Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Wojtek Hrynkiewicz
Droga do siebie

Do Monte do Gozo


Dziwimy się przyjemnie na widok barów, czynnych mimo 5 rano. W jednym z nich barman, grający z gośćmi w bilard wyjaśnia, że w czasie dni wolnych bary czynne są prawie bez przerwy. Goście istotnie dopisują. Nie ma tłoku, ale co chwila wpada po parę osób, wracających z całonocnej imprezy. Zamawiają po kieliszku wina, szklaneczce rumu, chłodnym napoju. Są rozbawieni, ale nie ma wśród nich pijanych.

Pijemy kawę, jako że i w ostatnim schronisku nie było kuchni.

Udało nam się jednak doczekać końca całonocnej mżawki. Wychodzimy w regularną ulewę. Natychmiast naciągamy nieprzemakalne spodnie i kurtki. Wkrótce przejaśnia się na tyle, że możemy schować latarki. Wciąż jednak jest wietrznie i zimno: typowa jesienna szaruga. Tyle, że to Hiszpania i połowa lipca, nie zaś polski koniec października. Wąskie i strome ścieżki zamieniły się w strugi, drogi na płaszczyznach – w jeziorka. Wody już jest po kostki, w niektórych miejscach – do połowy łydki. Na szczęście wychodzimy na żwirową drogę. Przestaje padać, wypogadza się i ociepla dopiero po czterech godzinach.

Bliskość miasta zwiastują schodzące do lądowania samoloty, koniec dzisiejszego wędrowania – słońce w zenicie. Wzgórze Radości to miejsce, z którego widać Santiago i wieże katedry. Na szczycie pomnik Jana Pawła II, na zboczu - ogromne schronisko. Obok kościółek, w którym codziennie – z wyjątkiem niedziel - odprawiana jest wieczorna msza. Dzisiaj jest właśnie niedziela. Jeśli nie będzie mszy w pobliskim Europejskim Centrum Pielgrzymowania, którego adres otrzymałem od Pawła, decyduję się bez plecaka zejść do Santiago i wrócić na noc do Monte do Gozo.

- Zośka, chodź szybko, tu jest jakiś Hiszpan, a ja nic nie rozumiem! - Tak powitała mnie pierwsza spotkana pracownica Centrum, Polka.

Nie usłyszałem nigdy większego komplementu na temat swojej nieznajomości hiszpańskiego, gdym powitał ją i zapytał gdzie i o której godzinie będzie wieczorna msza.

Dziewczyny kończą – okazuje się - przygotowywać kolację dla grupy wycieczkowej i za kwadrans wybierają się samochodem na mszę do Katedry. 15 minut to akurat tyle, żeby zrzucić w schronisku sfatygowane drogą łachy i włożyć coś w nieco lepszym stanie. Wielkiego wyboru nie mam. Koszulki, które zabrałem ze sobą, były najcieńsze i najlżejsze z posiadanych. Niezbyt służyło im codzienne pranie. Zabiera się z nami i Marek, choć wcześniej wielokroć podkreślał, że do Santiago nikomu podwieźć się nie da.

Santiago de Compostela


Pierwszy raz od wielu dni wyspaliśmy się do syta. Dzięki porannej ulewie śniadamy z należytą cebrą. Wyjeżdżający właśnie rowerzysta cofa się pod dach i sposobi do jazdy w takich warunkach. Ubiera przeciwdeszczową odzież, zakłada pokrowce na sakwy i gdy jest już gotowy do drogi w takich warunkach – wychodzi słońce, a my razem z nim. Rowerzysta ponownie rozpakowuje sakwy…

Dochodzimy do Katedry. Otrzymujemy dokument potwierdzający ukończenie pielgrzymki, bo nie dotarcie do celu przecież. To, tutaj, nie stanie się nigdy. Cel ów stał się jednak bardziej wyraźny i nie da się zbyć tak łatwo, jak dotychczas; zatraceniem w kolejnej butelce piwa, następnym papierosie, w poczuciu wyższości wobec drugiego, okazywanym równie często jak obojętność. Instalujemy się na nocleg i zostawiamy bagaże w pobliskim Seminarium Minor. Wtapiamy w tłum turystów przechadzających się po przykatedralnych placach i uliczkach.

Pomrukuję w rytm kroków wymyślony, a może zapamiętany skądś, dwuwers:
Niech mój świat Twoim się stanie – a nie ludzkim pożądaniem
Niech Twój świat moim się stanie – spełnieniem przewidzianym…

 

Może – nigdy nie byłem w Santiago: nie zdecydowałem się bowiem – jak każe tradycja – na objęcie popiersia św. Jakuba? Jakoś skojarzył mi się ten zwyczaj ze Złotym Cielcem.

 

Nie dotarłem do najdalej wysuniętego przylądka Europy, bo nie jest nim – jak na to wskazuje nazwa – Finisterra. Ten prawdziwy, znajdujący się w Portugalii kraniec, udało mi się parę lat wcześniej dostrzec przez lornetkę z pokładu jachtu, na chwilę przed zwrotem, po którym uciekliśmy w ocean, wobec północnego sztormu.

 

Nie byłem Pielgrzymem – byłem turystą, choć Siostra rzekła po moim powrocie, że kojarzę się Jej ze średniowiecznymi biczownikami. Pielgrzym dąży do Boga, ja – doszedłem do Santiago: a to jednak – nie to samo. Czas zatem wybrać się tam ponownie, ale już: jak Ula, jak Waldek, Baśka, Marek, jak Krystian, jak Johann, jak Maria, Brian, Hans, Irene, Martin – jako PIELGRZYM.

 

Camino de Santiago to encyklopedia wiedzy o sobie samym, a zarazem książka nie do ukończenia, bo pisze się każdego późniejszego dnia.

2008 Logrono – Santiago de Compostela


25 czerwca, poniedziałek: Logrono – Navarette (13 km)

26 czerwca, wtorek: Navarette – Najera – Azofra (21 km)

27 czerwca, środa: Azofra – Canas – Berceo – San Millan de la Cogolla – Santo Domingo de la Calzada – Granon (ok. 50 km)

28 czerwca, czwartek: Granon – Tosantos (21 km)

29 czerwca, piątek: Tosantos – Villafranca Montes de Oca – San Juan de Ortega – Ages - Burgos (ok. 48 km)

30 czerwca, sobota: Burgos – Hornillos del Camino (ok. 18 km)

1 lipca, niedziela: Hornillos del Camino – Hontanas - Castrojeriz - Itero de la Vega (ok. 31 km)

2 lipca, poniedziałek: Itero de la Vega – Boadilla del Camino – Formista - Villalcazar de Sirga (ok. 29 km)

3 lipca, wtorek: Villalcazar de Sirga - Carrion de los Condes - San Nicolas del Real Camino (ok. 38 km)

4 lipca, środa: San Nicolas del Real Camino – Sahagun – Calzada del Coto - Calzadilla de los Hermanillos - Reliegos (ok. 44 km)

5 lipca, czwartek: Reliegos - Leon - La Virgen del Camino (ok. 31 km)

6 lipca, piątek: La Virgen del Camino – Hospital de Orbigo - Santibanez (ok. 33 km)

7 lipca, sobota: Santibanez – Astorga - Rabanal del Camino (ok. 38 km)

8 lipca, niedziela: Rabanal del Camino – Ponferrada (ok. 33 km)

9 lipca, poniedziałek: Ponferrada – Pereje (ok. 29 km)

10 lipca, wtorek: Pereje – O Cebreiro (ok. 24 km)

11 lipca, środa: O Cebreiro - Samos (ok. 32 km)

12 lipca, czwartek: Samos – Portomarin (ok. 39 km)

13 lipca, piątek: Portomarin – Palas de Rei (ok. 25 km)

14 lipca, sobota: Palas de Rei – Arzua (ok. 30 km)

15 lipca, niedziela: Arzua – Monte do Gozo (ok. 32 km)

16 lipca, poniedziałek: Monte do Gozo – Santiago (ok. 10 km)
 

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 17.09.2013 01:22

panie Wojtku czytam pana blog jest świetnie napisany gdybym go wcześniej przeczytal to bym swojego nie napisał bo mój blog przy pana jest jak niebo a ziemia super opisy i wrażenia i spostrzeżenia panie Wojtku pełny mój szacun buen camino

ewa - 18.08.2013 17:24

panie wojtku zafascynowal mnie pan swoimi wspomnieniami.ja mysle o camino od paru tygodni dopiero, ale pana opowiesc bardzo mnie motywuje.oby mi sie udalo w roku 2014.

Zobacz wszystkie »