Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
Moje camino

Niedziela, 12 września 2004


Leżę sobie w ściernisku, 30m od szlaku i odpoczywam. Z daleka dobiega mnie głos dzwonu, właśnie wybiła dwunasta. Wkoło winnice i uprawne pola. Zjadłam wykwintne drugie śniadanie, bagietkę z pasztetem, pomidorem, jogurt cytrynowy i nektarynę. W końcu dziś niedziela! Wczoraj natrafiłam w dwóch pięknych, dostojnych kościołach w Logrono na dwa hiszpańskie śluby. Hiszpanki i Hiszpanie odświętnie ubrani, bardzo kolorowo, tłumnie przybywali na te uroczystości. W rynku ustawiano bardzo dłuuuuugi stół. Pewnie odbyło się tam przyjęcie dla wszystkich (chętnych?). Schronisko zamykają o 22.00, więc nie miałam okazji przekonać się, jak tam było. Zresztą po codziennych wędrówkach jesteśmy bardzo zmęczeni i większość pielgrzymów odpoczywa leżąc lub siedząc. O 19.45 byłam na mszy św. w kościele obok schroniska. Kościoły w tym rejonie są do siebie bardzo podobne, bogato rzeźbione ołtarze od ziemi po wysokie sklepienie, płaskorzeźby, malowidła. Zupełnie nie przypominają wystrojem naszych świątyń. I pomyśleć, że w średniowieczu ludzie tworzyli takie arcydzieła!

Dzisiaj wstałam o 5.40 i szybciutko wyruszyłam na trasę. Razem ze mną szło dwóch Francuzów w średnim wieku. Przemierzaliśmy ulice Logrono w chłodny, ciemny ranek. Sporo ludzi było już, lub jeszcze na ulicach. Wyjście z miasta zajęło nam ponad godzinę. Słońce wstawało jako czerwona kula wtaczająca się na firmament. O 8.00 zrobiłam sobie na trasie swój pierwszy posiłek tego dnia, jak zwykle kawałek bagietki z topionym serkiem i rozpusta - z pomidorem. Było naprawdę dość chłodno, więc czym prędzej ruszyłam dalej na szlak. Po dziewiątej dotarłam do Navarette, typowego miasteczka na trasie, zbudowanego na stokach wzgórza, gdzie na szczycie wyraźnie góruje bryła kościoła. Akurat o 9.30 była msza św. więc zostałam tam dłużej. I znowu piękny kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, z figurką Matki Boskiej w centralnej części ołtarza. Ołtarz fantastycznie zdobiony, rzeźbiony, malowany, ogromny. Podłoga w tym kościele była drewniana, z czym spotkałam się po raz pierwszy. Ludzi nie było wcale dużo, chociaż była to jedyna niedzielna msza.

Wchodząc do Navarette zobaczyć można było ruiny starego, średniowiecznego szpitala dla pielgrzymów. Zrobiłam zdjęcie i w drogę. Właśnie po drodze znalazłam "moje" ściernisko, na którym postanowiłam odpocząć.

Natarczywe, małe muszki nie pozwoliły mi tam zbyt długo leniuchować, dlatego piszę teraz w schronisku w Najere. Dotarłam tu przed 15.00 i byłam jedną z ostatnich osób, które załapały się na nocleg.

W ogromnej sali będzie nocować nas około 100 osób. Jest znowu gorąco, pranie suszy się na dworze, wszyscy już umyci i szczęśliwi. Już się utarło, że pewna grupa osób od kilku dni spotyka się w tych samych schroniskach. Pozdrawiamy się, żartujemy, czujemy się wspólnotą. I wcale nie umawiamy się na następny dzień. Zastanawiam się, czy dzisiaj nie wybrać się na jakąś porządną kolację do miasta, żebym miała dość sił kontynuować moją pielgrzymkę. Droga biegnąca przez La Roję jest dość monotonna. Wreszcie nie ma znacznych przewyższeń, przeważnie biegnie po płaskim terenie, o jakim marzyłam, ale zdecydowanie ciekawsze i ładniejsze były trasy w Navarze. Tutaj ciągle chodzimy wśród winnic i już wiem, że wino z La Rioja jest wysoko cenione. Naprawdę jest dobre.

Przy niedzieli chcę jeszcze wrócić do tematu zamkniętych kościołów, szczególnie w Polsce. Uważam, że kościół powinien być dostępny zawsze i dla każdego. Chyba po to był budowany. Jeżeli ktoś obawia się o wystrój świątyni, najlepiej - tak jak protestanci - opróżnić kościoły z cennych rzeczy. Nie róbmy z kościołów muzeów, bo czym to się różni od magazynów zboża czy nawozów sztucznych w byłym ZSRR? Ktoś mógłby powiedzieć, że modlić się można wszędzie. OK. To po co te budowle świątynne? Nie nazywajmy ich kościołami, lecz...muzeami lub wystawami sakralnymi użyczanymi do odprawiania mszy św. Nie odpowiada mi to.

No cóż, pójdę sprawdzić, gdzie w tym mieście dają coś tanio do zjedzenia. Dochodzi 18.00.

Poniedziałek, 13 września 2004


A więc wieczorem poszliśmy w czwórkę: Ivonne, Netie, Davide i ja. Było bardzo wesoło, Davide podrywał Ivonne, wygłupiał się przy tym niemało. Netie postawiła wszystkim piwo w barze nad rzeką, mi zaś colę, bo jakoś na piwo nie miałam ochoty. Potem, na starym mieście zjedliśmy kolację pielgrzyma za 8E. Ja wybrałam sobie najpierw talerz zielonej sałaty z pomidorami, ogórkami, cebulą i oliwkami. Tak dawno nie jadłam witamin, że oczy same śmiały się do talerza. Następnie zamówiłam żeberka z rusztu z frytkami i na deser krem karmelowy. Do tego oczywiście wino i woda. Po kolacji wszyscy wrócili do schroniska, bo następnego dnia czekało, jak zwykle nasze Camino.

W nocy znowu kiepsko spałam, bo jednak sto osób w jednej sali to przede wszystkim duchota. Chętnie zabrałabym śpiwór i poszła spać na trawę przed schroniskiem, jednak tutaj nocą jest duża ilość rosy. Poza tym schroniska są zamykane na klucz.

Rano o 6.00 pobudka i wszyscy zgodnie ruszyliśmy na szlak. Z Najera wyjście nie jest skomplikowane, krótkie, tak że po kilkunastu minutach wędrowałam już żwirową drogą, pod górę. Latarką wyszukiwałam znaków Camino. O 7.30 zaczęło robić się jasno. Niebo było zachmurzone, a temperatura dość niska. Pierwszy raz założyłam bluzkę z długim rękawem na t-shirta. Wspaniale wędruje się w taką pogodę. Przed 9.00 byłam w Azofra, gdzie po raz pierwszy, w barze zjadłam śniadanie pielgrzyma: pyszną, aromatyczną kawę z mlekiem, tostowane kawałki bagietki z masłem i dżemem. Bardzo mnie to wzmocniło i napełniło dobrym humorem. Ruszyłam więc ochoczo w dalszą drogę.

Dzisiaj znowu bezkresne pola i winnice, czerwona ziemia pod stopami i droga...Moje Camino. Lubię wędrować sama.Gdzieś po drodze zjadam mój lunch, bagietkę z pasztetem i kilka łyków wody. W czasie lunchu zdejmuję buty i skarpety i pozwalam odpocząć stopom. Na prawej pięcie robią mi się nieprzyjemne zgrubienia. Ze względu na chłód nie zatrzymuję się dłużej niż 20 minut.


Za kolejnym wzniesieniem wyłania się Santo Domingo. Jest jeszcze około 5km przede mną, położone w rozległej dolinie. Wieża kościoła góruje nad miastem. Postanowiłam sobie, że przenocuję w schronisku przy klasztorze cystersów, ze względu na Thomasa Mertona. Codziennie myślę o nim. Ponadto słyszałam, że jest to ciekawe schronisko. W katedrze, na pamiątkę cudu wskrzeszenia młodzieńca, niesłusznie skazanego na śmierć (wskrzesić go miał św. Dominik) znajduje się klatka z żywym kogutem i kurą.

Niestety, gdy dotarłam do miasta (o 13.00) okazało się, że schronisko jest pełne i nie mam tutaj szans na nocleg. Nie chciałam zatrzymywać się w miejskim schronisku, nie wiem dlaczego. Nagle poczułam przypływ sił, spojrzałam na zegarek i doszłam do wniosku, że powinnam iść dalej, do następnej miejscowości Granon. To jeszcze około 6km. Ruszyłam z werwą i radością. Pomyślałam, że widocznie Bóg przygotował dla mnie inne miejsce.

Słońce wyszło zza chmur i paliło skórę. No tak, o tej porze zawsze jest tu gorąco. Zaraz, na moście przez kompletnie wyschnięte koryto rzeki La Rio Oja spotkałam parę Szwajcarów. Mile sobie pogawędziliśmy idąc wspólnie około 2km. Jednak oni szli zbyt wolno jak dla mnie, więc zostawiłam ich i ruszyłam dalej sama. Na polach złociły się ścierniska, w oddali widać było moje docelowe miasteczko.

Schronisko (urocze!) mieści się w murach kościoła, a ściślej biorąc na jego zapleczu. Na szczęście były jeszcze wolne miejsca.

A teraz nieco o tym zaczarowanym miejscu. Kościół jest bardzo stary, za chwilę sprawdzę z jakiego wieku pochodzi. Jeszcze w nim nie byłam. Do schroniska wchodzi się "od podwórka", wąskimi krętymi schodami na górę, dość wysoko. Za równie wąskimi drzwiami - korytarzyk prowadzący do otwartego salonu z kominkiem, starymi krzesłami, meblami i stojącą lampą. Ściany, zbudowane z bloków skalnych zdobią małe wykusze, w których stoją gliniane dzbanuszki. Wszystko ma "duszę", jest nastrojowe. Obok jest zupełnie współczesna kuchnia, gdzie można coś ugotować lub poczęstować się herbatą, melonem, ciasteczkami lub owocami. Z salonu, drewniane schody prowadzą na dużą antresolę, gdzie na podłodze porozkładane są materace do spania. Tam dzisiaj spędzę noc. Powyżej antresoli, za kolejnymi tajemniczymi, wąskimi drzwiami jest przejście na strych, gdzie można wyprać i wysuszyć ubrania. Schodami kamiennymi i krętymi wchodzi się wyżej, na wieżę, skąd rozpościera się widok na miasteczko i okolicę.

W schronisku przywitała mnie bardzo miła pani i pan. Ona od razu chwyciła mój ciężki plecak i zaniosła na antresolę. Opłata za ten wspaniały apartament jest faktycznie co łaska. W korytarzu stoi otwarta skrzyneczka na datki. Nikt tu ode mnie nie chciał żadnych dokumentów, żadnej biurokracji. Obok skrzyneczki na pieniądze leżą Biblie w różnych językach. Niestety, polskiej nie ma. Teraz idę zobaczyć miasteczko i kościół, jeżeli będzie otwarty, może zrobię jakieś zakupy żywnościowe.

Miasteczko jest małe, podobne do poprzednich. Zrobiłam kilka zdjęć i wróciłam pomóc przygotować kolację. Tu jest taki zwyczaj, że pielgrzymi wspólnie szykują jedzenie i wspólnie je spożywają. Szefem jest pan, który razem z panią prowadzą to schronisko. Czekając na wspólny posiłek notuję miłe sms-y, które dostaję. Są dla mnie wsparciem i radością. W kolejności ich otrzymywania:

Jagoda: Kochana Lucy, życzę głębokich przeżyć i wiele sił do pokonania wszelkich przeszkód. Koronkę do Miłosierdzia o 15tej odmawiać będę w Twojej intencji. Pa. Jagoda

Hania: Trzymaj się, wspieram Cię modlitwą co dzień.

Ala: Lucyna-czuj duch. Serdecznie pozdrawiam. Czy idziesz zgodnie z planem? Ala

Wiesia: Kochana, może to wyda Ci się dziwne, ale myślę o TOBIE cały czas. Bardzo, bardzo się cieszę że tyle masz już za sobą km, powodzenia na dalsze, buziaczki i uściski Wiesia i Rysiek.

Teresa: Myślimy o Tobie i pozdrawiamy, Teresa i Leszek

Marylka: Jesteśmy myślami ciągle z Tobą i modlimy się żebyś wytrwała i miała piękną pogodę. Całujemy Cię mocno Maryla i Waldek.

Komentarze

bogdan=22.11.2012 20;31 - 22.12.2011 20:32

dziekuje, super, musze pojsc,

Halina - 30.07.2011 21:59

Czytałam cała sobotę, TEŻ TAK CHCĘ. Dziękuję za to świadectwo.

Oleńka - 23.07.2010 00:45

Lucynko, Pani relacja z wyprawy sprawiła, że powróciła mi ochota na wyruszenie w Drogę!:) A już przez jakiś czas, kiedy okazało się na miesiąc przed wyruszeniem, że muszę iść sama, żałowałam, że w ogóle zaplanowałam to na ten rok. Teraz gdy przeczytałam tę opowieść, znów nie mogę się doczekać mojego Camino:) Pozdrawiam i proszę o modlitwę:)

Zobacz wszystkie »