Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Lucyna Szomburg
Moje camino

Niedziela, 26 września 2004


Ze schroniska wyszliśmy o 8.30. Dzisiaj niewiele ponad 20 km, do Rabanal del Camino. Według mapki, którą dostałam w Leon, miało być ostro pod górę, tymczasem droga prowadziła bardzo łagodnie. Przede mną jeszcze około 7 km. Siedzę w półcieniu i piszę, jest 13.30. Dziś po drodze mijaliśmy urocze wioski, w jednej z nich, w Santa Catalina byłam na mszy św. Jak zwykle, mały, wiejski kościółek z dzwonnicą i z bocianim gniazdem. Po mszy ruszyłam ostro do przodu wyprzedzając Hanię. Często mam ochotę wędrować sama.

Alex nie jest właściwie katolikiem, nie był z nami w kościele.

Gdy tak siedziałam tu z 20 minut i pisałam, dogoniła mnie Hania, lecz poszła dalej. Moje Camino jest tylko dla mnie!!! Góry w oddali, pagórki, trawy, krzewy, czasami drzewa - to wszystko jest tylko moje!!! Zaraz sobie pójdę, bo gryzą mnie muszki, które o tej porze stają się natarczywe.

Teraz będę szła powoli i będę smakować moje CAMINO!!!


Alex wpisał mi się do dziennika. Spotkałam go już w Rabanal. Czekał przy pierwszym schronisku, by "porwać" mnie i Hanię do prywatnego schroniska Pel Pilar. Jest to dobrze utrzymany obiekt z ładnymi prysznicami, WC, restauracyjką w cienistym patio. Tutaj zatrzymali się też nasi zaprzyjaźnieni Brazylijczycy. Alex już zamówił dla nas pyszny makaron z boczkiem i pomidorami oraz piwo. Jest niezwykle miły. A ja tylko postawiłam mu cafe con leche w barze!

Ostatni odcinek drogi szłam sama. Pogoda piękna, choć czuje się w powietrzu jesień. Gorąco! Idąc drogą tęskniłam za Jagodą. Byłoby cudownie iść tu razem. Jagoda oprócz bogactwa duchowego potrafi natychmiast zjednywać sobie ludzi. A tu jest tyle naszych rówieśniczek i rówieśników! Z całego świata! Jagódko, następnym razem nie pozwolę zostać ci w domu!!!

Droga moja prowadziła wśród krzewów, pagórków, wzdłuż piniowego lasku, a w oddali wciąż było widać piękne i dostojne góry.

Jutro czeka mnie przełęcz Foncebadon z żelaznym krzyżem ustawionym na stosie kamieni. Pielgrzymi przynoszą tu swój kamień, symbolizujący grzech i zostawiają go pod Krzyżem. Niektórzy niosą kamień ze swojego kraju, inni z Camino. Moje Camino, jak ja będę bez ciebie żyć?

Zachowuję się tak, jakby już jutro miało być Santiago, a to jeszcze około 10 dni marszu. W dodatku góry. Piękne, ale trudne do chodzenia. Dzisiaj w miejscowym kościółku o 21.30 będzie kompleta i błogosławieństwo dla pielgrzymów udzielane przez braci Benedyktynów. Pójdę.

Poniedziałek, 27 września 2004


Dzisiejszy dzień to bajka. Nierealny świat. Siedzę na stuletniej lub starszej ławeczce w El Acebo, kamiennej wiosce składającej się w większości z rozwalonych domów. Przed chwilą wąską uliczką starszy człowiek przeganiał swoje stadko, dwa byki, kozy, małe cielaczki...Obok mnie leży duży, stary pies. Inny staruszek przeszedł także uliczką grając na fujarce własnej roboty jakąś skoczną hiszpańską melodię. Z gór schodzą pielgrzymi. Nie ma innej drogi, muszą przejść tą uliczką. Siedzę na ławce przed schroniskiem połączonym z barem. Minęło południe, wypiłam moją pierwszą cafe con leche tego dnia. Wcześniej nie było okazji.

Dzisiaj wyszłyśmy z Rabanal dość wcześnie, bo o 6.20. Noce tutaj są ciemne, a niebo rozgwieżdżone. Gwiazdy zdają się być nisko nad ziemią, tylko brać je w dłonie. Świt zaczął się pomarańczową wstęgą nad horyzontem. W dali, gdzieś w dolinie błyszczały światła Astorgi. Wspinałyśmy się w ciszy. Wielu pielgrzymów ruszyło na szlak o tak wczesnej porze. Chciałyśmy dotrzeć na przełęcz w promieniach wschodzącego słońca. Jednak droga nie była tak krótka, jak sądziłam. Po drodze minęłyśmy prawie nie zamieszkałą wioskę Foncebadon z wieloma zburzonymi domami. Tutaj w malutkim kościółku mieści się schronisko. O tej porze opustoszałe. Wkrótce dotarłyśmy na przełęcz dzielącą jakby dwie krainy. Na przełęczy stoi żelazny krzyż.

Obok, w przyjemnym lecz nie osłoniętym miejscu ustawiono betonowe stoły i ławki. Zjadłyśmy tam nasze pierwsze śniadanie. Mimo że słońce już wstało, było dość chłodno. Na trawie skrzył się szron. Osiągnęłyśmy wysokość ponad 1500 metrów. Teraz powinno zacząć się schodzenie w dół. Na drodze do Manjarin Hania gdzieś się zgubiła. Mimo że czekałam na nią dwa razy, nie ma jej. Dalej idę więc sama. Widoki są cudowne. Wokół wysokie góry, ale takie porośnięte lasami, że tylko je głaskać z daleka. Droga prowadzi zboczem, wśród niskich krzewów, wrzosów, żarnowców. Jest cudnie! Niebo błękitne nade mną. MOJE CAMINO! KOCHAM CIĘ!

Po pewnym czasie droga zaczęła "spadać" w dół, ale nie tak ostro, jak do Roncesvalles. Idę powoli, bo moje kolanka nie lubią schodzenia, a plecak dodatkowo je obciąża. W dole widać dachy El Acebo i za chwilę będę na stuletniej ławeczce.

We wiosce spotykam moich Brazylijczyków i Davide z Włoch. Siedzę tu już godzinę a Hani nie widać. Zaraz ruszam dalej. Pa!

Dalsza część trasy była równie piękna. Teren górzysty, skaliste ścieżki prowadziły głównie w dół, wokół intensywnie pachniały tutejsze rośliny. Upał stawał się coraz większy. Czułam, że pieką mnie policzki i nos. Mimo smarowania kremem na łydkach mam brzydkie plamy.

Zejście do Molinaseca było malownicze. Do miasteczka wchodzi się przez kamienny most wprost na wąską uliczkę starówki. Zostawiłam za sobą dwa kościółki. Nie chce mi się niczego zwiedzać w tym upale, czuję głód, a przy głównej ulicy jest tyle barów. Postanawiam najpierw ulokować się w alberge, ale nigdzie po drodze nie widzę schroniska. Robię zdjęcie uliczki i idę na poszukiwanie noclegu. Okazuje się, że schronisko jest pół kilometra za miastem, w dodatku przepełnione, z możliwością noclegu w przechodnim hallu lub w namiotach. Koszt 4 E. Żadnego baru w pobliżu. Głodna, zmęczona i przesycona słońcem postanawiam iść dalej, do Ponferrady. Hania sms-uje, że ma migrenę, źle się czuje, ale też chce iść do Ponferrady. Ponownie ruszam więc na szlak, mam do pokonania jeszcze około 8,5 km. Szosą jest bliżej, ale postanawiam iść Camino. Jest ślicznie. Na polach zbierają winogrona, ptaki śpiewają, lecz słońce bardzo daje mi się we znaki, mimo że minęła 16.00. Po drodze krótko odpoczywam w cieniu rozłożystego drzewa. Postanawiam zatrzymać się w pierwszym napotkanym barze na posiłek. W końcu od 8.30 nic nie jadłam. Jak na złość nie ma żadnego baru po drodze. Wlokę się do Ponferrady w upiornym słońcu. Plecak ciąży coraz bardziej. Hani nie widać. Ponferradę ciągle mam po swojej prawej ręce. Przedmieścia omijam szerokim łukiem. W końcu wchodzę do miasta, przede mną dwa mosty: jeden wąski, kamienny, za nim nowoczesny, szeroki i bardzo długi. Muszę przejść przez oba, aby dostać się do miasta. Jest 18.00, a ja nie mam siły iść dalej. Siadam na murku stanowiącym barierkę mostu i odpoczywam. Samochody, które przez ten wąski most przejeżdżają wahadłowo, coraz to mnie mijają. Siedzę w spalinach, trochę mi słabo i nie mogę ruszyć dalej. Trwa to dobre dwadzieścia minut. W końcu idę.

Za drugim mostem, po prawej stronie, w odległości 200 m pojawia się utęsknione schronisko. Ładne, czyste, nowoczesne z bardzo miła obsługą. Biorę kąpiel, piorę spocone i zakurzone rzeczy (rutyna), a Hani wciąż nie ma. Zgubiła się w uliczkach Ponferrady. Jestem już bardzo głodna, postanawiam iść coś zjeść i poszukać jej. Szybko dochodzę do murów zamku Templariuszy - robi wrażenie, wygląda jak z bajki. Nieco dalej bazylika, chyba pod wezwaniem św. Piotra i cała starówka z placami, uliczkami i barami.

Hani dalej nie ma, ale jest bar z menu pielgrzyma, wreszcie!!! Zamawiam zieloną sałatę z tuńczykiem, rybę z frytkami i sałatą oraz pyszne lody. Wracam zadowolona do schroniska, Hania już tu jest.

O 21.30 mamy wspólną modlitwę w kościółku przy schronisku. W naszym międzynarodowym gronie odmawiamy Ojcze nasz, po kolei, każdy w swoim ojczystym języku. Okazuje się, że oprócz nas są jeszcze dwie przesympatyczne Polki, Danusia i Regina (obie z Warszawy). Na zakończenie śpiewamy po polsku "Zapada zmrok", moją ulubioną piosenkę maryjną na dobranoc. Jutro wspólnie z nimi wyruszymy na szlak.

Komentarze

krzysztof kiełek starachowice - 18.09.2013 11:01

Pani Lucyno czytałem pani wspomnienia przed moim camino ale jednym okiem mnie wpadły drugim wypadły i dopiero teraz dwa miesiące po moim camino czytałem pani wspomnienia jeszcze raz i porównałem je z moim camino co prawda szedlem tylko z Atapuerci do Santiago ale jak czytalem pani wspomnienia to znowu poczólem się jak na camino.Pani lucyno wspaniale napisana relacja ta babcia z naleśnikami i nas poczęstowała mimo ze to był 2013 rok ale ja o tej babci czytalem w książce i zorientowalem się że to jest żywa historia camino zapłacilem bez słowa euro za naleśnika bowiem z historią się nie dyskutuje ,myślę że jak ta babcia umrze umrze i trochę camino a na razie niech żyje 200lat .W 2013 dużo się zmieniła jak na pewno pani się zorientowala alberge rosną jak grzyby po deszczu w Hontanas było pięć alberg w tym jedna muncipialna ttak więc przez dziewięć lat sporo zmian czytałem pani wspomnienia i kilka razy łezka w oku mnie się zakręcila .Pani Lucyno napisala pani że podczas komuni zaczeły pani płynąć łzy mnie to też spotkało już drugiego dnia camino w malym kościółku gdzie bylo siedmioro Hiszpanówja i jeszcze jeden pielgrzym ,przepiękne uczucie ,spotkało mnie to jeszcze trzy razy na trasie ostatni raz w Santiago jak odbieralem Compostellę pozdrawiam i mam nadzieję że się spotkamy na camino buen camino

bogda - 22.05.2013 22:08

19.05.2013 wrocilam z pielgrzymki szalam od 2.05. z astori zwichnelam noge ok 100 km przed koncem ale szlam powoludku ale do przodu 14.05 bylam na miejscu warto, Padal deszcz i wialo przez caly czas HISZPANIA TO JUZ CHYBA ZIMNY KRAJ ALE jestem cala i chyba zdrowa w domu i ciesze sie bardzo pozdrawiam wszystkich ktorzy przeszli i tych ktorzy maja taki zamiar

Tamara - 10.04.2013 09:30

Jaki przepiękny wiersz. Wzruszający, człowieczy. Będzie moim motto na Camino, na które wyruszam sama w maju tego roku. Pierwsze strony tego bloga bardzo ciekawe, refleksyjne i pisane z serca. Z radością czytam więc dalej!

Zobacz wszystkie »