Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do Samos


Szybko dopada mnie uczucie zmęczenia. Zaczynam się pocić, mimo porannego chłodu. Zwalniam. Marek ucieka. Po pół godzinie wyprzedzili mnie już wszyscy, którzy nocowali w O Cebreiro.

Nic na siłę. Postanawiam cały dzisiejszy etap przechorować, to znaczy iść wolno, w polarze i długich spodniach, często odpoczywać, oddychać tylko nosem. Jeśli taka terapia nie pomoże – od jutra zacznę zajadać antybiotyk, o który przed wyjazdem poprosiłem lekarza jako antidotum na podobne objawy. Dlaczego nie łyknąłem go dziś? Mam jakieś niejasne wewnętrzne przekonanie, że wszystko będzie w porządku. Obiecuję sobie tylko nie pić przez kilka dni zbyt zimnych płynów.

Mgła, która towarzyszyła mi zaraz po zejściu z leśnej ścieżki na szerszą drogę, na otwartej przestrzeni okazała się być gęstymi chmurami. Wyszedłem z nich po godzinie. Wzniesienia kryły się jeszcze za nimi, ale po dolinach pałętały się tylko pojedyncze, nieliczne kłęby.

Robi się coraz cieplej. Zejście nie jest strome, a przeciwnie - wręcz komfortowe. Jednak obejścia niektórych miejsc świadczą o tym, że podczas deszczu jest tu nieciekawie.

Nikogo nie muszę gonić, ani przed nikim uciekać, nie muszę bać się przeziębienia, skoro już znajduję się w takim stanie, słowem – zapowiada się piękny dzień. Plecak niosę dzisiaj – trochę opuszczony – na klatce piersiowej. Dzięki temu jego wierzch służy mi za stolik. Nie przerywając marszu rozkładam na nim tekst godzinek, potem przygotowuję śniadanie, robię notatki.

Galicja jest zielono - wilgotna. Zwłaszcza w tej prowincji ciepło jest między 10 a 17. Wcześniej i później zawiewa chłodem nawet w letnie dni. Nie przystaję więc tak często, jak to sobie jeszcze rankiem obiecywałem. Odpoczywam i leczę się w marszu. Idę jednak bardzo wolno, rytmem Irene i Hansa – postój zrobię dopiero w miejscu, gdzie będę chciał zatrzymać się na noc. Z trzech koszulek, które zabrałem w drogę, jedną mam na sobie, ta uprana wczoraj może wyschnie za godzinę, a trzecia stanowi żelazną rezerwę.

Zapełniają się przydrożne schroniska, z wiosek zniknęły dzieci, u których do południa można było kupić czereśnie. Mam za sobą dopiero 20 kilometrów. Chodzę wokół pompy, znajdującej się na samym końcu Triacastella, nieopodal rozdroża i zastanawiam, czy wybrać krótszą drogę przez Calvor, czy też dłuższą, za to wiodącą przez Samos, gdzie znajduje się ogromny benedyktyński klasztor. Przechodzący ludzie przypatrują mi się z uwagą, ale nie powiem im przecież, że nie zwariowałem, tylko boję się odpoczynku w mokrej koszulce, skoro jestem przeziębiony. Nie kontynuuję jednak kolejnej rundki wokół skwerku. Skręcam na Samos.

Kilka pierwszych kilometrów marszu wzdłuż chałaśliwej szosy to wątpliwa przyjemność. Pławię się za to w cieple jak wąż. Mimo tego nie odważam się zdjąć polarka, podwijam tylko rękawy. Te rozkosze nie trwają jednak długo. Szlak odbija w prawo i zaczyna się galicyjski standard. Pod górę, z górki. Slalom wśród krowich placków. Przemarsz przez wioszczyny, które kończą się nim zdążyły na dobre zacząć. Wzdłuż poletkek. Podmokłą ścieżką. Z biegiem strugi do drewnianego mostku. I znowu pod górę…

Jest tak normalnie, że aż cudownie. Nie potrzeba dziesiątek rekwizytów niezbędnych - wydawało by się – w codziennym życiu; tych odświeżaczy powietrza, stoperów do uszu, ekologicznych i zdrowych ziółek uspokajających, nasennych, cudownie wyszczuplających specyfików i wielu jeszcze równie genialnych preparatów kremów, mikstur i aerozoli.

Od źródlanej wody nie dostaje się zgagi, a od chleba wzdęcia. Wsłuchując się - zaczynam rozumieć anonimowy na pozór bełkot potoku. Nie muszę patrzeć, żeby wiedzieć, kiedy spiętrza się nad jazem, kiedy kłóci z brzegiem, meandrując między skarpami, a kiedy odpoczywa, przeciskając się leniwie przez płaską łąkę. Wystarczy posłuchać.

Trwam w Tajemnicy Chwalebnej. Słowa zespalają się z krokami, a potem łączą w modlitwę i drogę. Nie odczuwam głodu, pragnienia, ciężaru plecaka. Płynę do samego Samos niczym skrawek kory niesiony na falach strugi.

Schronisko prowadzone przez tutejszych wolontariuszy, starszych panów, mieści się w benedyktyńskim klasztorze de San Xulian. Przed wejściem ciżba rowerów i plecaków, pomieszana z ich właścicielami płci obojga. Tłok robi – okazuje się – grupa hiszpańskich nastolatek. Takich „odinoczków” jak ja jest jedynie pięcioro. Odpuszczam sobie „kolejkowy wieczór” – najpierw po pieczątkę, a potem do prysznica. Kosztuje mnie to rezygnację ze zwiedzania klasztoru. Po doświadczeniach z Yuso, krępuję się wejść tam zakurzony, w przepoconej koszulce. Zostawiam w schronisku plecak i paszport do podstemplowania. Wrócę tu za godzinę, może ciżba będzie nieco mniejsza.

Obchodzę ogromny, przylegający do rzeki kompleks budynków klasztornych. Tylko jedno okno jest uchylone. Przyglądam się z mostu dziesiątkom drobnych pstrągów. Znajduję wyjście na szlak. Udaje mi się zerknąć na mniejszy z klasztornych dziedzińców. Wypijam w barze pierwszą dzisiaj kawę, jako że i w O Cebreiro nie było kuchni, opuściliśmy je więc o suchym pysku. Przez cały dzień jednak nie tęskniłem za ciepłym napojem. Odgryzam kęs bagiety, przyłapując się na myśli, że czynię to, bo po całym dniu „wypada coś zjeść”, choć w gruncie rzeczy nie mam na to ochoty. Z kawą było podobnie.

Wejście do kościoła nawiązuje do dzisiejszych górek: aby dostać się do niego od strony schroniska, trzeba zejść po schodkach na przykościelny placyk, a potem pokonać kilkanaście kolejnych stopni, tyle że w górę. Jeśli w mszy uczestniczyli wszyscy rezydujący tu benedyktyni, bo tak to wyglądało – to w klasztorze przebywa ich obecnie 14. To akurat dwa razy tyle, co nas: czterech miejscowych kobiet, Kanadyjki, Włoszki i jednego Polaka w mojej osobie.

Słońce eksponuje już tylko niektóre partie klasztornego zespołu, inne skrywają się w cieniach zmierzchu. Tylko za jednym oknem, tym uchylonym, wnętrze pomieszczenia rozświetla stojąca lampa. Pod mostem olbrzymie pstrągi wyskakują po unoszące się nad wodą owady. Gdzie one kryły się przez cały dzień, skoro w pełnym słońcu widziałem jedynie niewielkie ryby?

Zapalają się uliczne latarnie. Od dawna nie słychać warkotu samochodów, nie widać również przechodzących ludzi. Marek skierował się na Calvor, myśląc, że wybiorę krótszą drogę. Pobłądził, nadłożył dobrych kilka kilometrów i dopiero dochodzi do schroniska, ale jeszcze o tym nie wiem.

Ryby kończą kolację. Gaśnie lampa w uchylonym oknie.

Do Portomarin


Budzi mnie krzątanina dziewczyn, zbierających się do drogi.

Po ciemku machinalnie zwijam śpiwór i troczę do plecaka. W chwilę jestem gotowy. Tu też nie ma kuchni. Ruszam pierwszy o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Latarnie uliczne jeszcze się świecą. Nie orientuję się, która jest godzina. Nawyk spoglądania na zegarek nie jest mi tutaj do niczego potrzebny. Zwykle zasypiam wraz ze zmierzchem, a budzę się i wstaję – trochę później niż dzisiaj: wraz ze świtaniem.

Po kilkuset metrach kończą się latarnie i parkowa alejka, którą dotychczas szedłem. Dobrze, że sprawdziłem wczoraj wyjście na szlak. Początkowo wiedzie wzdłuż szosy, a potem raz z jednej, a raz z jej drugiej strony. Oddalając się czasem od niej na dobre kilkaset metrów, uparcie wraca w jej pobliże. Kiedy orientuję się w tym, maszeruję skrajem jezdni. Nie będę w ten sposób nadkładał drogi, uniknę potykania się o kamienie i na pewno nie pobłądzę. Jest pusto i cicho. W ciągu kilku godzin wyprzedziło mnie jedynie kilku rowerzystów, ominęło jedno, jedyne auto, z wielką prędkością grzejące do Samos.

Mam ochotę na poranną kawę, którą obiecuję sobie wypić w pierwszym napotkanym barze w Saria. Jestem pierwszym gościem.

Siadam na wysokim, barowym stołku przy ladzie. Barmanka widząc, że wyciągam papierosy, bez mojej prośby podsunęła mi popielniczkę. To coraz częstsze zachowanie, tyle że w dużych miastach, a Saria takim nie jest. W mniejszych miasteczkach i w barach wiejskich popielniczki też co prawda są, ale chyba tylko dla turystów, bo tubylcy powszechnie rzucają niedopałki, puste opakowania i resztki, bezpośrednio na podłogę.

Szukając notatnika natykam się w kieszeni plecaka na swoje homeopatyczne tabletki przeciw bólowi gardła. Przypomniało mi się, że wczoraj byłem chory.

Jest jeszcze bardzo rano. Szosą w kierunku Samos nie przejechał żaden autokar z turystami. Ilość miejsc parkingowych w okolicach klasztoru świadczyła o tym, że jest on często odwiedzanym miejscem, podobnie jak tutejszy klasztor św. Magdaleny – obecnie jeszcze zamknięty. Całuję również klamkę romańskiego kościoła San Salvador. Do zamku nawet nie mogę się zbliżyć, jest otoczony siatkowym płotem. Trwa tam remont, podobnie jak wielu innych budynków najstarszej części miasta. Robotnicy właśnie zabierają się do pracy. Idę sobie stąd. Od delektowania się ceglanym pyłem wolę kurz drogi.

Mijam hiszpańskie małżeństwo z dwojgiem dzieci. Maszerują od Ponferrady. Dwuletni chłopczyk podróżuje w wózku, jego sześcioletni brat – per pedes, a jak się zmęczy, to wskakuje do nosidła. W jednym plecaku muszą zmieścić wszystkie nieodzowne dla 4 osób rzeczy na czas 10 dni. Siłą rzeczy bowiem idą wolno, często odpoczywając. Przemierzają do dwudziestu kilometrów dziennie. To tyle, ile mi zostało do Portomarin. Nawet gdyby zechciało mi się jeszcze pójść dalej, muszę zatrzymać się tam, by zrobić zakupy i choć z zewnątrz obejrzeć świątynię. Stare miasto znajduje się obecnie pod wodami zalewu Belesar. Nowe wybudowano na wzgórzu ponad obecnym zalewem i jedyną budowlą przeniesioną tu z niegdysiejszej miejscowości jest właśnie ów kościół San Nicolas.

Idę sobie z Tajemnicą Światła, czy raczej – to ona mnie dźwiga, nie czuję bowiem w nogach mijanych kilometrów, ucisku szelek plecaka, potu spływającego z karku. Tak, jakby wczoraj wciąż trwało. W taki stan, który kolega- erudyta określił mianem euforycznego, zapadam od czasu, gdy pojąłem, że różaniec to nie odklepywanie zdrowasiek. W zasadzie niczego nie musiałem rozumieć, bo to przejście od odliczania do rozmyślań dokonało się jakoś mimochodem i samoistnie.

Gdy znajduję się w połowie długiego podejścia, słyszę za sobą odgłos narastającego posapywania. Usuwam się na prawo, zostawiając wolne przejście, bo nie zamierzam iść szybciej. Nie wiem nawet czy potrafiłbym, bo jest tu dość stromo. Zrównuje się ze mną starszy pielgrzym, którego wyprzedziłem przed kilku minutami. Zgubiłem coś albo potrzebuje mojej pomocy – pomyślałem, nim zdążył się odezwać. On tymczasem najpierw podał mi butelkę.

- Zauważyłem, że nie masz wody – powiedział na powitanie.

Istotnie, z kieszeni plecaka wystawała pusta flaszka. Jednak w plecaku miałem drugą. On o tym nie wiedział, a ja nie wyprowadziłem go z błędu. Widziałem, z jakim trudem maszeruje, w dodatku lekko utykając. Dogonienie mnie kosztowało go masę sił. Wolałem więc utwierdzić go w przekonaniu o celowości podjętego wysiłku. Zaproponowałem mu znaleziony kij – odmówił, towarzystwo – przecząco pokręcił głową. Pokazał, że skręca w leśną ścieżkę.

- Idź szybciej, w Portomarin czekają twoi przyjaciele – ponaglił.

Zrozumiałem to właściwie – jak wówczas sądziłem - że chce zostać sam, ruszyłem więc dalej. Wcześniej spotkałem na szlaku kilku takich Samotnych Żeglarzy, jak ich nazywałem, choć nie izolowali się przecież demonstracyjnie i nie unikali towarzystwa. Przeciwnie – byli przyjacielscy i uczynni dla innych, ale poszukujący samotności. Zaliczyłem go do takich ludzi. Obejrzałem się po kilkudziesięciu metrach. Nie widział tego, znikał już między drzewami. Pewnie ma w okolicy znajomych – pomyślałem. Był chyba Hiszpanem, skoro zwracał się do mnie po kastylijsku.

Tuż przed ostrym zakrętem wyprzedziło mnie czterech rowerzystów. Jechali wściekle szybko i skręcili niemal nie przyhamowując. Rumor, krzyk i cisza. Bezpośrednio za zakrętem był krótki, ale bardzo ostry kamienisty zjazd. Najpierw zobaczyłem leżący na boku rower, a potem, o jakieś pięć metrów niżej, siedzącego na ziemi chłopaka. Kumple pomogli mu zebrać się i natychmiast pojechali dalej. Rowerowi nic się nie stało, do dziś jednak nie mogę zrozumieć, że rowerzysta nie miał najdrobniejszego nawet otarcia, nie mówiąc o jakiejkolwiek poważniejszej kontuzji czy ranie.

Do Portomarin wchodzi się przez długi most nad zalewem, ale tablice informujące o schronisku zaczęły pojawiać się dobry kilometr wcześniej. Rezygnuję z długiego obejścia i wdrapuję się na wzgórze, na którym leży miasto, po bardzo stromych schodach. Nie szukam informacji turystycznej tylko podążam za strzałkami. Mniejsze schronisko mieści się w małym budyneczku. Wolne miejsce znajduję w drugim. To już prawdziwy kołchoz – największe i najdroższe z dotychczasowych miejsc, w których spędzałem noc. Zwyczajowe czynności: rozlokowanie, mycie się, pranie i zakupy w pobliskim sklepie zajmują mi nie więcej niż pół godziny.

Centrum obejrzę po mszy, do czasu której wyleguję się w parku na trawniku. W dole znajduje się basen miejski, niżej – tafla zalewu, rozdzielona mostem, a obok ławeczka, na której przysiada Włoszka, którą spotkałem na trasie. Dystyngowanie wcina nektarynkę. Widzę, że nie jest jej za wygodnie. Wskazuję jej miejsce na swojej karimacie i ucztujemy wspólnie, korzystając z moich i jej zapasów. Okazuje się, że oboje żeglujemy, szybko więc znajdujemy wspólny język. Maria nawet orientowała się, czy można wynająć jeden z małych jachcików, stojących na przystani. Łódkę – tak, ale wiatru nie można wynająć ani namówić, żeby zaczął dmuchać. Cisza absolutna. Rozstajemy się, życząc sobie spotkania na morzu. Maria wraca do schroniska z zakupami dla chorej koleżanki. Zostaną tu co najmniej dwa dni.

W drodze do kościoła prawie potykam się o wyciągnięte nogi Martina, Holendra. Siedzi na chodniku przed sklepową witryną w swojej charakterystycznej panamie na głowie, pogryzając bagietę. Za kościołem jest - mówi – jeszcze jedno schronisko, miejskie, które nie musi się reklamować, bo kosztuje „donativo” czyli tyle, co łaska. Ciągnie mnie tam, choć przed chwilą uprzedzał, że nie ma tam już wolnych miejsc. Ma tam dla mnie jakąś niespodziankę. Nie wytrzymuje jednak i już po kilku krokach wypala, ze jest tam i Marek, który biadał, że zgubiliśmy się na szlaku.

Przypominam sobie intrygujące słowa zagadkowego starca: „W Portomarin czekają przyjaciele”. Skąd o tym wiedział? Kim był? W jaki sposób dogonił mnie na stromym, kamienistym podejściu, skoro ledwie kuśtykał po płaskiej drodze? Nie spotkałem go ani wcześniej, ani później. On zaś nie mógł widzieć mnie w niczyim towarzystwie, skoro od dwóch dni szedłem sam.

Cóż za zbieg okoliczności! – grzecznościowo kwitowali jedni relacjonowane im później spotkanie. Zdecydowana większość komentowała wprost, wyniośle i z widoczną ironią – To przypadek!

- Zobacz, z kim przyszedłem! - Martin nawołuje Marka, prowadzącego jakiś telefoniczny dyskurs. – Co za przypadek!

- Nie ma takich przypadków – powiedzieliśmy sobie na powitanie, prawie równocześnie, nie pierwszy i nie ostatni zresztą raz.

Kościół jest niewielki i niepozorny, o skromnym, ascetycznym wręcz wnętrzu, przynajmniej w porównaniu do innych, które dotychczas widziałem. Przy bliższym oglądzie jednak ten – wydawałoby się architektoniczny Kopciuszek – staje się królewną o dyskretnej, porywająco wykwintnej urodzie. Nie dziwię się teraz, że Hiszpanie z taką pieczołowitością przenieśli go kamień po kamieniu i ustawili na honorowym miejscu, w najwyższym punkcie swojego miasta. Dziwi mnie też ilość osób, uczestniczących w mszy. Więcej widziałem tylko w Castrojeriz, no ale tam odbywał się chrzest nowego obywatela i w dodatku była niedziela, a nie taki sobie zwykły czwartek.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »