Lucyna Szomburg
Moje camino
| « Poprzednia strona | 6-7 września 2004 | Następna strona » |
Poniedziałek, 6 września 2004
Msza św. w starym, przyklasztornym kościele była dla mnie mało zrozumiała. Ponadto oczy same mi się zamykały. Pamiętam ołtarz pod rzeźbionym baldachimem, przepiękne witraże...My, pielgrzymi z różnych krajów, otrzymaliśmy specjalne błogosławieństwo.
O 20.00 przygotowano kolację. Był to makaron z sosem pomidorowym, frytki ze smaczną, pieczoną rybą, jogurt, wino i woda. Potem to już tylko sen. O 21.00 leżałam na moim piętrowym łóżku. Z wyjątkiem nielicznych, wolnych miejsc, cała stuosobowa sala była zapełniona. O 22.00 zgaszono światła.
Już przed 6.00 rozdzwoniły się budziki w telefonach komórkowych. W kompletnych ciemnościach błyskały latarki. Pielgrzymi zbierali się do drogi.
Ja też wstałam i już o 6.45 wyruszyłam, jak inni, na trasę. Było zupełnie ciemno. Tylko księżyc przyświecał. Na wszelki wypadek, by nie zabłądzić w ciemności, szłam za dwójką hiszpańskich wędrowców. Droga prowadziła wśród drzew, a właściwie laskiem niedaleko szosy. Potem odeszliśmy od drogi na odrębny, pielgrzymi szlak. Wkrótce zrobiło się jasno i już dalej wędrowałam sama. Lubię tak sama iść, swoim tempem. Po drodze mijam śliczne, stare wioski. Domy noszą dziewiętnastowieczne daty. Przypominają wioski alpejskie. Jest ciepło. Plecy pod plecakiem mam już mokre od potu. Dzisiejsza trasa jest znacznie łatwiejsza od wczorajszej, mimo że od jakiegoś czasu znowu zaczęło się podejście. Jest 11.30, zostało mi na dziś zaledwie 7km, ale za to znów ciągle pod górę.
W miasteczku, gdzie stemplowałam mój paszport i kupiłam wymarzony kubek herbaty spotkałam pielgrzyma z Belgii. Siwy pan, na pewno dobrze po sześćdziesiątce, szedł pieszo sprzed progu swojego domu do Santiago, to około 3 tys.km. Przeznaczył na to 60 dni. Pokonuje 50km dziennie, podobnie jak rzymskie legiony w pełnym rynsztunku.
Siedzę sobie w lesie, przy drodze, piszę, ale czas już iść dalej, powoli, chłonąc krajobrazy i dźwięki... A góry wokół są śliczne. Czasami przypominają mi Alpy austriackie, czasami włoskie. Gdzie sięgnąć okiem, góry...Ale takie miłe, zielone, do pogłaskania. Hiszpania to naprawdę górzysty kraj. Jest cudownie a ja jestem szczęśliwa. Idąc modlę się, pamiętając o moich bliskich i przyjaciołach.
W Zubiri byłam już przed 14.00. Zatrzymałam się w prywatnym schronisku „Zaldiko”. Jest tu czysto, miło i przyjemnie. Jest nas zaledwie 16 osób. Chyba sami Hiszpanie. Trudno się z nimi porozumieć.
Dzisiejsza trasa była znacznie łatwiejsza od wczorajszej. Piękna widokowo – to z lewej, to z prawej strony wyłaniały się góry. Większość trasy prowadziła ścieżkami przez bukowe lasy. Ścieżki są wysypane lub naturalnie utworzone z pokruszonych skał. Dzisiaj było więcej zejść niż podejść. Czuję w nogach dwudniową wędrówkę, ale nie jest tragicznie. Kupiłam sobie świeżą bagietkę, starczy mi na jutrzejsze śniadanie w drodze. Mam jeszcze kabanosy z Polski. Wreszcie skorzystałam z „gorących kubków”. Na pierwszy ogień poszedł rosół z kury i zupa truskawkowa.
Teraz jest 18.20 i gdzieś daleko grzmi. Może i u nas będzie burza, o ile nie przejdzie bokiem. Jutro muszę kupić krem z protektorem, bo parzą mnie twarz i ramiona. W Zubiri niestety, nie dostałam. To takie senne, mało ciekawe miasteczko. Jutrzejszy etap zaczyna się ostro do góry, a co potem? Chcę dotrzeć do Cizur Menor, to już za Pamploną. Trasa liczy około 24km.
Wtorek, 7 września 2004
Dotarłam do Cizur Menor. Wykąpana i najedzona (dwa gorące kubki pomidorowej z kawałkiem bagietki) uzupełniam mój dziennik.
Obudziłam się dzisiaj wcześnie, bo po 5.00. Wszyscy jeszcze spali. Na dworze szalała burza, co chwilę uderzały pioruny, ale gdzieś dalej, w górach. Ulewny deszcz zamienił naszą uliczkę w potok. Umyłam się i zjadłam bagietkę popijając herbatą. O 6.40 przestało padać i jak zwykle, w kompletnych ciemnościach wyruszyłam na szlak. Tym razem zupełnie sama. Przyświecałam sobie latarką. Minęłam stary, chyba średniowieczny, kamienny most i po chwili zagłębiłam się w bujnych zaroślach. Ścieżka wiodła wzdłuż potoku. Z trudem doszukiwałam się znaków Camino. Po jakimś czasie znalazłam się na bardziej otwartej przestrzeni. Zaczynało rozjaśniać się. Nikt nie szedł, chyba było jeszcze wcześnie, a może inni przestraszyli się burzy? Wiedziałam, że wielu moich „znajomych” zamierzało nocować w Larrasoana, to jest 5km dalej niż ja. Gdy doszłam do następnego schroniska, nikogo tam już nie zastałam. Zaprzyjaźniona grupa jest bardziej zdyscyplinowana ode mnie, wyrusza wcześniej i pewnie będzie dalej na trasie. Być może już się nie spotkamy...
Idąc samotnie w zachmurzonym krajobrazie spotkałam dwoje starszych ludzi, małżeństwo z Australii, Amandę i... nie pamiętam imienia pana. Oni wędrują jeszcze wolniej niż ja, dzisiaj postanowili nocować w Pamplonie. Nasza droga prowadziła na przemian wśród pól i lasów. Przy drodze rosło wiele jeżyn, o tej porze roku soczystych i dojrzałych. Cieszyłam się, że nie ma słońca, bo wczoraj spiekłam się za bardzo. Od czasu do czasu mżyło, ale było ciepło. W powietrzu roztaczały się zapachy rozmaitych ziół i roślin. Trasa wiodła wzdłuż rzeki Argo. Po drodze mijałam maleńkie wioski bez barów i sklepów. Tutaj wcale nie ma tak wiele okazji do jedzenia czy robienia zakupów. Nie wiem gdzie miejscowi ludzie zaopatrują się w rzeczy pierwszej potrzeby. Nie zbaczam ze szlaku, bo plecak ciąży i wbija mnie w ziemię. Jest mokro, więc nie ma nawet gdzie usiąść i odpocząć. Idę bez przerwy, powoli ale do przodu. Raz tylko droga biegła szosą, ale na krótkim, może jednokilometrowym odcinku. Potem znowu zaczęły się przepiękne ścieżki wśród zieleni. Po pewnym czasie dotarłam do Arre, niedużego miasta przed Pamploną. Tutaj w aptece kupiłam wreszcie krem z protektorem – na przyszłość. W Arre też jest stary, kamienny most, na którym zrobiłam sobie zdjęcie z przygodnym pielgrzymem.
Ludzie są dzisiaj mocno zmęczeni, bo w taką pogodę naprawdę nie ma gdzie odpoczywać. W dodatku zaczęło coraz bardziej padać i moje ponczo przeżyło inicjację. Do Pamplony wkroczyłam w ulewnym deszczu. Miasto z daleka witało wędrowców obronną twierdzą na wzgórzu, jednak ulewa nie pozwalała na kontemplowanie widoku. W ponczo czułam się jak w namiocie. Bez niego przemokłabym do suchej nitki.
Przez park, ścieżką wiodącą w górę, wzdłuż murów obronnych doszłam do bramy prowadzącej do miasta. Moim oczom ukazał się wspaniały widok; wąska uliczka ze starymi, stylowymi kamieniczkami. Takimi uliczkami, na których nota bene odbywają się gonitwy byków, dotarłam do centrum. Zbliżała się 13.00, akurat zamykano katedrę, nie miałam więc okazji wejść do środka. Udało mi się jeszcze podbić paszport pielgrzyma i dowiedzieć się, gdzie można kupić bilet powrotny na pociąg z Santiago do Madrytu.
Nagle skończyła się ulewa i wyjrzało słońce. Mogłam wreszcie zdjąć ponczo i spojrzeć na Pamplonę innym okiem. Jest śliczna! Rozległa starówka ze wspaniałym ratuszem oszołamia. Zdjęcia nie oddadzą, jak zwykle, nastroju miasta.
Szłam szybko, na ile można iść z ciężkim plecakiem, według wskazówek wolontariuszki do miejsca rezerwacji i sprzedaży biletów. Udało mi się dotrzeć tam na 15 minut przed zamknięciem. Tu wszystko jest nieczynne w porze obiadowej. Kupiłam bilet na 7 października, sypialny do Madrytu. Teraz mogę spokojnie wędrować po moim Camino.
Wróciłam na szlak i bardzo już zmęczona dotarłam do schroniska w Cizur Menor. Dostałam miejsce w ośmioosobowym pokoju za 4E. W schronisku jest kuchnia, gdzie można przyrządzić sobie posiłek, jeśli ma się z czego. Postanowiłam zwiedzić miasteczko. Dochodziła 17.00, pora otwarcia sklepów. Zamierzałam przy okazji kupić herbatę w saszetkach, ponieważ bardzo mi jej tutaj brakuje. Niestety, w Cizur Menor nie ma żadnego sklepu!!! Najbliższy jest w odległości około 1km. Nie chciało mi się iść tak daleko, bolały mnie nogi i byłam zmęczona. Obejrzałam jedynie miasteczko, ma kilka ładnych rzeczy.
Przede wszystkim nasze schronisko, a właściwie kaplica obok, należąca do Kawalerów Maltańskich. Stoi na osobnym wzgórzu, w dole zaś pola uprawne, o tej porze roku skoszone, złocą się rżyskiem. Cztery kilometry dalej rozciąga się, pięknie stąd widoczna zwarta zabudowa Pamplony. Dolinę, bardzo rozległą, otaczają góry. Przede mną rysował się dość wysoki szczyt z masztem. Pomyślałam że to dobrze, iż nie muszę zdobywać szczytów, tak wysoko chyba bym nie podeszła. Na prawo od niego ciągnie się pasmo gór i widoczne stąd wiatraki. Jutro będę przemierzać Przełęcz Przebaczenia. Tam też są wiatraki. Może to te właśnie? Są dość wysoko. Mam nadzieję, że są jeszcze inne wiatraki, gdzieś trochę niżej. Usiadłam na ławce obok kapliczki wpatrzona w krajobraz. Część pielgrzymów już położyła się wyczerpana do łóżek. Minęła zaledwie 19.00. Słońce powoli zniżało się, ale nadchodziła potężna chmura. Chyba znowu będzie padać.
Spojrzałam na twarze pielgrzymów, większość jest w moim wieku, trochę młodsi, trochę starsi. Mówią przeważnie po francusku lub hiszpańsku. Porozmawiałam trochę z Niemką, której na imię Almut. Na pewno nie jest młodsza ode mnie. Dzisiaj, w Pamplonie pożegnała męża i dalej będzie wędrować sama. Z tego co zrozumiałam, większość zamierza następnego dnia podobnie jak ja zatrzymać się w Puenta la Reina. Prawdopodobnie jest to piękne miasteczko. Jutrzejsza trasa to zaledwie 19km. Muszę oszczędzać nogi, zresztą tak zaplanowałam jeszcze w Gdyni. Mówią, że po tygodniu jest łatwiej, człowiek przyzwyczaja się do wędrowania. Może wtedy będę bardziej uduchowiona?
Jutro chyba obetnę moje beżowe spodnie, bo tu jest mi za ciepło w długich. Przerobię na krótsze.
| « Poprzednia strona | 6-7 września 2004 | Następna strona » |