Lucyna Szomburg
Moje camino
| « Poprzednia strona | 4-5 października 2004 | Następna strona » |
Poniedziałek, 4 października 2004
Dziś wstałyśmy i wyruszyłyśmy dość wcześnie. Miałyśmy przed sobą 34 km. Pogoda była wspaniała, bo wreszcie trochę chłodniej i nie pociłyśmy się tak bardzo. Dzisiejszą trasę przebyłyśmy w czwórkę, to jest ja, Hania, Danusia i Reginka. Do schroniska przyszłam nawet nie zmęczona. Arca jest takim ostatnim miejscem, gdzie mam szansę spotkać zaprzyjaźnionych pielgrzymów. Tutaj bowiem nocuje wielu z nich. Następne takie "masowe" schronisko jest w Monte de Gozo, 5 km przed Santiago. Tu ludzie przygotowują się na spotkanie ze św. Jakubem Apostołem. Duchowo i nie tylko, myją się, przebierają w nowe, czyste ubrania, etc. Dawniej pielgrzymi dokonywali ablucji w rzeczce, niedaleko Santiago, by godnie stawić się w katedrze przed grobem Apostoła.
W Arce spotkałam Brazylijczyków, wpadła też Sara z Meksyku, Francuzi...mam trochę słabą pamięć do twarzy, ale wielu z nich mnie poznaje.
Hania miała dziś niemiłą przygodę, która jednak dobrze się skończyła. Zgubiła swoją najważniejszą saszetkę z dokumentami, pieniędzmi i telefonem. Na szczęście zauważyła to w miarę wcześnie i wróciła się jakiś kilometr po zgubę. Saszetka leżała przy drodze. Nikt jej nie zabrał. Może tędy nikt jeszcze nie przechodził, a może tu są tak uczciwi ludzie?
Wieczorem Hania rozchorowała się, chyba zaszkodziły jej sardynki, które zjadła na śniadanie popijając piwem i sokiem ananasowym. Całą noc nie spała, wymiotowała i jednym słowem męczyła się bardzo. Za oknem rozpadał się deszcz...
Wtorek, 5 października 2004
O 6.00 rano wszyscy byli już na nogach. Wszyscy w Arce spieszyli się, by zdążyć na mszę św. w katedrze o 12.00 w południe. Deszcz lał nadal, chmury przesłaniały niebo, tak że o 8.00 było jeszcze zupełnie ciemno. Szłyśmy w kompletnych ciemnościach, w pelerynach...baterie wyczerpały się, moja latarka świeciła bardzo słabo tak że byłam narażona na wejście w obfite kałuże lub krowie placki. Udało mi się jednak ominąć te przeszkody.
Droga początkowo wiodła pod górę i przez gęsty las, co powodowało, że było jeszcze bardziej ciemno niż zwykle. Plecak ciążył mi dziś niemiłosiernie. W tym ostatnim dniu wzięłam sobie kosturek, który ktoś zostawił w Arce. Zwykły, trochę krzywy patyk, ale mi się spodobał. Jednak zamiast pomagać mi w wędrówce, raczej przeszkadzał. Szkoda mi go było wyrzucić.
Gdy znalazłam się na szczycie tego długiego podejścia powinnam z daleka dojrzeć wieże katedry w Santiago. Jednak ciągle padał deszcz i mgła zasłaniała wszystko dokoła. Santiago nie istniało. Wzgórze to nosi nazwę Góry Radości, bo tu pielgrzymi wreszcie mogli zobaczyć koniec swojej wędrówki.
Potem razem z Reginką pobłądziłyśmy. Chciałyśmy znaleźć się na czas w katedrze i maszerując szybko w tej mgle nie zauważyłyśmy, że zboczyłyśmy z trasy. Część Camino szłyśmy wzdłuż szosy, pod górę, nadkładając drogi. Szosa omijała bowiem szerokim łukiem jakąś dolinę, którą na skróty wiodło prawdziwe Camino. Dopiero po jakimś czasie podłączyłyśmy się do właściwej trasy. Myślę, że nadłożyłyśmy ładny kawał drogi. Do Santiago wpadłyśmy zziajane i spocone, a do katedry 5 minut po rozpoczęciu mszy św.
W katedrze był tłum ludzi. Elegancko ubrane panie i panowie, pielgrzymi autokarowi i turyści. My, ci prawdziwi z drogi, ginęliśmy w tym tłumie. Gdy zdjęłam pelerynę poczułam jak wokół rozchodzi się niemiła woń mojego spoconego ciała. Dobrze, że to nie meczet i nie trzeba zdejmować butów. Wówczas ludzie stojący obok mnie zapewne przypłaciliby to życiem.
W katedrze msza była bardzo uroczysta, koncelebrowana przez wielu księży. Sprawował ją sam biskup. Ze względu na tłumy ludzi, mszę można było również oglądać na ekranach telebimów. Komunię świętą rozdawano w różnych częściach katedry, a znakiem tego gdzie jest aktualnie kapłan z najświętszym sakramentem był biało-niebieski parasol. Po mszy św. panowie w charakterystycznych brązowych strojach rozhuśtali ogromne kadzidło, które okadzało całą katedrę wznosząc się pod samo sklepienie. Na wszystkich zrobiło to ogromne wrażenie.
Katedra wewnątrz jest bardzo bogato zdobiona. Dużo w niej złota, misternych rzeźb...
Po mszy św. nie dostałam się ani do św. Jakuba Apostoła, ani do jego grobu. Przed katedrą ustawiła się ogromna kolejka, jak niegdyś do Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym w Moskwie. Poszłam więc do specjalnego biura po certyfikat ukończenia pielgrzymki, tak zwaną Compostelę, a stamtąd do schroniska. Schronisko mieści się w Seminarium Minor, jest ogromne i przypomina koszary, szczególnie trzecie piętro, gdzie są ogromne sale z metalowymi łóżkami, starymi materacami i kocami. Nie wygląda to zachęcająco, ale cóż, pielgrzymka nie jest wycieczką hotelową. A w Santiago zatrzymują się wszyscy. W łazienkach jest na szczęście gorąca woda. Odświeżona, pachnąca i przebrana mogłam znów wyruszyć na miasto.
Wyszłyśmy w czwórkę aby przede wszystkim coś zjeść. Od rana bowiem nie miałyśmy nic w ustach, a dochodziła już 17.00. W mieście o tej porze nie ma jednak jeszcze obiadów. Hiszpanie jedzą dopiero po 20.00. Udało nam się wreszcie znaleźć lokal, w którym podano nam ciepły posiłek: zupę galicyjską, mięso wieprzowe pieczone, frytki, sałatę i wino. I tu rozstałyśmy się. Ja poszłam swoją drogą. Wróciłam do katedry, gdyż chciałam w spokoju obejrzeć ją. Kolejka do św. Jakuba była już krótka. Dokonałam więc zwyczaju objęcia figury Apostoła, odwiedziłam jego grób, gdzie w pięknie zdobionej srebrnej skrzyni spoczywają relikwie, a potem poszłam dopełnić rytuału przed portykiem chwały i przed jego twórcą, Mistrzem Mateo. Myślę, że takie ceremonie są ważne, ponieważ powodują, że nasze myśli skupione są na św. Jakubie, jego życiu, tym kim był i z Kim był. Jest to wzruszające przeżycie.
Pokręciłam się jeszcze po mieście oglądając sklepy z pamiątkami. Pamiątki są różne, większość to tandeta. trudno będzie więc coś wybrać.
Stare Santiago to zespół wąskich uliczek, placów i fontann. Oczywiście życie miasta skupia się wokół katedry i św. Jakuba. Jutro postaram się lepiej poznać miasto. A może uda mi się dojechać autobusem do Finisterry? Nie wiem. Wiele zależy od pogody i samopoczucia. Zaraz idę spać, dochodzi 22.00. Jestem trochę zmęczona.
Dobranoc św. Jakubie Apostole. Cieszę się, że przywędrowałam do ciebie. Wyruszyłam w moją pielgrzymkę z Saint Jean Pied de Port 5 września i dotarłam do Santiago 5 października. Jestem szczęśliwa, ale i smutna zarazem, bo coś się bezpowrotnie kończy.
| « Poprzednia strona | 4-5 października 2004 | Następna strona » |