Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
Moje camino

Wtorek, 14 września 2004


No więc wiem już, że kościół był z XI wieku, a część budynku, w której nocowaliśmy była jeszcze starsza. Wracając do kolacji. Było cudownie!

Przy dwóch długich stołach zasiedli wszyscy nocujący tu pielgrzymi: z Australii, USA, Kanady, Holandii, Węgier, Niemiec, Szwajcarii, Włoch i z Polski - ja. Jedzenie było wyśmienite, sałata z tuńczykiem, leczo warzywne ze wszystkimi możliwymi jarzynami i parówkami, ciasto, wino i woda. Po kolacji, wielkiej urody Australijka pochodzenia japońskiego cudnie śpiewała i grała na gitarze, po niej młody Włoch dał muzyczno-wokalny recital. W starych murach, w saloniku z "duszą", nastrój był wyjątkowy. O 22.00 poszliśmy tajemnym, wąskim przejściem do górnej części kościoła, gdzie początkowo, w kompletnej ciszy każdy modlił się indywidualnie. Potem Japonka zaśpiewała pieśń na dobranoc. Odczytaliśmy też w kilku językach psalm. Na koniec każdy podał swoje imię, kraj z którego pochodzi i cel (miejsce zakończenia) swojej pielgrzymki. Nie wszyscy bowiem idą cała trasę. Nasze imiona będą wyczytane w tym kościele dziś wieczorem przez następną grupę pielgrzymów. Oni będą modlić się w naszej intencji, tak jak i my modliliśmy się za pielgrzymów z dnia poprzedniego. Gospodarz schroniska wyczytał wszystkie imiona nocujących tu wczoraj. Zrobiłam kilka zdjęć podczas kolacji i wnętrza kościoła nocą. W końcu udaliśmy się na spoczynek.

Znowu miałam problem ze snem. Nie wiem, ile czasu udało mi się przespać, ale było to naprawdę niewiele i z przerwami. Dzisiaj zażyję tabletkę nasenną. Jutro muszę być wypoczęta, bo wędrówka dzień w dzień daje znać o sobie zmęczeniem.

Dzisiejszy dzień zaczął się pięknie. Jeszcze przed świtem zjadłam bagietkę z dżemem popijając herbatą i sama, jedna z pierwszych wyszłam na Camino, mimo że dochodziła już 7.30. Nigdy tak późno nie zdarzyło mi się wyjść ze schroniska. To wszystko przez tę miłą atmosferę. A może przyczyną było zmęczenie? Wkrótce wyszło słoneczko, niebo błękitniało, było cudownie.

Szłam polnymi drogami wśród ściernisk. Winnice nie wiadomo kiedy skończyły się. Przekroczyłam granice następnej prowincji, Burgos. Mam wrażenie, że mijane tu miasteczka są uboższe, bardziej zaniedbane, więcej jest rozwalających się domów. Po drodze minęłam Redecillę i jeszcze dwie inne, malutkie wioski. Przed 12.00 byłam już w Belorado, gdzie pierwotnie chciałam nocować. Było jednak zbyt wcześnie na zakończenie wędrówki w dniu dzisiejszym. Podbiłam tylko mój paszport pielgrzyma i ruszyłam w dalszą drogę. Zupełnie sama. Mimo że słoneczko świeciło i było południe, w powietrzu czuło się chłód. Dalej wędrowałam wśród pól, w pobliżu szosy do Burgos, mijałam kolejne, niezbyt ładne wioski. Pogoda wyraźnie psuła się i robiło się wręcz zimno. Było to dla mnie zaskoczeniem. Zwykle między 13.00 a 14.00 z trudem pokonuje się każdy kilometr ze względu na upał, a tu proszę, musiałam ubrać dodatkowo koszulę z długim rękawem. Mało odpoczywałam dzisiejszego dnia, jakoś pola nie dawały okazji do relaksu. Niezbyt miło siedzi się na ściernisku.

W drodze do Villafranca zatrzymałam się na chwilę, na małe co nieco w Tosantos. Wioska nieciekawa, nawet ma schronisko, mimo że jest malutka.

Z Camino widać było w oddali wykuty w skale kościół i chyba jakieś groty. Tutaj dogonił mnie Dawid, Australijczyk o urodzie Chińczyka. Postanowił odbić od trasy i zwiedzić to miejsce. Miał przy sobie przewodnik, w którym opisano ten zabytek. No tak, skoro przyjechał z odległej Australii, to chce po drodze zobaczyć wszystko. Widocznie kładzie nacisk na stronę turystyczną.

Ja nie miałam dość siły, by nadkładać drogi, poza tym wnętrza kościołów mylą mi się. Pamiętam ogólny obraz świątyń, bo są do siebie podobne, przeważnie romańskie, z maleńkimi oknami, cudownie rzeźbionymi i zdobionymi ołtarzami. Z daleka, z mojej polnej drogi zrobiłam zdjęcie tego kościoła w skale.

Do Villafranca dotarłam przed 15.00. Jest to zwykłe, "socjalistyczne" schronisko, z dwiema dużymi salami, pełnymi piętrowych łóżek. Na dworze rozpadało się. Ciekawe, jaka pogoda będzie jutro? Nie zamierzam wychodzić wcześnie. Mam do przejścia tylko 19km. Spoko!

Na dworze nic nie schnie, będę musiała zabrać do plecaka mokre pranie. Dzisiaj udało mi się wysłać pierwsze widokówki. O 19.00 poszłam zwiedzić miejscowy kościół, oczywiście romański, i odbudowywany dawny szpital dla średniowiecznych pielgrzymów. Pielgrzymi wówczas wędrowali z całej Europy i wracali pieszo tą samą drogą. Połowa z nich po drodze chorowała i umierała. Powstawały więc szpitale i coś na wzór schronisk. Nie zrozumiałam, komu po renowacji będzie służyć ta budowla, czy również pielgrzymom? Przewodnik mówił tylko po hiszpańsku.

Teraz idę już spać, wszyscy jakoś wcześnie położyli się do łóżek. Minęła dopiero 21.00 a jest już cisza. Może to przez tę pogodę? O moich przemyśleniach może jutro, dziś już nie mam siły pisać, dobranoc.

Środa, 15 września 2004


Całą noc padało i było zimno na dworze. Ja wreszcie spałam jak zabita, bo zażyłam tabletkę nasenną. Bez tego znowu męczyłabym się. Duchota w sali i swoiste zapachy bardzo mi przeszkadzają. Obudziłam się o wpół do siódmej, razem ze wszystkimi. Pogoda nie wyganiała nas ze schroniska. Powolutku zebrałam się, wypiłam szklankę herbaty z odrobiną bagietki z dżemem i za pięć ósma ruszyłam na szlak. Przestało padać i na chwilę wyjrzało słońce. Potem znów zaczęło mżyć. Część drogi do Juan de Ortega przebyłam w pelerynie. Trasa wiodła najpierw pod górę, a potem szeroką, czerwoną, gliniastą drogą przez laski dębowe i piniowe, wśród wrzosowisk i kosodrzewin. Prześliczna. Wyobrażam sobie, że w słoneczną pogodę można się tu rozmarzyć. Ale i w deszczu wędrówka ma swój urok. Minusem jest to, że glina rozmięka i przykleja się do butów, tworząc wysokie koturny. Nogi stają się ciężkie i trudno chodzić.

Po trzech godzinach dotarłam do Juan de Ortega, siedzę w przydrożnym barze i piszę. Postanowiłam godzinę odpocząć. Zjadłam gotową kanapkę, wypiłam dwie pyszne kawy z mlekiem (kafe con leche)i na deser jogurt. W barze można kupić muszle. Nie są tak ładne jak moja pierwsza z Saint Jean Pied de Port, ale postanowiłam nabyć jedną. Gdy znajdę gdzieś ładniejszą, tę komuś podaruję. Chcę jednak mieć na plecaku znak - symbol mojej pielgrzymki. Muszla podarowana mi przez Zachariasza spoczywa w bocznej kieszeni plecaka. Razi mnie w niej duży napis POLSKA. Jestem tu, na Camino pielgrzymem i tylko to jest ważne. Narodowość nie ma tu znaczenia, taka wręcz manifestacja na muszli jest dla mnie nie do zaakceptowania. Co innego, gdyby była mała flaga naszyta na plecaku. ALE FLAGI NIE MAM.

Troszkę rozpogodziło się, pójdę do kościoła obok baru. Na pewno jest wart obejrzenia. Znajdują się tu relikwie św. Juana Ortegi. Trochę skupienia przed dalszą drogą też mi się przyda. Dzisiaj przede mną chyba tylko 7 km. Muszę oszczędzać siły.

Do Atapuerca dotarłam o 13.30. W sam raz aby zająć sobie miejsce w niedużym, prywatnym schronisku na 21 miejsc. Razem ze mną nocować będą tu znajome mi osoby: Szwajcarzy, Niemiec Martin, Francuzi...O 14.15 wszystkie miejsca są już zajęte, ciekawe co dzieje się z kolejnymi pielgrzymami, którzy jeszcze są w drodze i będą chcieli zatrzymać się gdzieś przed Burgos.

Jutro mam 20 km do przebycia, Burgos i spotkanie z Hanią. Jeszcze nie wiem, o której godzinie przyjedzie, ponieważ nie zdecydowała się jeszcze, czym dotrze, pociągiem czy autobusem.

Moje dzisiejsze schronisko jest bardzo dziwne. Jest to jeden duży, ale nie bardzo duży pokój ze ścianami jakby lepionymi z czerwonej gliny. Powała wykonana jest z grubych, powyginanych, drewnianych bali poprzetykanych deskami i gałęziami. Wygląda to jak stara chata z jakiegoś skansenu. Chwilę odpocznę i przejdę się po wiosce. Jest bardzo mała, kościół jak zwykle góruje nad okolicą. Te wioski są bardzo stare, w ogóle nie widać nowych domów. A może ja ich nie zauważam? Dotychczas, po drodze widziałam nieliczne budujące się osiedla, ale było to w pobliżu większych miejscowości, czy wręcz miast. Nie spotyka się tu budownictwa indywidualnego. Osiedla składają się z iluś tam domów, a obok budowana jest od razu cała infrastruktura, tak że wprowadzający się ludzie od razu mieszkają w kompleksowo zagospodarowanym terenie.

Zdrzemnęłam się na pół godziny i teraz czuję się wypoczęta. Na dworze zrobiło się przeraźliwie zimno, na pewno jest poniżej 15 C. Ubrałam polar i siedzę w zacisznym miejscu. Zwiedziłam już całą wioskę, jest malutka i nudnawa, mimo że właśnie tutaj dokonano ważnych odkryć archeologicznych. Mianowicie odnaleziono szczątki naszych praprzodków Homo anteccessor, oraz kości nosorożców i jeleni olbrzymich. Nie chce mi się jednak zwiedzać wystawy, gdyż tutaj wszystko jest właściwie po hiszpańsku. Hiszpanie kiepsko znają języki obce.

Dzisiaj z racji zimna i długiego odpoczynku zaszaleję finansowo i pójdę do restauracji na ciepłą kolację za 8€. Nie mam już zresztą nic specjalnego do jedzenia, tylko kilka serków topionych, nektarynkę i parę mocno sfatygowanych kostek gorzkiej czekolady z Polski. Będzie to moje śniadanie na jutro. Gdy jest zimno na dworze, odzywa się głód. Myślę, że jeszcze wrócą ciepłe dni do Hiszpanii, chociaż nie tęsknię za upałami.

Komentarze

Oleńka - 23.07.2010 00:45

Lucynko, Pani relacja z wyprawy sprawiła, że powróciła mi ochota na wyruszenie w Drogę!:) A już przez jakiś czas, kiedy okazało się na miesiąc przed wyruszeniem, że muszę iść sama, żałowałam, że w ogóle zaplanowałam to na ten rok. Teraz gdy przeczytałam tę opowieść, znów nie mogę się doczekać mojego Camino:) Pozdrawiam i proszę o modlitwę:)

agata - 25.06.2010 23:29

Bardzo prosze o informacje czy spotkała sie Pani z mozliwoscia spania we własnym namiocie przy schroniskach lub gdzie indziej? Wyruszam 28-08-2010

Ja nina - 24.05.2010 15:38

Witam wybieram się na Camino z Leon i potem cały czas pani szlakiem gratuluje tak długiej trasy ja nie mogę ze względu na mój angielski ale nie poddaje się uczę się i biorę rozmówki hiszpańskie .Do Madrytu lecę 9 /07 a z Leon wyruszam 10/07 /10 serdecznie pozdrawiam Obiecuje modlitwę

Zobacz wszystkie »