostatnich kilometrów. Po raz pierwszy i ostatni na całej trasie zatęskniłem do jakiegoś buta z piętą, mocniej trzymającego stopę od moich trochę już sfatygowanych i wyślizganych od spodu sandałków. Znacznie łatwiej poza tym wspinać się pod górę, niż z niej schodzić. Na wijącej się poniżej szosie zobaczyłem przechadzającego się człowieka z plecakiem, który przez lornetkę obserwował drogę, którą schodziliśmy. Zanim zdążyłem odpowiedzieć sobie na pytanie, po co mu tak ciężki i mało przydatny przedmiot, zagdakała krótkofalówka, którą miał przy prawej szelce plecaka. To chyba ktoś z odpowiednika naszego pogotowia górskiego.

Molinaseca jest mała, schludna i ma jeden potężny atut: duży trawnik, z kilkoma drzewami na obrzeżu, zaraz za mostem. Stoliki na tarasach pobliskich knajp okupują turyści, a nasłoneczniony trawnik -tutejsi mieszkańcy: wszak dziś niedziela. Wszyscy zaś wędrowcy schodzący z mostu kierują się w stronę zacienionych miejsc pod drzewami. Nie zachowujemy się wyjątkowo: myjemy i zalegamy na karimatach. Marek drzemie w cieniu, jedynie stopy trzyma na słońcu, by osuszyło rany rozpulchnione w trakcie wędrówki. Dziś mamy już w nogach prawie 25 kilometrów. Do Ponferrady, gdzie chcemy nocować, pozostał ich tylko 7. Po kilkugodzinnym odpoczynku przebywamy je bardzo szybko. W niewiele ponad godzinę docieramy do schroniska. Jest przestronne, z dużą kuchnią i basenikiem na patio. Za skwerkiem – kaplica, za nią – miejsce gdzie rozwieszamy wyprane ciuchy. Długo moczymy stopy w pieniącej się wodzie. Mario, lekarz, masuje stopy wszystkim, którzy go o to proszą. Msza w zatłoczonej kaplicy, a po niej krótkie nabożeństwo w intencji wszystkich pielgrzymujących. Większość obecnych to tutejsi mieszkańcy. Pielgrzymów jest - oprócz nas dwóch - jedynie dziesięcioro, a w schronisku blisko setka wędrowców. Głupio się z tym czuję. Może rozproszy to uczucie skrępowania wieczorny spacer po mieście? Przechadzka po prysznicu, odpoczynku i bez plecaka to czysty relaks. Chcę przyjrzeć się zamkowi templariuszy. Po drodze weryfikuję strzępy wiadomości, które uzyskałem o nim jeszcze w Polsce, w trakcie wyznaczania noclegów na szlaku, ze swoimi przemyśleniami, na które mam teraz i czas, i ochotę.

Czy naprawdę kabalistyczny jakoby układ architektoniczny zamku - potrójny mur, 12 wież - sugeruje, że nie pozbawione podstaw były oskarżenia templariuszy o podejrzane praktyki? Tego kształtu frazę zapamiętałem. I jeszcze: templariuszy wypędzono stąd w 1312 roku – zakończył autor swoją krótką wzmiankę. Te słowa świadczą o tym, jak w powszechnej świadomości zakorzeniły się i przetrwały wieki inwektywy oraz insynuacje króla Francji Filipa Pięknego odnoszące się do templariuszy. Swoją drogą sztuki propagandy uczył się chyba od niego właśnie doktor Goebbels, równie niesławnej pamięci.

Zadłużony u templariuszy król, potrzebujący dodatkowych pieniędzy na wojny z Anglią, postanowił w majestacie prawa pozbyć się długów i wzbogacić o fundusze zakonu. Dlaczego właśnie tego zakonu?

Królestwa Jerozolimskiego, które powstało w Ziemi Świętej w efekcie wypraw krzyżowych, poza templariuszami i joannitami mało kto bronił.

Krzyżacy zwąchali pismo nosem i czmychnęli na z góry upatrzone pozycje, czyli aż do Europy. W 1291 r. padły wszystkie ważniejsze twierdze i Królestwo przestało istnieć. Poległa elita obu zakonów. Resztki wycofały się na pobliski Cypr. Nieszczęście templariuszy polegało na tym, że za swoją główną siedzibę obrali Francję.

Konieczność działalności zakonów rycerskich straciła rację bytu, przynajmniej w dotychczasowej formule – tak sądziła większość ówczesnych. Filip wiedział o tym, że nikt nie ujmie się za templariuszami, jeśli umiejętnie oskarży ich o herezję. Sobór w Vienne w 1312 roku zadecydował o kasacie zakonu. Ale dopiero w 1314 r. spłonął na na stosie wielki mistrz de Molay – nomen omen o imieniu Jakub, gdy żadne tortury nie zmusiły go do wskazania skarbca zakonu, o którego bogactwach głośno było już wówczas.

Francuzi przyczynili się również do likwidacji joannitów, którzy po upadku Królestwa zajęli się zwalczaniem piractwa na Morzu Śródziemnym. Tyle, że stało się to 500 lat później. Ich majątki zostały skonfiskowane w okresie rewolucji francuskiej, a ostatnią siedzibę – Maltę – zdobył Napoleon Bonaparte i wypędził zakonników z wyspy, którą w 1800 roku zajęli Anglicy.

Poza Francją nie dotknęły templariuszy żadne represje. Przekazywanie ich dóbr joannitom przebiegało co prawda równie opieszale jak we Francji. Każdy bowiem z władców, chciał zagarnąć dla siebie lwią część schedy, skutkiem czego joannitom dostawały się po pobratymcach nędzne resztki. Jedynie król Portugalii nie dopuścił do zniszczenia zakonu, zdając sobie doskonale sprawę, jakim kapitałem, nie tylko materialnym, on dysponuje. Utworzył nowy zakon – Rycerzy Chrystusa, który przejął i templariuszy, i ich dobra. W rezultacie zmieniła się tylko nazwa. Ów zakon przyczynił się do potęgi morskiej i kolonialnej tego państwa. Z dochodów zakonu finansowane były wyprawy odkrywcze. Można przypuszczać, iż templariusze z racji wieloletnich i licznych wypraw morskich do Ziemi Świętej dysponowali kadrą doświadczonych marynarzy i nawigatorów. Potrafili i chcieli przekazać tę wiedzę Portugalczykom. Śmiem twierdzić, że pośrednio to dzięki templariuszom właśnie powstała w Portugalii pierwsza w świecie akademia morska, założona przez słynnego Henryka Żeglarza, skądinąd wielkiego mistrza Zakonu Rycerzy Chrystusa. Templariusze pod nowym szyldem mieli się świetnie i wkrótce dysponowali większym nawet potencjałem, tyle że poza basenem Morza Śródziemnego – w Afryce oraz Indiach.

Przypuszczam zatem, że bracia, którzy w 1312 roku opuścili Ponferradę – udali się na dwór portugalskiego króla, Dionizego I. Dlaczego tam właśnie? Otóż do Galicji jest z Ponferrady ledwie 50 kilometrów. Zalążkiem Portugalii było galicyjskie hrabstwo Portucale, język portugalski zaś powstał na bazie gallego – języka galicyjskiego. Nie sądzę, żeby ktokolwiek odważył się wygonić zakonników. Poczucie zależności feudalnej, a więc i lojalności, było wówczas bardzo silne, a Ponferrada wraz z okolicą należała przecież do templariuszy.

Zamek zachował się w doskonałym stanie. Jest odrestaurowany, odnowione zostały również stare nasypy i fosy. Powiewa flaga na bramą wjazdową, oczywiście – zamkniętą. Na rynku miasteczka odbywa się festyn. Otwarte stragany oferują pamiątki opatrzone czerwonym ośmiokątnym krzyżem. W centralnej części placu trwa występ akrobatów. Skracam sobie drogę do schroniska przecinając skwerki i wąskie uliczki. W pobliską bramę skręca postać w białej opończy, opatrzonej krzyżem templariuszy. Zapewne turysta , który nabył ją od któregoś z przekupniów, ale to sympatyczne i symptomatyczne zarazem zwieńczenie wieczoru.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »