Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
Moje camino

Piątek, 10 września 2004


Niestety, powietrze nie zmieniło się, jest ciepło i duszno. Znów spałam w wieloosobowej sali, chrapanie mi nie przeszkadza, ale "zapachy" tak. Mimo że drzwi były otwarte na oścież całą noc, kilkadziesiąt ciał wydzielało swoiste aromaty, oprócz tego buty traperskie również. Muszę się do tego przyzwyczaić, ale czy dam radę?

Rano o 6.30 wyruszyłam na trasę, jak zwykle po ciemku. Szło się dość dobrze, chociaż wyjście z Estelli zajęło mi dobre pół godziny. Wkrótce minęłam klasztor de Irache, gdzie przy drodze wita pielgrzymów źródełko z czerwonym winem i osobne z wodą. Wino działa bardzo orzeźwiająco. Jest to miła niespodzianka. Potem idąc wśród lasków, pól uprawnych i winnic dotarłam do pierwszej wioski Azqueta. Tutaj, przy innym źródełku zjadłam moje pierwsze śniadanie: 10cm bagietki z topionym serkiem i małym jogurtem. Dalsza droga, wciąż pod górę lub w dół (rzadko jest płaski teren) pośród pól uprawnych zawiodła mnie do drugiej, ślicznej miejscowości Villamayor de Manjardin.

Tuż przed wejściem do wioski stała średniowieczna studnia dla pielgrzymów. Była to otwarta budowla, na kolumnach połączonych łukami, a wewnątrz coś na kształt basenu, do którego bez przerwy napływała świeża woda ze źródełka. Troszkę dalej, na wzgórzu osiadło miasteczko z pięknym, starym kościołem. Naprzeciwko kościoła znajdowało się małe schronisko, gdzie podbiłam swój paszport pielgrzyma i gdzie można było poczęstować się kawą, herbatą i ciasteczkami. Ja skorzystałam oczywiście z herbaty. Akurat dochodziła 9.30 i w kościele rozpoczynała się msza św. Było to dla mnie wielką niespodzianką, że kościół jest w ogóle otwarty (cały dzień!!!) i ponadto mam okazję być na mszy św. Tym razem liturgia nie odbiegała od naszej, toteż mogłam żywo w niej uczestniczyć. Komunia św. była dla mnie bardzo wzruszającym momentem i nie wiem kiedy łzy same popłynęły po policzkach. Tylko kilku pielgrzymów było razem ze mną na mszy. Dalsza droga z Chrystusem wydała mi się radośniejsza i lżejsza, chociaż plecak ciągle przygniata mnie do ziemi.

Teraz odpoczywam zgodnie z zasadą, aby nogi dalej dobrze mi służyły. Prawdopodobnie pozostało mi na dzisiaj około 5km, a dopiero jest 12.15. Zjem coś i pójdę dalej, bo na niebie zbierają się chmury. Może będzie padać?

Nie padało. Niebo raz się chmurzyło, raz wypogadzało, ciepło było jak zwykle, chociaż wiaterek smagał twarz. Ostatni etap dzisiejszej trasy wiódł przez tereny rolnicze, drogą o dziwo! zupełnie płaską, no prawie zupełnie. Los Arcos, podobnie jak pozostałe miasta Navarry to sieć bardzo wąskich uliczek z kamiennymi domami. W centrum stoi stary, romański z zewnątrz, a barokowy wewnątrz kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Zbudowany jest z wielkich, chyba wapiennych bloków skalnych. Wnętrze budzi podziw, wiele rzeźb, złoceń, trudno to wszystko ogarnąć. Na szczęście i tu można wejść do środka.

Schronisko, bardzo przyzwoite, z łatwo dostępnymi (bez kolejki) sanitariatami, kuchnią i pralnią za jedyne 3E. Po dokonaniu codziennych, popołudniowych czynności higienicznych obcięłam nogawki w spodniach. Posłużyły mi do tego nożyczki do paznokci. Mam teraz jedną parę krótkich spodenek, w sam raz na hiszpańskie upały.

Na ławeczkach przed schroniskiem spotkałam pierwszego Polaka, dziwny z niego człowiek. Niewysoki, przepalony papierosami, lat...wiek nieokreślony, tak między 45 - 60 lat, włóczęga, bezdomny. Aktualnie mieszka (?) w Hiszpanii. Ma ciekawe imię, Zachariasz. W schronisku, po południu spotykam znajome twarze. Dzisiaj w gronie kilku osób szykujemy wspólną kolację, a jutro znowu samotnie na szlak - do Viany.

Sobota, 11 września 2004


Hej, doszłam do Logrono. To duże miasto w okręgu La Rioja. Przekroczyłam więc granice Navarry . Wracając do poprzedniego dnia. Kolacja w gronie międzynarodowym była wspaniała: ryż z papryką, cebulką, pomidorami, szynką i jajkami, do tego czerwone wino. Czerwone wino jest tu nieodłączne do posiłków. Jest ono przeważnie wytrawne i bardzo orzeźwiające. Towarzystwo nasze składało się z dwojga Niemców, Holenderki, Szwajcara, Włocha no i ze mnie, czyli Polki. Wkrótce zrobiła się 22.00, wtedy to zamykają schronisko i obowiązuje cisza nocna. Wszyscy posłusznie kładą się spać, by przed szóstą cichutko wstać, ubrać się i ruszyć na trasę. Wyszłam o 6.30, nieco smutna, bo wczoraj zgubiłam muszlę, którą kupiłam w Saint Jean Pied de Port. Gdy zauważyłam brak muszli, akurat na mojej drodze pojawił się Zachariasz. Pocieszył mnie, że ma dwie muszle i chętnie jedną mi podaruje, tyle tylko, że z dużym napisem POLSKA. Podziękowałam mu i wzięłam ten niecodzienny prezent. Widziałam, że jemu było miło, iż muszla trafia w ręce Polki.

Po ciemku, prostą drogą jak po stole dotarłam do pierwszej miejscowości Torres del Rio. Poprzedniego dnia chyba odbywał się tu festyn, bo śmieci zalegały jeszcze na ulicy, dopiero je sprzątano. Obejrzałam z zewnątrz kościół Santo Sepulcro, podobny w swym stylu do tego z Eunate. Był zamknięty. Drogą wśród pól i nielicznych lasów piniowych dotarłam do Viany. Pogoda sprzyjała pielgrzymom bo było pochmurno i nieco chłodniej. Ale tylko do południa.

O 11.30 byłam już w Vianie, dlatego postanowiłam iść dalej, do Logrono. Jest to o tyle dobry pomysł, że bardziej równomiernie rozkłada się trasa. Chociaż z drugiej strony żal mi było opuszczać to ostatnie miasto Navarry. Dzisiaj odbywa się tam festyn połączony z gonitwą byków po wąskich uliczkach starego miasta, śpiewy, tańce hiszpańskie. Ulica już przygotowywała się do tego święta. W oknach zawieszono flagi, dzieci, mali chłopcy ubrani w odświętne białe stroje z czerwonymi chustami i pasami biegali wokół fontanny na placu. Starsi przychodzili i siadali na ławeczkach. Z megafonu leciały skoczne, hiszpańskie piosenki.

Wszystko to działo się w samo południe obok katedry Santa Maria, pięknej, kamiennej budowli, z bogatym, pozłacanym ołtarzem, niezwykle misternie wykonanym.

Zrobiłam sobie zdjęcie przy fontannie, wypiłam po raz pierwszy w Hiszpanii aromatyczną kawę z mlekiem i ruszyłam w dalszą drogę. Znowu zrobiło się gorąco, bo słońce wyszło zza chmur.

Szłam powoli drogami wśród pól i winnic, jednak spory kawałek przed Logrono zaczął się asfalt. To jest wykończające dla stóp. Wprawdzie nie mam pęcherzy, ale czuję, że są lekko odparzone. Do miasta idzie się dość długo przez niezbyt urokliwe przedmieścia.


Przed schroniskiem ustawiła się spora kolejka chętnych do nocowania tutaj. Rejestracja idzie w żółwim tempie. Po godzinie otrzymuję przydział: łóżko nr 77, na strychu. W ciągu pół godziny schronisko zapełnia się całkowicie. Nie wiem, gdzie następne osoby będą kierowane. Coraz więcej pielgrzymów pojawia się na trasie, mimo że to przecież wrzesień. W schronisku spotykam tych samych ludzi, którzy od kilku dni ze mną wędrują. To miłe.

Komentarze

Oleńka - 23.07.2010 00:45

Lucynko, Pani relacja z wyprawy sprawiła, że powróciła mi ochota na wyruszenie w Drogę!:) A już przez jakiś czas, kiedy okazało się na miesiąc przed wyruszeniem, że muszę iść sama, żałowałam, że w ogóle zaplanowałam to na ten rok. Teraz gdy przeczytałam tę opowieść, znów nie mogę się doczekać mojego Camino:) Pozdrawiam i proszę o modlitwę:)

agata - 25.06.2010 23:29

Bardzo prosze o informacje czy spotkała sie Pani z mozliwoscia spania we własnym namiocie przy schroniskach lub gdzie indziej? Wyruszam 28-08-2010

Ja nina - 24.05.2010 15:38

Witam wybieram się na Camino z Leon i potem cały czas pani szlakiem gratuluje tak długiej trasy ja nie mogę ze względu na mój angielski ale nie poddaje się uczę się i biorę rozmówki hiszpańskie .Do Madrytu lecę 9 /07 a z Leon wyruszam 10/07 /10 serdecznie pozdrawiam Obiecuje modlitwę

Zobacz wszystkie »