Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do Pereje


Nie przypuszczałem, że Ponferrada ma tak rozległe przemieścia, choć zamieszkała jest przez niespełna 70 tys. osób. Nie dostrzegam nigdzie drogowskazu do pobliskiego Las Medulas, o które chciałem choć otrzeć się. Znajdują się tam pozostałości założonej i eksploatowanej przez rzymian kopalni złota, wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Dopiero po dziesięciu kilometrach zabudowa rzednie, a szlak odbija w lewo. Czekam na Marka w równie miłym, co zanieczyszczonym miejscu postojowym. Te wczorajsze pozostałości sprząta właśnie jakaś kobieta. Znowu czuję się nieswojo. Miejscowi tu nie naświnili, bo po prostu nie bywają w tym miejscu. Pozdrawiam troje znajomych długowłosych hiszpańskich luzaków, małżeństwo z synem. Towarzyszy im pies z lekka łysawy dla odmiany. Jose podaje mi flaszkę. In vino veritas – odpowiada sentencjonalnie na moją uwagę, że ósma rano to lepsza pora na kawę.

Marek zatrzymał się przy nas, ale na chwilę nie dłuższą od napełnienia butelki wodą i pognał. Poczekał na mnie w Cocabelos, ale dopił kawę, nim zdążyłem wrócić z toalety. Gdy podnosiłem swoją filiżankę do ust, on już nakładał plecak. Coś go dzisiaj nosi. Miałem go dogonić, ale trochę zamarudziłem przy barze, wstąpiłem do sklepu po drożdżówkę, zauważyłem otwarty kościół, więc nie przepuściłem okazji i wstąpiłem pomodlić się, obejrzałem starą i ogromną tłocznię do wina, eksponowaną pod dachem tuż obok szlaku, przystanąłem na moście, wypatrując ryb...

Po ledwie 3 kilometrach, tuż za Pieros, zastanawiałem się dłuższą chwilę czy ostatnie 4 kilometry do Villafranca iść ścieżką wzdłuż szosy, czy też skręcić w prawo, bo obie drogi były oznakowane. Ścieżka nieopodal szosy kusiła, bo wiodła w dół, polna zaś droga – pod górę. Równie dobrze jednak ten drugi szlak, mimo iż na początku z pozoru trudniejszy, mógł okazać się nie tylko łatwiejszym od pierwszego, ale i dwukrotnie krótszym.

„Nikt nie mówił, że będzie łatwo” – to słowa, którymi pocieszaliśmy się z Markiem w najtrudniejszych sytuacjach. Położyłem się w cieniu, kilkadziesiąt metrów od problematycznego miejsca i zacząłem obserwować zachowanie innych wędrowców. Jedni szli prosto, inni skręcali, ale wszyscy sprawiali wrażenie równie zdezorientowanych, jak ja. Postanowiłem ruszyć za tym, kto nie będzie wertował przewodnika, rozglądał się na boki w poszukiwaniu ludzi, u których mógłby zasięgnąć porady, tylko pójdzie w którąś ze stron bez chwili namysłu. Tak zachował się Mario. Szedł w tempie Briana. Nawet nie usiłowałem go dogonić, a wręcz przeciwnie – zwolniłem. Deprymująco oddziałuje na mnie widok kogoś, kto idzie tak szybko. Przecież nie opadam z sił w jednej chwili, może przez przekorę poruszam się wtedy wolniej?

Niedaleko uszedłem tą szosą, po kilkuset metrach strzałka skierowała mnie na polną, wznoszącą się, kamienistą drogę. Koniec końców dotarłem na szczyt wzniesienia równocześnie z Markiem, który nadszedł z naprzeciwka. Na skrzyżowaniu za Pieros skręcił w polną drogę, potem zabłądził i w rezultacie zrobił chyba dwa razy więcej kilometrów ode mnie. Musimy wymienić się numerami telefonów. Zgadza się ze mną, ale zastrzega, że i tak nie zgubimy się, a sytuacja, której doświadczyliśmy przed chwilą jest tego najlepszym dowodem.

W Villafranca długa kolejka ustawia się przed zamkniętym jeszcze schroniskiem. Nic dziwnego - jest dopiero 12. Może nie wiedzą, że wpuszczą ich najwcześniej za godzinę? Może nie chodzą tylko podjeżdżają do schronisk? Podobno nierzadko trafiają się tacy, ale ja albo ich nie spotkałem, albo nie zwróciłem na takich ludzi uwagi. A może to właśnie schronisko otwierane jest wcześniej niż inne? Mijamy kościół św. Jakuba i Puerta del Pedron – Bramę Przebaczenia. Przejście przez nią dawało niegdyś tym z pielgrzymów, którzy nie mieli sił na kontynuowanie wędrówki, dostąpienie łask równoznacznych z dotarciem do Santiago. Nas interesuje znalezienie jeszcze przed sjestą sklepu. Rezygnujemy z basenu , dzieli nas bowiem od niego dystans prawie 2 kilometrów i to w stronę przeciwną do tej, w którą wiedzie szlak, gdzie dziś jeszcze chcemy wyjść.

Przed sklepem mama z sześcioletnim dzieckiem czeka aż wyniesiemy się z wąskiego przejścia z rozlicznymi tobołami, bo i plecaki nieśliśmy w rękach, i torby z zakupami. Wyglądaliśmy – nie przymierzając - jak strachy na wróble lub tacy, na których z lubością rzucają się i wściekle obszczekują najtchórzliwsze nawet burki. Nic więc dziwnego, że chłopczyk na nasz widok zaniósł się śmiechem, tak niepohamowanym, jak to tylko niefrasobliwe dzieciaki potrafią. Jednak na na krótki i szybki szept matki, z którego zrozumiałem jedynie słowo „pelegrinos” chłopczyk zareagował w zupełnie nie dający się przewidzieć sposób. Spoważniał, uśmiechnęł i przypatrywał się nam zza sklepowej szyby. Przystanęliśmy bowiem przy najbliższej ławce, aby uporządkować nasz majdan.

Do dziś słyszę śmiech malca i widzę go, przypatrującego się nam uważnie ze sklepowego wnętrza, choć minęło 6 miesięcy od powrotu z trasy. Zacząłem zapisywać te wszystkie zapamiętane spotkania i sytuacje tak późno, by czas odcedził obrazy błahe, a pozostawił w pamięci jedynie te najistotniejsze, ale – co zdumiewające – wciąż przybywa spraw, z pozoru zapomnianych, które w trakcie przemyśleń okazują się być dla mnie bardzo ważne. Chciałbym, aby każdy mój dzień niósł choć cząstkę tej inspiracji, którą dawała mi każda godzina w Drodze. Byłbym wtedy bardzo bogatym człowiekiem.

Za mostem nad rzeką, w sąsiedztwie tamy, wyznaczamy sobie trzygodzinny popas. Zerkamy na miasto przed nami i góry po prawej.

Leżę w cieniu, Marek opala się, czego nie mogę zrozumieć.

- Lubię –argumentuje. – Zresztą w drodze to jednostronna przyjemność: słońce mnie parzy, a ja się tylko pocę. Tutaj to co innego, w każdej chwili mogę się ochłodzić.

Istotnie skacze do zimnego potoku, w którym ja brodzę po kolana, tropiąc pstrągi, kryjące się pod kamieniami.

Trawnik powoli wyludnia się. I nam czas w drogę. Chętnie spędziłbym tu noc, gdyby nie fakt, że mam dzisiaj w nogach jedynie 22 kilometry. Ale i Markowi niespieszno, w rezultacie opuszczamy to miejsce późnym popołudniem. W zacienionych miejscach robi się już chłodno. Musimy zatrzymać się na nocleg w Pereje, choć nieopodal przebiega szosa, więc nie jest tu tak cicho, jakbyśmy sobie tego życzyli. Słońce pochyla się. Noce są chłodne, jeśli dziś jeszcze nie uda się podsuszyć ciuchów, które musimy przeprać – jutro każdy z nas do południa będzie niósł dobry kilogram więcej.

Do O Cebreiro


Kawa w pierwszym barze przy stacji benzynowej, bo i w Pereje nie mogliśmy skorzystać z kuchni, oraz pierwszy ślad bliskości Santiago.

W gablotach setki różności o motywach pielgrzymich, czyli z muszlą, żółtą strzałką lub jakubowym krzyżykiem. Breloczki, biżuteria, bibeloty.

Od tego miejsca będzie ich coraz więcej. Nawet we wsiach: zwłaszcza kijów wszelkiego autoramentu, lasek, pielgrzymich kosturów. Niektóre będą niezwykłej urody, te zwłaszcza, zawdzięczające swój kształ głównie naturze i tylko niewielkiej ingerencji człowieka.

Idziemy wzdłuż drogi, dnem wąwozu, przeciętego w jednym miejscu monumentalnymi słupami, podtrzymującymi most, łączący oba jego brzegi. Tam, kilkaset metrów ponad nami, przebiega autostrada, jeden krok do hałaśliwych powabów pospiesznej współczesności. Tu, w sennych wioskach, gdzie jedynymi mieszkańcami wydają się być gapowate psy, o upływie czasu przypominają tylko samochody, gnające gdzieś tam, wysoko, po moście, w górze. Nie tu. Aut nawet nie słychać, jedynie uspokajający grzechot potoku, meandrującego wśród kamieni.

Podejście pod O Cebreiro rozpoczyna się – o dziwo – krótkim co prawda, ale dość ostrym zejściem. Z Hospital do La Faby jest niespełna 3 kilometry, różnica poziomów wynosi tylko 100 metrów, a idziemy ten odcinek prawie godzinę. Las, stromizna, kamienie i błoto, mimo że nie padało tu dość dawno. Marnie było by zostać w tym miejscu zaskoczonym przez deszcz.

La Laguna – maleńka górska osada chlubi się automatem z napojami w puszkach i źródełkiem doskonałej wody. To ostatnia wioska obecnej prowincji Leon, niegdyś – królestwa o tej samej nazwie. Za nią zaczyna się już Galicja, zupełnie odmienna: począwszy od języka, którym posługują się mieszkańcy aż po pogodę, która te wszystkie różnice zdaje się uwypuklać. W Galicji często pada i nie są to letnie mżawki, ale prawdziwe ulewy. Inne jest również oznakowanie szlaku. Żółte strzałki i muszle zastępują tu kamienne słupki, ustawione co 500 metrów. Na wszystkich szyldach – napisy w języku gallego, a dotychczas słyszałem jedynie o dwóch krainach, podkreślających swą również językową odmienność: Katalonii i o Kraju Basków.

O Cebreiro leży w najwyższym punkcie wąskiego grzbietu o stromych stokach. To był najcięższy odcinek na szlaku. Przejście 8 kilometrów zajęło nam 2 godziny i 40 minut. To ile iść muszą ci, którzy wołali na nasz widok „polish express”? Wieje przejmująco, cieplej jest tylko w osłoniętych miejscach. Po raz pierwszy na trasie spotykam Alberta, Włocha, poznanego pierwszego dnia wędrówki. Jego znajomek dzieli się bagietą z ogromnym, wychudzonym psem. Nakarmił go raz i psisko odwdzięcza mu się swym towarzystwem już od dwóch dni. Nie spędzą nocy na tym wygwizdowie, zresztą jest jeszcze wcześnie.

W schronisku trwa remont. Nocleg dostajemy gratis. Sypialnie mieszczą się w blaszanych wieloosobowych pawilonach, co natychmiast staje się powodem konfliktu interesów. Francuz chce otworzyć okno, a Włoszka – włączyć ogrzewanie. Postanawiają zatem najpierw przewietrzyć się, a potem ogrzać i udają się w tym celu do pobliskiej knajpy na obiad. Jemy i my - zupę, przypominającą nieco góralską kwaśnicę, smażoną wołowinę, frytki, ser z miodem. To – od Barcelony – pierwszy i ostatni zarazem normalny obiad, zjedzony o normalnej porze.

Czuję ostre kłucie w gardle - może to efekt nieziemsko chłodnej wody, którą poczęstował mnie w La Laguna włoski rowerzysta? Łamanie w kościach – to pewnie skutek drzemki w cieniu nad tamą, na wilgotnej trawie. Coś się zaczyna dziać. Rankiem miałem zgrabiałe dłonie i wcale nie było mi za ciepło, mimo koszuli, polaru, plecaka i całodziennego marszu pod górę. Korzonki rozgrzeję w trakcie marszu, gardło ukoję homeopatycznymi tabletkami. Zwykle pomagają mi one w takich sytuacjach, w odróżnieniu od reklamowanych specyfików, które tylko smakują. Idę najpierw do łóżka, a potem na mszę. To codzienna msza dla pielgrzymów, odprawiana o 20,00. Kończy ją uroczyste błogosławieństwo i krótkie modlitwy odczytywane w językach pielgrzymów: było po polsku! Marek przewidział to już wcześniej uprzedzającym szeptem: po polsku to ty będziesz czytał. Czytałem. Sznaps – barytonem.

Cebreiro to raptem kilkanaście domostw. Jest wśród nich parę bardzo wiekowych, niskich, kamiennych, krytych strzechą, niemal sięgającą ziemi. W najbardziej okazałym budynku – San Giraldo de Aurillac pielgrzymi zatrzymują się na nocleg już od XI wieku. Zmierzcha. Niegdyś o tej porze, jak i podczas mglistych dni, których tu nie brakuje, bito w kościelny dzwon, by wskazać kierunek zbłąkanym pielgrzymom.

Wzmaga się wiatr. Blaszak trzeszczy. Dobrze, że wszystkie piętrowe łóżka są zajęte, w przeciwnym razie mógłby się nasz pawilonik zamienić w latający dywan.

Na zacienionych zboczach ścieżki są już niewidoczne. Na nasłonecznionych – jeszcze dostępne, ale z każdą minutą wtapiają się w ścianę lasu, gasną jak ten kolejny kończący się dzień drogi do św. Jakuba, a zarazem – do samego siebie.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »