Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Ilona i Marcin Michalscy
Caminowe A…B…C… inaczej

Historyczny wyjazd


Moją jedyną wyprawą poza granice kraju była eskapada do Czechosłowacji, która zresztą źle się skończyła. Miałem wówczas 17 lat, a lata osiemdziesiąte XX wieku dobiegały szczęśliwego końca. Przed świętami Bożego Narodzenia rodzice wysłali mnie za południową granicę, abym zrobił zakupy w tamtejszych, o wiele lepiej zaopatrzonych sklepach. Niestety… celnik odebrał mi wszystkie pieniądze i zostawił przepisowe 150 koron, za które w zasadzie nic nie można było kupić. Mimo to, nie przestałem marzyć o poznawaniu tego, co dalekie, tajemnicze, niezgłębione.

Po 11 latach, czyli w roku 2000 zdarzyła się niepowtarzalna okazja… Do dziś trudno mi w to uwierzyć, ale znalazłem się na najdalej wysuniętym na północ fragmencie Europy. Norweski Przylądek Północny okazał się być „przystawką do innych smakowitych dań”, kosztowanych w kolejnych latach. Nie przypuszczałbym nawet w najśmielszych oczekiwaniach, że dokładnie po 10 latach od skandynawskiej przygody znajdę się (i to wraz z żoną!) na najdalej wysuniętym na zachód kawałku starego kontynentu. To, że osiągniemy go na piechotę, również nigdy nie przeszłoby mi do głowy… Różne są marzenia, ale te możemy zaliczyć do najwspanialszych, pomimo, że są one najbardziej ulotne. Każdy z wyjazdów poruszył inną strunę w naszych umysłach. Dzięki podróżom zmieniamy spojrzenie na otaczający świat i inaczej na niego reagujemy. Bez nich bylibyśmy o wiele uboższymi ludźmi, choć zapewne znajdą się tacy, którzy inaczej by to ocenili. Ten wyjazd był szczególny o tyle, że wymagał od nas największego wysiłku, poświęcenia i wspólnego zaangażowania. W naszym przypadku konieczność działania zespołowego sprawiła, że czujemy się silniejsi i jeszcze bardziej zjednoczeni. Przykładając naszą miarę, to bardzo dużo, tym bardziej, że „nie czujemy się najedzeni”, a wręcz przeciwnie- nasze apetyty są jeszcze bardziej wyostrzone.

Intencje


Wyszedłem szukać Ciebie o świcie i w trwodze,
Nie znajdując, myślałem, żem szedł drogą kłamną
I spotkałem Cię, kiedym odwrócił się w drodze,
Bowiem przez całe życie krok w krok szedłeś ze mną.
Wędrowałem dzień cały pod cienia ciężarem,
W chłodziem południe minął, by oto u końca
Płonąć Tobą, o zmierzchu mym czerwonym żarem,
Jako wieczorna rzeka o zachodzie słońca.

L.Staff

„Ojcze nasz, któryś jest w niebie…” Każdego poranka, kiedy było jeszcze ciemno, gdy zimno przytłaczało, a stopy i mięśnie nie złapały jeszcze właściwego rytmu, te powtarzane na całym świecie słowa pozwalały oderwać się od przyziemnej egzystencji. Niosły one ku jasności i ciepłu bijącemu od pierwszych promieni słońca. Codzienny wysiłek był dedykowany, jako podziękowanie za coś, co otrzymaliśmy w życiu lub składaliśmy go, jako ofiarę za coś istotnego dla nas. Trud, oprócz tego, że przybliżał do celu, nabierał głębszego sensu. Przed wyjazdem różni ludzie prosili, aby się za nich pomodlić na pielgrzymkowym szlaku i przed obliczem św. Jakuba wierząc, że modlitwa ma moc sprawczą. Wiedział o tym doskonale św. Augustyn, który w swoich „Wyznaniach” pisał:

Kiedy do Ciebie przywrę całą moją istotą, skończy się dla mnie wszelki ból i wszelki trud. Wtedy moje życie będzie naprawdę żywe, całe napełnione Tobą. Ty wszystkich, których napełniasz, dźwigasz ku górze. Ponieważ jeszcze nie jestem pełen Ciebie, jestem dla siebie brzemieniem. Przyjemności, nad którymi trzeba płakać, toczą w moim życiu spór z przykrościami, jakimi należałoby się radować. Nie wiem, po której stronie przypadnie zwycięstwo. (…) Czyż nie jest bojowaniem życie ludzkie na ziemi?

Pragmatyk będzie się śmiał z tej pozornie niezrównoważonej mowy, ale w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, kiedy nie wszystko da się objąć rozumem…

Jak to lekarz dotykiem uzdrowił


„Lepiej śmiechem pisać jest, niż łzami. Śmiech to szczere królestwo człowieka” Francois Rabelais

Znawcy tematu twierdzą, że najgorszy na Camino jest pierwszy tydzień, ale przezornie lepiej liczyć 10 dni. Marne to pocieszenie, gdyż mieliśmy akurat 7 dni, aby dojść do Santiago i 3 dni na dotarcie do Finisterry… Najbardziej urazowy czas nie kazał na siebie długo czekać. Po pierwszych 18 kilometrach Ilonka usiadła z bólu, który niczym rozpalony pręt rozchodził się od kolana w dół. Kontuzja na początku trasy? To brzmi niczym wyrok. Siła woli pozwoliła jednak przełamać niemoc. Kuśtyk, kuśtyk, krok po kroku, przy maksymalnej koncentracji uwagi, aż do końca dnia. Nazajutrz problem ożył z siłą nie znającą kompromisów. W czasie 14 godzin marszu trwały „negocjacje z nogą” i próby przechytrzenia upiornego słońca. Czymś, co nam pomogło, były rymowanki związane z bieżącymi tematami np. z krowimi plackami zalegającymi trasę, z natrętnym zapachem kiszonej trawy dla trzody chlewnej i z innymi zaskakującymi inspiracjami. Przychodziły one i samoistnie odpływały, pozostawiając salwy śmiechu, działające jak kojący balsam. Tym sposobem dotarliśmy do Pałacu Króla (Palas de Rei), gdzie zamiast jakiegoś zamczyska z królem i królową, czekał lekarz i jego piękna asystentka (w zasadzie mogliby tworzyć parę królewską). Lekarz pomimo zaawansowanego wieku nie wykazał najmniejszego znudzenia pacjentką. Żadnych niepotrzebnych ruchów, doskonałe wyczucie w rękach, których uwadze nie umknie najdrobniejszy szczegół. Zupełnie nie wiadomo, w jakim języku przemawiał ten nobliwy jegomość, ale asystentka przetłumaczyła to na „instrukcję obsługi nogi bez klauzuli natychmiastowego powrotu do domu”. Nadszedł czas demonstracji prawidłowego sposobu przemieszczania się. Pacjentka, lekarz i asystentka obserwowali moje nieporadne próby przełożenia instrukcji na ruch. Karykatura prawidłowego wzorca chodu musiała przypominać skecz o ministerstwie głupich kroków Monthy Pytona, co rozchmurzyło dotychczas nieporuszone oblicze naszego cudotwórcy. Można wierzyć lub nie, ale po tej wizycie problem ucichł. To, że pojawił się znów tuż przy podejściu do sarkofagu św. Jakuba, to już całkiem inna sprawa. Kto wie? Może apostoł w ten swoisty sposób porozumiewa się z pielgrzymami?

Komentarze

od autorów - 07.11.2010 21:01

Dzięki Tadeusz i trzymaj się!!! Nie martw się. Twoje myśli są i naszymi, gdyż my, będąc tu na miejscu, pracując mozolnie każdego dnia, również myślimy tylko o jednym- ruszyć znów na szlak...

Tadeusz - 07.11.2010 16:29

Serdeczne dzieki za tak glebokie i oddajace istote Camino impresje.Jestem juz po blisko 3 tygodniach tak niedaleko konca,zaczynam martwic sie ze to juz.Wasze mysli utrwalaja to co na razie ulotne,porywajace ale coraz glebsze.

od autora - 25.10.2010 23:24

Witamy:) Ze spotkaniem to fajna idea, choć trudna do realizacji. Mąż pracuje w Krakowie, mieszka kilkadziesiąt kilometrów od niego, żona zaś prawie 200 kilometrów od męża... Póki co, tak jest i dlatego nie jest proste w tej sytuacji zorganizowanie spotkania, ale wierzymy głęboko, że czas rozjazdów zakończy się. To też takie nasze specyficzne Camino:) Mam nadzieję, że znajdę czas na spisanie z notesu reszty przemyśleń. Tobie dziękuję za zainteresowanie i pozdrawiam. Marcin

Zobacz wszystkie »