Lucyna Szomburg
Moje camino
| « Poprzednia strona | 28-29 września 2004 | Następna strona » |
Wtorek, 28 września 2004
Po wczorajszym, trudnym dniu, dzisiaj szło się ciężko. Niby trasa krótka, ale jest gorąco i słońce parzy w twarz, ręce i nogi. Na prawej łydce mam już jakąś słoneczną wysypkę. Nie jest łatwo, to przecież mój 24 dzień wędrowania. Danusia z Reginką chyba poszła do wsi Pereje, jak planowały, my zatrzymałyśmy się w Villafranca del Bierzo, zgodnie z moim harmonogramem. Musimy trochę wyluzować. Jutro czeka nas chyba najtrudniejszy etap, bo 30 km ostro pod górę. Upał znacznie utrudnia wędrówkę. Dziś mijałyśmy urocze miasteczko Cacabelos. Szlak wiódł przez starówkę ciasną uliczką. Na końcu miasteczka, wzdłuż ulicy rozstawiono kramy. Dzisiaj wtorek, był to chyba tutejszy dzień targowy. Sprzedawano głównie buty i odzież.
Przed nami widać już wysokie pasmo gór. W dolinie gdzie "rozsiadła się" Villafranca płożą się niskie krzewy winne. Okolica ładna, rozleniwiona słońcem śpi do wieczora by obudzić się jazgotem, hałasem ludzi, aut, dzieci... Zaraz idziemy do miasta coś zjeść lub zrobić zakupy żywnościowe. Chcemy też zobaczyć stare miasto. Mimo że nogi bolą i powinniśmy raczej leżeć, przygotowywać się do jutrzejszej wyprawy, ciągnie nas poznawanie nowego.
Villafranca dawno temu przeżywała swoją świetność. Teraz, piękne i bogate ongiś domy rozpadają się bezpowrotnie, jak w Wenecji. Rzadko który jest restaurowany. Mieszka tu niewielu stałych mieszkańców.
Pochodziłyśmy trochę po starym mieście, zrobiłyśmy zakupy i tym razem kolację przygotowałyśmy w schronisku. Ja zjadłam twarożek z nektarynką, a Davide uraczył nas spaghetti z sosem pomidorowym własnej roboty. Przed chwilą wypiłam 0,5 l mleka. Jutro, uff...30 km pod górę. Dobranoc.
Środa, 29 września 2004
Dzisiaj jest 25 dzień mojego pielgrzymowania. Mięśnie i znużenie dają o sobie znać. Nie jest źle, ale coraz trudniej jest mi rano wstać. Jasno robi się dopiero przed ósmą, wychodzimy więc ze schroniska po siódmej, aby nie iść zbyt długo w ciemności.
Dzisiaj zostawiłyśmy za sobą Villafrancę del Bierzo i weszłyśmy w górskie doliny. Siedzę w barze w Vega de Valcarce i piję kawę. Hania gdzieś mi się znowu zgubiła. Według informacji w moim paszporcie do Santiago zostało tylko 165 km. Właśnie znalazła się Hania, dalej więc będziemy szły razem.
W Herrieros znalazłyśmy się w porze lunchu, więc wstąpiłyśmy do baru na salade mixta. Jest to półmisek sałaty ze szparagami, pomidorami, cebulą i tuńczykiem. Zjadłyśmy ten posiłek na spółkę, gdyż był zbyt duży na jedną osobę. Posilone i wypoczęte ruszyłyśmy w górę. Cóż za wspaniały krajobraz! Zielone kotliny, strumyki, laski i skalista droga wiodąca pod górę. Idę znowu sama, Hania odpoczywa gdzieś przy strumyku. Droga pnie się systematycznie w górę wśród kasztanowców, rzucających miły cień. Jestem szczęśliwa! Co rusz wychodzę na odkrytą przestrzeń, wówczas wyłaniają się góry bliższe i dalsze.
Odległe pasma przesłonięte są delikatną, błękitną mgłą. Na rozległych dolinach pasą się krowy podzwaniając dzwoneczkami. Wychodzę z lasu na połoniny. Wzdłuż drogi rosną jeżyny, wrzosy, żółto kwitnące krzewy, podobne trochę do żarnowców. Wszędy pełno radośnie śpiewających ptaków. Podjadam słodkie owoce jeżyn, mimo że są trochę zakurzone. Słońce parzy skórę. Cisza. Nie docierają tu odgłosy cywilizacji. Wokół góry, góry... Droga wije się od doliny do doliny ciągle wspinając się wyżej. Nie widzę O'Cebreiro. Przede mną pojedynczy pielgrzymi. Cudownie. Czasami przecinam jakąś wioseczkę zagubioną wśród gór. Galicyjskie wioski są zaniedbane, śmierdzące. Wszędzie widać i czuć odchody zwierząt. Muchy uwijają się wśród nich. Nagle surrealistyczny widok: wioska składająca się z 3 - 4 domów, rozwalających się ogrodzeń, w bałaganie porzuconych sprzętów rolniczych...jakaś kobieta w fartuchu uwija się przy gospodarstwie ...w jednym z domów otwarte są na oścież niebieskie okiennice, mimo że słońce pali, a w oknie...głowa dorodnej, beżowej krowy - patrzy na mnie bezmyślnym wzrokiem. Zrobiłam jej zdjęcie.
Ta piękna droga zaprowadziła mnie na miejsce, do O'Cebreiro. To właściwie punkt na trasie, wioska na przełęczy skąd można jeszcze rozpocząć pielgrzymkę do Santiago. Należy bowiem przejść minimum 150 km. To miejsce słynie też z tego, że w XIII wieku wydarzył się tu cud. W maleńkim, kamiennym kościółku, podczas Komunii św. wino przemieniło się w Krew Pańską, a chleb w Ciało.
Oprócz kościółka i alberge jest tu hotel, pokoje gościnne, dwa bary, gdzie można zjeść posiłek, oraz sklepiki. Turyści przybywają autokarami, a większość pielgrzymów zatrzymuje się tu na noc. Schroniska robią się coraz bardziej pełne, turyści mieszają się z pielgrzymami. Masa ludzi przewijająca się przez schroniska sprawia, że są one niezbyt czyste i takie byle jakie. Na szczęście przed nami tylko 5 - 6 dni wędrowania. Na szczęście, gdyż noce są coraz trudniejsze do wytrzymania dla mnie. W związku z tym, że po zmroku jest zimno, pielgrzymi nie chcą zostawiać otwartych okien. W salach jest więc duszno i smrodliwie. Dzisiaj w mojej damsko-męskiej sali smród dawał się szczególnie we znaki. Faceci chyba nie myją się, a w dodatku intensywnie i głośno puszczają bąki. Jest to obrzydliwe!
Dzisiaj musiałam znowu zażyć pół tabletki nasennej, inaczej bym zwariowała. W salach ponadto jest brudno, powłoczki na materace nie zmieniane chyba od miesiąca. Ale w końcu jestem na pielgrzymce i wiele jeszcze wytrzymam.
| « Poprzednia strona | 28-29 września 2004 | Następna strona » |