Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Katarzyna i Sebastian Bądel
DO GROBU ŚW. JAKUBA – podróż poślubna na piechotę

Droga


Od niepamiętnych czasów człowiek wędrował po świecie. Poszukiwał swojego miejsca, pożywienia, przygód. Poszukiwał także duchowych przeżyć, wyruszając w szczególną podróż – pielgrzymkę. Miejsca, do których zmierzał, naznaczone były historią Świętych i cudami. Jednym z nich jest hiszpańskie miasto Santiago de Compostella, w którym znajduje się grób św. Jakuba Apostoła. Od końca XIw pielgrzymi z całej Europy przybywali tu, aby pomodlić się przy relikwiach Świętego. Droga miała być czasem pokuty i nawrócenia. Szlaków powstało kilka. Wokół nich rodziła się tradycja, rozwijała architektura i kultura średniowiecza.
Nasze "Camino de Santiago" rozpoczęliśmy jako małżeństwo z 6-dniowym stażem. Wybraliśmy szlak francuski, cieszący się największą popularnością wśród pielgrzymów, najbardziej historyczny, bogaty w symbole i legendy. Z St. Jean Pied de Port w Pirenejach, z ciężkimi plecakami (rzeczy tylko konieczne, wybrane bardzo rygorystycznie, plus intencje nasze i naszych bliskich), wyruszyliśmy 18 czerwca 2010r. To rok wyjątkowy. Ponieważ święto św. Jakuba przypada w niedzielę, jest rokiem jubileuszowym. Do grobu Apostoła dotarliśmy 18 lipca. Przeszliśmy prawie 800km (według naszych obliczeń szlak ma długość 780km). Doświadczyliśmy wielu wspaniałych przeżyć. Nie ominęły nas także trudności, bez których pielgrzymka byłaby wyraźnie podejrzana. Wiele osób mówiło, że camino jest jak życie – raz z góry, raz pod górę. W deszczu, w słońcu, w dobrym towarzystwie, w samotności... Kalejdoskop, ciągła zmienność. Ta pielgrzymka tak naprawdę trwa do końca życia. Odmienia, daje nowe spojrzenie na rzeczywistość. Pozwala bardzo wyraźnie doświadczyć Bożej Opatrzności w zwykłych sprawach dnia codziennego. Dlatego warto wybrać się w drogę...
Gorąca Hiszpania przystąpiła widocznie do programu "europejskie anomalie pogodowe", bo przywitała nas chłodem. Przechodząc przez góry nie widzieliśmy niczego oprócz mgły i deszczu, a temperatura +10st. wydała nam się zbyt surowa. Chowając głowy w kaptury uciekł nam moment przekroczenia granicy francusko-hiszpańskiej, a tym samym wejścia do pierwszego hiszpańskiego regionu – Nawarry. Wszyscy straszyli pirenejską przełęczą, która w złych warunkach jest podobno nie do przejścia. Okazało się, że wcale nie była taka straszna. Droga wyglądała jak z Beskidów – taki sam las, takie same liście, deszcz i wszechobecne błoto. Padało przez pierwsze 3 dni. Noclegi w namiocie nie były przyjemnością. Poranny kontakt stóp z mokrymi sandałami działał orzeźwiająco. Mijaliśmy łąki, na których wylegiwały się krowy, małe wioski, gdzie wszystko było z kamienia, a nieproporcjonalnie wielkie kościoły rozbudzały naszą wyobraźnie, jak to musiało być kiedyś... Niektóre osady sprawiały wrażenie opuszczonych.
Pierwszym większym miastem na trasie, była Pampeluna. Znana z ulicznych gonitw byków, a także walk tych zwierząt w czasie święta San Fermin. Wreszcie pojawiło się słońce i mogliśmy wysuszyć nasze rzeczy. Potem zaczęły się upały. Poranek pełen słońca i ciepła, po kilku dniach deszczu i chłodu, może być dla pielgrzyma przeżyciem mistycznym...:) Za miejscowością Cizur Menor weszliśmy na Górę Przebaczenia. Są tam, charakterystyczne dla camino, blaszane postacie pielgrzymów wędrujących do Santiago. Zdjęcie z nimi jest prawie obowiązkiem. Dalej Puente la Reina, miejsce, gdzie łączą się wszystkie francuskie szlaki w jeden, zwany odtąd Camino Grande. Wielką atrakcją, która początkowo budziła naszą nieufność, było Monasterio de Irache – benedyktyński klasztor z XIw. Tam w specjalnie wydzielonym miejscu, ze ściany wystają 2 kraniki – jeden z wodą, a drugi (uwaga!) z winem. Można odkręcić zawór i skosztować czerwonego, chłodnego napoju. Nikt nie pilnuje, nie wydziela, całkowita swoboda. Ile trzeba mieć samodyscypliny, aby nie zostać tu zbyt długo? Przed Azqueta mogliśmy ochłodzić się w ciekawym źródle. Na pustkowiu samotna budowla przypominająca kaplicę, a w środku schody prowadzące w dół do basenu, gdzie sączy się woda.
Gdy rozpoczęły się długie, czasem kilkunastokilometrowe etapy przez pola pełne zbóż, bez grama cienia i wody, musieliśmy dać sobie trochę czasu, aby się przystosować. Trzeba było zmienić taktykę – iść rano i wieczorem, a w południe odpoczywać (poddać się tzw. sjeście). Słońce na bezchmurnym niebie mocno grzało, choć na szczęście nie aż tak, jak podobno potrafi w Hiszpanii. Zaskoczyły nas duże różnice temperatur pomiędzy dniem a nocą. W blasku księżyca bywało naprawdę zimno. W miasteczkach, które mijaliśmy po drodze, niestety, kościoły były często zamknięte. Nie mogliśmy zobaczyć czarnej, niebieskookiej Matki Bożej w Los Arcos. Spotkać można i takie, gdzie obowiązuje bilet wstępu, jak np. w Torres del Rio.
W Logroño, tu w XVIIw. toczył się największy proces czarownic, weszliśmy do regionu La Rioja, słynącego z winnic. Od razu zauważyliśmy zmiany na szlaku. Skutecznie ukrywające się strzałki, lub ich brak, pogorszyły orientację. Jak w Nawarra trzeba było się bardzo starać, aby się zgubić, tak w La Rioja trzeba było się starać, by nie zafundować sobie omyłkowych kilometrów. W logrońskiej katedrze trafiliśmy właśnie na mszę św. Wyławialiśmy z hiszpańskiej liturgii znane nam pojedyncze słowa: Señor, Alleluja, Amen, itd. Za miastem, na płocie obok trasy, pielgrzymi zostawiają krzyże robione z patyków. My także zostawiliśmy swoje. Podobne miejsca spotykaliśmy jeszcze na kilku odcinkach. W Najera odpocząć można przy czystej rzece, w otoczeniu pięknych wzgórz i czerwonych skał. Zdumiewa ogromna ilość bocianów. Gniazda na prawie każdym dachu i dzwonnicy. Przekonanie, że w Polsce tych ptaków jest najwięcej, zostało poddane w wątpliwość. Dalej szliśmy polami czerwonymi od maków, aż do Santo Domingo de la Calzada, gdzie odwiedziliśmy grób św. Dominika.
W Grañon, po 9 dniach marszu, pierwszy raz nocowaliśmy w schronisku (alberge). Wieża kościoła z XIVw. przystosowana dla pielgrzymów, okazała się miejscem wyjątkowym. Stojąca przy wejściu skrzyneczka z napisem: "jak masz, to zapłać, jak nie masz, to weź ile potrzebujesz" zapewniała, że komercja, widoczna w wielu miejscach na camino, tutaj jest nieobecna. Zostaliśmy przywitani bardzo serdecznie i poczuliśmy się jak w domu. Uczestniczyliśmy we mszy św. w kościele i przyjęliśmy specjalne błogosławieństwo dla pielgrzymów. Potem słuchaliśmy koncertu kwartetu smyczkowego, a wieczorem jedliśmy uroczystą kolację w międzynarodowym towarzystwie. Wielojęzykowe pogawędki stworzyły braterską atmosferę. Noc na miękkim materacu była swoistym dopełnieniem rozkoszy.
Nowy region – Castilia i Leon powitał nas rozpieszczającą pogodą, idealną do wędrówki. Małe chmurki, słońce i lekki wiatr. W Tosantos, w pamięci zapadła nam kaplica Nuestra Senora de la Pena, wmurowana w skały wznoszące się nad wioską. Wystarczy tylko trochę zejść ze szlaku, aby zobaczyć to wyjątkowe miejsce. W San Juan de Ortega można pomodlić się przy grobie świętego, który został tu pochowany w 1080r. Do Burgos, największego miasta na camino, szliśmy wydłużonym wariantem, co w ostatecznym rozrachunku umożliwiło nam pokonanie rekordowego etapu. Tego dnia przeszliśmy ponad 40km. Burgos, to duże miasto z wieloma zabytkami, m.in. słynną katedrą de Santa Maria. W dalszej drodze przy alberge San Bol umyliśmy nogi w źródle, które według pielgrzymów ma cudowne właściwości i leczy wszelkie dolegliwości stóp. My doszliśmy do celu, a więc...? Dalej w San Antonio zachwycają ruiny klasztoru, który w swoim czasie był szpitalem dla pielgrzymów. Teraz jest tu alberge. Wstępując do kościoła w Formista zostaliśmy słuchaczami gitarowych popisów, przygotowanych specjalnie dla pielgrzymów. Na kolejnych długich etapach, bez cienia i wody, Opatrzność wspomagała nas chmurami, które coraz częściej zasłaniały słońce. W Sahagun, gdzie dotarliśmy po 16 dniach marszu, jest połowa francuskiego szlaku. Przypomina o tym specjalny pomnik. Późniejsza droga była mniej ciekawa. Przez wiele kilometrów prowadziła nas wzdłuż asfaltowej trasy.
Leon, to jedno z większych miast camino, zapoczątkowane w 70r n.e. Zwiedzaliśmy stare miasto i znów trafiliśmy na msze św. w pięknej katedrze z XIIw. Za Leon wybraliśmy jeden z wariantów drogi. Był słabo oznaczony, co wywołało lekki niepokój, bo nikt nie chciałby wracać 10km... Okazało się jednak, że poszliśmy dobrą drogą. Wiodła ona polami, które podzielone gęstą siecią akweduktów podkreślały specyfikę tutejszego klimatu. W Hospital de Orbigo, przeszliśmy mostem z bardzo ciekawą historią, o rycerzach i pojedynkach i ruszyliśmy w stronę gór Leon. U ich podnóża leży Astorga – czekoladowa stolica Hiszpanii. Przed miastem natrafiamy na kolejny symbol camino: kamienny krzyż z Vw. postawiony tutaj przez biskupa Astorgi. Są miejsca na szlaku, gdzie dotyk historii wywołuje ciarki na plecach. Ten krucyfiks jest jednym z nich. W mieście poczuliśmy na sobie obowiązek, by skosztować czekoladowych wyrobów. Zwiedziliśmy więc muzeum czekolady. Oddaliśmy się programowej degustacji, która do dziś silnie oddziałuje na nasze zmysły. Staliśmy się też szczęśliwymi posiadaczami dziwnej czekolady, która niesiona przez cztery dni w plecaku, pomimo słońca, nie zmieniła swego stanu skupienia. Idąc dalej i coraz wyżej, przechodziliśmy przez Santa Catalina de Somoza, gdzie mieliśmy jeden z najpiękniejszych noclegów. Z namiotu mogliśmy spoglądać na wspaniałą panoramę gór Leon, malowanych czerwieniami zachodu słońca. Zbliżaliśmy się powoli, do najwyższego punktu camino - Cruz de Ferro. Żelazny krzyż, przy którym każdy pielgrzym zostawia przyniesiony z domu kamień, symbol starego człowieka, mówi o pragnieniach przemiany i doświadczenia jakiegoś "novum". To wymowny i charakterystyczny aspekt pielgrzymki. Za krzyżem, w wiosce Manjarin, spędziliśmy zupełnie wyjątkową noc. Schronisko prowadzą miłośnicy templariańskich tradycji. Panowie w średnim wieku, w strojach z charakterystycznym czerwonym krzyżem, machają mieczami i odprawiają tajemnicze ceremonie. Mieliśmy okazję w tym uczestniczyć. To miejsce wygląda jak religijny kiermasz. Mieszają się tu wszystkie większe religie świata. Kapliczka z Matką Boską Fatimską sąsiaduje z ołtarzykiem Buddy, wśród ściennych symboli wschodu, Miłosierny Jezus, Archanioł Michał, itp. Ugościli nas, i owszem, bardzo serdecznie, podając potrawę z ciecierzycy, sałatkę warzywną, owoce, to jednak zmysłowość nasza wyczuwała smak jakiegoś ogólnego dziwactwa. Za Manjarin, schodząc w dół, można się rozkoszować pięknymi widokami. Zielono – brązowe góry, z białymi wiatrakami, tworzą zachwycający kadr. W Molinaseca, w spiętrzonej rzece Meruelo, można się kąpać, a nawet popływać, co bardzo dobrze chłodzi quasi ugotowanego pielgrzyma, który właśnie przed momentem pokonał górskie ścieżki. W Ponferradzie stoi ogromny zamek templariuszy. Bardzo dobrze zachowany, jest wizytówką miasta. Dalej po drodze pojawiało się mnóstwo czereśni. Malutki procent tego owocowego zagłębia, nie był własnością prywatną, więc poczuliśmy się upoważnieni do korzystania z tych dóbr. Ogromna ilość mijanych na szlaku miasteczek, posiada swoistą, niepowtarzalną aurę. Zapadła nam w pamięć np. Villafranca. Położona w przepięknej dolinie, mała miejscowość, z jedenastoma kościołami. Niedługo znów zaczęło się podejście. Tym razem przed nami, stały Góry Galicji. W przewodnikach ponownie straszyli wymagającą wspinaczką, która okazała się spacerowa i przyjemna. Pokonując 8 – kilometrowy etap, przez małe, ubogie wioski, pełne czereśni, ogromnych dębów i krowich placków, weszliśmy do Galicji. Na wys. 1300m leży pierwsza galicyjska miejscowość – Cebreiro. Przywitała nas celtycka muzyka odtwarzana w sklepikach z pamiątkami, celtyckie okrągłe chaty kryte strzechą. W takich miejscach szybko zapomina się o trudach pielgrzymki. Radość sprawiały nam kilometrażowe słupki rozmieszczone co 500m. Dzięki tym informacjom, bardzo świadomie i uważnie zbliżaliśmy się do Santiago. Od Alto de Payo (stoi tam ogromny pomnik pielgrzyma), droga prowadzi w dół. W Tricastella, mieście trzech zamków, po raz pierwszy zobaczyliśmy tabliczki umieszczone na drzwiach alberge pt.: "komplet" i nerwowe biegających pielgrzymów w celu znalezienia noclegu. Wtedy jeszcze bardziej doceniliśmy nasz namiot. A potem zaskoczenie! Okazało się, że z rozbiciem "na dziko" namiotu, też są problemy. Dwa razy szliśmy po 8km w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. Ziemia Galicji, wszystkie działki, niemal każdy skrawek terenu, ogrodzone są drutem kolczastym. Trudno wypatrzeć neutralne metry, przez co magiczność regionu, o którym krążą legendy, dla nas trochę straciła blask. W Galicji wiele się zmienia. Zmieniła się pogoda, temperatura, roślinność, architektura. Zachmurzenia, opady, chłód, przypominają nasz rodzimy klimat. Rzadko używaliśmy kapelusza, tak niezbędnego rekwizytu pielgrzyma w innych regionach, za to częściej nosiliśmy ciepłe polary. W takich warunkach wędrowało nam się całkiem dobrze. Dodatkową atrakcją Galicji były ucieczki przed stadem krów. Wyraźnie lekceważyły pielgrzyma pędząc po wąskich ścieżkach. Pozostało ustąpić pola, bowiem praktyki corridy są nam zupełnie obce. Gdy minęliśmy słupek z informacją, Santiago 100km, na szlaku zrobiło się naprawdę tłoczno. Ten dystans, to minimum, które trzeba pokonać, aby otrzymać "compostellę" tzn. oficjalne potwierdzenie odbycia pielgrzymki. Z tej opcji, przede wszystkim, korzysta wielu młodych, bowiem zaliczenie pielgrzymki, to dodatkowe dwa punkty do matury. Od tego miejsca, by spać w alberge, trzeba dotrzeć na nocleg już koło południa. Jeszcze drzwi schronisk są zamknięte, a już ustawiają się przed nimi długie kolejki. W średniowiecznym mieście Portomarin, utworzony na rzece zalew, zachęca do kąpieli. Niestety, było chłodno i nie zanurzyliśmy w nim nawet stopy. W Ligonde, przy szlaku, stoi charakterystyczny dla camino krzyż z XVIIIw, przedstawiający sceny Kalwarii, a w gościnnym alberge można napić się herbaty lub kawy. Ostatnim regionem na camino jest A Coruña. Szlak tutaj jest bardzo dobrze oznaczony. W Melide camino francese łączy się z camino Primitivo – pierwszą drogą do grobu św. Jakuba. Przechodząc przez Arzua, w święto Matki Bożej z Karmelu, obserwowaliśmy procesję z figurą Maryi. Wśród orkiestrowej muzyki i potężnych wybuchów petard, Hiszpanie manifestowali swoją pobożność. Czuliśmy już bliskość Santiago przemierzając Lavacollę, wioskę, w której kiedyś pielgrzymi kąpali się przed wejściem do miasta św. Jakuba. Tuż przed Santiago (ok. 5km), na Monte do Gozo (Góra Radości), można po raz pierwszy zobaczyć wieże katedry. Zatrzymaliśmy się w Europejskim Centrum Pielgrzymów im. Jana Pawła II, prowadzonym przez polskiego saletyna i wolontariusz, również naszych rodaków. Poczuliśmy się jak w domu, bo z każdym rozmawialiśmy w ojczystym języku. Msza św., wspólna kolacja z zupą pomidorową w roli głównej, były dostatecznym powodem do egzaltacji. "Gwiazdą" wieczoru, był Andrzej, który dotarł tutaj z Wrocławia. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że całą tą drogę pokonał pieszo. Opowiadał wiele niesamowitych historii, a wszyscy wzdychaliśmy z niedowierzaniem. Na Monte do Gozo stoi pomnik pielgrzyma. Upamiętnia św. Franciszka, który miał pielgrzymować do Santiago, jak również Jana Pawła II, który w 1989r., rozpoczynając światowe dni młodzieży, wyruszył stąd na camino.
I wreszcie przyszedł ten dzień... Dotarliśmy do Santiago. Dziwne to wrażenie, kiedy osiąga się cel, do którego dążyło się tak długo i nieraz z tak wielkim wysiłkiem. Człowiek przesiąknięty rytmem pielgrzymki, chociaż wyczekuje tej chwili, myśli sobie: To już...?
W biurze pielgrzyma otrzymaliśmy "compostellę". Mały dyplomik w złotej ramce, z łacińskim tekstem i naszymi imionami. Ten skrawek papieru nie był dla nas świadectwem przebytych kilometrów, ale symbolicznym przedmiotem, takim lustrem Alicji z krainy czarów, przez które wchodziliśmy w bogaty świat przeżyć, naszych osobistych doświadczeń. W pielgrzymkowej przechowalni zostawiliśmy plecaki (do katedry nie można wejść z bagażem) i ustawiliśmy się w kolejce do grobu św. Jakuba. Przy relikwiach Apostoła zaskoczył nas wyjątkowy spokój. Nikt nie poganiał, nie przepychał. Gdyby dodatkowym postanowieniem pielgrzyma, było czuwać np. 2 godziny przy grobie Świętego, nie byłoby z tym większych kłopotów. O 12.00 uroczysta msza św. dla pielgrzymów z całego świata. Było to ukoronowanie całości naszej wędrówki. Katedra rozciągnęła się do maksimum pod wpływem ogromnej liczby pielgrzymów. Na koniec nabożeństwa, 8 mężczyzn rozhuśtało, wielkie, ważące 70kg kadzidło (botafumeiro). Kiedyś w ten sposób zabijano nieprzyjemny zapach pielgrzymów, a dziś to tradycyjny i oryginalny pokaz. Huśtający się trybularz, który przeszywa powietrze od sklepienia do ziemi, robi wielkie wrażenie i kończy się gromkimi brawami.
Santiago było naszym celem, ale tu szlak pielgrzymi się nie kończy. Można iść dalej na tzw. "koniec świata" – przylądek Finisterra. To najdalej wysunięty na zachód punkt Hiszpanii. Z braku czasu nie poszliśmy, ale pojechaliśmy w to miejsce autobusem. Przylądek jest skalisty i stromy. Stoi tam ostatni słupek z muszelką, z napisem: "0,00km". Obok strzelista latarnia jest drogowskazem dla płynących statków. Ocean z ogromną siłą uderza w skały przylądka. W tym miejscu wedle tradycji pielgrzymi palą swoje ubrania i buty. Widzieliśmy to na własne oczy. My jednak nie mogliśmy spalić swoich zdezelowanych sandałów, gdyż nie mieliśmy innych butów na zmianę:) Odpoczywaliśmy na końcu świata po długiej drodze. Wpatrywaliśmy się w horyzont, snując refleksje nad tym, jak teraz będzie wyglądało nasze życie? A potem powrót do Santiago i ostatnia noc w alberge u Franciszkanów. Niezwykłe, serdeczne przyjęcie przez pracowników schroniska, bardzo nas wzruszyło. Wieczorne modlitwy o pokój w wielu językach, naprawdę zjednoczyły wszystkich. Każdy otrzymał kamień z symboliczną żółtą strzałką, aby zawsze pamiętać o "strzałkach" wskazujących drogę prawdy i miłości w życiu. Pożegnaliśmy Santiago i dotarliśmy na lotnisko. Samolot miał nas przenieść, do pozostawionej na pięć tygodni rzeczywistości, do domu. W głowie kołatały się myśli: Czy nie zapomnimy tego, że teraz zaczęło się właściwe camino? Czy pośród różnych życiowych dróg, zawsze znajdziemy tą właściwą?
 

Spis treści

Komentarze

Kasia i Ania - 18.04.2014 00:14

Jesteśmy Twoimi siostrami szukamy kontaktu. Odezwij sie do nas na Facebooku.

orety - 25.08.2012 02:43

W ubiegłym roku przeszedłem z Polski do Santiago. Tu: http://www.reconnet.pl/viewtopic.php?t=3539 relacja (jeszcze nie skończona) Pozdrawiam Maciek

Stefan - 09.09.2010 10:50

Kasiu ,Sebastaianie , świetnie opisaliście swoje Camino,gratuluje wyboru pieknej podróży poslubnej, ja wybieram się w przyszłym roku i po prezczytaniu Waszej opowieści jeszcze bardziej się utwierdziłem w przekonaniu że muszę w nim uczestniczyc pomimo pojawiających sie co jakiś czas obaw. Jeśli to mozliwe czy mozemy się kontaktowac na priv mam kilka pytań, podam swoją poczte z prosbą o kontakt. Pozdrawiam:-)isztwan70@wp.pl

Zobacz wszystkie »