Lucyna Szomburg
Moje camino
| « Poprzednia strona | 20-21 września 2004 | Następna strona » |
Poniedziałek, 20 września 2004
Wczorajszego dnia wieczorem Hania namówiła mnie, żeby pójść jeszcze do baru na piwo, bo to ponoć dobrze robi na zakwasy. Nie bardzo mi się chciało, ale w końcu uległam. W barze mężczyźni, jak zwykle oglądali jakiś mecz w TV, a kobiety grały w karty przy stoliku. Poczułam się głodna i zamówiłam solidną kanapkę z serem no i oczywiście piwo. Kanapka to pół bagietki, ledwie ją zjadłam. Piwo było zimne i smaczne, chyba nie miało wiele alkoholu. Wychodząc z baru spotkałyśmy naszego hospitalero, czyli pana od schroniska. Postawił nam po jeszcze jednym piwie. Nie wiem, czy jest to dobre na zakwasy, ale na pewno wpływa na dobry sen. Zaraz po powrocie położyłam się do łóżka i zasnęłam. Hania jeszcze krzątała się wokół swoich rzeczy, dzwoniła do męża... Zrobiło się późno. Spałam nieźle, a rano wcale nie miałam ochoty wstawać. Pobudkę zrobiłyśmy jednak o 6.00 ze względu na dość długą dzisiejszą trasę. Wyruszyłyśmy po ciemku, za kwadrans siódma. Poranny marsz zawsze jest łatwy. Na dworze chłodno, przyjemnie. Jednak przejście przez Carrion de los Condes nie było łatwe. Miasteczko jest źle oznakowane, trochę błądziłyśmy. Na stacji benzynowej, na rogatkach miasta wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy po ciasteczku - magdalence. Całe szczęście, że poprzedniego dnia zjadłam dużą kanapkę, gdyż tu nic innego nie było na śniadanie, a przed nami 17 km zupełnego pustkowia. Po około 4 km wspólnego marszu postanowiłam iść szybciej. Hania jest biedna, ma wiele pęcherzy i bolą ją biodra. Z trudem chodzi. Mam dylemat, czy towarzyszyć jej i iść wolniutko jej tempem, czy jednak przeżywać swoje Camino idąc własnym rytmem, robiąc przystanki według własnych potrzeb. Wybrałam swoje Camino. Nie wiem, czy to jest egoizm, ale chcę być sama w ciągu dnia, iść z własnymi myślami, modlitwami i realizować swój, wcześniej pieczołowicie ustalony plan. Chyba że coś takiego się wydarzy, że plany wezmą w łeb. Zaproponuję Hani, żeby podjechała kawałek autobusem, na przykład jutrzejszy odcinek, bo nie chcę skracać etapów, gdyż nie dojdę do Santiago przed 7 października.
Teraz siedzę w środku dnia (13.00), w środku bezkresnego pola, gdzie po horyzont z każdej strony złoci się rżysko lub zaorane żółte pole. Idąc drogą polną od czasu do czasu mijają mnie pielgrzymi. Hani nie widać. Jest gorąco, słonecznie, cicho...Słychać jedynie cichutkie bzyczenie owadów no i kroki pielgrzymów. I znowu cisza...Już przeszli...Przed chwilą minęła mnie dwójka Polaków, starsi ludzie z Bydgoszczy. Nie mają plecaków, ciągną za sobą wózeczki - torby na kółkach. Idą od Burgos i robią dziennie około 20 km. No cóż, ruszam w pewnej odległości za nimi. Pora na posiłek w barze za kilka kilometrów.
W barze zjadłam bagietkę z tutejszą szynką i wypiłam piwo. GORĄCO!!! Hani jakoś nie widać. Podstemplowałam nasze paszporty w tutejszym schronisku, to jest w Callzadilla de la Cueza i czekam. W końcu wysłałam do niej sms-a z pytaniem, gdzie jest. Odpisała, że 2 km od wioski. Nie czuła się jednak na siłach ruszyć do Ledigos i postanowiła zostać w Callazadilla. Schronisko tu jest bardzo miłe, zauważyłam, że w ogródku niebieszczył się basen. Ładnie. Jednak ja postanowiłam trzymać się planu. Jeżeli zacznę sobie folgować, nie dojdę do celu. A dzisiaj mija 16 dzień mojego pielgrzymowania. I mam już za sobą połowę trasy. Dzisiaj na pustkowiu odpoczywając przy drodze spotkała mnie miła niespodzianka. Dogonił mnie Noel, przemiły młody człowiek o japońsko-azjatyckiej urodzie, którego poznałam w Granon. Jest zachwycony Camino, widać jak bardzo przeżywa i raduje się każdym dniem i każdym spotkaniem.
Niestety, w Ledigos nie było go, ani nikogo z mojej starej, zaprzyjaźnionej grupy. Gdzie jesteś Ivonne, Nettie, Davide, Martinie? Amando z mężem? Maath? Grupo hiszpańska? Jakoś pogubiliśmy się na szlaku. Może w Santiago zejdą się nasze drogi, a może gdzieś wcześniej?
Hania nie daje rady iść moim tempem. Zaproponowałam jej, by jeden etap pokonała autobusem i w ten sposób wypoczęła trochę, a potem dogoniła mnie. Zobaczymy, jaką podejmie decyzję. Ja chyba też mam jakiegoś pęcherza, ale specjalnie mi nie przeszkadza. Jutro spróbuję wstać wcześnie, kolejny etap to Calzada del Coto, około 22 km.
Wtorek, 21 września 2004
Jestem w Bercianos zamiast w Calzada. Tuż przed Calzada droga rozwidlała się, jedna szła w prawo, właśnie przez Calzada do Mansilla de las Mulas, alternatywne Camino, druga francuska, którą idę cały czas wiodła prosto omijając Calzada. Wybrałam drugą i ona zaprowadziła mnie do Bercianos. Jest to 5 km dalej, ale jutro będę miała mniej do przejścia. Hania postanowiła mnie dogonić. Podziwiam ją, bo pokonuje dystans o 7 km dłuższy niż ja dzisiaj. A przecież przyszłam zmęczona, z nowym pęcherzem na pięcie. Ten pęcherz to skutek wczorajszej wędrówki, długiej, w słońcu, po kamienistej drodze. Nie jest jednak najgorzej, da się chodzić.
Wczoraj poszłam spać faktycznie wcześnie, bo przed 21.00 i spałam do 5.30. Wtedy to pierwsi pielgrzymi budzili się. Wyszłam już o 6.05. Było zimno, lecz pociechę stanowiło rozgwieżdżone niebo. Tutaj gwiazdy wiszą nade mną jak wielkie i ciężkie klejnoty, wydają się być bliżej Ziemi niż w Polsce.
Na początku oświecałam sobie drogę latarką szukając żółtych strzałek. Szło mi się wspaniale, minęłam dwie śpiące wioski; Terradillas de los Templarios i Maratimos, by już za dnia, w trzeciej San Nicolas Real Camino zjeść śniadanie i wypić moją ulubioną cafe con leche. W barze spotkałam Noela, jak zwykle uśmiechniętego i przemiłego Azjatę. Tak właśnie wyobrażam sobie pierwszych chrześcijan: serdeczny, miły, uczynny, uśmiechnięty, przepełniony dobrocią, dający siebie. Noel poczęstował mnie marmoladą z jakichś egzotycznych owoców - pyszna! I poszedł w swoją drogę. Ja dość szybko dotarłam do Sahagun, kolejnego miasta na trasie. Tutaj, obok figury pielgrzyma stojącej przy dawnym kościele św. Trójcy zamienionym obecnie w muzeum i schronisko, trochę odpoczęłam.
Zdjęłam buty i wietrzyłam stopy. Niestety, nie ustrzegłam się do końca pęcherzy. Ale nie są zbyt dokuczliwe, jeden na jednej a drugi na drugiej pięcie.
Po 40 minutach ruszyłam po strzałkach w dalszą drogę. Nie chce mi się zwiedzać miast, kościoły już mi się mylą, nie jestem w stanie zapamiętać co i gdzie widziałam. Wszystkie miasta i wioski po drodze są stare, stare kościoły, ołtarze, figurki świętych, itp. Hiszpania jest zupełnie inna od dotychczas poznanych przeze mnie krajów. Tu domy były lepione z polnych kamieni łączonych rodzimą gliną czy wręcz glebą. Taki mur po wysuszeniu jest bardzo mocny i wewnątrz domu daje latem miły chłód. Alex z Holandii, którego ponownie spotkałam w Ledigos (pierwszy raz w Granon) i znów dzisiaj nocujemy razem w Bercianos opowiadał, że w podobny sposób budowane są kościoły w Senegalu.
A więc przeszłam dzisiaj około 28 km, starałam się nie iść w najgorszym upale i to mi się udało. Byłam na miejscu o 13.15. Schronisko mieści się w starym (!), trochę rozwalającym się budynku, który jest odnawiany i wyposażany w niezbędny sprzęt. Prowadzą go wolontariusze. Cena - datek składany do skrzyneczki. Dzisiaj o 20.30 ma być wspólny, przygotowany przez gospodarzy posiłek i jutro o 7.00 śniadanie. Jeśli dobrze zrozumiałam, to o 20.00 będzie w tutejszym kościele msza św. Zaraz pójdę na rekonesans. Hani spodziewam się za godzinę. Myślę, że jutro po śniadaniu wyjdziemy razem i powoli pokonamy kolejny etap do Reliegos, to jest około 20 km.
Czekając na Hanię rozglądam się po schronisku. Jest to bardzo stary budynek, wchodzi się przez próg zdeptany stopami tysięcy ludzi, w sieni podłoga ułożona jest z polnych kamieni w śliczną mozaikę. Powały sa drewniane, spaczone przez czas i nawet ławka wykonana z antycznej deski robi wrażenie. Na ścianach wiszą różne informacje, obrazki, modlitwy i sentencje. Przepiszę niektóre z nich, a w domu, z czyjąś pomocą przetłumaczę na polski.
| « Poprzednia strona | 20-21 września 2004 | Następna strona » |