Lucyna Szomburg
Moje camino
| « Poprzednia strona | 2-3 października 2004 | Następna strona » |
Sobota, 2 października 2004
O dziwo! Dobrze mi się spało! Zasnęłam szybko, bo około 21.30, ale po jakimś czasie przebudziłam się. W ciemności dostrzegłam, że Davide siedzi na sofie i nie śpi. Jest wysoki, więc nie mieścił się na niej. Spytałam, która godzina. Na jego zegarku była 23.48. Do rana więc całe wieki. Davide westchnął z rezygnacją, zapytał jednak czy nie poszlibyśmy teraz do Portomarin. Tam z pewnością byłyby wolne łóżka. To około 10 km. Powiedziałam, że teraz na to się nie piszę. Jest ciemno, droga nieznana, moja latarka słabo świeci. Ponadto najprawdopodobniej schronisko byłoby zamknięte na cztery spusty. Został. A ja zasnęłam i spałam do rana od czasu do czasu wiercąc się to z gorąca, to z zimna. Mam zresztą śpiworową klaustrofobię, nie mogę być zapięta na zamek.
Rano o 6.00 prawie wszyscy byli już na nogach. Powoli zebrałam się i około 7.30 ruszyłyśmy z Hanią na trasę. Danusia, Reginka i Hania przyszły do schroniska po mnie, spały więc na podłodze, na pożyczonych karimatach. Były jak z krzyża zdjęte.
Dzisiaj niebo jest zachmurzone, nie ma więc upału, ale jest ciepło. Można iść w krótkich rękawkach. Rano wyszłyśmy oczywiście bez śniadania, bo to jeszcze była wczesna pora. Postanowiłyśmy zjeść coś w Portomarin, ale droga wiodła albo przez miasto, albo skrótem, omijając centrum. Wybrałam drugi wariant, bo nie lubię chodzić po mieście, poza tym na zwiedzanie kolejnych, starych i zwykle zamkniętych kościołów nie miałam ochoty. Jednak to rozwiązanie okazało się niekorzystne z tego względu, że po drodze nie spotkałyśmy żadnego baru. Przyszło nam wędrować na czczo jeszcze 7 km do wioski Gonzar. Hania idzie bardzo powoli, więc została gdzieś w tyle. W Gonzar byłam o 11.45 na moim pierwszym śniadaniu. Była to ogromna kanapka (pół bagietki) z serem i dwie duże kawy z mlekiem. Pół kanapki musiałam zapakować do plecaka, bo czułam się już najedzona.
Hania przyszła wpół do pierwszej bardzo zmęczona.
Dotarłyśmy do Ligonde - Eirexe. Mamy miejsce i na razie (18.00) jesteśmy same w 10-osobowej sali. Ludzie chyba wystraszyli się wczorajszą sytuacją i poszli dalej do Palas de Rei, gdzie jest duże schronisko.
Dzisiejsza trasa była łatwa i miła. Wiodła wśród piniowych lasków, krzewów, wrzosów, trochę wzdłuż szosy, ale osobną piaszczystą drogą, raz w górę, raz w dół. Nawet się nie zmęczyłam. Długo nie było słońca, dopiero po 14.00 nieśmiało wyjrzało zza chmur. Gdy nie ma upału wędrowanie tak nie męczy. Wszyscy nasi znajomi gdzieś się zapodziali. Myślę, że skoro do Santiago zostało tylko około 75 km, wszyscy gnają do przodu.
W schronisku znalazłam taki wiersz: .....(tłumaczenie zamieszczę poźniej)
Zjadłyśmy pyszną i obfitą kolację w barze vis a vis i zaraz kładziemy się spać.
Niedziela, 3 października 2004
Znowu miałam kiepską noc. Kilka godzin bezsenności. Wyszłyśmy ze schroniska wyjątkowo późno, bo o 9.00. Miałyśmy zaledwie 22 km do przejścia, więc nie spieszyłyśmy się za bardzo. Dzisiaj najbardziej utkwił mi w pamięci widok chmur zakrywających doliny, a my ponad nimi. W powietrzu jesień. Złote liście opadają z drzew, zaściełają drogi. Ranki są chłodne, ale nie zimne. Dzisiaj wypogodziło się dość wcześnie, więc też wcześnie zrobiło się gorąco. Po drodze mijałyśmy laski kasztanowe, eukaliptusowe, piniowe. Kwitły wrzosy i jakieś żółte krzewy. Czarodziejki rozwiesiły pajęczyny na krzewinkach... Cudnie...
Melide to większe miasteczko. Nocujemy w dużym schronisku. Jest coraz brudniej. Taki kombinat. O 19.00 poszłyśmy na mszę św. do kościoła. Wrażenie przygnębiające. Wprawdzie w kościele było sporo miejscowych ludzi, to ksiądz staruszek odprawiał modły niechlujnie, jakby za karę. Pomijał fragmenty liturgii i całość mszy zakończył po 18 minutach. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie było jakiegoś ważnego meczu w TV, na który się spieszył. Nie dziwię się, że ludzie nie chcą przychodzić do kościoła. Sama miałam ochotę wyjść z tak celebrowanej mszy. Moim zdaniem była to profanacja Najświętszego Sakramentu.
W jakimś byle jakim barze o nazwie Chaplin zjadłyśmy hiszpańską tortillę (omlet z ziemniakami) popijając herbatą. Teraz siedzę w schronisku i piszę. Minęła 22.00. Jutro czeka nas trudny dzień, ponad 30 km do kolejnego schroniska. A może nawet 34? Wezmę tabletkę, by przespać noc i mieć siły na jutro. Dobranoc.
| « Poprzednia strona | 2-3 października 2004 | Następna strona » |