Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
Moje camino

Sobota, 4 września 2004


Rozpoczęłam moje Camino. Wczoraj.

Sopot, 15.41 – pociąg do Warszawy. Piękne, wrześniowe popołudnie. Jeszcze czuję się podekscytowana, trochę przestraszona pomysłem samotnego pielgrzymowania z ciężkim plecakiem. Czy na pewno dam sobie radę w górach? Ktoś powiedział, że pierwszy dzień wędrówki jest trudniejszy od wejścia na Świnicę z Zakopanego. Kiedy ja ostatni raz byłam w Tatrach?

Siedzę w samolocie do Paryża. Wylot nastąpił z 40-minutowym opóźnieniem. Nie wiem dlaczego. Jest to Airbus linii lotniczych Air France. Załoga mówi po francusku i angielsku. Za szybko jak dla mnie. Głośniki poza tym trochę zniekształcają głos. Przed chwilą zjadłam małe śniadanko. Pogoda jest piękna, emocje z dnia wczorajszego opadły. Przede mną droga, moja Droga. Myślę o najbliższych. Wierzę, że w domu wszystko będzie dobrze. Wiem też, że wiele osób myślami jest ze mną. To dodaje mi sił. W duszy czuję ogromną radość.

Wczoraj przez chwilę zastanawiałam się nad swoim wiekiem i doszłam do wniosku, że ja nie mam lat. Ja po prostu JESTEM. To ważne odkrycie. BYĆ – to fantastyczne.

Już w samolocie do Paryża poznałam ciekawych ludzi. Małżeństwo z Kaliforni z dwójką dzieci – dziewczynki 9 i 10 lat. Mąż Włoch, żona Polka, a dzieci już Amerykanie. Zachwycili się moją ideą pielgrzymowania. Sami, głęboko wierzący katolicy. Pan P. wyznał, że Camino to marzenie jego życia. Chyba wybiorą się na szlak całą rodziną. Pani Mariola K. jest malarką i maluje głównie obrazy świętych. Powiedzieli, że będą modlić się w mojej intencji a po powrocie proszą o kontakt i refleksje.

Paryż przywitał mnie piękną i ciepłą pogodą. Czekając na odlot do Bordeaux zwiedzałam lotnisko. Jest duże i nieciekawe. Nie łatwo połapać się w gmatwaninie przejść, bram, hal i poczekalni.

Na lotnisku w Bordeaux odebrała mnie Delfina. Dobrze mówi po polsku, chociaż jest rodowitą Francuzką. Pojechałyśmy do centrum kupić bilet na pociąg do Sain Jean Pied de Port, skąd zamierzam rozpocząć moją wędrówkę. Upał, 30 stopni i stojące powietrze nie zniechęciły mnie do spaceru. Przeszłyśmy urokliwą starówką by w końcu, w ryneczku, w przytulnej restauracyjce zjeść lunch. Coś francuskiego, tort serowo-jajeczny. Delfina zaprowadziła mnie na chwilę do starego, romańsko-gotyckiego kościoła św. Piotra. W pierwszej chwili sądziłam, że jest to świątynia protestancka. Wewnątrz surowa, skromna, z palącymi się świecami „w intencjach”. W gotyckich oknach przepiękne, kolorowe witraże. Tak surowo wyglądają tutaj kościoły katolickie. Zupełnie inaczej niż u nas, gdzie dużo jest przepychu, ozdóbek, kwiatów, itp. Widziałam też inny, romański kościólek św. Remy, w którym obecnie jest muzeum. Jest to najstarszy kościół, od którego właśnie zaczęło się tworzyć i rozbudowywać miasto. Bordeaux to ozdobne kamienice, zbudowane z kamienia, który przez lata sczerniał. Teraz, wskutek akcji odrestaurowywania miasta czyści się je, przywracając im jasny kolor i odsłaniając drobne elementy architektoniczne, które „ginęły” w czerni.

Pociąg okazał się zapchany do ostatniego miejsca i jeszcze bardziej. Duszno, brak wentylacji, pot spływający z pleców i czoła dawał mi przedsmak trudów wędrowania. Znowu mam chwilę przerwy w podróży. Siedzę na ławce, na stacji w Bayonne i piszę. Upał nie chce zelżeć. Jest cicho, tak prowincjonalnie. Niebo nad Bayonne jest szare, słońce ledwo przebija się przez te szarości. Zapowiadają ciepły tydzień. Myślę, że w górach będzie ostrzejszy klimat. O 18.03 mam regionalny pociąg do Sain Jean Pied de Port. To już ostatni etap podróży na dzisiaj. Potem tylko trzeba znaleźć Biuro Pielgrzyma i nocleg.

Jestem w prywatnym schronisku w Sain Jean Pied de Port. Lokalny pociąg jechał cudowną trasą; góry, wąwozy, tunele... Piękna pogoda, gorąco. Roślinność tu też inna niż u nas. Po drodze widziałam palmy, orzechowce a nawet bananowca. Ludzie chyba eksperymentują z tą roślinnością. Dużo jest tu ptaków, ale zupełnie nie znam się na gatunkach.

Po 19.00 dotarłam do Sain Jean Pied de Port. W pociągu poznałam trzy młode Niemki, które jutro też ruszają na trasę. Bardzo miłe dziewczyny, Iwonne, Karin i Sonia.

Saint Jean Pied de Port to prześliczne, górskie miasteczko, z małymi, wąskimi, brukowanymi uliczkami pnącymi się w górę, starymi, piętrowymi domami, ukwieconymi i przyozdobionymi muszlami – symbolem pielgrzymki. Na szczycie wzgórza wznosi się cytadela, skąd rozciąga się widok na całe miasteczko i Pireneje. Przepięknie!

Pireneje przypominają mi Alpy austriackie. Przynajmniej z tej perspektywy.

W Biurze Pielgrzyma wypełniłam stosowną ankietę i otrzymałam paszport pielgrzyma, który uprawnia do tanich noclegów w schroniskach na całej trasie. Nocuję z zaprzyjaźnionymi Niemkami. Jutro ruszam na szlak. Trochę jest za gorąco i mam za ciężki plecak. Nikt jednak nie obiecywał, że będzie łatwo.

Niedziela, 5 września 2004


Wczesnym rankiem obudziły nas piejące koguty. Na dworze panował kompletny mrok. Ubrałyśmy się, zwinęłyśmy śpiwory i już o 6.50 wyruszyłyśmy na nasze Camino. Było bardzo ciepło. Miasteczko spało, tylko gdzie niegdzie w oknach świeciło się światło. Szkoda, że po ciemku nie da się robić zdjęć, bo wkrótce zatrze się w pamięci widok starych, kamiennych domów porośniętych bluszczem, brukowanych uliczek, średniowiecznych mostów przerzuconych przez rzekę...

Piękny jest świt w Pirenejach i wstające mgły znad dolin.

Z początku szłyśmy razem, szukając właściwej drogi. I zaczęło się... Droga wiodła non stop ostro pod górę. Teraz wiem jak wspaniale smakuje woda! Pierwsze pół kawałeczka chleba i 2 cm polskiej kiełbasy zjadłam dopiero o 8.30, żeby podtrzymać siły. Gdy tylko zdjęłam plecak, zakręciło mi się w głowie i zrobiło słabo. Wysiłek jest ogromny.

Teraz mam drugi odpoczynek. Jest 10.30, siedzę, piszę i patrzę na góry. Przypominają mi Alpy. Gołe stoki, porośnięte tylko trawą i stada pasących się owiec. Dzwonią dzwoneczkami. Niebo jest lekko zachmurzone, słońce rozmazane, ledwo widoczne. Jest ciepło, lecz nie upalnie. Lekki wietrzyk łagodzi trudy wędrowania. Mam przed sobą jeszcze około 5 godzin marszu. Ciągle pod górę. Na trasie spotykam wielu pielgrzymów. Jestem zmęczona lecz szczęśliwa.

Znowu mam przerwę, tym razem przy fontannie Rolanda. Jest to kranik ze źródlaną wodą, wodą życia dla utrudzonych pielgrzymów. Miejsce to owiane jest legendą, tutaj na polu bitwy miał zginąć w walce przeciw Baskom nieustraszony rycerz Roland. W pobliżu znajduje się głaz z symbolem drogi św. Jakuba – muszlą i informacją, że do Santiago de Compostella zostało już tylko 765km.

Sporo ludzi wędruje. Coraz to ktoś przechodzi obok mnie pozdrawiając. Właśnie minęło mnie trzech Włochów lub Hiszpanów, jeszcze nie odróżniam tych nacji i dwie starsze panie z Belgii. Mam nadzieję, że skończyły się ostre podejścia i za godzinę rozpocznie się zejście w dół. Ten etap to mordęga. Jest naprawdę ciężko i gorąco, mimo że to już wrzesień. Na razie nie mam zbyt wzniosłych myśli, walczę ze swoją słabością, ze swoim ciałem i staram się dojść do Roncesvalles. Na duchowe przemyślenia chyba przyjdzie czas. Moje myśli natomiast często jeszcze biegną do domu. Czy wszyscy się już obudzili? Jak Wojtek po obozie? Co robi reszta chłopaków? Zaraz ruszam dalej.

Dalej wcale nie było łatwo. Niedaleko za fontanną Rolanda znajdował się obelisk z napisem Nawarra. A więc przekroczyłam granicę z Hiszpanią. Początkowo wydawało się, że skończyły się podejścia, ale to było złudne. Jeszcze dobrą godzinę wspinałam się pod górę, aby potem pójść karkołomnie w dół. Ciekawe, jak będą się jutro czuły moje kolana?

Pireneje hiszpańskie wyglądają nieco inaczej niż francuskie, ale tylko nieco, bo pokryte są bukowymi lasami, podobnymi do tych na naszej morenie.

Wzięłam prysznic i wyprałam spocone rzeczy. Pogoda nadal piękna, jest ciepło, pranie suszy się na lince za schroniskiem. Postanowiłam dzisiaj wykupić posiłek pielgrzyma za 7€, bo prawdę mówiąc niewiele jadłam. Ze zmęczenia w ogóle nie czuje się głodu. Za to wody piję tyle co nigdy przedtem.

Zastanawiam się, jaki będzie jutrzejszy dzień. Mam nadzieję, że łatwiejszy, bo dzisiaj to prawie samobójstwo. Niewyobrażalnie trudny etap. Ale buty sprawdziły się.

Boże, daj mi siły i wytrwałości. Ten szlak pielgrzymkowy jest do zaakceptowania chyba tylko przez Marylkę K. Może dobrze, że Jagoda zrezygnowała, a Hania dołączy później. Dzisiaj było na pewno co najmniej 27km, ale w jakim ekstremalnym terenie.

Zaraz idę na mszę świętą w starym, średniowiecznym, przyklasztornym kościele i postaram się zrobić kilka zdjęć. Cisza nocna zaczyna się o 22.00. Wszyscy chyba zasną bez trudu. Ktoś już nawet teraz zdrowo sobie chrapał.

Komentarze

Oleńka - 23.07.2010 00:45

Lucynko, Pani relacja z wyprawy sprawiła, że powróciła mi ochota na wyruszenie w Drogę!:) A już przez jakiś czas, kiedy okazało się na miesiąc przed wyruszeniem, że muszę iść sama, żałowałam, że w ogóle zaplanowałam to na ten rok. Teraz gdy przeczytałam tę opowieść, znów nie mogę się doczekać mojego Camino:) Pozdrawiam i proszę o modlitwę:)

agata - 25.06.2010 23:29

Bardzo prosze o informacje czy spotkała sie Pani z mozliwoscia spania we własnym namiocie przy schroniskach lub gdzie indziej? Wyruszam 28-08-2010

Ja nina - 24.05.2010 15:38

Witam wybieram się na Camino z Leon i potem cały czas pani szlakiem gratuluje tak długiej trasy ja nie mogę ze względu na mój angielski ale nie poddaje się uczę się i biorę rozmówki hiszpańskie .Do Madrytu lecę 9 /07 a z Leon wyruszam 10/07 /10 serdecznie pozdrawiam Obiecuje modlitwę

Zobacz wszystkie »