Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
Moje camino

Środa, 8 września 2004


Siedzę w kościele św. Jakuba w Puente la Reina. Jest to małe miasto w Nawarze. Uliczki Starego Miasta są wąskie, ciemne, ciche. Jest 16.20, wszystko do 17.00 pozamykane. Miasto jakby wymarłe.

Dzisiaj wystartowałam na trasę dość późno, bo o 7.05. Pogoda nieco pochmurna, ale to dobrze, bo lepiej się wtedy idzie. Szybko wyszłam poza Cizur Menor. Teren przeistoczył się z górskiego w bardziej rolniczy, choć były jeszcze znaczne przewyższenia. Szło się dobrze. Przede mną Przełęcz Przebaczenia. Wspinałam się coraz wyżej, za mną góry w lekkiej mgle.

Ranek w Hiszpanii spóźniony, ale ciepły. Jeszcze nigdy nie założyłam niczego z długim rękawem. Na przełęczy znajduje się pomnik, albo raczej rzeźba przedstawiająca pielgrzymów, jakby wycięte z metalu postaci wędrujące średniowiecznym szlakiem. Zdążyłam pstryknąć zdjęcie, gdy nadjechał autokar z niemiecką wycieczką starszych ludzi. Jedna z pań zrobiła sobie ze mną zdjęcie i zagadnęła. „No cóż, podróż z plecakiem jest tańsza niż autokarem.” Ale gdy dowiedziała się, że wędruję pieszo z Saint Jean Pied de Port do Santiago, to z niedowierzaniem kiwała głową. Już to „billiger” nie pasowało do całości.

Dalej droga prowadziła początkowo ostro w dół, potem trochę wyłagodniała. Po obu jej stronach znów pojawiły się jeżyny, dojrzałe o tej porze roku i smaczne. Często spotykałam bukszpany wyrośnięte w bujne krzaki, bardzo kolące niskie krzewy, drzewa figowe i inne, które widziałam po raz pierwszy w życiu. Nawet nie znam ich nazw. Widziałam też zagon czerwonej papryki. W pewnym momencie minęła mnie Ivonne z Niemiec. Sądziłam, że jest gdzieś dalej, w przodzie, a tu taka niespodzianka. Dalej poszłyśmy razem do Puente la Reina, ale dłuższą drogą, aby zobaczyć samotny kościół, który niegdyś nawiedzali pielgrzymi.

To miejsce nazywa się Eunate. Okrągły kościółek z kamienia, żółtego jak wszystkie budowle tutaj, otoczony murem z otwartymi łukami. Wewnątrz skromny, ołtarz, krzyż...z ukrytego głośnika sączyły się śpiewy chóralne mnichów. Robi wrażenie. Według przewodnika kościółek Eunate to „ośmioboczny jak grób Chrystusa Kościół templariuszy Nuestra Senora de Eunate. Otoczony jest on krużgankami, które dały początek nazwie świątyni (Eunate w języku hebrajskim znaczy „sto bram”)”.

Stamtąd sama powędrowałam dalej, jeszcze około 6km. Ostatnią miejscowością przed Puente la Reina jest Obanos, gdzie św. Jakub miał dokonać cudu, zwanego Misterium z Obanos. Za sprawą anioła burgundzki książę Guille’n zapragnął odpokutować za swe zbrodnie, przeszedł na wiarę chrześcijańską i z poganina stał się pustelnikiem leczącym ludzi.

Nie zatrzymałam się w przytulnym schronisku na skraju Puente la Reina, lecz odszukałam Municipal Alberque. Okazał się mało przyjemnym budynkiem, dwupiętrowym, wewnątrz przypominającym koszary. Pokoje były tu 16-osobowe, z piętrowymi, żelaznymi łóżkami na sprężynach i wojskowymi kocami, a łazienki duże, przygotowane na wielu pielgrzymów. Przypominało mi to raczej miejsce schronienia dla ludzi poszkodowanych w kataklizmach. Ale to też jest jakaś przygoda, jakieś przeżycie.

Przed chwilą, spacerując po miasteczku minęłam pierwsze schronisko, wokół którego na ślicznym trawniku wylegiwali się pielgrzymi, już po kąpieli i praniu, co jest codziennym rytuałem. Żeby było zabawniej, to lepsze schronisko kosztowało 4E, natomiast moje 5E. Ale będę mogła u siebie skorzystać z dania pielgrzyma za 6.75E, chyba że okaże się tak kiepskie, jak całe schronisko.

No więc ja też jestem już wykąpana, mam umyte włosy a wyprane ubrania suszą się na strychu, natomiast ja siedzę, jak wspomniałam, w kościele i piszę. Trochę już zwiedzałam miasto, ale niewiele. Jestem głodna, bo dziś prawie nic nie jadłam. Rano, przed wyjściem kawałek bagietki z jednym kabanosem i sucharek z dżemem i herbatą. Na trasie połknęłam jeszcze jeden mały kabanosik, ale bez bułki, bo już nie miałam. Do tego źródlana woda. Przechodząc obok winnicy urwałam jedną gałązkę malutkich, czarnych winogron, które zjadłam ze smakiem. I to wszystko. Za 15 minut otwierają sklepy, więc dokupię sobie coś niecoś.

Byłam na słynnym moście pielgrzymów. Jutro tamtędy wiedzie szlak Camino. Jest naprawdę piękny, z widokiem na stare miasto. Główna ulica starówki, jednocześnie szlak Camino to Calle Mayor. Są tutaj sklepy i kawiarenki, ale nie w nadmiarze. Bardzo nastrojowe miasto.

Byłam na tyle głodna, że szybko udałam się do supermarketu (tylko z nazwy, bo to jest zwyczajny SAM) i kupiłam bagietkę, mleko, półlitrowy jogurt owocowy i herbatę. Jogurt z kawałkiem bagietki wchłonęłam natychmiast, a potem jeszcze ponad 0,5l mleka. Mam nadzieję, że mój wygłodzony żołądek to wytrzyma. O 20.00 pójdę na posiłek pielgrzyma. Muszę dbać o siły, bo jutro prawdopodobnie 25km. Czuję w nogach te dotychczasowe 100km. Powoli rozpoznaję spotykane codziennie twarze. Znamy już swoje imiona. Najgorzej dogadać się z Francuzami. Zastanawiające jest, że tyle ludzi w średnim wieku i starszych pielgrzymuje.

Jestem już po kolacji pielgrzyma, to jest po spaghetti carbonare i rybie z frytkami. Jabłko zostawiłam na jutro. Miło przy stole rozmawiało się z Mikeline z USA – Chicago oraz z Martinem z Niemiec.

A teraz dobranoc.

Czwartek, 9 września 2004


Odpoczywam na trasie z Puente la Reina do Estelli. Siedzę pod kamiennym płotem, za którym rośnie gaj oliwny. Dzisiejsza noc była koszmarna, nie dość że gorąco, to jeszcze okropny smród. Najpierw sądziłam, że to jakiś niedomyty pielgrzym runął ze zmęczenia na łóżko i zasnął, potem, że to buty pod łóżkiem tak cuchną, ale kiedy wstałam by szerzej otworzyć okno, uderzył we mnie odór gnojowicy. Przed schroniskiem kultywują i nawożą teren przed założeniem trawników. W tym upale smród był prawie nie do przeżycia. Jakoś dotrwałam do rana, a nawet w końcu przysnęłam dość mocno, bo przedostatnia wyszłam ze schroniska. Było już po wpół do ósmej.

Na szczęście słońce nie świeci dziś zbyt mocno, jest za chmurami, więc zaraz dalej wyruszę w drogę. Na szlaku pojawia się coraz więcej pielgrzymów, co chwilę ktoś mija mnie, pozdrawiając.

Niedaleko za Puente la Reina zaczęło się znów mordercze podejście po czerwonej glebie porośniętej małymi krzaczkami. Hiszpanio, gór ci nie brakuje! Wokół widać jak budowane są nowe drogi, autostrady, robota wre. Za tą stromą górą pojawiło się urocze miasteczko Maneru, gdzie przy studni z wodą zjadłam swoje pierwsze śniadanie: kawałek bagietki z kabanosem i jabłko. Tu chyba wszyscy jeszcze śpią o tej porze, bo ludzi ani widać, ani słychać.Wkrótce ruszyłam dalej, do następnego miasteczka, trochę większego, o nazwie Cirauqui. Jest prześlicznie położone na wzgórzu, na którym góruje kościół, a wokół przylepione uliczki, domy z kamienia zdobione herbami, ukwiecone okna. Tutaj tylko przybiłam sobie stempel w paszporcie pielgrzyma i poszłam dalej. Krajobraz jest śródziemnomorski: miasteczka i winnice na zboczach, z prawie dojrzałymi już gronami ciemnego wina, jeżyny, pola ze szparagami...

Siedzę tak sobie pod tym kamiennym płotem i spoglądam na rysujące się w oddali Cirauqui. Doszłam do tego miejsca przez dwa romańskie mosty. Ciekawe jak długo Rzymianie je budowali, skoro wojska szły tędy z zawrotną prędkością? A może powstały kiedy indziej?

Muszę zbierać się do dalszej drogi, bo minęło mnie już chyba z trzydziestu pielgrzymów. Ruch jak na Marszałkowskiej. Postanowiłam iść powolutku, nie bacząc na którą godzinę dojdę do Estelli. Plecak wciąż ciąży mi bardzo, nogi nie sprawiają problemu. Codziennie chodzi mi po głowie piosenka:

Plecak z kocem na wierzchu
Nieraz borykał się z losem,
To nic, że ciąży OŁOWIEM
Na szlaku szczęście w nim niosę.

Doszłam do Estelli, hura! Te trasy wcale nie są łatwe, a mimo to wędruje nimi mnóstwo osób. Piszę wędruje, bo na pewno nie wszyscy pielgrzymują. Motywacje mają pewnie różne, co widać po zachowaniach. Myślę, że większość ludzi starszych traktuje to jak pielgrzymkę, większość młodych jako sposób na wakacje. Może się mylę, ale...coś mi mówi, że tak jest. Gdy ruszyłam w dalszą drogę, wkrótce dotarłam do kolejnego, uroczego miasteczka Lorca. Przy miejskiej fontannie - źródełku miejscowa kobieta myła rabarbar i rozmawiała z hiszpańskim pielgrzymem. Zrobiłam im zdjęcie, może wyjdzie.

W Lorce podstemplowałam mój paszport. Ciekawe, że wszystkie mijane po drodze kościoły są zamknięte. W końcu to droga pielgrzymów. Ludzie przed wiekami budowali świątynie na chwałę Bożą, aby można było w nich w skupieniu być sam na sam z Bogiem, a teraz traktowane są jak zabytki, które szkoda podeptać, pobrudzić, dotknąć. Czasami, gdy przez przypadek któryś kościół wpuści mnie do środka, to czuję jakby Bóg dawno wyprowadził się z niego. Może właśnie na Camino? Przechadza się wśród pielgrzymów z plecakiem i muszlą, jak inni.

Za Lorcą, idąc w upale pożywiałam się jeżynami. Gdzieś po drodze zjadłam mój lunch - bagietkę z ostatnim kabanosem i popiłam wodą. Potem wydawało mi się, że zabłądziłam, ale jakimś cudem w napotkanym miasteczku Villatuerta znowu znalazłam się na Camino z charakterystycznymi strzałkami. To ostatnia miejscowość przed Estellą. Ładne miasteczko, choć w środku wymarłe. Kościół oczywiście zamknięty. Nie zatrzymuję się tu dłużej, chcę już znaleźć się w schronisku.i wziąć prysznic. Cała lepię się od potu. Mam wrażenie, że zmalałam pod ciężarem plecaka o 10cm, a może tylko o 5cm? Muszę spróbować wędrować inaczej. Od wczesnego rana, to jest od 6.00 do 13.00 i potem robić trzygodzinną przerwę gdzieś w cieniu i dopiero kontynuować mój dzienny przydział kilometrów. Ale jeszcze nie jutro, bo jutro mam tylko 21km, do Los Arcos. Albo? Zastanowię się jeszcze.

Schronisko w Estelli jest przystosowane dla 114 osób -kombinat. Ale już przyzwyczaiłam się do spania w takich warunkach. Dzisiejszy nocleg to 4€. Zaraz idę zwiedzać miasto i kupić coś do jedzenia, bo mam tylko 15cm bagietki i wodę. Ciekawe, czy tracę na wadze. Sprawdzę to po powrocie do domu.

Zrobiłam drobne zakupy, bagietkę, serki topione, jakiś pasztet, ravioli czy tortellini, napój coś a la Fanta i jogurty. Zjadłam zaledwie pierożki i byłam już najedzona. Tu jest gorąco jak na Krecie. Od dwóch godzin grzmi i błyska się, ale nie pada. Grają cykady, nawet nie chce się spać. Przy takich upałach wędrowanie jest trudne. Gdybym nie miała plecaka, to mknęłabym jak kozica po tych górach.

Po kolacji kontynuowałam zwiedzanie, jest tu kilka rzeczy godnych zobaczenia. Kościoły monumentalne z XII wieku, mosty, uliczki jak w pozostałych miastach Nawarry wąskie, długie, z pięknymi kamieniczkami. Ale stosunkowo mało jest kawiarenek czy restauracyjek. W ogóle Hiszpanie chyba nie lubią parać się handlem. Na trasie Camino brak jest sklepów z żywnością, nie mówiąc już o fast foodach. Oni chyba nie przywiązują wagi do jedzenia. Właśnie zaczęło padać, może rano będzie bardziej rześkie powietrze.

Komentarze

Oleńka - 23.07.2010 00:45

Lucynko, Pani relacja z wyprawy sprawiła, że powróciła mi ochota na wyruszenie w Drogę!:) A już przez jakiś czas, kiedy okazało się na miesiąc przed wyruszeniem, że muszę iść sama, żałowałam, że w ogóle zaplanowałam to na ten rok. Teraz gdy przeczytałam tę opowieść, znów nie mogę się doczekać mojego Camino:) Pozdrawiam i proszę o modlitwę:)

agata - 25.06.2010 23:29

Bardzo prosze o informacje czy spotkała sie Pani z mozliwoscia spania we własnym namiocie przy schroniskach lub gdzie indziej? Wyruszam 28-08-2010

Ja nina - 24.05.2010 15:38

Witam wybieram się na Camino z Leon i potem cały czas pani szlakiem gratuluje tak długiej trasy ja nie mogę ze względu na mój angielski ale nie poddaje się uczę się i biorę rozmówki hiszpańskie .Do Madrytu lecę 9 /07 a z Leon wyruszam 10/07 /10 serdecznie pozdrawiam Obiecuje modlitwę

Zobacz wszystkie »